Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NF. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NF. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2019

Nowa Fantastyka 11/2019

Wstyd trochę zaglądać mi na bloga, a jeszcze bardziej odzywać się po tak długiej przerwie. Na swoje usprawiedliwienie mam multum rzeczy, które właśnie robię. Jednym z efektów pracy jest opowiadanie Kochałam Zbyszka Cybulskiego, które znajdziecie w listopadowej Nowej Fantastyce. Science Fiction, rozbuchany tytuł i parę, mam nadzieję, że udanych, wykrętek narracyjnych to chyba ten miks, który najbardziej chciałbym pisać. Ale nie tylko, bo by się znudziło.
Zapraszam do lektury i zapewniam, że to nie koniec.


czwartek, 27 września 2018

Nowa Fantastyka 10/2018

Do kiosków trafił właśnie październikowy numer Nowej Fantastyki. Wiąże się z tym mała prywata, bowiem znajdziecie w niej moje opowiadanie Leże boga-smoka. Tytuł chyba dość jednoznacznie wskazuje, że jest to opowiadanie fantasy, a motto, które je rozpoczyna, równie jednoznacznie kieruje ku jego odmianie heroicznej, w której łatwo się zauroczyć, jeśli przedawkować Conana. A mnie się to w pewnym momencie zdarzyło.
Nie wdając się w dalsze autoegzegezy, serdecznie zapraszam do lektury.


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Sezon nagród albo kryzys krótkiej formy

Dziś o wczesnych godzinach rannych pojawiła się lista książek nominowanych do Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego:
  1. Rafał Kosik  –  Różaniec
  2. Anna Kańtoch  –  Niepełnia
  3. Paweł Majka  –  Wojny przestrzeni
  4. Elżbieta Cherezińska  –  Płomienna korona
  5. Paweł Majka  –  Berserk
  6. Jarosław Grzędowicz  –  Hel3
  7. Zygmunt Miłoszewski   –  Jak zawsze
Niniejszym sezon polskich nagród literackich możemy uznać za rozpoczęty. Nieco wcześniej, bo w Wielką Sobotę ogłoszono nominacje do Hugo. Wkrótce, bo 30 kwietnia, mija termin zgłaszania nominacji do Zajdli.
W przypadku Żuławi widzimy, że Kosikowi jak na razie udał się powrót po latach do fantastyki dla dorosłych. Kańtoch to, wszyscy wiemy, etatowa zwyciężczyni (2 Żuławie i 3 nominacje, 5 Zajdli 5 nominacji). Po piętach depcze jej Majka (2 Żuławie i 3 nominacje do Zajdla), autor młodszy stażem, ale bardzo lubiany i przez fanów, i przez krytyków. Dziwi pojawienie się Grzędowicza — Hel-3 dość powszechnie uważa się za książkę poniżej jego możliwości (zresztą sam się przyznał, że pisał podczas walki z blokadą twórczą). Ciekawe jest pojawianie się wśród nominacji pisarzy spoza fandomu — Cherezińskiej i Miłoszewskiego.
Nie wiemy, jak zadecydują jurorzy, ale do tej pory regułą (z dwoma wyjątkami — Chochołów w 2011 i Czarnego w 2013) było, że mając książkę z pogranicza i fantastykę bardziej standardową, wybierali to drugie. Stawiałbym więc z w tym roku na Kosika. Trochę w ciemno, bo jeszcze go nie przeczytałem, ale Kańtoch jest zbyt dziwna, a Majka zbyt popowy[1] jak na dość zachowawcze gusta jurorów. Prawdziwą sensacją byłoby zwycięstwo Cherezińskiej lub Miłoszewskiego.
Ale to tylko zgadywanki w rodzaju rozważań, na ile nominacje do Żuławi przełożą się na Zajdle, skoro elektorzy są również aktywnymi działaczami fandomu. Ciekawsze wydaje się rozważenie opinii przewijającej się już tu i ówdzie — że 2017 był słabym rokiem dla polskiej fantastyki.
To oczywiście bardzo subiektywne wrażenie, bo nie ma chyba nikogo, kto przeczytałby wszystko[2]. Nieoficjalna lista przygotowana przez ekipę Zewu Zajdla[3] podaje 120 powieści i 413 opowiadań[4]. Niemniej nie przypominam sobie, żeby rok temu przydarzył się jakiś szeroko komentowany tekst. Jakby wypłaszczyło nam gatunek. Podejrzewam, że wśród mniej znanych, początkujących autorów kryje się jakaś perełka (mam do nadrobienia właściwie całą, prócz Krajewskiej i Ochnika, zeszłoroczną produkcję Genius Creations), ale przy obecnej nadprodukcji trudno zostać zauważonym. Mają z tym problem nawet doświadczeni autorzy — wyobrażacie sobie, że do tegorocznych Reflektorów (przyznawana na Pyrkonie nagroda NF dla dla talentów pisarskich, które jeszcze nie porwały tłumów, ale wkrótce to zrobią) nominowana została Agnieszka Hałas[5]? Tak, ta Agnieszka Hałas, która debiutowała w Feniksie w 1998.
Wychodzi więc na to, że samych starych wyg jest za mało, żeby podtrzymać fantastykę, a młodzi mają problem z przebiciem się. Podejrzewam, że kluczem może być spadek znaczenia opowiadań.
Kiedyś opowiadania wyznaczały nowe trendy i dawały możliwość zabłyśnięcia debiutantom. Obecnie nie było, nie przypominam sobie tekstu, który wywołałby poruszenie na miarę Wiedźmina, Złotej galery, Noteki 2015, Księgi Besławii[6]. Nie wiem, dlaczego tak jest. Autorzy, nawet młodzi stażem, oszczędzają sił i wyobraźni na powieść? A może krótką formę też dopadł kryzys nadprodukcji i posegmentowania rynku? Zwróćcie uwagę, że mimo istnienia dwóch ogólnopolskich czasopism (do NF dołączył Fantom) większość z mrowia tytułów wyszczególnianych na liście pomocniczej ukazała się gdzie indziej — w zinach, niszowych antologiach, zbiorach autorskich.
Czyżby "nieciekawy rok 2017" był zapowiedzią ostrego kryzysu? Z chęcią porozmawiałbym o tym na Polconie.

