Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lutego 2017

Django Pilipiuk

Andrzej Pilipiuk napisał na swojej stronie (nie da się linkować do pojedynczych wpisów, wiec w razie czego doklikajcie się do 11 lutego 2017) o planach pisarskich. Wśród rzeczy, o których wspominał już wcześniej, kryje się taki oto rodzynek:
W luźnych planach jest opowieść o czasach rzeczpospolitej szlacheckiej – ale opisanej z punktu widzenia cwanych i wrednych chłopów pańszczyźnianych. Jak to kiedyś napiszę – zadedykuję Jackowi Komudzie – wyobrażam sobie jego minę podczas lektury… 
Jednocześnie wspomina, że zamierza w miarę możliwości zwiększyć tempo produkcji do trzech książek rocznie. To akurat nie cieszy, bo Pilipiuk jest nierównym pisarzem, który dawno już przekroczył próg, po którym prędkość oznacza spadek jakości. Szkoda, bo w swoich lepszych momentach potrafi stworzyć rzeczy naprawdę fajnie. Spokojnie mógłbym z jego bibliografii wykroić 2-3 tomy Opowiadań najlepszych, które naprawdę warte byłyby czytania. Tu uwaga, że Wielki Grafoman radzi sobie lepiej z krótką formą i ma pecha żyć w epoce, w której rządzą niepodzielnie opasłe powieści.
Nie mogę na przykład cyklu o wampirach w PRL. Przecież to samograj: urban fantasy jest niesamowicie popularne, a Polska Ludowa to z kolei atrakcyjny, wciąż rzadko eksploatowany setting. Żeniąc jedno z drugim mamy szanse na coś naprawdę oryginalnego, a na pewno mniej oklepanego od kolejnych elfów/magów/wróżek/wilkołaków w Londynie. Jedyne co trzeba, to przemyśleć świat demoniczny i socjalistyczny oraz ich interakcje. Tymczasem Pilipiuk w każdym przypadku, jak zawsze kiedy się się spieszy, wybrał rozwiązanie najprostsze. Czy może raczej najbardziej śmiechowe. Dobre pomysły zabite banalną pointą, nieprzemyślane modyfikacje tradycyjnych wizerunków paranormalnych istot, dużo dowcipów o Zmierzchu (już w momencie druku będących strasznymi sucharami), wszystko to jest wielką zbrodnią na pomyśle. Czekam aż ktoś pójdzie po rozum do głowy i napisze własny magiczny PRL. Jak wspominałem: to dziewicza popkulturowa kraina, po której stąpało zaledwie kilku wędrowców.
Ale skończmy jechanie po Pilipiuku i przejdźmy do chwalenia. Bo jest za co. Choćby awansem za wspomniany pomysł powieści o cwanych i wrednych chłopach pańszczyźnianych. Jest to bowiem strzał w dziesiątką.
Pamiętacie jeszcze serial Artyści? Jeśli tak, to kojarzycie z pewnością aktora Kredyta, klepiącego biedę z lichej teatralnej pensyjki i pocieszającego się, że dobrze wyszedł na przesłuchaniu do filmu o rabacji. Twórcy Artystów, Demirski i Strzępka, zrobili zresztą sztukę o Jakubie Szeli, a w którymś wywiadzie wspominali, że drugi swój serial chcieliby zrobić właśnie o tym, jak w czterdziestym szóstym chłopi robili panom krwawe zapusty (konkretnie fabuła ma być o galicyjskim boomie naftowym, a rabacja ma być rozegrana w retrospekcjach). W recenzjach powieści piastowskich Cherezińskiej kilka razy przewinął się żal, iż za dużo w nich o królach i księżniczkach, a za mało o niedoli ludu. Mnie nie podobało się, że bohaterki zapowiadanego przez TVP serialu Wojenne dziewczyny to tradycyjna trójca inteligentka-cwaniara-Żydowka, a przydałaby się jeszcze chłopka. Wreszcie lewicowy krytyk filmowy Jakub Majmurek dopraszał się jakiś czas temu Django* o chłopach mszczących się na feudałach.
Jak sami widzicie, kiedy wszyscy tylko gadają, Pilipiuk sadowi się w blokach startowych. Ma szanse być na mecie pierwszy. Wspomnę mu o tym, kiedy spotkam go na jakimś konwencie.
Do tego Wielki Grafoman nie pierwszy raz wyprzedza epokę. W opowiadaniu Reprywatyzacja (Fenix 7-8/2001) majątek we wiosce odzyskuje arystokrata będący krwiopijcą metaforycznie i realnie. W Wigilijnej rozgrywce (Click! Fantasy 5/2002) Pawło Wędrowycz, ojciec Jakuba, dostaje od świętego Mikołaja skrzynkę dynamitu (Przyda się w tym waszym PPS-ie - tłumaczy Święty. - Jakbyście chcieli znowu policmajstra wysadzić w powietrze...). Oba opowiadania powstały na początku poprzedniej dekady. W czasach kiedy terrorystyczna działalność patriotycznej lewicy oraz ciemne strony przemian ustrojowych nie istniały szerokim obiegu popkultury.
Nie sposób też nie wspomnieć, że Reprywatyzacja, Wigilijna rozgrywka oraz zapowiadana powieść historyczna o chłopach pańszczyźnianych zajmują się tematyką uważaną powszechnie za lewicową. Nikt jej nie kojarzy z Andrzejem Pilipiukiem, wieloletnim prawicowcem, swego czasu kandydatem do parlamentu z ramienia partii Korwin-Mikkego. Sam potrzebowałem solidnie się zastanowić, zanim cokolwiek zauważyłem. Teraz wydaje się to oczywiste. Wielki Grafoman może i ma swoje poglądy, rzutują mu na twórczość, ale znajduje się w niej miejsce na coś nieoczekiwanego. Skąd ta lewicowa agenda? Być może Pilipiuk pracuje tak intensywnie, że przypadkiem wjechał na cudze terytorium jak rolnik podorujący miedzę. Może też (wolę tę teorię), że pewnie tematy wcale nie układają się równo pomiędzy podziałami politycznymi. Czasem leżą w poprzek całego spektrum tak, że każdy może się odnieść. Victor Hugo był typowym dziewiętnastowiecznym mieszczaninem-hipokrytą, a nikt piękniej od niego nie pisał o rewolucjonistach.
Ludzie o poglądach odmiennych od pilipiukowych powinni być mu wdzięczni, że zajmuje się sprawami, w których im nie wychodzi. Bo bądźmy szczerzy - w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie topowa popkultura jest wyraźnie wychylona w kierunku społecznego progresu, reprezentacji, krytyki korporacyjnego kapitalizmu itp. od tak dawna i tak swobodne, że wydaje się to neutralne i naturalne, w Polsce lewica nie łapie popkultury. To znaczy przepraszam: jest mnóstwo lewicowców doskonale znających pop (lepiej niż prawicowcy), teoretycznie doskonale posługujących się jego językiem (lepiej niż prawicowcy), ale po teoretykach nie przyszli twórcy. Nie wiem dlaczego.
Po dłuższych poszukiwaniach znalazłem jednego polskiego fantastę, który jest popularny, pisze pop i z dumą określał się jako lewak (inni albo są niszowi, albo ciągnie ich w okolice Kontrapunktów Powergraphu, albo nie afiszują się poglądami): to Kuba Ćwiek. Ale on zajmuje się naśladowaniem Ameryki, więc nie napisze nic o chłopach pańszczyźnianych, czy bojowcach 1905 roku.
Żniwa niby wielkie, ale robotnik jeden.

