Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fandom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fandom. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 listopada 2017

W poszukiwaniu L-fantastyki (2: stare komuchy)

Drugą część naszego wesołego cyklu miałem zacząć od powtórzenia znanej opowieści o tym, jak w latach 80 fantaści walczyli z systemem. Ponieważ jednak głupio po wiele obiecującym wstępie zacząć powtarzać rzeczy powszechnie znane (nawet jeśli pojawi się parę nowości), trochę pozmieniam kolejność rozdziałów. Dziś niczym wprawny lustrator z IPN przejrzymy archiwa polskiej fantastyki, żeby znaleźć ukrytych komunistów.
Bo trochę ich było.
Nie jest bowiem tak, że nasi autorzy byli jak jeden mąż opozycjonistami (albo przynajmniej siedzieli na emigracji wewnętrznej). Istnieli przecież i byli wydawani w sporych nakładach autorzy o poglądach lewicowych. Sęk w tym, że nie byli opozycjonistami, ale ludźmi popierającymi władzę, bądź uznającymi, że żyją w najlepszej z możliwych z Polsk i buntowanie się byłoby nierozsądne.
Miesięcznik Fantastyka nie powstałby, gdyby nie znalazł się akceptowany przez władze kandydat na redaktora naczelnego. Do tego trwał stan wojenny. Parowski miał zakaz obejmowania stanowisk kierowniczych, Oramus tak samo, a Jęczmyk był ściganym listem gończym bojowcem Solidarności walczącej. Wybrano więc Adama Hollanka, członka partii, dziennikarza Trybuny Ludu i — sensację tę usłyszałem od Andrzeja Pilipiuka — kandydat do Rady Państwa. Poza tym był człowiekiem nad wyraz porządny, nie robił problemów kolegom, pomagał, kiedy mógł i po latach wszyscy, którzy z nim pracowali w F, mieli sobie za złe, że go nie docenili, zamiast tego obmawiając go brzydko za plecami.
Podobną rolę, tylko w fandomie poznańskim, odegrał Czesław Chruszczewski. Dziś jest zapomniany zarówno on, jak i jego twórczość, ale ruch fanowski miałby o wiele trudniejszy start, gdyby nie zaprzyjaźniony fantasta z legitymacją partyjną w kieszeni. Dzięki niemu udało się zorganizować Eurocon '76, oraz rozpoczęto starania o zgodę na powstanie ogólnopolskiego miesięcznika Science Fiction (ostatecznie pierwsi byli warszawiacy z Fantastyką).
Trzecim wreszcie ważnym peerelowkim lewicowcem jest Bohdan Petecki. Jest też najmniej zapomniany, co oznacza tyle, że po latach zapoznania jego książki wznowiono w niskonakładowej serii Solarisu. Powstał też facebookowy profil promujący pisarza. Za życia Peteckiego spotkała kontestacja ze strony nastawionej antypeerelowsko załogi Fantastyki. Mówiąc prościej: Parowski, Oramus i spółka uważali, że bohaterowie Peteckiego, twardzi przedstawiciele Ziemi posyłani tam, gdzie naukowcy znowu natrafili na coś, co ich przerasta, zbyt przypominali kosmicznych ubowców, zamiast pilotów Pirxó. Petecki wiedział o tej niechęci. W wywiadzie udzielonym Markowi Żelkowskiemu powiedział: jestem i zawsze byłem z przekonania lewicowcem (z wszelkimi rozsądnymi zastrzeżeniami), czego nie ukrywałem i nie ukrywam, więc może obecni wydawcy odżegnują się ode mnie jako od reliktu.
Po drugie są jeszcze lata 50. Dla jednych to pewnie martyrologia i grzebanie w przeszłości, ale ja uważam, że nie da się zrozumieć wielu rzeczy w polskiej kulturze bez socrealizmu i Października. Tak samo z fantastyką. Opowiadając na zeszłorocznym o komunistycznych utopiach tamtego czasu tłumaczyłem, że nie wiadomo za bardzo, kiedy brać ich autorów na poważnie, a kiedy nie. Dziś przeważnie uważa się, że pokłony socjalizmowi w powieściach SF z tamtej epoki były wymuszone. Tak też je czytano: zawierający obowiązkowy opis komunistycznej utopii rozdział pierwszy przebiegano wzrokiem — prawdziwa kosmiczna przygoda zaczynała się dopiero od drugiego.
Czy jednak na pewno? Głównonurtowcy po latach przyznawali się, że wierzyli, że dali się porwać magii systemu. Wierzyli. Starzy i młodzi, przedwojenni lewicowcy sympatyzujący z PPS i spółdzielczości oraz przedwojenni narodowcy z RNR Falanga. Spokojnie więc można zastanawiać się, czy nie było to zjawisko spotykane także wśród fantastów. U Lema w Astronautach i Obłoku Magellana komunizm jest dość pretekstowy (przyznawali to nawet krytycy z epoki) ale nie przeszkodziło to jednemu z lewicowych profili na Facebooku cytować je w tonie raczej nie prześmiewczym.
Bardziej interesująco przedstawia się kwestia Zagubionej przeszłości Borunia i Trepki. W wydaniu 1954 możemy znaleźć potępienia nazistowskiej teorii weissmanizmu-morganizmu (czyli genetyki) czy bardzo ostre akcenty antyreligijne (w świecie, w którym żyją bohaterowie Biblia uczy, że Bóg stworzył ludzi na obraz i podobieństwo swoje, aby władzy państwowej, z jego łaski ustanowionej, posłuszni byli i szczęśliwie żyli w Celestii. Aby im ulżyć w pracy, darował im Murzynów w niewolę po wsze czasy).
Po 1956 autorzy złagodzili wiele opisów, zmodyfikowali zakończenie oraz usunęli pochwały łysenkizmu, ale główna oś powieści pozostała niezmienna. Jedna najważniejszych polskich książek SF, prekursorska wobec Non-stop Aldissa i całego nurtu fantastyki socjologicznej lat 80., opowiada o społecznej rewolucji w enklawie amerykańskiego imperializmu. O ludziach cierpiących pod tyranią kapitału (nazwiska celestiańskich potentatów zapożyczono od autentycznych milionerów z przełomu XIX i XX wieku — ale miałem ubaw odnajdując ich na kartach Ludowej historii Stanów Zjednoczonych Zinna). Jest przy tym pod wieloma względami lepsza (mimo pewnych naiwności) od czegokolwiek, co napisał w tym temacie Mieville, a to, co się w niej zestarzało, nabrało klimatu retro. Nic tylko czytać.

P.S.: W międzyczasie swój kamyk do stosiku wrzucił dr Napiórkowski, znany szerzej jako twórca bloga Mitologia współczesna. Dopiszcie go sobie do listy, którą podałem w pierwszym wpisie.

poniedziałek, 2 października 2017

W poszukiwaniu L-fantastyki (1: wstęp)

Na początek muszę wyjaśnić, dlaczego jeszcze nie napisałem notki o Wydziedziczonych. Odpowiedź jest prosta: bo jeszcze ich nie przeczytałem. A uwzględniając szczegóły: nie dałem rady. W międzyczasie robiłem program na trzech konwentach (Pyrkonie, Serialkonie, Lemconie), wyjeżdżałem na weekend poza miasto, miałem masę pilnej roboty, kosiłem trawę, wykopywałem korzenie iglaków, zaangażowałem się w akcję Zew Zajdla — czyli wyzwanie polegające, by do Polconu przeczytać wszystkie nominowane do Nagrody teksty, a potem oddać głos — byłem na wakacjach, wreszcie pojechałem na Polcon i z niego wróciłem. Działo się.
Przejdźmy do meritum. Wielką czerwcowo-lipcową fandomową dramą zostało zaproszenie Orsona Scotta Carda w charakterze gwiazdy na przyszłoroczny Pyrkon. O poglądach OSC, wyznawanej przez niego religii (jest mormonem) oraz stosunku do homoseksualizmu i tym, co z tego wynika, można poczytać na Wikipedii. Nie będę wnikał głębiej ani w to, ani reakcję polskiego fandomu, bo choć lubię dzielić włos na czworo, to wpis utonąłby pod ciężarem linków do blogów oraz profili na fejsie (z których część jest prywatna bądź zamknięta dla niebędących członkami grupy). Ja też bym utonął.
Skupię się na temacie pobocznym, ale nie mnie ciekawym. Po raz kolejny wróciła kwestia prawoskrętu krajowej fantastyki, braku pisarzy-lewicowców, niedoreprezentowania pewnych tematów i grup oraz ogólnej atmosfery, jaka się z tego powodu rodzi.
Pytanie, czy po tekstach reprezentującego stary fandom Dukaja (część pierwszadruga i trzecia), grającego na własnych zasadach Wiśniewskiego (pamiętny tekst w Wyborczej) oraz świeżutką, bo z dotyczącą CardGate, blognotkę reprezentującą nowy fandom (link) można powiedzieć coś więcej.
Myślę, że tak.
Kiedy tylko zabrałem się do notki, owo "coś więcej" zaczęło się rozrastać, aż stanąłem przed dylematem: ciąć, czy z jednego tekstu zrobić kilka. Żal mi było wyrzucać robotę do kosza, więc postanowiłem przydać jej sobie jeszcze więcej. Swój wpływ ma rzeczywistość: właściwie każdego tygodnia wydarza się coś, co dorzuca argument albo nadaje się na piękną pointę.
Obecny plan jest taki, że co jakiś czas będę wrzucał kolejną notkę o poszukiwaniach lewicowej polskiej fantastyki. Obskoczę przeszłość dalszą i bliższą, pogrzebię dogłębnie w teraźniejszości, spróbuję spojrzeć w przyszłość. Dołożę wszelkich starań, żeby nie dać ponieść się emocjom, bo to chyba największy problem piszących o tych sprawach.
Na koniec specjalne podziękowania dla Rusty, która zachęciła mnie (do spółki z Misiaelem z Mistycyzmu popkulturowego), żeby przekuć myśli w słowa. Zresztą Rusty też pisała w temacie, więc jeszcze kilka razy o niej napomknę.

niedziela, 18 grudnia 2016

Fandomy

Przyznam z niejakim zażenowaniem, że bardzo interesuje mnie fenomen podziału na stary i nowy fandom. Ciężko powiedzieć, kiedy nastąpił podział czy w ogóle coś się podzieliło - może być przecież tak, że mamy do czynienia z dwoma całkowicie odrębnymi tworami. No powiedzmy, że nie odrębnymi, skoro wszystkie awantury biorą się z faktu wzajemnego przenikania, ale w jakiś sposób odrębnymi. Najtrafniej więc chyba sytuację opisuje powieść Mieville'a Miasto i miasto, w której dwa bałkańskie państewka egzystują w jednej płaszczyźnie fizycznej i główna ich aktywność polega na wzajemnym niezauważaniu się. Mieville nie byłby sobą, gdyby tak oszołamiającego pomysłu nie położył przeciętną fabułą, ale książkę naprawdę warto przeczytać.Ale wróćmy do tematu. W jednej konwentowo-klubowo-internetowej przestrzeni egzystują dwa fandomy fantastyczne, stary i nowy. Stary wiadomo:

  • Lat 40+ (a może i 40+)
  • Przeżywają sprawy sprzed lat, jakby działy się wczoraj (zapytani bez problemu powiedzą kto kogo i gdzie walnął kuflem po piwie w głowę)
  • I jednocześnie cierpią na "sprasowanie czasu" - jak to ujął mój kolega z liceum: dla mnie lata 90 już zawsze będą dziesięć lat temu.


Natomiast nowy fandom jest w istocie młodym fandomem
  • Przeważnie ma mniej poniżej 30 lat
  • Płynnie operują w nowych mediach (i to kilku na raz)
  • W fandomowej aktywności skupiają się na nowościach (czyli prędzej Marvel Cinematic Universe niż polska fantastyka socjologiczna lat 80)
To oczywiście zgrubny podział. Fandomy na przykład dzieli kwestia internetu (starzy najpierw udzielali się fizycznie, a sieć weszła potem; nowi jadą na pierwszy konwent po dłuższym udzielaniu się w fandomach sieciowych). Można też mówić, że stary fandom ma przechył na prawo i będzie kibicował szczeniaczkom (kiepskim przygodówkom, jak pisze starofandomowy Krzysztof Sokołowski), nowy zaś przechył na lewo, więc będzie się czuł częścią globalnego ruchu SJW (i w wojnach o Hugo stawał w obronie kiepskiej propagandy).
Świetnie różnice widać w tym, jak fandomy piszą w internecie. Nowy radzi sobie jak ryba w wodzie, mieszając polszczyznę z zapożyczeniami z angielskiego, socjolektem wypracowanym w pomniejszych fandomach oraz charakterystycznym dla nowej polskiej lewicy pasywno-agresywnym tonem. Stary w najlepszym wypadku próbuje pisać tak, jak się rozmawiało 30 lat temu. W najgorszym używa tego, co złośliwi nazywają "prawicową interpunkcją" (w skrócie: spacja przed znakami interpunkcyjnymi, pisanie kilku wykrzykników/pytajników na raz, dziwna predylekcja do kończenia zdań oznajmujących wielokropkami).
Są jednak pola konfliktu, o których - w przeciwieństwie do tego, co wypisałem powyżej, prawie się nie wspomina.