[1] Ponadto był już laureatem dwa i trzy lata temu. W tym więc bez żalu może dostać złote albo srebrne wyróżnienie.
[2] Znam osobę, która czyta wystarczająco szybko, ale nawet ona musiałaby podzielić uwagę pomiędzy fantastykę a rzeczy czytane zawodowo.
[3] Bardzo pozytywna inicjatywa. W skrócie: czytaj, nominuj, głosuj. Szczegóły na fejsie.
[4] Znajdziecie ją tutaj.
[5] Pozostali nominowani to Rafał Cichowski, Grzegorz Gajek, Marcin Kowalczyk, Magdalena Kucenty, Marcin Podlewski i Istvan Vizvary.
[6] Wiem, że pewnie mało kto czytał to opowiadanie Jewgienija Olejniczaka, bo ukazało się w Fantasy & Science Fiction i nie było wtedy jeszcze dorocznych darmowych antologii-ebooków. Niemniej w mojej bańce było omawiane, więc się liczy.


sobota, 27 czerwca 2015

Nominacje do nagrody im. Janusza Zajdla

No to po nominacyjnych emocjach. Jako człowiek, któremu w tym roku przydarzyło się mieć bierne prawo wyborcze, nie powinienem się wypowiadać. A tym bardziej oceniać. Z drugiej strony miałem też prawo czynne, które zamierzam rozszerzyć o oddanie głosu w drugiej turze, więc tak jakby moja stronniczość nieco przygasła. Zresztą sami ocenicie to, co tu piszę. I tak w kategorii "opowiadanie" o statuetkę zawalczą:


  • Krystyna Chodorowska za Kre(jz)olkę (NF 3/14)
  • Stefan Darda za aż dwa teksty: Nikę oraz Rowerzystę (zbiór Opowiem ci mroczną historię)
  • Dorota Dziedzic-Chojnacka za Teleturniej (portal Fahrenheit)
  • Anna Kańtoch za Sztukę porozumienia (antologia Światy równoległe)
  • Marta Krajewska za Daję życie, daję śmierć (NF 10/14)
Uczciwie przyznam, że w opowiadaniach nie trafiłem z ani jednym tekstem. Szkoda, bo Falstart Podrzuckiego, Nawet cienie będą szeptać Uznańskiego, czy Przypadki Giliwera Kruzoe uważam za bardzo dobre.
A co mogę powiedzieć o nominowanych? Darda znowu okazał się mieć bardzo mocny, choć na co dzień mało zauważalny elektorat. Ciekawe, czy ów elektorat wybiera się do Poznania. Wyjąwszy Dardę pula jest całkowicie sfeminizowana. Zaskoczyła mnie obecność reprezentowanego przez Dziedzic-Chojnacką Fahrenheita. Jeśli chodzi o portale, prędzej spodziewałbym się tekstu z dużo silniejszej Esensji. Silniejszy, niż ludzie mówili, okazał się również Solaris, który miał był się zamknąć w małym kręgu stałych klientów swojej księgarni wysyłkowej, a tu proszę, nominacja. Mogła wprawdzie zadziałać magia nazwiska Ani Kańtoch, ale przecież najpierw ktoś (bardzo dużo ktosiów) musiał Światy równoległe kupić i przeczytać. Tylko gratulować sukcesu.
Jeszcze ciekawsze sprawy się mają z autorkami Nowej fantastyki. Nie dziwi ich obecność, w końcu NF to jedyne wychodzące czasopismo branżowe, więc musiało mieć jakąś reprezentację. Dziwi rozbieżność z wynikami plebiscytu czytelników (Zańko, Uznański, Stoczek). Wygląda na to, że fandom podzielił się nam kilka elektoratów, a granice między nimi przebiegają wbrew intuicji.


Nieco bardziej tradycyjnie prezentują się nominacje za powieści:

  • Michał Cholewa za Fortę
  • Jakub Ćwiek za Chłopców 3. Zgubę
  • Stefan Darda za Czarny wygon. Bisy 2
  • Marta Kisiel za Nomen omen
  • Tomasz Kołodziejczak za Białą redutę. Tom 1
  • Paweł Majka za Pokój światów
Tym razem udało mi się wytypować Majkę. Cóż, w totolotka też mi nigdy nie wychodziło.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, to ta, że tylko jedna z nominowanych książek nie jest częścią jakiegoś cyklu ani nie czeka na sequel. Poprzednio takie sytuacje miały miejsce w 2004, 2005 i 1013 (a dumnymi standalonami były kolejno Inne pieśni i Perfekcyjna niedoskonałość Dukaja oraz Czarne Kantoch).
Jako czytelnik czuję dyskomfort. Chciałem do Polconu nadrobić braki, ale 5 powieści zamienia się w 14 (wspominałem parę razy, jakie mam problemy z cyklami). Daje to 4 dni z niewielkim hakiem na książkę. Mordercze tempo, zwłaszcza jak ktoś nie lubi czytać na akord (ja nie cierpię). Wiem, że fantastyka cyklami stoi, ale to, z czym mamy do czynienia uniemożliwia nadrobienie braków. Albo wszyscy są na bieżąco, albo fandom rozpada się na fankluby autorów.
Już drugi raz w tej notce maluję obraz fandomu podzielonego. Czyżby to był wniosek? Ciekawe, jak widzą to inni. Ciekawe, jak będzie się przedstawiać sytuacja w sierpniu w Poznaniu.
Ja na pewno, jeśli napiszę kiedyś powieść, nie dam się wmanewrować w cykl. Jedna powieść, jeden świat*.