*Tarantino jest dla Polaków obiektem niespełnionych westchnień. Majmurek śni Django o rabacji (w myśl opinii, że potępienie przemocy jest intelektualnie płytkie). Adamski śni Bękarty wojny o żołnierzach wyklętych (w myśl opinii, że potępienie przemocy jest intelektualnie płytkie). Komedie gangsterskie z lat 90. składały się ujęć z bagażnika i odklejonych gadek o niczym. Dziw, że nikt nie zrobi biografii Leszka Millera w stylu Kill Billa. Też w myśl zasady, że potępienie przemocy jest intelektualnie płytkie

sobota, 25 czerwca 2016

Szczęście w nieszczęściu, albo świt popkultury kontynentalnej

Przepraszam za pisanie o polityce. Staram się, żeby to był blog o kulturze (z przewagą fantastyki), a nie trybuna, z której przemawiałbym na każdy możliwy temat. W takich sytuacjach powinno się chyba głośno ostrzegać przed TRIGGER WARNINGIEM.
W piątek rano światem wstrząsnęła wieść: czwartkowe referendum na Wyspach wygrali eurosceptycy. Wielka Brytania wychodzi z Unii. Oczywiście nie stanie się to z dnia na dzień, a może w ogóle nie (Guardian, bądź co bądź dziennik poważny, donosi że referendum nie wiąże w żaden sposób parlamentu, który może całą sprawę wyrzucić do kosza  jeśli się odważy). Babki na troje wróżą i prognoz na temat tego, co się stanie, przekraczają wszelkie wyobrażenia. Z jednej strony rozpad całej Wspólnoty, z drugiej – jeszcze mocniejsze związanie państw. Zdominowanie kontynentu przez Niemcy, wpadnięcie jego wschodniej części przez Rosję, a nawet takie radosne szaleństwo jak to, że całe finansowe City przeniesie się z Londynu do Warszawy (serio, słyszałem coś takiego). Do tego w tle majaczy niepodległość Szkocji (która woli być w Unii), zjednoczenie Irlandii i hiszpańska flaga na Gibraltarze. Wielka Brytania uwalnia się od gnijącej Europy, albo zamienia w biedną, zmarginalizowaną, toczoną recesją Anglię. Autorzy political fiction mają chyba zawroty głowy od ogromu możliwości.
Je się nie znam, więc mniejsza. Za to ciekawą rzecz czytałem w kontekście popkultury. Otóż okazuje się podobno, że prężny brytyjski przemysł filmowo telewizyjny, swoją prężność zawdzięcza perfekcyjnie bilansowanemu modelowi finansowemu. I odejście z Unii zburzy tę konstrukcję. Twórcy to wiedzą i dlatego głosowali za pozostaniem. Boją się utraty olbrzymiego rynku wartego 376 milionów funtów.
Głębsza lektura zalinkowanego artykułu przynosi dalsze rewelacje. Lubicie Baranka Shauna? Albo kojarzycie serial kryminalny Hinterland, znany również pod walijskim tytułem Y Gwyll)? Oba powstały przy dofinansowaniu z UE. Nawet Gra o tron była kręcona w Irlandii Północnej dzięki dotacjom (na szczęście HBO dementuje pogłoski, że ich ewentualny brak zagrozi produkcji).
Co to wszystko oznacza? Po pierwsze, zachwiał się mit, że dofinansowanie dotyczy artystycznych produkcji, których nikt normalny nie chce oglądać. Po drugie, chyba zrobiliśmy sobie, my Europejczycy, małą krzywdę.
Tomasz Gabiś spekulował przed laty, że jednym z fundamentów anglosaskiej dominacji w świecie jest ich kultura. Jest to twierdzenie odwrotne od powszechnego (najpierw ekonomiczna baza, dopiero potem kulturowa nadbudowa), ale może być od pewnego momentu prawdziwe. To film upowszechnił angielszczyznę jako język międzynarodowy. Z kręgu anglosaskiego wywodzą się największe narracje popkultury, od Szekspira po Gwiezdne Wojny. Wprawdzie w Europie kontynentalnej również tworzono wielkie postaci i wielkie opowieści, ale Anglosasi nie mieli problemu z wchłanianiem ich do swojej przestrzeni kulturowej. Jak jakiś Borg. Nawet zastanawiałem się, czy ostatniej Wojny i pokoju BBC albo Muszkieterów nie powinno się uznać za jakąś formę cultural appropriation.
Żeby to jeszcze dotyczyło jakichś starych książek z domeny publicznej. Anglosasi zawłaszczają, co tylko im nawinie się w ręce. W ten sposób Hollywood pożarł całą falę nowego hiszpańskiego horroru (potem ci reżyserzy przepadli w trybach machiny; podobny los spotkał Węgra Nimróda Antala, autora Kontrolerów). Seriale z różnych też poznajemy nie w wersji oryginalnej, ale jako w postaci remake'u. Czasem prowadzi to do niesamowitych sytuacji  wiecie że kanał Ale Kino tytułował duńskie Forbrydelsen tak samo, jak jego amerykańską wersję, The Killing?
Doszło do sytuacji, gdzie USA i Wielka Brytania stały się węzłem przez który przechodzi cała wymiana kulturalna świata. W tym węźle jest bufor, arsenał filtrów oraz jednostka logiczna decydująca, co przepuścić, a co skompilować na nowo. Połączenia omijające węzeł nie istnieją. Alternatywne węzły dawno już padły.
Ba, doszło do tego, że czasem podłączamy się tylko do centralnego węzła, zapominając o własnej, lokalnej sieci kulturowej. Dlatego widzimy fanów fantastyki, szukających alternatywy dla linii Grzędowicza-Ćwieka poprzez import narracji zachodnich, a zapominających chociażby Peteckiego, czy Borunia. Zaś już najciekawsze jest wynarodowianie, które można obserwować podczas oglądania filmów. Tak bardzo weszliśmy w ich tematykę, ich język, ich obyczajowość oraz formy ekspresji uczuć, że nasze własne wydają się obce, czy wręcz źle zagrane. Obejrzeć polski film to jak obejrzeć coś z dalekiej Azji  odrębność kulturowa tak wielka, że nie wiemy, czy to wszystko na poważnie, czy jakaś kpina. Na blogu Zwierza Popkulturalnego mignął mi komentarz, że kiedy Fassbender w ostatnich X-Menach odezwał się po polsku, to temu komuś Fassbender momentalnie zbrzydł. Tak działa na nas kraj najbardziej obcy i egzotyczny ze wszystkich  własna ojczyzna.
Tak się złożyło, że obierając ziemniaki, oglądałem starą francuską komedię na dwójce. Wystąpili: Belmondo jako cwaniak, Bourvil jako gamoń, Niven jako gentleman oraz Wallach jako nerwowy południowiec. Czyli klasyka. Kiedyś Francuzi potrafili przebić się poza bańkę ze swoją popkulturą: komiksami, komediami, kryminałami (Melville), muzyką. Nie gorsi byli Włosi, którzy stworzyli niepowtarzalny koktajl seksu, campu i przemocy. Potem jednak przyszła Ameryka i zagoniła wszystkich z powrotem do kąta.
Czy skoro jedna z dwóch nóg, na której opiera się anglosaska dominacja w filmowo-telewizyjnej popkulturze, zaczyna się chwiać, nie jest to okazją dla nas? Przecież już coś z wolna się dzieje. Dobrą robotę odwalają Skandynawowie – choć na razie Imperium wciąż pochłania im i aktorów (po listę zajrzyjcie do Zwierza), i fabuły (Forbrydelsen, Broen Äkta människor, chodzą też słuchy, że HBO chce robić własną wersję Borgen). Włosi zainteresowali Gomorrą. Hiszpanie może nie potrafią jeszcze kończyć seriali (każdy, który oglądałem, miał fatalną końcówkę), ale robią ich bardzo dużo. Niemcy jak to Niemcy – nie patrzą na świat i konsekwentnie robią swoje (na Pulsie leci dziewiętnasty sezon Kobry, a ja sam lubię zabawnego Ostatniego gliniarza). Rosyjska telewizja to gigant i na każdy Serialcon/Serialkon mogę przygotować prelekcję-przegląd i żaden tytuł się nie powtórzy.
Wreszcie jesteśmy my. Wciąż zagubieni i dezorientowani, ale z potencjałem. HBO-wską Watahę (wkrótce drugi sezon) emituje brytyjski Channel 4. Tytuł The Border dowodzi, że nie tylko my nie tłumaczymy tytułów dosłownie. Czas honoru otarł się o BBC, które jednak przestraszyło się siedmiu sezonów. Koniec końców serial kupiła lokalna stacja z Glasgow oraz telewizja kurdyjskojęzyczna (!).
Czy szansa rzeczywiście istnieje? Nie mnie osądzać. Na pewno nie należy jej z góry skreślać, a już w ogóle nie wolno wyobrażać sobie (często słyszałem głosy), że produkcje spoza kręgu angielskojęzycznego nie przebiją się, bo są odmienne kulturowo i opowiadają o rzeczach, które ludzie nie znają, ani się nie interesują. Dylematy Amerykanina czy Brytyjczyka też były abstrakcyjne dla świata – póki nie trafiły na ekrany.
W świecie kryje się wielkie bogactwo. Nie powinno się z niego rezygnować. Kto wie, może za kilkanaście lat okaże się, że fanki nie będą już wzdychać do Toma Hardy'ego, ale do, dajmy na to, Jewgienija Cyganowa. Czemu nie?