Pierwszy dotyczy akademickości. W dawnych czasach zajmowanie się fantastykę było mocno amatorskie i chociaż szanujemy profesora Smuszkiewicza za pionierskie publikacje, to pamiętamy, że praca jego i kilku podobnych naukowców była czymś wyjątkowym. Jeśli więc trafił się fantasta-akademik, to praktykujący w jakiejś innej dziedzinie (informatyk Fiałkowski, pracownik Ośrodka Studiów Wschodnich Olszański itd.), zaś trzon fantastycznej krytyki literackiej tworzyli absolwenci politechnik (Parowski, Oramus). Dziś natomiast bycie naukowcem od fantastyki jest czymś nieporównywalnie częstszym (i pewnie łatwiejszym). Przyjrzyjcie się czasem notkom biograficznym gości konwentu, albo posłuchajcie, jak przedstawiają się przed prelekcjami. Coraz więcej wśród nich badaczy. Jeśli mnie pamięć nie myli, to przynajmniej jeden z Serialkonów miał status konferencji, więc prelegenci-doktoranci mogli sobie wziąć zaświadczenie o uczestnictwie. Pomyślelibyście coś takiego na konwentach w latach 90?
Konflikt między amatorami a akademikami przedstawia się prosto. Starzy są przekonani, że odwalili całą robotę dawno temu i dziwią się na wieść o kongresie lemologicznym - przecież wszystko już napisał Oramus (zresztą ten sam Oramus z identycznych powodów krytycznie oceniał powergraphowski Głos Lema). Na identycznej zasadzie nowe, tak lubiane przez bojowych doktorantów tematy są zbywane ironicznym uśmiechem przez wąsatych amatorów - skoro oni nie zainteresowali się tym w 1988, to nie może być nic wartego uwagi. Do tego obie grupy mówią różnymi językami. Amatorzy z punktu widzenia akademików nawet jeśli dobrze kombinują, to mają niechlujny styl i braki w terminologii. Za kolei nowomowa doktorantów może dobrze prezentuje się w artykułach naukowych, jednak na zewnątrz brzmi śmiesznie i nadęcie.

Wreszcie w fandomie wrze coś podobnego do modnego w szerokim świecie zwarcia lokalistów z globalistami. Mówiąc w skrócie: jeden fandom jest polski, drugi to filia fandomu globalnego. "Polski fandom" chciałby funkcjonować jak kultura narodowa. Będąca częścią jakiejś szerszej tożsamości (np. europejskiej), ale jednocześnie niepodległa. "Polska odnoga fandomu globalnego" przypomina zhellenizowanego mieszkańca Azji Mniejszej. Albo bardziej współczesnego adepta edukacji klasycznej, który lepiej orientował się w literaturze łacińskiej (Rzym to były takie Stany starożytności) niż kulturze własnego narodu. Albo Rosjan z epoki między Piotrem I a XIX-wiecznym słowianofilstwem - mówiących po francusku i importujących kulturę z Niemiec.
Globalista będzie więc czytał Sapkowskiego dlatego, że ten przebił się do prawdziwego, globalnego fandomu i czytając, będzie zwracał uwagę na szarpiące angloamerykańskim Zachodem kwestie reprezentacji mniejszości etnicznych. Fandomita-krajowiec rozpozna za to, który epizod Pani jeziora jest odniesieniem do pogromu kieleckiego i którego z jego dwóch wyjaśnień. Problem reprezentacji, nawet jak zrozumie, zbyje krótkim to nie nasza wojna. Rejonem zapalnym konfliktu krajowców z globalistami może stać się Lem, będący jedną wielką myślozbrodnią: niechętny dziwactwu skupiania się fanów fantastyki w niezależną społeczność, nieciekawy pod kątem genderu i seksualności, wreszcie niewierzący w możliwość nawiązania kontaktu z Innym. Weź tumblera, dodaj Star Treka i garść nieszczeniaczkowcy nominacji do Hugo, potem przed całością postaw minus, a wyjdzie Lem, potencjalne guru lokalistów (ciekawe, jak takie zawłaszczenie skomentowałby sam nieboszczyk).
Za to człowiekiem-symbolem fandomowych globalistów powinien zostać Kuba Ćwiek, dla którego popkultura to kraina za Atlantykiem.

Dlaczego namnożyłem podziałów w fandomie (i pewnie po namyśle mógłbym dołożyć kilku kolejnych)? Bo uważam, że jeden nie wystarczałby do opisu różnic w fandomie. Do tego ludzie, poza jakimiś skrajnymi przypadkami, rzadko dają się przyporządkować całkowicie do jednej kategorii. Na konwentach do identyfikatorów powinni dodawać karty postaci, aby każdy mógł się rozpisać: 72% stary  (czasem wypije piwo z młodymi), 60% akademik (poszedł na podyplomówkę), ciężko-powiedzieć-ile globalista (kibicuje szczeniaczkom).
Wreszcie mnożę byty, bo sam nie wiem, jak się przyporządkować. Może więc skryję się we mgle.

poniedziałek, 7 września 2015

Partyzant na wojnie kulturowej

Pierwszej nocy polconowej, w knajpie, która wydała się fajna, bo miała dobre piwa, mięso z grilla i leżaki, a okazała się być najbardziej hipsterską miejscówką w Poznaniu (co ci hipsterzy mają do sztucznych plaż i leżaków? – w Poznaniu Kontenery, w Krakowie Forum przestrzenie, w Warszawie pewnie zdjęli tęczę, żeby wysypać piasek) – rozmawialiśmy na różne tematy, w tym językowe. Czy na przykład Amerykanie dorobili się jakiegoś słownictwa związanego z wojną wietnamską? Chyba nie, bo wojskowe skrótowce w rodzaju SNAFU czy FUGAZI są starsze, a niczego innego sobie nie przypomnieliśmy. Za to polszczyzna, język kraju, który z tą wojną nie miał nic prawie nic wspólnego (ot jeden statek floty handlowej trafiony przypadkowo bombą), takie słowo ma – sajgon. What is Polish word for a clusterfuck? A sajgon. "A", not "the" sajgon.
A ponieważ równolegle z Polconem w Spokane odbywał się Worldcon, na którym starły się wojska szczeniaczków z wojskami całej reszty, nastąpiło spięcie na neuronach i oba tematy zlały mi się w jeden.
Wspominałem już, że wyniki głosowania na nagrody Hugo (Liu Cixin za powieść  + kilka "bez nagrody") były takie, że sztaby obu stron ogłosiły zwycięstwo.W historii zdarzały się takie sytuacje, ale oznaczały przeważnie, że jedna ze stron wykrwawiła się w zwycięskim boju tak bardzo, że w następnym została rozbita. Czyżby coś podobnego stało się na kulturalnej wojnie szczeniaczków z wojownikami sprawiedliwości społecznej (po polsku nie brzmi to tak mocno, jak angielskiej SJW)? Za wcześnie, by oceniać, ale przynajmniej Vox Day gra na wyczerpanie przeciwnika: teraz na przykład kombinuje z algorytmami amazona, by wpychać na listy bestsellerów książki wymierzone w  swojego arcywroga – Johna Scalziego (wspominałem, że bardzo podobały mi się Czerwone koszule?).
To wojna prowadzona na terytorium amerykańskim i w amerykańskim stylu: przewaga w powietrzu, w sprzęcie i w technice, precyzyjny atak w samo serce wroga, w jego ośrodki decyzyjne, w jego stolicę. Złośliwi dodają jeszcze, że po spektakularnym zwycięstwie nadciągają długie lata barania się piechotą w zrewoltowanym kraju. Będąc więc uczestnikiem wojny w światku fantastyki, trzeba spodziewać się trzech możliwych zakończeń: koreańskiego (fandom podzieli się murem na dwa wrogie obozy, w tym jeden do cna sfanatyzowany), wietnamskiego (jedna ze stron po długiej walce wycofa, myśląc się, że ma spokój, a wróg tymczasem zajmie terytorium), bliskowschodniego (wieloletnie stanie w zrewoltowanym, zanarchizowanym kraju).
Temu wszystkiemu przyglądam się ja, człowiek z trochę innej cywilizacji. Trochę innej, bo my to nie oni, jednak na tyle podobni, że niektórzy nie widzą różnicy. Na pewno jednak mamy inne tradycje wojskowe. Na przykład partyzancką.
Nie potrafię stwierdzić, kiedy siedzenie w lasach i podjazdy weszły do naszego kulturowego krwiobiegu. Najmocniej pamiętamy o drugiej wojnie i 1863, ale przecież już podczas potopu górale bez pardonu szarpali szwedów i skórę z nich pasami. Wtedy też działał nasz bohater narodowy (nieistniejący realnie, ale co z tego), mistrz podstępów i forteli – pan Zagłoba.
Jąłem się więc zastanawiać, co bym poradził smutnym szczeniaczkom Brada Torgersena i wściekłym szczeniaczkom Voksa Daya, gdyby, zwrócili się do mnie, jako do zagranicznego eksperta, o pomoc.
Ano poradziłbym, żeby zrzucili kolorowe mundury, wyciszyli bojowe surmy, rozpuścili regularne wojsko – i zamiast tego zawiązali konspirację.
Spoglądam na przykład na stronę, na której proponowane są różne równościowe tematy paneli konwentowych i zastanawiam się, czy rzeczywiście są to tematy dla szczeniaczków obce. Czy żaden mistrz militarnej space opery nie mógłby napisać militarnej space opery o bohaterze z ptsd? Albo czy powieść o kolonistach z probówki nie pasuje do postulowanego przez tych niedobrych SJW tematu prokreacji w przyszłości?
W ten sposób można z powodzeniem skolonizować (najechać, zagarnąć, zdominować, włączyć do ziem Imperium) wszystko, co wydaje się obce i straszne. Potrzeba jedynie odrobiny inwencji i konkwistadorskiego ducha, by John C. Wright... no, może nie on – żeby dowolny "prawicowy" (w rozumieniu bieżącej wojenki) dostał Nebulę z rekomendacji Johna Scalziego.
I to by było prawdziwe zwycięstwo. Sto razy lepsze, niż kolejna worldconowa chryja.

Pomijając wszystko inne, problemem szczeniaczków ma być, to że pragną wrócić fantastykę do starych dobrych czasów. To się oczywiście im się nie uda. Nie dlatego, że nie da się odwrócić biegu historii – ale dlatego, że żadnych starych dobrych czasów nie było. Pamięć spłatała im figla. Jeśli więc Dayowi, Torgersenowi, czy komukolwiek się nie podoba, to jedyne, co im zostaje, to przebić się przez nieskończoność współczesnej fantastyki ku przyszłości, by dopiero tam znaleźć (czy raczej skonstruować od zera) fantastykę nową i prawdziwszą. A przebijać się przez linię frontu i terytorium wroga trzeba po partyzancku – cichaczem.

sobota, 27 czerwca 2015

Nominacje do nagrody im. Janusza Zajdla

No to po nominacyjnych emocjach. Jako człowiek, któremu w tym roku przydarzyło się mieć bierne prawo wyborcze, nie powinienem się wypowiadać. A tym bardziej oceniać. Z drugiej strony miałem też prawo czynne, które zamierzam rozszerzyć o oddanie głosu w drugiej turze, więc tak jakby moja stronniczość nieco przygasła. Zresztą sami ocenicie to, co tu piszę. I tak w kategorii "opowiadanie" o statuetkę zawalczą:


  • Krystyna Chodorowska za Kre(jz)olkę (NF 3/14)
  • Stefan Darda za aż dwa teksty: Nikę oraz Rowerzystę (zbiór Opowiem ci mroczną historię)
  • Dorota Dziedzic-Chojnacka za Teleturniej (portal Fahrenheit)
  • Anna Kańtoch za Sztukę porozumienia (antologia Światy równoległe)
  • Marta Krajewska za Daję życie, daję śmierć (NF 10/14)
Uczciwie przyznam, że w opowiadaniach nie trafiłem z ani jednym tekstem. Szkoda, bo Falstart Podrzuckiego, Nawet cienie będą szeptać Uznańskiego, czy Przypadki Giliwera Kruzoe uważam za bardzo dobre.
A co mogę powiedzieć o nominowanych? Darda znowu okazał się mieć bardzo mocny, choć na co dzień mało zauważalny elektorat. Ciekawe, czy ów elektorat wybiera się do Poznania. Wyjąwszy Dardę pula jest całkowicie sfeminizowana. Zaskoczyła mnie obecność reprezentowanego przez Dziedzic-Chojnacką Fahrenheita. Jeśli chodzi o portale, prędzej spodziewałbym się tekstu z dużo silniejszej Esensji. Silniejszy, niż ludzie mówili, okazał się również Solaris, który miał był się zamknąć w małym kręgu stałych klientów swojej księgarni wysyłkowej, a tu proszę, nominacja. Mogła wprawdzie zadziałać magia nazwiska Ani Kańtoch, ale przecież najpierw ktoś (bardzo dużo ktosiów) musiał Światy równoległe kupić i przeczytać. Tylko gratulować sukcesu.
Jeszcze ciekawsze sprawy się mają z autorkami Nowej fantastyki. Nie dziwi ich obecność, w końcu NF to jedyne wychodzące czasopismo branżowe, więc musiało mieć jakąś reprezentację. Dziwi rozbieżność z wynikami plebiscytu czytelników (Zańko, Uznański, Stoczek). Wygląda na to, że fandom podzielił się nam kilka elektoratów, a granice między nimi przebiegają wbrew intuicji.


Nieco bardziej tradycyjnie prezentują się nominacje za powieści:

  • Michał Cholewa za Fortę
  • Jakub Ćwiek za Chłopców 3. Zgubę
  • Stefan Darda za Czarny wygon. Bisy 2
  • Marta Kisiel za Nomen omen
  • Tomasz Kołodziejczak za Białą redutę. Tom 1
  • Paweł Majka za Pokój światów
Tym razem udało mi się wytypować Majkę. Cóż, w totolotka też mi nigdy nie wychodziło.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, to ta, że tylko jedna z nominowanych książek nie jest częścią jakiegoś cyklu ani nie czeka na sequel. Poprzednio takie sytuacje miały miejsce w 2004, 2005 i 1013 (a dumnymi standalonami były kolejno Inne pieśni i Perfekcyjna niedoskonałość Dukaja oraz Czarne Kantoch).
Jako czytelnik czuję dyskomfort. Chciałem do Polconu nadrobić braki, ale 5 powieści zamienia się w 14 (wspominałem parę razy, jakie mam problemy z cyklami). Daje to 4 dni z niewielkim hakiem na książkę. Mordercze tempo, zwłaszcza jak ktoś nie lubi czytać na akord (ja nie cierpię). Wiem, że fantastyka cyklami stoi, ale to, z czym mamy do czynienia uniemożliwia nadrobienie braków. Albo wszyscy są na bieżąco, albo fandom rozpada się na fankluby autorów.
Już drugi raz w tej notce maluję obraz fandomu podzielonego. Czyżby to był wniosek? Ciekawe, jak widzą to inni. Ciekawe, jak będzie się przedstawiać sytuacja w sierpniu w Poznaniu.
Ja na pewno, jeśli napiszę kiedyś powieść, nie dam się wmanewrować w cykl. Jedna powieść, jeden świat*.


