Jest takie francuskie wyrażenie
l’esprit de l’escalier, a oznacza spóźnioną ripostę. Wszystkie cięte teksty, wszystkie genialne pomysły pomyślane poniewczasie są owym duchem schodów (bo tak to się tłumaczy na polski). Ja swojego l'espirita zaliczyłem przed momentem. Jaka szkoda, błysnąłbym geniuszem.
Chodzi o Polcon. Ptaszki ćwierkają, ze aktualny, ten z Danikenem i ambasadorem Davida Icke na Polskę, ma być ostatnim. Przyszłoroczny się nie odbędzie, bo organizująca go ekipa z Torunia wykruszyła się, a o jeszcze następnym lepiej nie mówić. To znaczy: nikt nic nie mówi, więc chyba jest bardzo źle.
Przepadł przez to mój pomysł, który stopniem kontrowersyjności przerósłby największą nawet aktywność reptilian i Otchłani we Wrocławiu.
Jak pewnie pamiętają P.T. czytelnicy, po Krakonie narzekałem, że fandom się kończy, a współegzystencja z fandomem mangowym, growym i innymi, w imię wiary we wspólne wartości, moja się z celem. Zarzuciła wtedy
Czereśnia (streszczam rozmowę z komentarzy, bo nie każdy się w takie rzeczy wczytuje) dyskursem kolonialno-imigranckim. Że niby jestem jak ci, co każą emigrantom wynieść się z ich kraju. Nie lubię tego toku rozumowania, bo rzadko kiedy co wyjaśnia, raczej tylko zaciemnia. Mnie chodziło o coś innego. Związek literatury fantastycznej z grami, anime, komiksem euroatlantyckim itp. to takie młodzieńcze małżeństwo, zawarte ze względu na to, że razem miło nam było ("ty jeździsz na brudstock, ja jeżdżę na brudstock, lubimy się... pobierzmy się!"). Z biegiem czasu zaczyna to coraz bardziej przypominać małżeństwo z rozsądku (z kim, jak nie z tobą, w innej wsi baby/chłopa szukać nie będę). Ja proponuję iść z duchem postępu i wprowadzić do fandomu związki partnerskie. Nieprzesadne w składaniu sobie zobowiązań. Tylko tyle i aż tyle.
Bo skoro możemy poużywać wreszcie swobody, czemu fantastyka nie mogłaby trochę zaszaleć, otworzyć się na nowe przeżycia, zamiast ciągle powtarzać te same pozycje z tymi samymi partnerami? Dlatego proponuję co następuje:
- zaprosić na Polcon głównonurtowców;
- zrobić cały głównonurtowy blok programowy.
Czas wreszcie zwinąć front tej bratobójczej wojny, wywiesić białe flagi i przestać się wzajemnie wykluczać, bowiem lepiej mówić o tym, co nas łączy, niż co nas dzieli. Zacząć należy od gości. Łatwo złożyć konstruktywny skład:
Taka ekipa pozwoliłaby rozruszać fantastyczny światek. Dowiedzielibyśmy się wreszcie, gdzie są większe pieniądze i uznanie czytelników, czy oni tam rzeczywiście nurzają się w paraliterackim bełkocie i dlaczego Dukaj znowu nie dostał Nike. Oni w zamian poznaliby nowych ludzi, zrewidowali uprzedzenia (jeśli takowe mają), a kto wie, może Tokarczuk szepnęłaby słówko Sierakowskiemu, aby zrobić numer
Krytyki politycznej o SF, fantasy i horrorze. Wreszcie zajaśniałoby światełko dla tak wyczekiwanej lewicowej fantastyki. Fantastyka prawicowa z kolei poznałaby nowe trendy w modzie męskiej, czyli cokolwiek innego niż kamizelka wędkarska. Tu liczę na dyskretne słówko Dehnela.
Fantastyczna kultura wzmocniłaby się, jakby Żulczyk zarzucił nutę pokazując, że muzyka to nie tylko metal i rock progresywny. Jeszcze nie wiem, co mogłaby zrobić dobrego Dorota Masłowska, ale prelekcja pt.
Nieprzezroczysta narracja i inne szklanki literackie może być tu ode mnie luźną propozycją.