Post scriptum: fala europejskich (i nie tylko) seriali oraz filmów mogłaby rozstrzygnąć odwieczny spór napisy kontra lektor kontra dubbing. Zawsze podejrzewałem, że ludzie najbardziej protestujący przeciwko lektorowi i dubbingowi tak naprawdę oglądają produkcje z krajów, których język znają na tyle, żeby napisy pełniły wyłącznie funkcję pomocniczą. Ciekawe jak sobie poradzą z jednoczesnym zerkaniem w dół ekranu i śledzeniem akcji Kryminalnych zagadek Budapesztu. :-P

wtorek, 4 marca 2014

Gus Fring i android Calder, czyli o nie-ludziach

Przedwczoraj pisałem na przykładzie Detektywa o tym, jak w miejsce Zorro, Robin Hooda i Janosika stał się cynik-nihilista. Nawet jeden z zarzutów stawianych nieudanym Muszkieterom BBC jest taki, że trzej bohaterowie są zbyt mili i szlachetni, a nie jak Pan Bóg przykazał, mroczni, brudni i źli. Wszystkie te filmy i seriale przekazują nam następującą prawdę: pozbawiony złudzeń i uczuć (poza uczuciem odrazy do posiadających uczucia) to nadczłowiek. Pan sytuacji, król świata. Genialny strateg, który – kiedy inni pozwalali, by decydowały za nich sentymenty i emocje – opracował Plan.
Zaś jeśli miałbym wybierać, to mistrzem planowania był Gustavo Fring z Breaking Bad. Wiem, że BB skończyło się dawno temu i nikt o nim pewnie już nie pamięta, ale postać Gusa jest bardzo ważna. Był bowiem zgodnie z wyłuszczoną powyżej teorią nie do pokonania. Rozgrywał wszystkich na pięć ruchów do przodu, a kiedy pod koniec czwartego sezonu Walter z Jessem próbowali się od niego uwolnić, nie mieli szans. Choć Walter był ponadprzeciętnie inteligentny i potrafił kłamać jak z nut, dawał się ponosić emocjom i to rozbrajało podczas konfrontacji z nie-człowiekiem.
Jedynym, jak się okazało w finale sezonu, sposobem na pokonanie Gusa było znalezienie u niego chociaż jednego ludzkiego odruchu. I miał taki. W dawnych czasach bowiem był całkiem ludzki, ale zmienił się, gdy Salamankowie zabili jego pierwszego chemika (i – jak się delikatnie sugeruje widzowi – kochanka). I jedynym ludzką emocją Fringa jest nienawiść do starego Salamanki. Po odpowiedź, jak to Walter White wykorzystał, odsyłam do serialu. Ważniejsze jest to, iż koncepcja popkulturowego cynika-nihilisty skłąda się z dwóch założeń:
a) absolutny cynizm-nihilizm jest nie do pokonania;
b) człowieczeństwo prowadzi do porażki.
Konflikt rodem ze współczesnej popkultury możemy znaleźć w Rozprawie Lema. Podczas lotu do pierścieni Saturna przeciw Pirxowi (przyzwoitemu aż do poczciwości) staje chłodny i logiczny Calder. Postać jeszcze niebezpieczniejsza niż Fring, bo jako stworzony w laboratorium, android nie ma żadnych ludzkich atawizmów (humanizmów?). Jest stuprocentowo racjonalny. Ale Lem daje ludziom szansę. Calder przegrywa. Nie docenia "poczciwości ludzkiej, którą bezgranicznie gardził".
Może to polski mistrz fantastyki naukowej miał rację, nie amerykańscy scenarzyści. Może jest jeszcze nadzieja dla człowieka.