* To mi przypomniało, że czas wreszcie napisać** o Morcie i kolejnych tomach Dysku. Pratchett ładnie z moich dylematów wybrnął: pisał cykl, ale na tyle luźno, żeby nie wkładać czytelnikom na plecy jarzma iluś tam tomów.
** Zamiast tego przeczytałem ostatnio Czerwone koszule Scalziego i Marsjanina Weira. Obie powieści bardzo dobre i przywracają wiarę w fantastykę naukową.




    poniedziałek, 11 maja 2015

    Pierwszy raz reklamuję siebie

    Przedwczoraj w dawnej stolicy Polaków odbył się w Smokon. To już druga edycja imprezy organizowanej przez Krakowskie smoki, klub mały, młody, ale prężny i z ambicjami. Chyba wszystko poszło dobrze. Ja dołożyłem małą cegiełkę prelekcją o kinowych i telewizyjnych adaptacjach książek Lema. Zdaje się nawet, że był stream (blok serialowy robił zaprzyjaźniony ze smokami Pulpozaur) i jest nawet dostępny gdzieś, ale radzę poczekać na wersję pisaną, która niedługo zawiśnie na pulpo, bądź szukać jej w programach innych konwentów. Przedwczoraj była wersja robocza, jąkałem się i do tego jak na złość na komputerze nie było kodeków dźwięków, więc nie mogłem dowieść, że w węgierskich Przygodach Pilota Pirxa naprawdę grali Emerson, Lake i Palmer. A to jedna z tych rzeczy, w które ludzie nie chcą uwierzyć, kiedy im opowiadam.
    Niestety. Wszelki miły nastrój zepsuł agrafek, zwracając mi uwagę, że ostatni wpis na moim blogu, jest straszy niż ostatni wpis na jego – a przecież agrafek, kiedy ja się obijam, pisze powieści, gra w gry, czyta książki i komiksy, dwa razy w tygodniu ma felieton na gikzie, prowadzi życie towarzyskie, a jeśli wierzyć temu, co mówi, w zawodowo pracuje na trzech stanowiskach jednocześnie.
    Cóż, ma rację, zapuściłem bloga. Zatem korzystam z pierwszej lepszej okazji, by się przypomnieć. I nie tylko reklamuję świetną imprezę, jaką jest Smokon (jeśli, odpukać, nic się nie stanie, za rok kolejny, a na jesieni – Serialkon 2, czyli minikonwent poświęcony całkowicie tasiemcom – nie tylko fantastycznym).
    Od jakiegoś czasu bowiem można nominować do Zajdli. I, wyobraźcie sobie, możecie, między innymi, mnie. Na zachodzie wszyscy autorzy dumnie ogłaszają, że są eligible. Potem urządzają awantury o słodkie szczeniaczki, ale do tego elementu nie zamierzam się odwoływać.
    Moje opowiadanie, Króka odwilż Szczepana Dracza, ukazało się w numerze 11/2014 Nowej Fantastyki. Można je też ściągnąć ze strony Pyrkonu, razem z trójką, która wygrała plebiscyt NF na tekst roku. Jeżeli jednak uważacie, że Stoczek, Uznański i Zańko (plus ja) to trochę za mała pula, pomocnicza lista wszystkich utworów, opowiadań i powieści, jest do odnalezienia pod tym linkiem.
    Przed oddaniem głosu na nominacje warto zajrzeć na oficjalną stronę nagrody.
    Można o Nagrodzie mówić różnie, ale ostatnie cyrki wokół Hugo chyba wszystkim nam uświadomiły, że mamy coś, o co powinniśmy dbać. Więc ja też dbam. Niech wygra najlepszy.

    czwartek, 26 marca 2015

    Postgeek nad przepaścią (i jeden krok naprzód)

    Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało – mruczę sam do siebie. W skrócie sprawa przedstawia się tak. Marcin Zwierzchowski (Nowa Fantastyka, Polityka, kiedyś Polter) napisał notkę, na którą odpowiedział Michał R. Wiśniewski (pisarz, bloger, publicysta – ostatnio felietony w Pixelu). Potem odezwał się Mistycyzm Popkulturowy, po nim – Rusty Angel, na końcu zaś Katarzyna Czajka, szerszej znana jako Zwierz popkulturalny (mam nadzieję, że linkiem do FB nie naruszam prywatności – status jest wprawdzie dostępny globalnie, ale wolę dmuchać na zimne). Znajomość ukrytych pod linkami tekstów źródłowych jest od tej pory potrzebna do zrozumienia postu – myślę, że to lepsze od streszczania.
    Ja w tej wesołej awanturce znalazłem się dlatego, że – znowuż na fejsbuku – palnąłem, że "ten fragment o postgeekostwie jest jak najbardziej w porządku". Więc mnie Rusty wywołała do odpowiedzi. Przy okazji połechtała moją próżność, pisząc, że mnie ceni. Zatem do dzieła:

    Jestem jeszcze chyba młody, nie łysieję i nie siwieję. Mógłbym pojechać na Światowe Dni Młodzieży. Z kolei towarzysko trafiłem w okolice starego fandomu – czyli tych, których MRW nazywa geekami. Nie zamierzam starego fandomu gloryfikować, gdyż jest pełen wad. Ostatnimi czasy prym tu wiedzie wspomniane przez Rusty zezgredzenie. Objawia się ono tym, że zamiast z żywymi naprzód iść, starzy ciągną od lat te same, wypalone flejme (wiedźmińskie opowiadania lesze od Sagi), czekają na drugą tercję progresu i pogrążają się w bezsensownej nostalgii, jak choćby świętując niepotrzebną reaktywację Archiwum X. Przy tym ostatnim przykładzie przyznaję się do lekkiej hipokryzji, bo cieszę się na reaktywację Miasteczka Twin Peaks. Ale może to nie hipokryzja, tyko wgląd w chorobę.
    Analityczne podejście do popkultury wcale więc nie jest powszechne w starym fandomie. W sumie wcale nie jesteśmy pod tym względem różni od nowego fandomu – po prostu nie mieliśmy tumblra. W użytku był przekaz ustny. Zamiast więc wrzucić gifa, mówiło się "jak z Mrożka", "jak z Zajdla", zarzucało cytatem z filmu (ostatnio, dzięki Służbom specjalnym, przypomniałem sobie, jakie genialne teksty pisze Vega, kiedy mu się chce). Nasza metoda na spontaniczną ekspresję za pomocą tekstów popkultury nie była w niczym lepsza od waszej. W ogóle nie widzę tu podziału na jakich "nas" i "was".

    Ale kiedy kiedy przychodziło zareklamować swoją pasję, pokazać się z nią przed światem, robiono to tak, jak pisze MRW: Parowski, Kałużyński, Jęczmyk, czy jakiś szeregowy fan starali się odkryć przed laikami, ile mądrych i dobrych rzeczy można znaleźć w popkulturze. Ile mądrych i dobrych rzeczy mówi niekiedy nieświadomie, czasem zaś z premedytacją. Oczywiście chodzi wyłącznie o politykę, bo to byłaby karykatura podejścia analitycznego. Do tego, bądźmy szczerze, dorabianie ideologii jest proste. To kwestia opanowania języka i znajomości kilku pojęć-wytrychów. Dlatego – znowu się przyznaję do rzeczy wstydliwej – mam wielki problem z badającymi popkulturę akademikami. Mimo to opiewaną przez MRW szkołę patrzenia pop mam za swoją.

    W świetle tego to, co na blogu napisał Marcin Zwierzchowski jest więcej prowokacyjne. Bo przecież

    od filmów, od sztuki w ogóle, nie zawsze wymagamy warstwowych przekazów, zaangażowania czy skłaniania do refleksji. Czasami po prostu fajnie jest obejrzeć, jak wielkie roboty naparzają się w wielkimi potworami („Pacific Rim”!) albo jak Hulk coś rozwala
    jest całkowitym zaprzeczeniem tego, co stary fandom uważał za swoje największe osiągnięcie. Zamiast "to jest piękne, dobre i prawdziwe" mówi się teraz "to jest fajne i co nam zrobisz".

    Kilka tygodni temu wpadłem na myśl, że zwycięstwo fantastyki polega na tym, że stała się językiem pokolenia. Już nie hobby, czy artystyczna decyzja, ale sposób wyrażania myśli, który setki milionów ma za naturalny, wygodny ukazujący prawdę lepiej, niż przyziemny realizm. Więcej o miłości dowiemy się z Her, niż z opowieści "z życia wziętych". Grozę zagubienia w mechanizmach historii lepiej i trafniej pokaże nam Wieczny Grunwald, niż jakikolwiek poważny podręcznik akademicki.
    Tymczasem okazuje się, że nie ma języka, tylko echolalia. I nowemu fandomowi z tym dobrze.
    Przy czym wciąż się upieram, że lubię nowy fandom, chociaż go za cholerę nie rozumiem. Lubię, cenię, cieszę się, że podbił świat, że jest liczny i żywotny, że zaangażował ludzi, do których nie umiał dotrzeć stary fandom. Wreszcie ciągle wierzę, że nowy fandom wniesie do naszej wielkiej wspólnoty wiele dobrego. Nową wrażliwość, nowe myśli. O ile wcześniej przestanie robić sobie krzywdę.
    Bo jeżeli wadą starego fandomu jest getciarstwo i przedwczesny starczy uwiąd, nowy cierpi na jakiś kulturowy borderline. Jedzie wyłącznie na hormonach, skacząc od bezgranicznego hajpu po bezdenny hejt. To nie dotyczy tylko fanów. Mam żal do Stevena Moffata, że z inteligentnego scenarzysty przedzierzgnął się w hype managera. Joss Whedon był nim prawdopodobnie od zawsze. Dlatego tak dobrze odnalazł się w kinowym uniwersum Marvela. Z kolei Eda Wrighta, reżysera nie dość, że inteligentnego, to dzielącego się z widzem swoimi myślami, odsunięto od Ant-Mana.

    Moim zdaniem to wszystko pędzi ku malowniczej katastrofie.
    Nowy fandom dobrowolnie pozbawia się większej części przyjemności, jaka płynie z obcowania  z popkulturą – tej rozumowej. Nie mówię przeintelektualizowaniu, ale pozachwycaniu się słowem, opowieścią, obrazem, tym, jak to wszystko jest ze sobą połączone i jak skłania do przemyśleń.
    Pomyślcie, że przez to, że wszyscy woleli zachwycać się boskim Johnnym w Piratach z Karaibów, fandomowi umknął najlepszy film przygodowy ostatnich kilkunastu lat, czyli Pan i władca: na krańcu świata. Przez to Benedict Cumberbatch bliski jest stania się nowym boskim Johnnym Deppem – ciachem jednej roli. Normalnie dwie ofiary patologicznej miłości.
    I wreszcie jestem niemal przekonany, że popkulturę obecnej postaci czeka wielki krach. Z przyczyn ekonomicznych. Spójrzcie na to, co dzieje się w kinach. Wszyscy chcą powtórzyć numer, który udał się Marvelowi. Dotyczy to nie tylko ekranizacji, ale blockbusterów w ogóle. Powstaje ich więcej niż kiedykolwiek. Wiecie, dlaczego Soderbergh uciekł do Netliksa, a Woody'ego Allena zatrudnił Amazon? Bo dla tych dwóch znakomitych filmowców nie starczyło miejsca w Hollywoodzie. Wszystkie siły i cały kapitał poszły na superprodukcje. Ale jeśli uświadomić sobie, że nie ma możliwości, żeby te wszystkie filmy się zwróciły, zaczyna to brzmieć jak opis klasycznej bańki spekulacyjnej.
    I to nie jest tak, że sobie zgredzę, bo nie rozumiem świata. To już się raz zdarzyło. W latach 90 na rynku komiksowym. W latach 90 wizja szybkich łatwych zysków oraz związany z tym najazd spekulantów doprowadził Marvel i DC na skraj bankructwa. Chociaż potem obaj wydawcy się wyratowali, skutków doświadczamy do dziś. Dlatego, na przykład, takie franczyzy, jak (do niedawna) Spider-Man, X-Men i Fantastyczna czwórka znalazły poza MCU – a ich ewentualny powrót jest kosztowny i skomplikowany.
    Coś podobnego może czekać Hollywood.
    Coś podobnego może czekać branżę gier.
    Nie wiem, jak z serialami, one zdają sobie radzić najlepiej w warunkach nadprodukcji, ale zalew zupełnie nijakich produkcji też nie nastraja optymistycznie.