* To mi przypomniało, że czas wreszcie napisać** o Morcie i kolejnych tomach Dysku. Pratchett ładnie z moich dylematów wybrnął: pisał cykl, ale na tyle luźno, żeby nie wkładać czytelnikom na plecy jarzma iluś tam tomów.
** Zamiast tego przeczytałem ostatnio Czerwone koszule Scalziego i Marsjanina Weira. Obie powieści bardzo dobre i przywracają wiarę w fantastykę naukową.




    poniedziałek, 26 sierpnia 2013

    Bardzo Niefandomowo

    W fantastyce są podobno dwa typy pisarskie – brytyjski i amerykański. Brytyjczyk to intelektualista, wykształcony, często pracujący na uniwersytecie, dla niego fantastyka to sposób na pisanie, który sobie wybrał, choć wcale nie musiał. Wzorcowymi "Brytyjczykami" byliby Wells, Tolkien, Lewis, czy Lem. Typ amerykański to pisarz wyrosły z fandomu. Czytać się nauczył z pulpowych pism z kolorowymi okładkami. Zamiast "Ala ma Asa", jego pierwsze literki układały się w "Conan ma miecz". Fantastyki nie wybrał, w fantastyce się wychował i taką narodowość ma wypisaną w paszporcie.
    To oczywiście teoretyczne modele wymyślone przed kilkoma dekadami. Obecnie wszystko się pomieszało, odkąd nerdzi zaczęli się doktoryzować, doktorzy habilitować z nerdozy, a od paru lat niemal wszystkie blockbustery są fantastyką. Brytyjczycy dali się zamerykanizować i wchłonąć.
    Gdzieś w cieniu tych dwóch jest jeszcze typ trzeci, kojarzony bardziej z głównym nurtem: naturszczyk. Naturszczyk wpada w literaturę jak meteor, znikąd i robiąc straszliwe zamieszanie. Na uniwersytecie nie był, nikt nie kojarzy go z jakimś praktykującym czytanie środowiskiem. Najbliżej mu do marginesu. Do literatury wnosi parę obserwacji z życia, jedną czy dwie prywatne obsesje, język, jakiego nie pomyślałby nikt, komu mózg sformatowały książki. I jak meteor szybko się spala. W głównym nurcie to byliby Hłasko, Brycht, Iredyński. W fantastyce typ rzadko spotykany, może Snerg. Chciałoby się zaliczyć do naturszczyków Dicka (samouk trawiony jedną myślą), ale to klasyczny Amerykanin.

    Jak już wspominałem, Brytyjczycy byli, ale fandom ich zjadł. Z reguły przedstawia się to jako zwycięstwo popkultury – nie ma już podziału na lepszych i gorszych, dawni wykluczeni i wyalienowani bawią się wspólnie z normalsami na Comic-Conie i nikt już nie jest w stanie rozpoznać, kto jest kto.
    Czy aby na pewno? Fandom nie jest pozbawiony własnych problemów. Na Zachodzie się nie znam, mimo że Sieć mnie do niego zbliżyła, skupię się więc na Polsce. Na pewno zasługą polskiej fandomowej fantastyki jest fabularność. Kiedy główny nurt kojarzył się ze wszystkim, tylko nie z opowieścią, my opowieść pielęgnowaliśmy i kiedy zaczęła wreszcie doń wracać, do głównego nurtu wdarli się autorzy, którzy pierwsze kroki stawiali u nas. Z drugiej strony dopadło nas (wskazówka, że się z fandomem utożsamiam) skostnienie. Jesteśmy my, fandomowi fantaści, jak wojsko, które lata całe nie walcząc, siedziało tylko w koszarach, ćwiczyło musztrę, trochę od tego siedzenia dziwaczało i samo już nie wie, kiedy wypełnia regulamin, a kiedy ulega prywatnym szajbom kadry oficerskiej (Klub Tfurców). No jeszcze z takim bezczynnym, choć uwijającym się w koszarach, wyobcowanym wojem łączy nas pogarda dla cywilbandy.