piątek, 13 grudnia 2013

Nerdy wojny

Na Latającej Holerze, w temacie filmowym, jeden z użytkowników, z zawodu wojskowy, zachwycał się Drogą na podstawie McCarthy'ego. Zwłaszcza jednym aspektem, który odróżnił ją od reszty kinowej produkcji: biały mężczyzna z bronią palną jest bohaterem pozytywnym, a sama broń nie przyczyną fabularnego zła, lecz wręcz przeciwnie, gwarantem przetrwania człowieczeństwa. Osobiście uważam, że symbolika zarówno Drogi, jak przewijającemu się przez nią rewolweru jest dużo szersza i w małym stopniu dotyka problemu dostępu do broni w USA (i innych częściach świata), niemniej pomyślałem, że temat nieciekawej pozycji ludzi wojny we współczesnej (pop)kulturze jest wart rozważenia.
Zacznę od literatury, bo z niej wszystko. W tym momencie obracam głowę, robiąc szybką kwerendę po półkach. W Szwejku wojsko to matecznik wszelkiego skretynienia, w którym jedynym sposobem na przetrwanie człowieka inteligentnego jest się doń upodobnić – czyli strugać wariata. Zaraz obok stoją dwie powieści Jamesa Jonesa, Stąd do wieczności i Cienka czerwona linia, pierwsza zadedykowana armii Stanów Zjednoczonych, druga wojowaniu jako takiemu. W Stąd... ironia zawarta w dedykacji jest jeszcze zakamuflowana, w Cienkiej... mamy do czynienia z szyderą na całego. Kolejne książki to: Rzeźnia numer pięć, Paragraf 22, pożyczeni z biblioteki Żywi i martwi oraz Na zachodzie bez zmian. Wybór chyba reprezentatywny, a kopie w wojsko i wojnę bez litości. Właściwie znam tylko jedną napisaną w XX wieku wysokoartystyczną książkę, która nie kpi i nie flekuje wojny: W stalowych burzach Ernsta Jungera, jego literacko przetrawione wspomnienia z okopów frontu zachodniego, na który trafił na ochotnika, był wielokrotnie ranny, wielokrotnie odznaczany i do tego przeżył. Ale Burze... (w przedwojennym tłumaczeniu, które widziałem kiedyś w oknie antykwariatu i do dziś sobie pluję w brodę, że pożałowałem stówki: Książę piechoty) to łabędzi śpiew. Starą tradycję pozytywnego pisania o wojnie, wojowaniu i wojownikach zabiła Wielka Wojna. Jeszcze ciut przed nią noblista Kipling pisał cykl wierszy Ballady koszarowe oraz tomiki opowiadań Soldiers Three, potem zaś wszystko znikło niemal doszczętnie.. Jeśli przejrzymy repertuar pieśni i piosenek wygrywany na polskie święta państwowe, to też odkryjemy, że też pisano je najdalej w 1920. Później jeszcze uzupełniliśmy nasze śpiewniki o trzy-cztery utwory okołodrugowojenne, ale to drobny ułamek całości, zresztą pisany w zupełnie innym, tragiczniejszym tonie.
W latach 1914-1818, w błocie Sommy, Verdun, Langemarck i Marny zginęło rycerstwo rozumiane jako kasta wojowników. Nawet dziwne, że doszło do tego tak późno. Równie pradawny stan rzemieślniczy został wykończony przez rewolucję przemysłową. W oby przypadkach efekt był taki sam. Rzemieślników, ze swoimi cechami, przywilejami, rytuałami i kulturą wyparli robotnicy idący sznurem do fabryki, wojowników (ze swoimi prawami, przywilejami i rycerską kulturą) zastąpił żołnierz masowy, cywile idący sznurem do poboru, gdzie ubiorą ich w jednakowe uniformy i wręczą do ręki jednakowe karabiny. Znikła też dziedziczność. Oczywiście, że zdarza się wciąż, że ojciec i syn pracują w tej samej fabryce, jak i że ojciec i syn są wojskowymi, ale to bliskość zakładu pracy plus brak innej perspektywy, niż Tradycja. Oczywiście też, że nie zamierzam gloryfikować starych dobrych wojen. Nie pacyfistyczna propaganda sprawiła, że lud śpiewał od powietrza, ognia, głodu i wojny. Po prostu rozpadły się pewne stare struktury, a nowe nie wytworzyły wokół siebie otoczki kulturowej. Chesterton pisał kiedyś, że zastanawiało go, dlaczego "stare" zawody w rodzaju rolników albo marynarzy mają swoje tradycyjne pieśni, a nowe nie. Chcąc temu zaradzić, ułożył podczas jazdy pociągiem Pieśń pracowników poczty przy podbijaniu stempli oraz Pieśń bankierów przy podliczaniu kolumn. Nie wiedzieć czemu wszyscy znajomi listonosze oraz bankierzy się na Chestertona poobrażali.
Inteligenci granatem oderwani od książek nie mieli powodu szukać w wojnie i wojowaniu wzniosłości czy objawów jakiegoś sprawiedliwego porządku. Zresztą Totalna Mobilizacja, podobnie jak Kombinat nie mają w sobie za grosz platońskiego piękna. W latach 20 w wojnie próbował odnaleźć je wspomniany Junger, a w maszynie futuryści, lecz ludzie nie dali się przekonać.