    Stary fandom, mimo wszystkich swoich śmieszności i wad, przetrwa apokalipsę. Po prostu wpełznie z powrotem do swojej nory. Boję się o nowy. Dlaczego zadowala się staniem na grząskim gruncie, zamiast postawić solidne fundamenty? Nikt mu przecież nie chce odebrać tumblra.

    czwartek, 13 listopada 2014

    Fandomy

    Była sobie kiedyś w internatach wspaniała społeczność znana jako Forum Nowej Fantastyki. Nie zmyślam, naprawdę była to świetna ekipa i żal, że się rozpadła. Przyczyny nie są w tej chwili ważne. Ważne są fajne, ważne i pamiętne dyskusje, jakie toczyły się na forum. W tym dyskusja o fandomie. Łatwo bowiem mówić "fandom to, fandom tamto", kiedy właściwie nie wiadomo, czym ten fandom jest. Czy należy doń każdy, kto obejrzał Imperium kontratakuje w telewizji na święta, czy należą wyłącznie aktywni działacze środowisk fantastycznych, z legitymacją członkowską i kilkuset godzinami przeprowadzonych punktów programu? Jakiej definicji by nie wybrać, rodziły się problemy i paradoksu. Najlepiej byłoby więc o sprawie zapomnieć, zakładając doraźną hipotezę, że fandom to jest to, co mamy akurat przed oczami.
    To były stare dobre czasy.
    Bowiem przez te parę lat pozmieniało się w świecie. Znajomi donoszą z Falkonu, że i tam dotarła straszna epidemia zwracania się do obcych per pan/pani – wbrew żelaznej zasadzie, że w fandomie się tykamy niezależnie od wieku, płci, rasy i statusu społecznego. Sam też się z tym zetknąłem, chociaż w tym roku jestem wybitnie niekonwentowy. To jeden ze smutniejszych dowodów, że w naszym środowisku zachodzą gwałtownie zmiany, za którymi nie nadążamy.
    Niektórzy psioczą na tych organizatorów, którzy swoje konwenty przemianowują na "festiwale popkultury". A jest to przecież bardzo dobry krok – nie tylko dlatego, że z taką nazwą łatwiej załatwić dofinansowanie od miasta. Fandom i jego mechanizmy wykroczyły poza fantastykę. Kiedy skasowano serial Ripper Street (na szczęście wraca, uratowany przez Amazona), zacząłem guglać, czy jest oprócz mnie ktoś, kto przyjął tę wiadomość ze smutkiem. Okazało się, że wokół serialu powstał niewielki fandomik. Podobne fandomy istnieją chociażby wokół Glee (nie lubię), Community (kocham miłością nieprzytomną), czy Sherlocka (ten na konwenty wkroczył z automatu). Już nie wystarcza plakat na ścianie. Struktury, które jeszcze dekadę temu istniały właściwie tylko w fantastyce, działają wszędzie.
    A to tylko pierwsza z różnic między starym, a nowym fandomem, który zresztą z naszej perspektywy "starych" stoi na głowie. Dla nas filmy Marvela to spełnienie marzeń o adaptacji komiksu, której nie trzeba się będzie się wstydzić – dla nich to pierwsze spotkanie z Iron Manem i Kapitanem Ameryką. Dla nas media społecznościowe to miła nowość, usprawniająca kontakt w ramach istniejących więzi towarzyskich – dla nich to ich źródło.
    Problemów ze wzajemnym zrozumieniem i akceptacją byłoby mnie, gdyby nie różnica w liczebności. Tego nowego fandomu growo-serialowo-tumblrowego jest wielokrotnie więcej, niż nas. I chociaż cieszy nad dwadzieścia tysięcy uczestników Pyrkonu, a sześć Falkonu, jesteśmy trochę zdezorientowani. To jakby w naszym życiu objawiło kilkudziesięciu nowych członków rodziny, po czym zapowiedziało obecność na wieczerzy wigilijnej.

    Czy widzę jakieś światełko w tunelu? Tak, aż dwa. Po pierwsze gość tegoroczngo Falkonu, Michael Swanwick, zachwycał się tymi nas przerażającymi sześcioma tysiącami, mrowiem młodych ludzi i ogólną żywotnością polskiego fandomu, który, jak to napisał na blogu, "is doing something right." Nie jest chyba więc rozpaczliwie.
    Po drugie są ludzie widzący potrzebę wyjścia przed szereg, przełamanie lodów i zasypania rozdziałów. Jak klub Krakowskie Smoki, który organizuje 23 listopada Serialkon, bodaj pierwszą w Polsce imprezę tego typu. Wprawdzie potrwa tylko jeden dzień, ale i tak jestem ciekaw, co się wydarzy, jakie więzi się nawiążą i co wypracujemy za tydzień w niedzielę. Ja na przykład będę prelegował o jednej z najciekawszych adaptacji przygód Sherlocka Holmesa, więc z radością zapraszam. Bądźmy razem.

    piątek, 28 marca 2014

    Myśl na piątek

    Siedzę nad trzema tekstami na raz i jeden podgryza drugi. Pierwszy był tekst o Dukaju, sprytnie wykombinowany temat, bo wykorzystujący ostatnie miesiące ciszy przed Rekursją. Zastanawiałem się właśnie, jak z anegdoty rozwinąć się do pełnowymiarowego tekstu, kiedy przyszedł Pyrkon. Jak zwykle na nim nie byłem, ale czytałem relacje. Zwłaszcza te Strossa. I od razu zarysowała mi się przed oczyma wyobraźni koncepcja zaproponowana przez autora Accelerando: Worldcon w Polsce. Przecież sobie poradzimy. Pyrkon jest przeogromny, mamy doświadczenie kilku Euroconów (ostatni do spółki z Czechami i Słowakami w Cieszynie). Przed laty podobno Iwaszkiewicz marzył o Noblu, chwili, kiedy w Temps Modernes zaczną drukować streszczenia Twórczości (a nie odwrotnie), a Simone de Beauvoir usiądzie w kawiarni Czytelnika. Jemu się nie udało, my mamy szansę. Wszyscy ci autorzy, którzy jeszcze kilkanaście lat temu wydawali się odległymi gwiazdami, zasiądą do wspólnego piwa z naszymi, a wręczanie Hugo będzie tylko aperitifem do gali zajdlowskiej. Pomarzyć.
    Ale tu przerwijmy, żeby nie spojlerować. Mam w zanadrzu jeszcze wpis o immersji w grach komputerowych. Ale to dopiero, kiedy zbiorę wystarczająco dużo materiałów. Byle zdążyć przed konkurencją.
    I tak sobie skaczę między kilkoma pomysłami, w międzyczasie podczytując Kłamstwa Locke Lamory, drugi tom Kichota, Mgławicę Andromedy i Sańkję, kiedy wtem myślę, co wyróżnia fantastykę, od literatury, jak by to powiedzieć, normalnej. W czym jest jej siła. Otóż fantastyka ma moc brania tematu, który z łatwością dałby się zamknąć w formie żartu albo metafory, i rozgrywania go na serio, z pełną powagą, ani na chwilę nie tracąc rytmu, ani nie wygrywając fałszywej nuty. Woltyżerska sztuka.

    piątek, 13 grudnia 2013

    Nerdy wojny

    Na Latającej Holerze, w temacie filmowym, jeden z użytkowników, z zawodu wojskowy, zachwycał się Drogą na podstawie McCarthy'ego. Zwłaszcza jednym aspektem, który odróżnił ją od reszty kinowej produkcji: biały mężczyzna z bronią palną jest bohaterem pozytywnym, a sama broń nie przyczyną fabularnego zła, lecz wręcz przeciwnie, gwarantem przetrwania człowieczeństwa. Osobiście uważam, że symbolika zarówno Drogi, jak przewijającemu się przez nią rewolweru jest dużo szersza i w małym stopniu dotyka problemu dostępu do broni w USA (i innych częściach świata), niemniej pomyślałem, że temat nieciekawej pozycji ludzi wojny we współczesnej (pop)kulturze jest wart rozważenia.
    Zacznę od literatury, bo z niej wszystko. W tym momencie obracam głowę, robiąc szybką kwerendę po półkach. W Szwejku wojsko to matecznik wszelkiego skretynienia, w którym jedynym sposobem na przetrwanie człowieka inteligentnego jest się doń upodobnić – czyli strugać wariata. Zaraz obok stoją dwie powieści Jamesa Jonesa, Stąd do wieczności i Cienka czerwona linia, pierwsza zadedykowana armii Stanów Zjednoczonych, druga wojowaniu jako takiemu. W Stąd... ironia zawarta w dedykacji jest jeszcze zakamuflowana, w Cienkiej... mamy do czynienia z szyderą na całego. Kolejne książki to: Rzeźnia numer pięć, Paragraf 22, pożyczeni z biblioteki Żywi i martwi oraz Na zachodzie bez zmian. Wybór chyba reprezentatywny, a kopie w wojsko i wojnę bez litości. Właściwie znam tylko jedną napisaną w XX wieku wysokoartystyczną książkę, która nie kpi i nie flekuje wojny: W stalowych burzach Ernsta Jungera, jego literacko przetrawione wspomnienia z okopów frontu zachodniego, na który trafił na ochotnika, był wielokrotnie ranny, wielokrotnie odznaczany i do tego przeżył. Ale Burze... (w przedwojennym tłumaczeniu, które widziałem kiedyś w oknie antykwariatu i do dziś sobie pluję w brodę, że pożałowałem stówki: Książę piechoty) to łabędzi śpiew. Starą tradycję pozytywnego pisania o wojnie, wojowaniu i wojownikach zabiła Wielka Wojna. Jeszcze ciut przed nią noblista Kipling pisał cykl wierszy Ballady koszarowe oraz tomiki opowiadań Soldiers Three, potem zaś wszystko znikło niemal doszczętnie.. Jeśli przejrzymy repertuar pieśni i piosenek wygrywany na polskie święta państwowe, to też odkryjemy, że też pisano je najdalej w 1920. Później jeszcze uzupełniliśmy nasze śpiewniki o trzy-cztery utwory okołodrugowojenne, ale to drobny ułamek całości, zresztą pisany w zupełnie innym, tragiczniejszym tonie.
    W latach 1914-1818, w błocie Sommy, Verdun, Langemarck i Marny zginęło rycerstwo rozumiane jako kasta wojowników. Nawet dziwne, że doszło do tego tak późno. Równie pradawny stan rzemieślniczy został wykończony przez rewolucję przemysłową. W oby przypadkach efekt był taki sam. Rzemieślników, ze swoimi cechami, przywilejami, rytuałami i kulturą wyparli robotnicy idący sznurem do fabryki, wojowników (ze swoimi prawami, przywilejami i rycerską kulturą) zastąpił żołnierz masowy, cywile idący sznurem do poboru, gdzie ubiorą ich w jednakowe uniformy i wręczą do ręki jednakowe karabiny. Znikła też dziedziczność. Oczywiście, że zdarza się wciąż, że ojciec i syn pracują w tej samej fabryce, jak i że ojciec i syn są wojskowymi, ale to bliskość zakładu pracy plus brak innej perspektywy, niż Tradycja. Oczywiście też, że nie zamierzam gloryfikować starych dobrych wojen. Nie pacyfistyczna propaganda sprawiła, że lud śpiewał od powietrza, ognia, głodu i wojny. Po prostu rozpadły się pewne stare struktury, a nowe nie wytworzyły wokół siebie otoczki kulturowej. Chesterton pisał kiedyś, że zastanawiało go, dlaczego "stare" zawody w rodzaju rolników albo marynarzy mają swoje tradycyjne pieśni, a nowe nie. Chcąc temu zaradzić, ułożył podczas jazdy pociągiem Pieśń pracowników poczty przy podbijaniu stempli oraz Pieśń bankierów przy podliczaniu kolumn. Nie wiedzieć czemu wszyscy znajomi listonosze oraz bankierzy się na Chestertona poobrażali.
    Inteligenci granatem oderwani od książek nie mieli powodu szukać w wojnie i wojowaniu wzniosłości czy objawów jakiegoś sprawiedliwego porządku. Zresztą Totalna Mobilizacja, podobnie jak Kombinat nie mają w sobie za grosz platońskiego piękna. W latach 20 w wojnie próbował odnaleźć je wspomniany Junger, a w maszynie futuryści, lecz ludzie nie dali się przekonać.
    Tyle na artystycznych wyżynach. A co w popie? Skomplikowana sprawa. Kiedy Sam Peckinpah kręcił Żelazny krzyż miał wielkie problemy, jak pogodzić antywojenną wymowę z filmu z niewątpliwym dramatyzmem i widowiskowym pięknem batalistyki. Zrobił się więc paradoks. Z jednej strony popkultura, jako przeżarta lewactwem, pacyfizmem i prawoczłowieczyzmem powinna wszelką przemoc potępiać. Z drugiej strony przemoc jest fajna. W ogóle konflikt sam w sobie jest fajny.
    Wielki problem z tym mają gry. W ogóle gry skrywają, narzekał przy mnie zajmujący się nimi zawodowo naukowiec, jakiś utajony przedliberalny genotyp, który nawet plugawy najświatlejszy projekt. W grach konkurujesz, zdobywasz, porządkujesz, kolonizujesz, podbijasz i eksterminujesz. Nawet prosty tetris wydaje się niepokojący, kiedy pomyśleć, że chodzi w nim, by kolorowe tęczowe klocki porządkować w równe szeregi, a one wtedy znikną. Brrrr.
    Kiedy w grze pojawia się prawdziwa wojna, sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej. Pewnego rodzaju rozgrzeszenia dostąpiły strzelaniny z lat 2000, bo przenosiły akcję do drugiej wojny, która ma w sumie prostą narrację: część liberalnych wartości została warunkowo zawieszona, żeby obronić je przed Brunatnym Złem. Nad produkcjami dziejącymi się w czasach współczesnych krytycy załamują ręce. Pomimo tego Battlefieldy sprzedają się jak ciepłe bułeczki i, jak napomknął na JS Orbitowski, naganiają rekruta.
    Do tego dochodzi kolejny paradoks, bowiem gdzieś od czasów romantyzmu bohaterem mas jest Buntownik. Outsider, odmieniec, rewolucjonista z wiersza Broniewskiego albo przynajmniej skrajny indywidualista. A organizacje od masowej a widowiskowej rozwałki preferują cnoty zgoła odmienne: subordynację, zdyscyplinowanie, posłuszeństwo. Zrodził się więc bękart tych dwóch porządków, czyli przekorny wojak. Pierwszy był Rambo, którego z ofiary amerykańskiego stylu wojowania zrobiono w drugim filmie jej bohatera. Musiał jednak zostać częściowo wyjęty z armijnych ryzów, stać się jednoosobowym oddziałem specjalnym, który w wojsku jest, ale poza jego regulaminem i dyscypliną. W grach Mass Effect komandor Shepard, zaprzysiężony obrońca galaktycznego pokoju, pierwszy Ziemianin w elitarnej jednostce Widm co rusz podkreśla swoje niezdyscyplinowanie i umiejętność samodzielnego myślenia. Żeby nikt sobie nie pomyślał, że jest z tego złego woja.
    W jakim kierunku podąży skomplikowany związek kultury i wojowania? Prorokiem nie jestem, ale dzisiaj rano pomyślałem z nagła, jaką zawrotną karierę zrobili nerdzi. Niedawno jeszcze pogardzani dziwacy, w kilka lat zawojowali świat (polecam tekst Agrafka o Community). Czemu więc nie mieliby trafić do wojska? Nie ma szans, by jakiś nowy Cezar napisał nową Wojnę galijską, ostatni jako-tako piszący generałowie odsłużyli swoje podczas drugiej wojny, lecz wciąż i wciąż byli oficerowie czy analitycy chwytają za pióro. W USA, słyszałem, to już cała gałąź literatury. Wspomnienia snajperów, historyczne tasiemcowe bojewiki, czyli nie jakaś wielka literatura, ale właśnie coś, z czego fantastycznej wersji wyewoluowała kultura nerdowska.  U nas taką rolę pełni WarBook. Tylko czekać, aż pierwsze jaskółki przemienią się w coś poważniejszego.
    Na pewno przemawia za tym rozwój techniki. Sto lat temu rewolucja przemysłowa przekształciła wojnę w zjawisko masowe jak ruch robotniczy, dziś marzeniem i celem teoretyków jest automatyzacja, drony w powietrzu i elektroniczne wspomaganie na lądzie. Żołnierz-robotnik tego nie ogarnie, hipotetyczny żołnierz-nerd jest do tego stworzony. Przypadki Edwarda Snowdena oraz Bradleya/Chelsey Manning zdają się wskazywać, że nowy typ żołnierza już się pojawił, a armia starego typu nie była na to przygotowana.
    A jak za Bugiem? Rosjanom udało się, w pokrętny postkomunistyczny sposób inkorporować wojnę do popkultury. Wszyscy już Polsce chyba znamy błatniacko-militarystyczny zespół Lube. To jest muzyka popularna, w Rosji na koncerty Lube walą tłumy, u nas zapełnili Salę Kongresową, płyta Kombat z 1996 roku podbiła serca żołnierzy I wojny czeczeńskiej. Z kolei punkowiec Jegor Letow nagrał piosenkę U wojny nie żenskoje lico, której słowa pełne są pokory wobec jej okrutnego majestatu, której słowa nie przeszłyby przez gardło żadnemu przyzwoitemu muzykowi Zachodu:
    Wojna nie ma twarzy kobiety,
    ale ma kobiece ręce,
    sprawiedliwe, delikatne i prawe. Jak szkarłatne żagle,
    jak szkarłatne niebo
    wiszące nad zniewoloną ziemią.
    Ciekawe, czego w okopach (albo raczej przed monitorami w mobilnych centrach kierowania dronami) słuchać będą nerdzi wojny.