    Ale właśnie – "fandomowa fantastyka". Czy jest możliwa niefandomowa? Dawniej i owszem. Niefandomowy był Tolkien, ale nie dość, że się przebił do dobrze funkcjonującego bez jego pomocy gatunku, to jeszcze popchnął go na nowe wody, po których pływa do dziś. Po naszej stronie żelaznej kurtyny SF od podstaw wymyślali intelektualiści (Lem, Jefremow), którzy jeśli już czegoś czerpali, to z intelektualisty Wellsa, a nie pulpy.
    Dziś to już bardzo trudne, jeśli nie nieprawdopodobne. Potencjalnych autorów fandom sformatuje samym faktem swojego istnienia, Człowiek jeszcze nie nauczy się dobrze czytać, a już zobaczy Gwiezdne wojny i Władcę pierścieni.  Co ciekawe, z drugiej strony coraz więcej pisarzy głównonurtowych pisze jawną fantastykę. Nagradzane Balladyny i romanse Karpowicza to tacy nasi Amerykańscy bogowie, Houellebecq napisał powieść o klonach, McCarthy zmiażdżył postapo Drogą. Pragnę dorwać w najbliższym czasie książki z wydawnictwa Karakter, które podobno (Dukaj mówił w wywiadzie) publikuje właśnie sporo głównonurtowej fantastyki z różnych stron świata. Ta literatura żyje jednak swoim życiem jednego ze strumyków wpadających do mainstreamu, nie zainteresowana przetoczeniem części swoich wód w dorzecze fantastyki. W Polsce wciąż egzystuje mała, starzejąca się z wolna grupka fanów, wciąż czekająca dnia, w którym na Polcon przyjedzie Olga Tokarczuk. Reszta zdaje się mieć to gdzieś, a sama autorka najprawdopodobniej nie pamięta już, że napisała przed laty list do Fantastyki.

    Najlepiej w tym wszystkim fantasy, wzmocnione wiadomym serialem HBO, pozwalające sobie na brewerie, których nauczył ją New Weird. Najgorzej zaś ma SF, zapatrzone we własną przeszłość, trapione niemocą, proszące się o przetoczenie krwi. O jakiegoś profesora Jefremowa, intelektualistę Lema, reformatora społecznego Wellsa. To jednak raczej nie nastąpi. Biada nam, oj biada.