Tyle na artystycznych wyżynach. A co w popie? Skomplikowana sprawa. Kiedy Sam Peckinpah kręcił Żelazny krzyż miał wielkie problemy, jak pogodzić antywojenną wymowę z filmu z niewątpliwym dramatyzmem i widowiskowym pięknem batalistyki. Zrobił się więc paradoks. Z jednej strony popkultura, jako przeżarta lewactwem, pacyfizmem i prawoczłowieczyzmem powinna wszelką przemoc potępiać. Z drugiej strony przemoc jest fajna. W ogóle konflikt sam w sobie jest fajny.
Wielki problem z tym mają gry. W ogóle gry skrywają, narzekał przy mnie zajmujący się nimi zawodowo naukowiec, jakiś utajony przedliberalny genotyp, który nawet plugawy najświatlejszy projekt. W grach konkurujesz, zdobywasz, porządkujesz, kolonizujesz, podbijasz i eksterminujesz. Nawet prosty tetris wydaje się niepokojący, kiedy pomyśleć, że chodzi w nim, by kolorowe tęczowe klocki porządkować w równe szeregi, a one wtedy znikną. Brrrr.
Kiedy w grze pojawia się prawdziwa wojna, sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej. Pewnego rodzaju rozgrzeszenia dostąpiły strzelaniny z lat 2000, bo przenosiły akcję do drugiej wojny, która ma w sumie prostą narrację: część liberalnych wartości została warunkowo zawieszona, żeby obronić je przed Brunatnym Złem. Nad produkcjami dziejącymi się w czasach współczesnych krytycy załamują ręce. Pomimo tego Battlefieldy sprzedają się jak ciepłe bułeczki i, jak napomknął na JS Orbitowski, naganiają rekruta.
Do tego dochodzi kolejny paradoks, bowiem gdzieś od czasów romantyzmu bohaterem mas jest Buntownik. Outsider, odmieniec, rewolucjonista z wiersza Broniewskiego albo przynajmniej skrajny indywidualista. A organizacje od masowej a widowiskowej rozwałki preferują cnoty zgoła odmienne: subordynację, zdyscyplinowanie, posłuszeństwo. Zrodził się więc bękart tych dwóch porządków, czyli przekorny wojak. Pierwszy był Rambo, którego z ofiary amerykańskiego stylu wojowania zrobiono w drugim filmie jej bohatera. Musiał jednak zostać częściowo wyjęty z armijnych ryzów, stać się jednoosobowym oddziałem specjalnym, który w wojsku jest, ale poza jego regulaminem i dyscypliną. W grach Mass Effect komandor Shepard, zaprzysiężony obrońca galaktycznego pokoju, pierwszy Ziemianin w elitarnej jednostce Widm co rusz podkreśla swoje niezdyscyplinowanie i umiejętność samodzielnego myślenia. Żeby nikt sobie nie pomyślał, że jest z tego złego woja.
W jakim kierunku podąży skomplikowany związek kultury i wojowania? Prorokiem nie jestem, ale dzisiaj rano pomyślałem z nagła, jaką zawrotną karierę zrobili nerdzi. Niedawno jeszcze pogardzani dziwacy, w kilka lat zawojowali świat (polecam tekst Agrafka o Community). Czemu więc nie mieliby trafić do wojska? Nie ma szans, by jakiś nowy Cezar napisał nową Wojnę galijską, ostatni jako-tako piszący generałowie odsłużyli swoje podczas drugiej wojny, lecz wciąż i wciąż byli oficerowie czy analitycy chwytają za pióro. W USA, słyszałem, to już cała gałąź literatury. Wspomnienia snajperów, historyczne tasiemcowe bojewiki, czyli nie jakaś wielka literatura, ale właśnie coś, z czego fantastycznej wersji wyewoluowała kultura nerdowska.  U nas taką rolę pełni WarBook. Tylko czekać, aż pierwsze jaskółki przemienią się w coś poważniejszego.
Na pewno przemawia za tym rozwój techniki. Sto lat temu rewolucja przemysłowa przekształciła wojnę w zjawisko masowe jak ruch robotniczy, dziś marzeniem i celem teoretyków jest automatyzacja, drony w powietrzu i elektroniczne wspomaganie na lądzie. Żołnierz-robotnik tego nie ogarnie, hipotetyczny żołnierz-nerd jest do tego stworzony. Przypadki Edwarda Snowdena oraz Bradleya/Chelsey Manning zdają się wskazywać, że nowy typ żołnierza już się pojawił, a armia starego typu nie była na to przygotowana.
A jak za Bugiem? Rosjanom udało się, w pokrętny postkomunistyczny sposób inkorporować wojnę do popkultury. Wszyscy już Polsce chyba znamy błatniacko-militarystyczny zespół Lube. To jest muzyka popularna, w Rosji na koncerty Lube walą tłumy, u nas zapełnili Salę Kongresową, płyta Kombat z 1996 roku podbiła serca żołnierzy I wojny czeczeńskiej. Z kolei punkowiec Jegor Letow nagrał piosenkę U wojny nie żenskoje lico, której słowa pełne są pokory wobec jej okrutnego majestatu, której słowa nie przeszłyby przez gardło żadnemu przyzwoitemu muzykowi Zachodu:
Wojna nie ma twarzy kobiety,
ale ma kobiece ręce,
sprawiedliwe, delikatne i prawe. Jak szkarłatne żagle,
jak szkarłatne niebo
wiszące nad zniewoloną ziemią.
Ciekawe, czego w okopach (albo raczej przed monitorami w mobilnych centrach kierowania dronami) słuchać będą nerdzi wojny.