    niedziela, 14 lipca 2013

    Na ratunek mainstreamowi, na ratunek fantastyce

    Że mainstream umiera, wie każdy. Wystarczy w dniach 25-28 lipca pojechać na Krakon (wiem, straszliwie naganiam) i zapytać Andrzeja Pilipiuka. Bardzo ładnie wyjaśni. A jeżeli komuś nie wystarczy słowo znanego fantasty, tedy pozwolę się uciec do przykładów. Z głównym nurtem jest tak źle, że Jacek Dehnel ubiera się w szmateksach, Stasiuk hoduje owce, Dorota Masłowska zaś... tego nie będę pisał, bo nie wiem, czy mi wolno. Nędze po protu.
    Dlatego pisarze fantastyczni powinni zapomnieć o dawnych urazach i pospieszyć z pomocą swoim nieobeznanym w worldbulildingu kolegom oraz koleżankom. Nie jest to prosta sprawa, gdyż będzie trzeba zmienić ich przyzwyczajenia, nauczyć nowych pisarskich strategii, sprawić, by zapomnieli stare. Dlatego już teraz przygotowałem ściągę w postaci streszczeń znanych powieści głównonurtowych przy założeniu, że napisali je znani pisarze fantastyczni.

    Robinson Cruzoe Daniela Defoe Jarosława Grzędowicza
    Robinson, czterdziestoparolatek po rozwodzie, nie może znieść tego, w jaki chory, opresyjny, socjalistyczny kraj zmienia się pod rządami Partii Pracy jego kochana Stara Dobra Anglia. Kroplą, która przelała czarę goryczy, staje się podatek od okien. Robinson postanawia opuścić rodzinne strony i znaleźć miejsce, gdzie a man's gotta do what a man's gotta do. Wiedziony legendami o morskich przygodach, okrętuje się na statek handlowy. Ale i tam dotarła wszechwładza biurokratów. Nie dość zakazu gwizdania, to jeszcze w ramach profilaktyki antyszkorbutowej cała załoga zmuszona jest codziennie jeść porcję koszonej kapusty. Z opresji ratuje Robinsona katastrofa morska. "Tyle wam pomogły zakazy i nakazy", komentuje zgryźliwie bohater, kiedy szczęśliwie fala wyrzuca go na brzeg bezludnej wyspy. Ląd ten okazuje się istnym rajem. Przy braku jakiejkolwiek władzy, Robinson może wreszcie żyć tak, jak zawsze pragnął – spać do południa, palić papierosy, nie myć uszu. Taka egzystencja staje się jeszcze radośniejsza, kiedy dołącza doń Piętaszek. Niestety, żadna idylla nie trwa wiecznie. Na wyspę przypływa demoniczny Holender Jeremiesz van Dyken (zamierza założyć plantację konopi fair trade). Już pierwszego dnia zakłada urząd d/s ewidencji mieszkańców wyspy, a Piętaszka bałamuci, jakoby był prekariuszem...


    Doktor Faustus Tomasza Manna Jakuba Ćwieka
    Adriana Leverkühna, wokalistę kultowej trashowej kapeli Doktor Faustus, trapi brak weny uniemożliwiający zakończenie nagrywania nowego albumu. Z opresji ratuje go podpisanie cyrografu. Paktowanie z diabłem daje wynik – płyta zostaje ukończona w rekordowym tempie, jeszcze szybciej uzyskuje status platynowej, zaś trasa koncertowa Doktora Faustusa obejmuje wszystkie siedem kontynentów. Właśnie pod sam jej koniec, przed koncertem na biegunie południowym, Adriana znów odwiedza Szatan. Nadszedł bowiem czas zapłaty. Zespół będzie musiał na sto lat zostać infernalnym komandem  do zadań specjalnych walczącym z analogiczną jednostką po stronie niebios – Brygadą Herbert-4 (złożoną z Franka Herberta, Jamesa Herberta, Zbigniewa Herberta i Herberta George'a Wellsa).
    Powieść pełna jest nawiązań do szeroko pojętej popkultury, bohaterowie nie odzywają się inaczej, niż poprzez rzucanie ciętymi one-linerami przez wykrzywione w ironicznym uśmiechu wargi. Żeby zapewnić sprzedaz powyżej 10 tysięcy egzemplarzy autor wsiądzie w ćwiekobusika i ruszy w literacki tour po miejscowościach takich jak Gryfno, Barlinek, Jaworzno, Miasteczko Wilanów itd.

    ***
    Z drugiej strony to nie jest tak, że mainstream czeka tylko na bezinteresowną pomoc pisarzy z fandomu, sam nie mając nic do zaoferowania w zamian. Kiedy znajomym autorom głównonurtowym opowiedziałem o niuansach fantastyki, ile, na przykład, musieliby włożyć własnego wysiłku w promocję gatunkowej książki (my nie oddajemy takich spraw macherom z agencji reklamowych), oraz że konwent to nie jest miłe koleżeńskie picie w domu pracy twórczej w Oborach, ale piwem uśmiechem wkupywanie się w łaski potencjalnych fanów, powiedzieli, że nam tu w fantastyce brakuje asertywności. I że oni nas nauczą. Zaczną oczywiście od przygotowania ściągi w postaci streszczeń kilku popularnych powieści fantastycznych przy założeniu, że tym razem pisali je znani autorzy głównego nurtu.

    Lód Jacka Dukaja Dehnela
    14 lipca 1924 roku, w wigilję (niedoszłej) syberjady, przyszli po Wienedikta Ieronimowicza Jerosławskiego czynownicy. Leżał Wienedikt pod pierzyną, pod trzema kocami i starym płaszczem gabardynowym, pod barchanowymi kalesonami i swetrem włóczkowym, pod stertą skarpet, trenczem i fularem, szapoklakiem i trzema vatermoerderami, wymiętoszonymi spodniami sztuczkowymi i kamizelką w kratkę prynca Walii, dziurawym surdutem i kolekcją dagerotypów z nieskromnymi pannami, monoklem, binoklami i trycyklem, pod plątaniną odprutych, poplamionych ołówkiem kopiowym mankietów – tyle tego było, iż czynownicy, stwierdziwszy że nikt w takim syfie żyć nie może, odwrócili się na obcasach swych świeżo podzelowanych służbowych butów i wyszli. Koniec książki.

    Saga o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego Jarosława Iwaszkiewicza
    Kiedy suchoty okazują się odporne nawet na najsilniejszą magię, czarodziejka Yennefer wyrusza do znanego z suchego klimatu Kaer Morhen. Spotyka tam postawnego, urodziwego wiedźmina Geralta. Niestety nie jest sam. Towarzyszy mu Cyryl, sierota wzięty na wychowanie po tym, jak Geralt uratował go z płonącego miasta. Cyrylowi nie podoba się, że czarodziejka i wiedźmin mają się ku sobie. "Kobiety nic nie wiedzą o prawdziwej miłości" – oznajmia pewnego wieczoru. W nocy zaś wsiada na koń i ucieka. Na dalekim południu wstępuje do bandy młodocianych rabusiów zwanych Szczurami. Poznaje piękną Mistle, która mimo bycia kobietą okazuje się coś tam o miłości wiedzieć. Wyczuwszy swym siódmym wiedźmińskim zmysłem tę iskrę namiętności, Geral również wsiada na koń i rusza na ratunek Cyrylowi. Pozostawiona sama, Yennefer pokaszluje ze smutku.

    poniedziałek, 1 lipca 2013

    Na co komu fandom?

    Naturą Wszechrzeczy jest cykliczność. W wersji pogańskiej oczywiście, bo już chrześcijaństwo zastępuje koło dziejów linią chyżo śmigającą od Stworzenia do Eschatonu. Będę się trzymał wersji pogańskiej, gdyż piszę teraz o fantastyce, a ona – podobno, tak mawiają – to jedno wielkie pagaństwo i bluźnierstwo.
    Otóż kręcące się kółko w każdy czerwiec wpada na ten sam wertep zwany ogłoszeniem nominacji do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Tym razem winny jest Jakub Ćwiek, który zdobył aż 4 nominacje: 3 za opowiadania ze zbioru Chłopcy, 1 za powieść Kłamca 4. Wbrew poczuciu niedowierzanie nie jest to nic nowego. Równo dekadę temu "czwórkę" zgarnął Andrzej Pilipiuk. Różnica tylko taka, że wówczas opowiadania pochodziły z różnych czasopism. Ćwiek rozbił bank jednym zbiorem.
    Okołozajdlowskich skandali było sporo; ich listę przygotował znakomity strona Geekozaur. Widać wyraźnie, że Nagrodzie zarzuca się dwie rzeczy:
    • Głosuje/nominuje mało ludzi. Łatwo więc autorowi zmobilizować fanów, albo wręcz najbliższych przyjaciół, żeby prześliznąć się do grona najwybitniejszych autorów, Sapkowskiego, Brzezińskiej, Szostaka itd.
    • Głosuje/nominuje dużo ludzi. Decydują więc niedoedukowana literacko ludożerka, ignorując autorów wymagających na rzecz schlebiającym gustom masowym wyrobników.
    To sytuacje podstawowe. W tym roku narracja prezentuje się następująco: Ćwiek zbajerował hordę kindermetali, którzy hurtem zagłosowali na wszystko, co przeczytali. Teraz z kolei zamierza pokonać drugi etap zabawy i pod przykrywką wyszukiwania młodych talentów (których opowiadania miałby publikować w swoich kolejnych książkach jako rodzaj bonus tracku) szykuje na Polcon swoich fanbojów.
    Tyle narracja. Ja tam nie czuję w tym skandalu. Jedyną winą Ćwieka byłoby (niedopuszczalne dla wielu) łączenie etatów pisarza i showmana. A nawet ta wina nie jest całkiem jego, bo pomysł, żeby literat popisywał się przed publiką jest autorstwa Dickensa (polecam poczytać Drooda Simmonsa). Kuba Ćwiek po prostu (a i znowuż nie on pierwszy) robi to w stylu rokendrolowca – z premierą nowego albumu tomu wsiada do busika i rusza w trasę. Co więcej, skupiając się na Ćwieku, fandom prawie zupełnie przeoczył dwa inne objawy kryzysu: do puli nie przedostał się żaden autor, który by nie miał nominacji w latach wcześniejszych oraz w kategorii "powieść" nominowano aż trzy (!) czwarte tomy (!!). Co to znaczy?
    Jedni chcą widzieć przyczynę zamieszania w rozejściu się idei ze stanem faktycznym. Nagroda Zajdla ma być, jak podaje oficjalna strona, coroczną nagrodą w dziedzinie fantastyki, przyznawaną przez miłośników fantastyki autorom najlepszych polskich utworów literackich.
    Właśnie. Po pierwsze mają ją przyznawać jacyś bliżej nieokreśleni miłośnicy fantastyki, podczas gdy w finale są to uczestnicy Polconu, na pierwszym etapie zaś – ktokolwiek. Po drugie zaś utwory najlepsze w praktyce okazują się utworami najpopularniejszych autorów. Cała reszta ma wynikać z tego: jedni chcą bronić idei utworu najlepszego, innym milsza jest popularność autora – zwłaszcza że spora część fandomu zdaje się odrzucać istnienie jakichś obiektywnych przesłanek, na podstawie których można wartościowych przesłanek. Póki któraś z grup nie zwycięży, Nagroda będzie stać pomiędzy.
    Czy jednak aby?
    Ja bym jednak pominął talmudyczne rozważania, która interpretacja roli Zajdli jest lepsza. Za to przyczepiłbym się słów Nagroda Fandomu Polskiego. Wiem oczywiście, iż w tym przypadku :Fandom Polski" oznacza nazwę własną związku stowarzyszeń. W takim przypadku byłoby okej, tak już jest, że pieczę nad nagrodami sprawują rozmaite organizacje. Tak jest wszędzie. Ale bądźmy szczerzy, tu chodzi też o inny fandom, ten nieokreślony, amorficzny twór zbiorowy, o który kiedyś regularnie toczyły się wojenki, czym jest, kto do niego należy i na jakich prawach, wreszcie czy istnieje jakaś różnica między "Fandomem" wielką literą a "fandomem" małą. I to coś, co samo nie wie, czym jest poczuwa się do moralnej odpowiedzialności do najważniejszej polskiej nagrody fantastycznej. Cała reszta bierze się z tego właśnie. Kiedy pisarz X mobilizuje wszystkich łącznie z rodziną, winą jego jest angażowanie obcych do wewnętrznych spraw fandomu. Kiedy natomiast wygrywa szeroko lubiany pisarz Y, fanom jego zarzuca się bycie jakimś gorszym fandomem, niepełnym fandomem, niedojrzałym fandomem, który owszem i należy, ale z różnych przyczyn nie powinien mieć prawa głosu. Przynajmniej póki nie zmądrzeje.
    Przed 1990 nagrodę przyznawano przez głosowanie klubów zrzeszonych w Związku. To rozwiązanie dobre pod tym względem, że zaangażowanie w jakiejś fantastycznej organizacji rozstrzyga bezsprzecznie, czy się należy do fandomu, czy nie (i czy w odpowiednim stopniu). Z drugiej strony już wtedy musiało to być rozwiązanie nieefektywne, skoro z niego zrezygnowano (dowód: aż trzykrotnie: w 1986, 1987 i 1989 nagroda nie była przyznawana). Ale gdyby jednak zdecydowano się do tamtej formuły powrócić, taki odnowiony Zajdel też mógłby utknąć w klinczu, a narracja by nań odpowiadała: wygrywa nie najlepszy, ale ten, kto ma chody w klubach oraz wszystkie związki na Powązki...
    Ja zaś na to: rozwiązać fandom. Ta wspólnota nie przystaje do współczesności.
    W zeszłym roku recenzowałem znakomitą biografię Lovecrafta, w której, zupełnie na marginesie, wspominane były początki fandomu w Ameryce: czytelnicy pulpowych pisemek pisali listy do redakcji, pisali listy między sobą, jeździli po kraju, by spotykać się w swoich mieszkaniach, wreszcie organizowali pełnoprawne zloty. Z wielką chęcią przeczytałbym całą książkę opisującą historię narodzin ruchu fanowskiego. A potem drugi tom o tym samym, ale w Polsce. Ale to było kiedyś. Fantastyka (to z kolei pisał Dukaj NF, ale podobne wnioski wyciągnęło już wielu) zwyciężyła. Poszła w lud, już nie jest własnością fascynatów i oryginałów. Hitem HBO jest Gra o Tron, co miesiąc w kinach mamy fantastycznego blockbustera, gry niemal w całości są fantastyczne. Czy więc kuzyn pisarza X jest jednak w fandomie, skoro był na Hobbicie? A co z czytelnikami Zmierzchu i Igrzysk śmierci? Odruchowo wszyscy mówią "nie", lecz przecież coś jesteśmy im winni, skoro fantastyka pożarła romans i literaturę młodzieżową.
    Oprócz casualowych fantastów jesteśmy my, resztki tego słynnego starego fandomu, który ongi był jedynym odbiorcą fantastyki. I jak na tak nieliczną grupę jesteśmy straszliwie podzieleni. Ten czyta tylko postapo, tamta jest tolkienistką i niczym innym, tamci żyją legendą lat 90, małymi konami w szkołach, kłótniami o batystowe majtki Renfri i "czarną" amberowską edycją Conana.
    Kocham tę małą wspólnotę miłośników fantastyki. Wiele jej zawdzięczam, więcej może niż jakiejkolwiek grupie. Ale to tylko ja. Tysiące jeżdżące na Comic-cony i Pyrkony obejdą się bez fandomu. Literaturze też nie jest potrzebny, a i chyba nawet trochę przeszkadza, bo jak ma ktoś poważnie traktować pisarzy, którzy, żeby przetrwać, muszą wesprzeć się na zwartej i superzorganizowanej grupie fanów.
    Dlatego – rozwiązać fandom.
    A nagrody niech przyznaje sobie kto chce i za co chce. Zweryfikuje je czas.