    sobota, 27 października 2012

    Stan Strossa

    Wyobraźmy sobie, że w 1990 roku, w NF albo Feniksie wychodzi opowiadanie fantastycznonaukowe, którego akcja toczy się w 2012 roku. Fabuła nieważna, może być jakakolwiek, skupię się na prostej scence. Bohater ma zawieszony na ścianie wielki płaski telewizor, do którego podpiął laptopa i siedząc przed tym zestawem gra w sieciowe RPG, które kupił kilka dni wcześniej. Kupił w promocji na steamie, więc ma ją gdzieś w chmurze, a nie na dyskietce, płytce czy innym fizycznym nośniku. Gra w końcu mu się znudziła, więc postanowił wpaść do kumpla, który wprowadził się do nowego mieszkania i od tygodnia go zaprasza. Na smartfonie sprawdza rozkład jazdy autobusów. Ma tylko pięć minut, więc czym prędzej zbiega na przystanek. Miejski autobus nadjeżdża o czasie. W środku przyjemnie szumi klimatyzacja (jest lato), bohater zerka na dwa wiszące z pułapu ekrany: boczny pokazuje guglowską mapę z zaznaczoną aktualną pozycją pojazdu, na przednim leci niemy serwis informacyjny. Tu mrugnięcie okiem do czytelnika: według autora opowiadania premierem jest ten młody rudy liberał z Gdańska a z tekstu pod Jarosławem Kaczyńskim wynika, że wojna na górze nadal trwa. Zostawmy jednak robienie sobie żartów bieżączki roku 1990, bo nie tego czytelnik oczekuje. Polityki nie lubi również bohater opowiadania, bo wyciąga z kieszeni Kindla. Kilkoma ruchami po dotykowym ekranie wybiera książkę, jedną z tysiąca na karcie microSD. To powieść SF popularnego i poważanego anglojęzycznego pisarza. Bohater ściągnął ją za darmo ze strony autora na prawach licencji Creative Commons zaraz po tym, jak się tam pojawiła.
    Bohater nie zdążył jednak przeczytać więcej niż kilka stron, bo ciepły głos Anny Dymnej oznajmił, że autobus dotarł na miejsce. Bohater wysiadł. Zorientowawszy się, że to nowe osiedle i nie może połaś się w labiryncie domów, jeszcze raz sięgnął po smartfona. Włączył GPS i z jego pomocą łatwo trafi do celu.
    Science Fiction, prawda?
    Czytam właśnie Stan wstrzymania Strossa, który jest właśnie czymś takim. Nie wiem, jak książka się skończy, może dobrze, a może rozczarowująco, ale nie o to chodzi. Znalazłem przykład SF tak bliskiego zasięgu, że prawie przestającego być fantastyką. Ale leżącego na odpowiedniej półce w księgarni. "Szczęścia" takiego nie miały powieści Michaela Crichtona, które przecież były klasyczną esefową "opowieścią o wynalazku", tylko opisaną w formie korporacyjnego dreszczowca.
    Cały czas myślę o tym wymyślonym na początku wpisu opowiadanku. Jak by je wtedy odebrali czytelnicy? Obwołali klasyką polskiego cyberpunku, czy wysłali listy do redakcji z protestami, że tekst nie staje się fantastyczny, przez wyposażenie bohatera w nieco szybszy komputer niż Atari i nieco mniejszą komórkę niż cegłówka od Centertela? Nie wymyśliłem, co zdarzy się po wyjściu z autobusu, ale na pewno nie byłoby podróży w czasie czy klonowania  (mam nadzieję, że u Strossa też takich historii nie będzie). . Nikt by też nie odkrył w kulminacyjnej scenie, że serwery Google'a działają na technologiach pozyskanych z zestrzelonego UFO.
    Czymś takim właśnie jest Stan wstrzymania – nie mam tylko perspektywy roku 2018 na dowód. Pomimo tego i tak czuję, że tak będzie, a właściwie już jest, tylko mniej i wolniej. Okulary od Google (znowu ta firma...) już są, w sieciowe erpegi grają miliony, tysiące próbują w nich cheatować. Pierwsze z drugim i trzecim łączą się harmonijnie i jeśli damy im dojrzeć przez kilka lat wyjdzie nam powieść Strossa.
    Więc czym ona jest: bliskozasięgowym SF, współczesnym kryminałem skupionym na nowoczesnej technice, przez co przypominającym SF, a może fabularyzowaną publicystyką? Bo – jeśli można tak delikatnie powiedzieć – nie czyta się Strossa dla języka i literackości. Niech każdy czytelnik osądzi samodzielnie. Przynajmniej wszystkie możliwe odpowiedzi są w jakimś stopniu satysfakcjonujące.