sobota, 4 maja 2013

Ach ci naukowcy

W zeszły piątek odbyło się krakowskim Ogrodzie Sztuki odbyło się spotkanie z Jackiem Dukajem. Początkowo wydawało mi się, że będzie to impreza kameralna, wręcz zamknięta, chociaż bez kart wstępu czy bramkarza z listą na wejściu. Z lekkim niepokojem pisałem parę dni wcześniej do agrafka. Niby nikt nie zabronił, ale jeszcze się na mnie organizatorzy obrażą. Ale natychmiast, jak kliknąłem w okienku guzik "wyślij", komunikat o spotkaniu pojawił się na Jawnych Snach. Potem błyskawicznie obiegł cały fantastyczny internet i 26 kwietnia o 17:30 na ulicę Rajską zwalił się niezły tłum. Mistrz też był skonfundowany, bo skalę imprezy wyobrażał sobie podobnie, jak ja. Na szczęście nie przydarzył się żaden niemiły incydent. Towarzystwo było kulturalne, a rozmowa nie odbiegła od zaanonsowanego tematu, czyli światotwórstwa (worldbuildingu) w literaturze, grach i filmie. Dukaja na spotkanie zaprosiło krakowskie koło Polskiego Towarzystwa Badaczy Gier – czyli naukowcy z UJ. A o naukowcach właśnie chcę dzisiaj napisać.