    wtorek, 21 sierpnia 2012

    Heca większa, niż Daniken na Polconie

    Jest takie francuskie wyrażenie l’esprit de l’escalier, a oznacza spóźnioną ripostę. Wszystkie cięte teksty, wszystkie genialne pomysły pomyślane poniewczasie są owym duchem schodów (bo tak to się tłumaczy na polski). Ja swojego l'espirita zaliczyłem przed momentem. Jaka szkoda, błysnąłbym geniuszem.
    Chodzi o Polcon. Ptaszki ćwierkają, ze aktualny, ten z Danikenem i ambasadorem Davida Icke na Polskę, ma być ostatnim. Przyszłoroczny się nie odbędzie, bo organizująca go ekipa z Torunia wykruszyła się, a o jeszcze następnym lepiej nie mówić. To znaczy: nikt nic nie mówi, więc chyba jest bardzo źle.
    Przepadł przez to mój pomysł, który stopniem kontrowersyjności przerósłby największą nawet aktywność reptilian i Otchłani we Wrocławiu.
    Jak pewnie pamiętają P.T. czytelnicy, po Krakonie narzekałem, że fandom się kończy, a współegzystencja z fandomem mangowym, growym i innymi, w imię wiary we wspólne wartości, moja się z celem. Zarzuciła wtedy Czereśnia (streszczam rozmowę z komentarzy, bo nie każdy się w takie rzeczy wczytuje) dyskursem kolonialno-imigranckim. Że niby jestem jak ci, co każą emigrantom wynieść się z ich kraju. Nie lubię tego toku rozumowania, bo rzadko kiedy co wyjaśnia, raczej tylko zaciemnia. Mnie chodziło o coś innego. Związek literatury fantastycznej z grami, anime, komiksem euroatlantyckim itp. to takie młodzieńcze małżeństwo, zawarte ze względu na to, że razem miło nam było ("ty jeździsz na brudstock, ja jeżdżę na brudstock, lubimy się... pobierzmy się!").  Z biegiem czasu zaczyna to coraz bardziej przypominać małżeństwo z rozsądku (z kim, jak nie z tobą, w innej wsi baby/chłopa szukać nie będę). Ja proponuję iść z duchem postępu i wprowadzić do fandomu związki partnerskie. Nieprzesadne w składaniu sobie zobowiązań. Tylko tyle i aż tyle.
    Bo skoro możemy poużywać wreszcie swobody, czemu fantastyka nie mogłaby trochę zaszaleć, otworzyć się na nowe przeżycia, zamiast ciągle powtarzać te same pozycje z tymi samymi partnerami? Dlatego proponuję co następuje:
    • zaprosić na Polcon głównonurtowców;
    • zrobić cały głównonurtowy blok programowy.
    Czas wreszcie zwinąć front tej bratobójczej wojny, wywiesić białe flagi i przestać się wzajemnie wykluczać, bowiem lepiej mówić o tym, co nas łączy, niż co nas dzieli. Zacząć należy od gości. Łatwo złożyć konstruktywny skład:
    • Olga Tokarczuk – niespełnione marzenie fandomu. Tyle nasłuchałem się głosów, co by to nie było, gdyby była "nasza". Czas wreszcie zapytać ją o to osobiście.
    • Dorota Masłowska. Główny nurt wyniósł ją na piedestał, zaś fandom krytykował od najgorszych za właściwie to samo – miała była Woją polsko-ruską otworzyć literaturę na falę młodych awangardowych debiutów. Tymczasem raczej była epigonem tego nurtu i sam Paweł Dunin-Wąsowicz przyznał, że rządzą dwaj panowie D, Dukaj z Dehnelem. Poza tym Dorota Masłowska bywa czasami nieziemsko staroświecka i wbrew faktom, że dzisiaj każdy ma styczność z fantastyką, zdaje się nie mieć o niej większej wiedzy. A może jest na odwrót? Trzeba się dowiedzieć.
    • Jacek Dehnel – grał za młodu w Magię i miecz, w małym palcu ma steampunkowy cosplay i przeżył bliskie spotkanie z Przewodasem. To już właściwie nasz człowiek.
    • Jakub Żulczyk. Głównonurtowiec, ale publikował w NF. Zna fantastykę. Nie spotkałem go jeszcze osobiście, więc stąd ma propozycja.
    Taka ekipa pozwoliłaby rozruszać fantastyczny światek. Dowiedzielibyśmy się wreszcie, gdzie są większe pieniądze i uznanie czytelników, czy oni tam rzeczywiście nurzają się w paraliterackim bełkocie i dlaczego Dukaj znowu nie dostał Nike. Oni w zamian poznaliby nowych ludzi, zrewidowali uprzedzenia (jeśli takowe mają), a kto wie, może Tokarczuk szepnęłaby słówko Sierakowskiemu, aby zrobić numer Krytyki politycznej o SF, fantasy i horrorze. Wreszcie zajaśniałoby światełko dla tak wyczekiwanej lewicowej fantastyki. Fantastyka prawicowa z kolei poznałaby nowe trendy w modzie męskiej, czyli cokolwiek innego niż kamizelka wędkarska. Tu liczę na dyskretne słówko Dehnela.
    Fantastyczna kultura wzmocniłaby się, jakby Żulczyk zarzucił nutę pokazując, że muzyka to nie tylko metal i rock progresywny. Jeszcze nie wiem, co mogłaby zrobić dobrego Dorota Masłowska, ale prelekcja pt. Nieprzezroczysta narracja i inne szklanki literackie może być tu ode mnie luźną propozycją.

    poniedziałek, 13 sierpnia 2012

    Dziwna śmierć fandomowej fantastyki

    Kiedy znów będę miał 14 la,t nie popełnię tego samego błędu co za pierwszym razem, i kiedy rodzice zapytają mnie, co chcę pod choinkę, zamiast kompletu książek Sapkowskiego o Wiedźminie poproszę o komplet tomików jakiejś popularnej mangi. Przystanę do fandomu mangowo-animistycznego, który jest kolorowy, optymistyczny i zawiera więcej dziewcząt. Takie mam wnioski po tegorocznym Krakonie.
    Do wpisu o konwentach zabrałem się już po Avangardzie, ale tamto półtorej strony w Wordzie okazało się li tylko teoretyzowaniem na temat, który znam ze słyszenia. Wczoraj, przedwczoraj i przed-przedwczoraj ujrzałem tendencje w działaniu. W ogóle to był ciąg wydarzeń, który jak kolejnymi piknięciami ekran radaru pokazywał, gdzie zmierza fandom: sześciotysięczny Pyrkon, zaproszenie Daenikena na Polcon, nominacje do Zajdla, Avangarda, teraz Krakon, a w międzyczasie artykuł Marcina Zwierzchowskiego w NF, w którym to malakh wieszczy nadejście ery konwentów 2.0.
    Nie wierzę w umasowienie fandomu. Kiedyś Pilipiuk apelował, żeby wykorzystać popularność Harry'ego Pottera, zacząć znowu pisać polską fantastykę przygodową i  w ten sposób wychować nowe szeregi dorosłych bywalców zjazdów i czytelników. Żeby to było takie proste. Nie pomylę się chyba pisząc, że już teraz więcej niż połowa kultury (a popkultury na pewno) to fantastyka. W telewizji lecą Gra o tron i Żywe trupy. Gry, prócz wojennych strzelanek i historycznych strategii, są samą fantastyką. W literaturze bywa różnie, ale olbrzymie nakłady Pilipiuka, Sapkowskiego, czy nawet Igrzysk śmierci są na pewno wykupywane przez "cywilów". Przypomina to trochę sytuację rekonstruktorów historycznych. Już nikt się nie puka w czoło na wieść, że dorosłe chłopy przebierają się w mundury pierwszej kadrowej i ganiają z replikami karabinów po wynajętym poligonie. Więcej, inscenizacje bitew stały się atrakcją świąt państwowych, rozmaitych festynów czy obchodów. Ale wcale nie oznacza to, że naród nagle rzuci się działać w grupach rekonstrukcyjnych.  I tak samo te tłumy, które żyją w fantastyce, ale wcale nie chcą uczestniczyć w aktywnym fandomowym życiu, z wielką ochotą przyjdą na konwent 2.0.
    Oczywiście nie każdy konwent może upgrade'ować do wersji 2.0. Na pewno udaje się to Pyrkonowi, który przeniósł się w prestiżową lokalizację (targi poznańskie), a poza tym do tej pory odnosił same sukcesy. Jedno z drugim pozwala mu stać się poważną miejską imprezą. Czy jakieś inne kony mają szanse? To się dopiero okaże.
    Z takimi oto przemyśleniami w piątkowy poranek pospieszyłem na kampus Akademii Górniczo-Hutniczej, gdzie odbyć się miał Krakon. Szedłem od strony szkoły, w której mieściły się sale sypialne. To bardzo ważny szczegół, gdyż wyszedł z niej Harry Potter.
    Z kocimi uszami.
    Kiedyś próbowałem oglądać anime (osobna historia, jak to wyglądało) i wiem, że połowa bohaterek m&a ma takowe. To japoński sposób na oznaczenie, że postać nie przynależy do naszego świata. Nam do tego służą uszy elfie, im – kiciusiowe. Rozumiem więc, że opaski z trójkątnymi uszkami są popularnym gadżetem otaku. Ale widząc Harry'ego Pottera z takimi poczułem, że ktoś coś niemiłego robi z moim dzieciństwem.
    Ale mniejsza z tym. Że Krakon opanowali mangowcy, wiadomo było od zeszłorocznej reaktywacji konwentu. Wtedy jednak można było powiedzieć: gracze i fantaści nie zmobilizowali się odpowiednio, za rok zaklepiemy przyzwoitą salę na blok literacki, zaprosimy więcej gości, zrobimy jakiś panel albo prelekcję, a graczami obstawimy kluczowe punkty budynku. Będzie o!
    Nadzieje okazały się płonne, japońszczyzna przysłoniła nawet główny temat konwentu, którym były przygoda i podróże. Zamiast więc Indianów Jonesów czy Allanów Quatermainów widać było kimona. Kojarzę jedną prelekcję o Czarnym lądzie, z której koleżanka wyszła po kwadransie. I tyle tego.