    Jeszcze jedno na koniec. Wygrzebałem z szafy maszynę do pisania. Razem z nią w walizeczce był też plik pożółkłych kartek. Taśma barwiąca również od dawna nie była wymieniana, więc można takim zestawem popełnić zgrabne fałszerstwo. Mógłbym więc wymyślić dokończenie wspominanego na początku opowiadania, napisać je i wysłać redaktorowi Parowskiemu do NF. Dołączyłbym jeszcze taki oto liścik:
    Szanowny Panie Redaktorze!
    Napisałem to opowiadanie wiele lat temu, ale jak na złość jedyny maszynopis przepadł podczas przeprowadzki. Znalazłem go dopiero niedawno między płytami gramofonowymi. Od razu dopadły mnie wspomnienia oraz chęć dokończenia tego, co chciałem zrobić w 1990. Boję się trochę, że opowiadanie jest przestarzałe, jak na nasze czasy, lecz z drugiej strony tylu miłośników fantastyki mówi dzisiaj, że chcieliby poczytać czasami prozę w starym stylu...
    Udałoby się, czy by się nie udało?

    sobota, 14 kwietnia 2012

    Małpy i podróżnicy w czasie

    Jest wiele sposobów klasyfikacji książek. Między innymi na czytane za jednym zamachem i takie, których lektura nie ma wyraźnych ram czasowych. O tych pierwszych łatwiej się wypowiadać, bo można kategorycznie stwierdzić: właśnie skończyłem, skończyłem jakiś czas temu i przemyślałem, mam następujące refleksje. W przypadku tych drugich książek wiadomo, kiedy się ją zdobyło. Cała reszta jest nieokreślona. Do jednych fragmentów wraca się co jakiś czas, inne przeczytało tylko raz, może minąć rok, a nie przekroczyło się jeszcze 50%.
    Taką książką są Małpy Pana Boga. Słowa redaktora Macieja Parowskiego. Dla mnie rzecz rewelacyjna. Małpy są wehikułem czasu wojażującym po fantastyce na trasie 1987-2011. Przynoszą teksty, o których mogłem jedynie słuchać, jak (nomen omen) Wiedźmin Geralt jako podróżnik w czasie (pomysłowy esej i świadectwo, jak próbowano rozgryźć twórczość Sapkowskiego). Przynosi recenzje, wywiady, artykuły eseje i słynne polemiki, od których podobno w tamtych latach aż iskrzyło w fandomie.
    Mało jest w polskiej fantastyce pozycji niebeletrystycznych. Trochę przedruków prac magisterskich, dwie książki Marka Oramusa, obciążony typowym dla autora efekciarstwem Rękopis znaleziony w smoczej jaskini, książka o Lemie Orlińskiego. Parowski mógł więc po prostu zebrać stare kawałki i wrzucić je do książki w kolejności chronologicznej, albo i bez jakiejkolwiek, jak papiery leżały na stosie. Tymczasem Małpy Pana Boga są bardzo dobre edytorsko (w recenzjach o tym fakcie nikt nie pisał, a warto to odnotować). Każdy z 6 rozdziałów autor poprzedził mottem i wstępem, często tekst przerwany jest serią zdjęć z opisami. Do tego autor nie zapomniał, że pewne konteksty są dzisiaj nie pamiętane, więc pododawał przypisy.
    Po Pyrkonie komentator korwinowskiego Najwyższego czasu chwalił fantastykę za radzenie sobie mimo braku dotacji. To nie jest do końca prawda, gdyż Narodowe Centrum Kultury, które wydało już dwukrotnie Parowskiego, wydaje z państwowych. I bardzo dobrze, bo publikacja takich książek (oraz stypendia dla takich ludzi jak Orbitowski czy Twardoch) ratuje wiarę w państwo opiekuńcze, tak słabnącą w naszych ciężkich czasach.