Poważna SF bardzo często opowiada o naukowcach, a nawet jeśli nie, to zawsze znajdzie się miejsce na drugim planie dla jednego lub dwu. W tej bardziej rozrywkowej, nastawionej na strzelanie do kosmitów/mutantów/zombie również muszą się znaleźć jajogłowi dostarczający bohaterowi futurystycznej broni i przeprowadzający badania nad zdobytymi w walce artefaktami. Byłby to koronny argument za ostatecznym przypisaniem Gwiezdnych Wojen do fantasy – nie ma nich naukowców (chyba że gdzieś głęboko w Expanded Universe). Ale to tak na marginesie.
W każdym razie mamy w fantastyce naukowej naukowców. Ewoluowali przez sto kilkadziesiąt lat istnienia gatunku. Teoretycznie jednak przeważający wpływ na ich kreację powinny mieć pozytywistyczne korzenie science fiction. Przekonanie, że świat jest wyjaśnialny rozumem i do ogarnięcia równaniami matematycznymi – czego dokonać mieli właśnie naukowcy. Szczytem takiego myślenia w literaturze była chyba psychohistoria Asimova, fikcyjna dyscyplina łącząca w sobie historię z socjologią i matematyką, zdolna prognozować losy cywilizacji na tysiąclecia do przodu. Pozytywizmowi pomogła jeszcze dominacja jankesów, doprawiając go kultem self-made-mana, którego jedną z inkarnacji (obok przedsiębiorcy) był zaradny inżynier.
Ale potem przestaliśmy wierzyć w naukowców. Wszystko popsuły pieniądze.

Przez światy i wieki
Tak wynika z geografii. Jeśli bowiem zaznaczyć na mapie terytoria, gdzie pozytywistyczny ideał trzymał się najdłużej, odkrylibyśmy, że na wschód od żelaznej kurtyny. Socrealistyczne powieści Lema czy Jefremowa są pochwalnym hymnem ku czci zdobywców wiedzy. Kto Zagubionej przyszłości Borunia i Trepki przewodzi rewolucji? Konstruktor, astronom i filozof. Zresztą w "opozycyjnej" literaturze Zajdla było identycznie. W Paradyzji fizyka niosła Prawdę, w Limes inferior pracownicy instytutu próbowali przechytrzyć system, wreszcie w Wyjściu z cienia naukowcy – podobnie jak w Zagubionej..., partyjnym dziadku fantastyki socjologicznej – stają w pierwszym szeregu ruchu oporu.
W socjalizmie naukowców szanowano. Może dlatego, iż równocześnie brzydzono się mamoną i jej brzydkim dzieckiem – kapitałem.
Na Zachodzie trzeba się liczyć z każdym groszem. Nie przeszkadzało to jeszcze za Wellsa, w ostatnich dniach, kiedy amator mógł jeszcze dokonać czegoś przełomowego. Ekscentrycy w rodzaju bezimiennego podróżnika w czasie, czy doktora Moreau samodzielnie opłacali swoje badania. Później genialni samotnicy poszli w odstawkę. Fantastyczni naukowcy zaczęli pracować zbiorowo, najczęściej w potężnych jednostkach wzorowanych na Los Alamos albo CERN. Wtedy pojawiły się koszty.
Jeżeli ktoś ma jeszcze pierwszego Deus Eksa, może szybko sprawdzić, że w grze ma największe laboratoria mają ci źli. To już nienapisana zasada cyberpunku, że technologiczna przewaga jest po stronie bezwzględnych korporacji. Mrowiącym się w jej budynkach ludziom w białych kitlach jakby w ogóle nie zależało, dla kogo pichcą morderczego wirusa, czy kolejne narzędzie do wzmacniania władzy (podobnie sytuacja ma się wśród naukowców finansowanych – jak mawiają Amerykanie – przez "rząd federalny"). W oczach Zachodu naukowcy przestali być szlachetnymi idealistami, czy chociaż zakochanymi w swojej pracy jajogłowymi.  Autorzy SF wyrośli ze złudzeń. Pieniądz zabił szlachetność i romantyzm nauki, wystawiając ją na łup grupom interesu. Naukowcy się sprzedali.

Jedną z drugoplanowych postaci w Nakręcanej dziewczynie Bacigalupiego jest niejaki Gibbons, geniusz, który uciekł spod opieki genetycznej korporacji AgriGen do Tajlandii, gdzie by zostać tajną bronią państewka walczącego z globalnym molochem. Bynajmniej nie jest żadnym aniołem. Uciekł, bo korporacja nie dawała mu dość satysfakcji. Tajowie traktują go niczym niebezpieczne zwierze w klatce, albo diabła, z którym trzeba paktować, ale nie wolno wierzyć. Chociaż sam widzi się jako coś w rodzaju boga, jest raczej demiurgiem, kulawym stwórcą.
Większa niewiara w naukę byłaby już odlotem w luddyzm albo mistycyzm.