    Literatura się w tym wszystkim męczy. Zauważył to zresztą parę miesięcy temu Jewgienij Olejniczak. Konwenty, tak te 2.0 jak i prototypy, są festynami i dyskutowanie na nich o wyższych ideach mija się z celem. Zwłaszcza kiedy fantaści pragną być docenieni przez "poważny" światek kulturalny. Może czas wreszcie dokonać rozdziału fantastyki od konwentów, a może nawet od zorganizowanemu fandomu. Żaden z tych związków nie był sakramentalny, więc jest szansa na bezkonfliktowe rozstanie. Zostańmy przyjaciółmi. Wiem, że to najbardziej bezsensowny tekst ever, ale w tym przypadku może się udać. Nie chodzi też o udawanie, że się nie znamy. Dalej będzie łączyć nas wspólna historia i podobieństwo zainteresowań, więc nie widzę problemów, żeby jedno środowisko od czasu do czasu pokazywało się z drugim, choćby na zasadzie zaproszenia jakiegoś autora na dziesięciotysięczny Pyrkon. Ale trwać w przekonaniu, że stary model fantastycznej społeczności jest wiecznotrwały – to bez sensu.

    czwartek, 12 lipca 2012

    Nie wie lewica, co czyni prawica. I na odwrót.

    Obiecywałem, że na moim blogu (raczej) nie będzie polityki. Nadszedł czas, ażeby wykorzystać możliwość zrobienia wyjątku, jaką daje mi "raczej". Zresztą wpis dojrzewał miesiącami.
    Główna inspiracja pojawiła się jednak niedawno. Chodzi o artykuł Wyobraźnia po prawej stronie, który ukazał się w weekendowej rzepie. Zbieżność tytułu ze znanym tekstem Dukaja nieprzypadkowa.
    Dominacja prawicowców w polskiej fantastyce to temat stary jak świat i trudno wymyślić cokolwiek nowego. Artykuł jest taki sobie, ot średnie stany Rzepy. Ale może posłużyć jako podkładka pod nieco szersze rozważania. W tym celu zalinkuję jeszcze Drugi obieg, gdzie jak zwykle pojawiły się głosy wybijające ponad przeciętny poziom dyskursu w fandomie. Jak chociażby teza agrafka, że prawoskrętność dotyka również wydawnictw (zwłaszcza teraz, kiedy po kolejnej ofensywie kryzysu wydaje się, że przeżyły już tylko Fabryka, Powergraph i NCK). Nie chcę tu oczywiście brutalnie wmawiać ludziom poglądy, z którymi się nie utożsamiają, więc z góry proszę o wybaczenie.
    Już spojrzenie na najgłośniejsze nazwiska udowadnia pewien przechył w prawo. Ma on przyczyny historyczne znane chyba większości. Z jednej strony zaczytana w Zajdlu stara gwardia w rodzaju Parowskiego, Oramusa i Wolskiego (tego ostatniego nigdy nie rozumiałem), z drugiej strony młodsza o 10-20 lat ekipa Klubu tfurców, nie lubiąca wszelkiej komuny i zakochana w kapitalizmie.
    Z drugiej strony od dłuższego czasu na prawym fandomie nie pojawiło się żadne nowe nazwisko. Ciągle ci sami: Pilipiuk, Grzędowicz, Komuda, Piekara, Ziemkiewicz (honorowo) itd. Był jeszcze Twardoch, on jednak wysiadł z tramwaju prawica na przystanku "śląska melancholia". Wielka szkoda, bo wnosił coś świeżego, a w końcu każde zamknięte towarzystwo zaczyna po pewnym czasie zjadać własny ogon. I to chyba dopadło prawicowych fantastów, którzy od lat nie wymyślili niczego nowego. Powstają kolejne tomy kolejnych książek, ale nie towarzyszy im żadna nowa idea. Świat rodzi nowe wyzwania dla literatury, a Pan lodowego ogrodu pozostaje taki sam, jak w 2005. A już wtedy wyglądał tak, jakby idea w nim tkwiąca istniała już w 1995. Szczęśliwie Jarosław Grzędowicz umie pisać; w przeciwnym razie skończyłoby się jak w opisywanej przed Dukaja książce Kempczyńskiego – repozytorium przeterminowanych pomysłów. Niestety, dobre pióro nie leczy z impregnacji. Wstyd było czytać, gdy Grzędowicz (ja ciągle o nim, bo to chyba najgłośniejszy reprezentant nurtu), konfrontując się z nowym problemem, robi jedno: wyśmiewa.
    Drugim felerem fantastycznej prawicy, zamkniętej w niewielkim kręgu podobnych do siebie osób jest pomieszanie akcydensu z atrybutem, czyli spraw przygodnych z jądrem światopoglądu. Po prostu autorzy mimowolnie biorą własne kompletnie aideologiczne upodobania za ich część. Najlepszym przykładem są papierosy. Grzędowicz "uprawicował" je w następujący sposób: władza lewicowych biurokratów chce zmusić ludzi do zdrowego trybu życia, więc zakazuje im palić tytoń. Ergo: fajki są prawicowe.
    Tymczasem ja uważam, że odwrót od tytoniu jest zjawiskiem społecznym. Jeszcze sto lat temu w urzędach i miejscach publicznych można było znaleźć spluwaczki (kto czytał Szweja, ten na pewno kojarzy). Spluwanie było czynnością typową dla dorosłych mężczyzn. Kobietom i dzieciom spluwać nie było wolno. Potem jednak spluwaczki zniknęły z życia publicznego. Uznano je za niehigieniczne, gdyż ślina roznosi choroby, oraz nieestetyczne. Obecnie pluje tylko margines społeczny. Identyczny proces zachodzi dzisiaj w przypadku papierosów, a to co fantaści-prawicowcy uważają za próbę wchodzenia władzy w prywatne sprawy obywateli, to po prostu zwykły populizm, sankcjonowanie czegoś, co dzieje się samo przez się.
    Czyni mnie taka nieortodoksyjna interpretacja lewicowcem?


    Lepszego obrazka nie miałem. Anime, a fe!
    W tym miejscu mógłbym zakończyć wpis. Artykuł z Rzeczypospolitej opisywał, jak to prawica rządzi w polskiej fantastyce, ja natomiast spróbowałem pokazać, wcale nie jest tak dobrze, a kolos ma gliniane nogi. Koniec. Na szczęście pozostały jeszcze dwie części eseju Dukaja (2, 3), w których próbował wzmocnić lewą nogę fandomu. Musiał najwyraźniej przeczuwać, że może z tego nic nie wyjść, bo zaproponował też, by z jego koncepcji skorzystała i prawica (absorbując nowe idee, o braku których pisałem wyżej).
    Lewicowej fantastyki (jako realnej siły) w Polsce nie ma. Był Pacyński, ale umarł, próbuje się podczepić Sapkowskiego, ale jego przynależność ideowa jest bardziej skomplikowana i zdefiniowanie jej pozostaje poza celami mojego wpisu. Są za to fandomowi lewicowcy, niezdolni (jak mi się na razie wydaje) do stworzenia literatury. Nawet nie takiej, która by coś odkrywała, ale zwykłej odpowiedzi na prawicową dominację.
    Zachód przy nas to zupełnie inny świat. Mieville pisze marksistowskie fantasy, Stross przegania ze swojego bloga reakcjonistów – rozumiecie, czytelnicy? Są na świecie miejsca, gdzie słowo "reakcjnista" coś znaczy i nie wywołuje u słuchaczy napadów szyderczego śmiechu. Więcej, każdy może tam dolecieć samolotem!
    A u nas nic. Żeby było jeszcze śmieszniej, fandomowi lewicowcy (tutaj disklajmer: piszę o tych, których mogę najłatwiej znaleźć w internecie, żadnych badań nie prowadzę) szczycą się uwielbieniem dla nowoczesnych technologii, ale jednak nie potrafią wykorzystać z Amazon Kindle, aby przetransferować lewoliteraturę nad Wisłę.
    Może właśnie o opozycję nowoczeność-tradycjonalizm się rozchodzi. Wyrażanie prawd i intuicji o świecie przy pomocy literackiej fikcji to rzecz dawna, a szczyty osiągnęła w XIX-wiecznej powieści. Dlatego w Polsce literatura fantastyczna jest prawicowa, bo ma korzenie w zanurzonej przeszłości. Zachód natomiast z jego Strossami i Mieville'ami paradoksalnie są na wcześniejszym etapie niż my. Tkwią jeszcze w imperializmie, po nas przeszła już z definicji nieuchronna Rewolucja. Wkrótce Nieuchronna przetoczy się przez syty Londyn i Nowy Jork, a literatura fantastyczna zniknie. Jak ktoś widzi w tym pomysł na futurologiczne opowiadanko, to może pożyczyć – nie zabraniam.

    Co robi więc fantasta-lewicowiec, skoro, jak wykazałem, literatura to forma ekspresji przynależąca do prawaków? Żywiołem jego jest teraźniejszość. Przeszłość pomija z powodów już wyjaśnionych wcześniej, przyszłość niebezpiecznie kojarzy się z Wiecznością (albo Chruszczowem zapowiadającym komunizm na za 20 lat). Trollerka, prowokacja, mem (być może za 100 lat będziemy wspominać Dukaja za wprowadzenie tego pojęcia do języka polskiej lewicy internetowej), wielki szyderczy LOL i szybki wjazd na Terlikowskiego.  Czasem przynosi to wspaniałe efekty, w końcu akcję, dzięki której polski satelita będzie nosił imię Lema zainicjował znany w towarzystwie osakana. Niemniej lewica celuje w happeningu i pielęgnowaniu stylu, a literatura do żadnego z obu po zwyczajnie nie pasuje.
    Lewicowcy, mimo wszystkich różnic, w niektórych aspektach przypomina prawicę. Dolega im dokładnie takie samo nierozróżnianie atrybutu i akcydensu. Za atrybut uznali brodę. I wąsy. Oraz sandały – koniecznie ze skarpetami. Brodato-sandalasta figura buca, której nienawidzą i której się lękają tak ich opętała, iż nie dostrzegają, że wizerunek zamienił się w swoją karykaturę. Mamy 2012, najbardziej niebezpieczni z prawicowców są na etapie doboru poszetek pod kolor krawata. Jedynym większym skupieniem prawicowców, które hołduje stereotypowi brodacza są zapóźnieni fandomowcy. A i oni do niej nie pasują całkowicie, bo arcywróg Jarosław Grzędowicz goli się gładko. Co więc robię lewicowcy? Zamiast postąpić rozsądnie i porzucić umarłą metaforę, brną w nią dalej.

    Fascynująca jest jeszcze u lewicowców-fantastów atencja, jaką darzą Jacka Dukaja. Przed laty na jego tekst zareagował jedynie (negatywnie) Grzędowicz. Powtórzenie jego tez przez dziennikarza Rzeczypospolitej (z podaniem źródła!) od razu wywołuje głosy obruszenia. Że nie, bo Sapkowski, Jabłoński i Pacyński świętej pamięci, że trololo, wybiórcze zestawienie naciąganych faktów, na każdego prawaka znaleźlibyśmy tuzin lewaków, gdyby tylko nam się chciało, a poza tym w zeszłym roku Wojciech Orliński puścił opowiadanie. Dowodzi to, jakiej nietykalności dorobił się Dukaj. Pamiętajmy przecież, że swego czasu Tomasz Piątek zdemaskował go jako neoliberała. Całkiem trafnie, jeżeli pominąć szczegóły oraz styl wrednego donosu. W samej Wyobraźni po prawej stronie można znaleźć kilka kompromitujących autora cytatów: od pochwały Weekendu w Spestreku po stwierdzenie, że obciachowa SF lat 90, strasząca Unią i eutanazją miała silne podstawy w rzeczywistości.
    Czyżby więc lewica w fantastyce jest tak słaba, że wspiera neoliba, giełdowego dorobkiewicza, w nadziei, że obroni ich przed Pilipiukiem i Grzędowiczem? Zgroza.
    No chyba, że wbrew pozorom z lewakami wszystko okej, a Dukaja lubią za dobrą prozę bez względu na ideologiczne podteksty.

    Ale znalazłem! :-* Rainbow Dash!
    Wypada kończyć. Co dodać? Prawica powoli wymiera, lewica nigdy się nie rozmnoży. Wygra bezideowość. Polityczne intencje w fantastyce będą niemile widziane, bo "polityka" stanie się przeciwieństwem słowa "normalność", a na nic fandom nie jest tak przeczulony, jak na podkreślaniu swojej normalności.  Odejdą w niepamięć stare spory, nastanie pokój i dobro, a w wypalonych przez wojnę ruinach gniazda uwiją pierwsze jaskółki. Czego wszystkim życzę.