    poniedziałek, 9 kwietnia 2012

    Wielki kryzys

    Zły czas na taki wpis o upadku SFFiH. Świętujemy przecież Zmartwychwstanie, więc na czasie powinno być coś optymistycznego, nie zaś smuty. To moja wina, nie zdążyłem na wpis na bieżąco, nie chce mi się czekać na premierę ostatniego, majowego numeru, a Wielkanoc wypada pośrodku.
    Chyba nikt się nie spodziewał. Padło wprawdzie F&SF, ale raczej z powodów organizacyjno-personalnych. Gdyby się ogarnęli, pismo podobno mogłoby trwać. Mówi się też o kryzysie prasy, ale wydawało się, że pisma literackie mają większe szanse przeżycia. Dzienniki przegrywają z portalami, a pisma hobbystyczne z serwisami tematycznymi, ale czasopisma oferujące teksty dłuższe, bardziej pogłębione niż te w necie mogą ocaleć (taką nadzieję wyraża Paweł Dunin-Wąsowicz). Najbardziej chyba przygotowaniu niespodzianki przyczyniło się informowanie przez SFFiH o wysokości nakładu. Wprawdzie spadał (z 10 tys 300 na 9 tys), ale problemów szuka się u tych, którzy go nie podają. Niedawno jeszcze wskazywano na Nową Fantastykę. Że jak ktoś, to ona. Tymczasem trzyma się, wygląda dobrze i znów jest jedyna.
    Długo nie wiedziałem, co o tym myśleć. Aż poszedłem w odwiedziny do znajomych, a tam znany w towarzystwie Jarek Urbaniuk zapytał, jak to ma w zwyczaju, "co się dzieje w tej polskiej fantastyce".
    Ano nic.
    Podobnie jak SFFiH informacją o nakładzie "przykryło"swoje problemy, tak sukcesy fantastyki zaciemniają nam prawdziwy widok: jest źle, bo to wisi w powietrzu. Cała radość z tego, że w jednym roku potrafią pojawić się dwie lub więcej książek takich jak Chochoły albo Wieczny Grunwald pryska momentalnie na myśl, że nie ma następców. Od lat nie było mocnych debiutów. Zaryzykowałbym, że od 2005, kiedy talentem błysnął Robert M. Wegner. Który zresztą prawdziwy debiut miał już w 2002, ale przełomowe opowiadanie meekhańskie Robert J. Szmidt zgubił mu na 3 lata. I od tego czasu nic. Pierwsze odczuło to SFFiH, bo opierało się w całości na polskiej prozie. NF trzyma proza zagraniczna (chociaż malakh, czyli Marcin Zwierzchowski, szef działu zagranicznego twierdzi, że na Zachodzie kryzys krótkiej formy też ma miejsce - nie sądzę jednak, żeby był tak głęboki i pokoleniowy jak u nas) i publicystyka. Może więc wyżyje.
    Ciężko powiedzieć, co dalej.  Na Zachodzie wiele dobrych opowiadań ukazuje się w internecie. Na blogu, po prawej stronie jest link do Clarkesworld Magazine, z którego teksty co roku są nominowane do Hugo. U nas ten model na razie nie ma większych szans. Portale są rozdrobnione, więc nawet wartościowe teksty zaginą w szumie (może za wyjątkiem rzeczy z Esensji, która ma dużą rozpoznawalność). Zostaje NF i antologie Powergraphu.
    Tylko kto te dobre opowiadania miałby pisać? Autorów wcale nie ma tak dużo. Tuzy Fabryki Słów ich już nie pisują, a jak już to do antologii swojego wydawnictwa (których tez jest mniej, niż dawniej). Stajni Kosików starcza sił na antologie powergraphowskie i kilka opowiadań w czasopismach. W gruncie rzeczy po upadku Science Fiction przestrzeni dalej jest więcej, niż jesteśmy w stanie ją zapełnić. A debiutantów brak.
    Przy okazji nieprawdą okazała się teza, że duża produkcja fantastyki doprowadzi do poprawy jakości, gdyż zdolni autorzy będą mieli większą możliwość publikacji i ćwiczenia warsztatu. Nic takiego się nie stało. Kolejna rysa na micie Klubu Tfurców. Micie czekającym na swojego Domosławskiego.
    SFFiH należy się pogodne pogrzebowe wspomnienie, bo na pewno wniosło coś dobrego do polskiej fantastyki. Ale jak skupić się na przeszłości, skoro przyszłość, i to ta najbliższa, zapowiada się tak nieciekawie.