    Postscriptum: jeżeli ktoś wybiera się na tegoroczną Avangardę, to będzie miał okazję wysłuchać wystąpienia prawdziwego prawicowca z PiS – Przemysława Wiplera. Nie wiem, czy to będzie osobna prelekcja, panel, czy coś innego, ale myślę, że warto się wybrać. Wipler to nie byle poseł z ostatniego rzędu, dał na wizji kuksańca Hofmanowi. Czyli zrobił coś, na co pozwala sobie tylko Kaczafi. Do tego chyba zna się na fantastyce, w każdym razie głośno złorzeczył na zakończenie trzeciego Mass Efectu.

    piątek, 29 czerwca 2012

    Zajdlodylematy

    Jakoś znów się rozleniwiłem z pisaniem blogowym. Na szczęście wczoraj ogłoszono nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, a one zawsze były dobrym tematem do ponarzekania. Wpierw jednak podam tytuły (za Esensją, niech ma, a co).
    Powieści:
    Jacek Dukaj „Science fiction” (w antologii „Science Fiction”, Powergraph)
    Maja Lidia Kossakowska „Grillbar Galaktyka” (Fabryka Słów)
    Jakub Małecki „Dżozef” (W.A.B.)
    Paweł Matuszek „Kamienna Ćma” (Wydawnictwo MAG)
    Krzysztof Piskorski „Krawędź czasu” (Agencja Wydawnicza RUNA)
    Wit Szostak „Dumanowski” (Lampa i Iskra Boża)
    Opowiadania:
    Anna Brzezińska „Żar” („Fantastyka Wydanie Specjalne” 4/2011)
    Jakub Ćwiek „Bajka o trybach i powrotach” (w antologii „Księga wojny”, Agencja Wydawnicza Runa)
    Stefan Darda „Spójrz na to z drugiej strony” (w antologii „15 blizn”, Replika)
    Magdalena Kozak „Strasznie mi się podobasz” (w antologii „Strasznie mi się podobasz”, Fabryka Słów)
    Marceli Szpak „Obcy” (blog „Masowa Konsumpcja Kultury Masowej")
    Podawszy nominantów, można zacząć bawić się w interpretacje. Ja też wysyłałem swoje propozycje (pochwaliłem się nimi na forum ś.p. SFFiH). Mogę poczuć się dumny, bo z powieściami trafiłem 4/6. Jako że co roku wybuchają spory, dlaczego wybrano tego, a a nie innego, wytłumaczę pokrótce moją metodologię. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek to robił publicznie, może więc warto zacząć.
    Powieść Dukaja to poczwórne SF: powieść fantastycznonaukowa o fantastyce naukowej, której bohater jest pisarzem powieści SF, a całość nosi tytuł Science Fiction. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, różniącej się od naszych czasów mniej więcej tyle, ile Nokia 3310 od Samsunga HTC. Do tego akcję przeplatają rozdziały wyjątkowo ambitnej powieści pisanej przez bohatera, całość zaś wieńczy mocna pointa (prawdopodobnie powidok tego, że Dukaj pierwotnie planował opowiadanie, ale jak zwykle mu się rozrosło). Wątek "realistyczny" to kapitalna powieść fandomowa (termin ukułem na wzór powieści akademickiej)  z akcją toczącą się na konwentach i w półświatku pisarzy SF lawirujących między wiernością sobie, a kuszącą komercją. Poczytałoby się coś takiego o Polakach (Dukaj tego zrobić nie mógł, bo raz że nie ma u nas środowiska pisarzy hard SF, najwyżej pojedyncze wyjątki, poza tym za bohatera potrzebował archetypu, takiego miksu Stephensona z Eganem). Wadą Science Fiction jest nadmierna skrótowość, która utrudnia ogarnięcie idei (czy JD umie jeszcze pisać krótkie formy? chyba nie). Niemniej powiesć jest godna nominacji.
    Wit Szostak w Dumanowskim pozornie odszedł od tego, czym popisywał się w Chochołach. Jest krószy od poprzednika, nie ma tej zmysłowości, a pełną introspekcji fabułę zastąpił ciąg anegdot. A jednak w tym wszystkim pobrzmiewają stałe tematy Szostaka obecne przynajmniej od Oberków (cyklu smoczogóskiego nie znam dostatecznie by móc się wypowiadać). Wszystko to napisane jest eleganckim językiem, a że miałem jeszcze niesamowity ubaw jako znający jako tako literaturę Krakus, dopisałem Dumanowskiego do moich nominacji.
    Kubę Małeckiego kiedyś, na początku jego kariery, niesłusznie oceniliśmy jako naśladowcę "menelskich" opowiadań Orbitowskiego. Niesłusznie. Małecki pisze dużo radośniej od starszego kolegi. Dużo dobrego się po nim spodziewam, a Dżozef jest chyba, koncepcyjnie, jego najambitniejszą powieścią. Trochę sobie pokomplikował sytuację, publikując jednego roku i Dżozefa, i W odbiciu (przez co przepadł w nominacjach do Żuławskiego), ale tym razem miał szczęście. I dobrze.
    O Kamiennej ćmie ex-redaktora NF i F&SF (chociaż o tym drugim w momencie premiery powieści jeszcze nie wiedział). To taki literacki koncept album, gdzie treść ma być równie ważna, co warstwa estetyczna. Sporo negatywnych opinii, jakie na temat Ćmy można poczytać w sieci wzięła się chyba z nadmiernych oczekiwań ludzi, którzy zapomnieli, że jest to debiut. Ale ambitny, a jak już pewnie wszyscy P.T. czytelnicy zauważyli, takie rzeczy mają u mnie +5 do statystyk. Więc nominowałem.
    Piątą i jedyną moją nominacją, którą nie utrafiłem, jest Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego. Dobra powieść, Uznański odszedł od freudowskiego new weirdu, w którym się specjalizuje, czym zyskał szansę trafienia do nowych czytelników. Jednym z nich okazał się sam Paweł Dunin Wąsowicz, pochlebnie recenzując Herrenvolk w Lampie i Polityce. Ja zaś prowadziłem z Autorem spotkanie na zeszłorocznym Krakonie ( tym z blokiem literackim w sypialni), więc można założyć, że ten jeden raz nominowałem po znajomości. Nawet tak nieskazitelni mężowie jak ja czasem grzeszą.
    Zostały jeszcze dwie powieści: Grillbar Galaktyka oraz Krawędź czasu. Jeszcze ich nie czytałem, więc się nie wypowiadam. Oboje to dobrzy autorzy, rozpoznawalni i popularni (Maja Lidia Kossakowska nawet bardziej).

    Porażkę absolutną poniosłem przy opowiadaniach. Gdyby był bukmacher przyjmujący zakłady zajdlowskie, utopiłbym w jego kantorku spore pieniądze. Obstawiałem dwie fenomenalne antologie Powergraphu i jednego Twardocha. Popularniejsze okazały się antologie Runy i Fabryki.
    Miałem szansę trafić Brzezińską, bo kupiłem ten numer NFWS, ale wyznam szczerze, że
    Żary nie przeczytałem, bo bardziej interesowały mnie teksty Szostaka i Bacigalupiego. A potem jakoś zapomniałem, pojawiły się kolejne książki do czytania. O Dardzie i Szpaku za chwilę.

    Na forum drugiego obiegu Adon, czyli Marcin Pągowski (autor wydanej w zeszłym roku książki Zima mej duszy) dziwił się z rozbieżności między nominacjami a tym, o czym się przez zeszły rok mówiło w środowisku. Rzecz warta przemyślenia.
    Wszelkie kontrowersje i obrazy związane z Nagrodą, tak nominacje, jak i ostateczne wyniki, ludzie rozsądni, niechętni pyskówkom, zwykli zbywać stwierdzeniem, że Nagroda jest demokratyczna i co robić, panie dzieju. Ja natomiast, przyszła mi myśl wczoraj, kiedym wrócił z egzaminu, nie winiłbym demokracji, chociaż wcale nie jestem jej bezwarunkowym piewcą. W zajdlowskiej demokracji są teoretycznie dwa mechanizmy kryzysogenne:
    1.  Głosy na nominacje i statuetki oddaje mała zamknięta grupa fandomowych intelektualistów, przez co nagroda nie ma żadnej korelacji z realną popularnością czy sprzedażą książek; 
    2.  Głosy oddają fandomowe "doły" z kompletnym pominięciem opinii kreowanych przez intelektualistów; burzy to kompletnie jakąkolwiek ideę pracy u podstaw czy tworzenie fantastycznej krytyki literackiej. 
    Obie narracje nie pasują jednak do faktów. Powieści intelektualiści i masy (tu wyjaśniam, że określenie jest czysto robocze i nie zamierzam w jakikolwiek sposób dzielić fandom na lepszy i gorszy) rozłożyli się po równo. W opowiadaniach chyba żadnego mechanizmu nie ma. Ambasadorem intelektualistów (oraz wymierającej prasy papierowej) jest Brzezińska (chociaż z drugiej strony masy też ją lubią). Ćwiek i Kozak  zawsze mogą liczyć na wiernych fanów. Są w końcu opowiadania Dardy i Szpaka, wisienka zagłady na bitej śmietanie chaosu, którą obficie polano zajdlowskie ciasteczko.
    Zaczęło się jakieś trzy lata temu, kiedy Darda (czy też jego wydawca) wykazał podstawową wadę systemu – przy zmobilizowaniu fanów z łatwością przepchniesz swój typ. W tym roku aż dwa opowiadania przeszły w ten sposób.
    Jeżeli ktoś boi się, że niegodni autorzy ukradną nam (nam!) zajdle, może w tym momencie przestać. Procedura jest dwustopniowa i po to finałowe głosowanie wymaga wniesienia opłaty akredytacyjnej, aby przesiać elektorat, który następnie przesieje nominacje. Czy to jest jednak takie dobre?
    W fantastyce obowiązuje panuje nieciekawa odmiana konserwatyzmu polegająca nie tyle na wierności nieprzemijającym ideałom i wartościom, ile wierności nazwiskom oraz rytuałom. Po prostu: jeżeli nie opublikujesz w branżowym wydawnictwie albo nie jesteś osobą znaną w fandomie, twoje szanse spadają. Nagłe złamanie zasady, czyli wtargnięcie Dardy, uznano za nieomal zamach stanu. Wkrótce naruszanie uświęconego porządku samo stało się zasadą, pojawił się naśladowca.
    Nie uważam, żeby było w tym coś złego. Lobbing nie jest nielegalny. Pada czasem zarzut, że tłumy przepychające Dardę nie czytały go, a głos oddały, bo to nic nie kosztuje. Może i to prawda, ale czym jest lepszy od tego tradycyjny "Dukaj roku"?
    Padł też na dniach pomysł "legalizacji" zajdlowskiego lobbingu. Pierwszym krokiem ku temu ma być Obcy Szpaka. A więc tak (żródło 1, źródło 2) :
    1. Kandydatura musi być wysunięta przez osoby z autorytetem uznawanym przez fandom;
    2. Apel o nominowanie musi być uzupełniony wymogiem wcześniejszego przeczytania tekstu;
    3. Musi być zasugerowana furtka awaryjna, że nie należy niczego brać na poważnie, to błyskotliwa ironia, #mem z #memosfera.
    Pytanie, czy mechanizm wypali w przyszłości. Myślę, że jak nie ten, to będzie musiał się pojawić inny. W tym roku padły już dwa fantastyczne pisma (mniejsza o konkretne przyczyny, kryzys prasy to jednak fakt), nie daj Boże upadnie trzecie i ostatnie (ciarki mi przeszły po plecach na wieść, że redakcja NF zmienia adres).
    Do historii przechodzi tradycyjna ścieżka kariery fantasty. Zna ją chyba każdy: młody autor debiutuje w magazynie, ćwiczy arkana sztuki (albo warsztat rzemieślnika), pisze coraz lepsze opowiadania, które zostają zauważone. Potem zostaje zaproszony do antologii, do której pisze się na specjalne zamówienie. Wreszcie następuje stadium finalne, czyli własna powieść. Zdarzały się oczywiście wyjątki za sprawą konkursów albo gwałtownej kariery, ale system sprawnie funkcjonował dopóki nie zaczął się proces zwany upadkiem prasy papierowej.
    Same antologie nie wystarczą. Krótka forma, żeby nie wyginąć, musi się przenieść na nowe tereny – czyli do Sieci. Oczywiście nie należy oczekiwać, że internet złotym środkiem na wszystkie zajdlowskie bolączki. Pojawi się nowy problem: jak ogarnąć wszystkie miejsca, w których może pojawić się proza (kłania się lemowski demon drugiego rodzaju). Zwłaszcza jeżeli ktoś wrzucać będzie teksty gdzie indziej, niż na Esensję czy Fahrenheita. W dodatku wartościowe teksty, i tak już niełatwe do znalezienia, znikną pod falą sieciowej grafomanii.
    To prowadzi do podstawowych argumentów ludzi przeciwnych "internetyzacji" fantastyki. Po pierwsze, sieciowe opka są darmowe, nie można ich traktować poważnie. Akurat z płatnościami w pismach też bywało różnie, ale jest coś na rzeczy. Na Zachodzie webziny się sprofesjonalizowały i już płacą (jak Clarkesworld, którego mam w linkach po prawej). U nas rynek wydaje się na to za płytki, ale ja wyjdę na optymistę i zaproponuję, żeby ktoś oszacował progi opłacalności. Bo może nie dziś, ale jutro taka inicjatywa może mieć sens (ach, żeby DOF stał się czymś takim...).
    Po drugie zaś sam fakt, że pisane przez osobę z aspiracjami opowiadanie zostanie zrównane z fanfikami i inną pozbawioną ambicji szmirą. Temu przeciwstawić się może jedynie promowanie "własnych" autorów, takie jakie w tym roku pomogło Dardzie i Szpakowi.

    Jeśli za zaistniałą sytuację trzeba kogoś winić to nie tajemną Grupę Trzymającą Władzę albo zmanipulowane masy. Winni są fandomowi intelektualiści (przypominam, że nie wartościuję, tylko wskazuję na temperament tej grupy ludzi), którzy nie potrafią zadbać o to, co uważają za ważne. Żałują, że przepadły dwie antologie oraz etatowy przegrany Twardoch, kiedy tymczasem wydawnictwo Kasi i Rafała Kosików przyjęło dokładnie tę samą strategię, co stronnictwa Dardy i Szpaka. Wskazali swoje typy – Amnezjak i  Gerda. Intelektualiści albo więc nie pojęli aluzji (fakt, że dyskretnej, ale po to są intelektualistami, aby się połapać, kiedy trzeba), albo nie potrafili zachęcić innych, co jest wstydem absolutnym, bo po to nasza cywilizacja wykształciła inteligentów, żeby wskazywali kierunek.

    I tak przeszedłem płynnie od Nagrody imienia Janusza A. Zajdla do lamentu nad zmarnieniem polskiego inteligenta. Ale ponieważ nie mam do powiedzenia nic ponad to, co można obejrzeć w Dniu świra, zakończę ten wpis. Wnioski są jasne: Nagroda upadnie, albo i nie upadnie, podobnie jak krótkie formy literackie. Być może za parę lat sama idea opowiadania będzie trollowana przez światlejszą część fandomu, tak jak dzisiaj robią to posiadacze Kindla z miłośnikami papieru. Tako rzecze Stross we wstępie do Wireless:
    To nie jest powieść. To zbiór opowiadań. To nie jest opowiadanie. To jest wstęp do zbioru opowiadań. To nie jest proza. To ciąg idei, które przekazuję do twojej świadomości za pomocą medium , jakim są słowa (...). Opowiadania są martwą formą w większości gatunków. (...) Nie zawsze tak było.
    Ale tak już będzie zawsze.

    P.S.: Wygrają Dukaj i Brzezińska.
    P.P.S: Powieści kryzys prasy dotknie słabiej i dużo później, bo jest wystarczająco dobrych autorów i są dość młodzi, żebyśmy nie musieli szybko potrzebować zmiany pokoleniowej. Do tego czasu będzie cykl: Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz, Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz. A jak się znudzi to to samo, tylko na odwrót.