Dukajem zacząłem, to i nim skończę. W Czasie fantastyki (polecam, od tego roku za darmo – wstyd nie brać) regularnie publikuje recenzjo-eseje polegające na tym, że bierze jakąś anglojęzyczną książkę z Amazonu, która mu się ostatnio spodobała i pisze tekst zaczynający się jak typowa recenzja, ale po kilku akapitach przechodzącym do rozważań nad jakąś wyjętą spomiędzy kartek myślą. Spróbuję tak samo.
Bowiem nie można zatrzymać się na opisie sytuacji. Degrengolada fantastycznonaukowych uczonych to jeden z wielu objawów kryzysu gatunku, na którego temat wylano tyle atramentu, że czas wreszcie zacząć myśleć nad lekarstwem. Ponieważ zachodni autorzy są światopoglądowo wychyleni na lewo, spróbuję wymyślić lewicowe rozwiązanie. Na pewno dałoby się rozwiązać problem na prawicowo czy liberalnie, ale na razie nie mam ambicji odwracać paradygmatów.

Socjalizm naszą platformą startową
Wydaje mi się mianowicie, że SF doszła do wniosku, że "chciwość mentalna" charakteryzująca naukowców nie różni się wiele od napędzającej kapitalizm chciwości materialnej, tylko boi się wyrazić to wprost.
Kapitaliści mówią: "dajcie nam swobodnie inwestować, handlować, produkować oraz zagarniać. Społeczeństwu też coś skapnie z pańskiego stołu: miejsca pracy, wytworzone dobra. Bądźcie wdzięczni."
Uczeni analogicznie: "dajcie nam swobodnie rozbijać atomy, grzebać w genach, wystrzeliwać rakiety międzyplanetarne. Ludziom też coś skapnie: szczepionki, elektronika jeszcze szybsza niż poprzednia. Bądźcie wdzięczni."
Nie nawołuję do pisania powieści o antyrozumowej rewolucji, palenia podręczników do analizy matematycznej i stawiania profesorów pod ścianą – przedsiębiorców przecież też nikt nie zamierza wieszać na latarniach. Program pozytywny, którego SF tak teraz potrzebuje to – ośmielę się wymyślić nowe słowo – "socjalintelektualizm". Przeniesienie koncepcji zrównoważonego rozwoju na wszelką działalność umysłową. Tyle postępu, ile może w danym monecie być sprawiedliwie zagospodarowane przez społeczeństwo.
W ten sposób nie tylko dotychczasowa science fiction wybrnie z odmętów nihilizmu, ale odrodzi się fantastyka socjologiczna. Trzeba będzie socjalintelektualistyczny porządek opisać i zaprezentować światu. Pokazać, że jak nadmiar energii fizycznej skonsumował sport, tak trzeba będzie okiełznać nadmiar aktywności mózgowej. Może działalnością artystyczną. Albo też potencjalnych uczonych zagospodarują pokrewne dziedziny praktyczne: rolnictwo biologię, reperacja domofonów elektronikę, poezja – astronomię.
Oczywiście nauka nie zaginie całkowicie. Ograniczona do rozsądnych rozmiarów populacja badaczy wróci z korporacyjnych molochów i wojskowych laboratoriów na uniwersytety, gdzie, otrzymawszy rozsądne fundusze, będzie poszerzać wiedzę w kierunku i zakresie wyznaczonym na drodze konsultacji społecznych.
Tyle tematów dla przyszłych Zajdli.
I Żuławskich:

Obywatele!Rząd opiekuńczy, dbały o dobro rzeczy społecznej, staraniom jego powierzonej, wobec niesłychanych i nader ubolewania godnych wypadków ostatnich dni, widzi się zniewolonym raz na zawsze koniec położyć złu, które społeczeństwo na piersi własnej, własną ofiarną krwią, niestety, wyhodowało.

Uczeni, odkrywcy i wynalazcy byli niegdyś bezsprzecznie błogosławieństwem ludzkości. Im to poniekąd zawdzięczamy dobrobyt, z opanowania sił przyrody płynący, bo chociaż myśmy własnymi, pracowitymi rękami zbudowali fabryki i porządek gospodarczy ugruntowali, to trzeba przyznać, że oni niejednokrotnie wynalazkami swymi dali nam impuls do tej pracy owocnej. I chociaż oświata ogólna jest także zasługą społeczeństwa, które ku wiedzy i ducha podniesieniu się kwapiąc, szkół miliony pobudowało i ujęło nauczanie w swe ręce, to jednak nie da się zaprzeczyć, że mędrcy niemałą tu rolę odegrali, pomagając swymi badaniami do otwarcia nowych dziedzin myśli.

Była to słuszna wypłata społeczeństwu, że im pozwoliło rozwinąć się i stworzyło im pracą swoją konieczne dla spokojnych dociekań warunki.

W końcu jednak wynaleziono już wszystko, czego nam potrzeba, i dowiedziano się daleko więcej, niż możemy potrzebować. Uczeni ci, którzy się dumnie „wszystkowiedzącymi” nazwali, stali się dla nas zbytkiem kosztownym i społeczeństwo jedynie przez pamięć zasług dawnych ich poprzedników cześć im oddawało.

Atoli stała się rzecz straszna. Ci z łaski społeczeństwa żyjący mędrcy sprzysięgli się przeciw niemu i wespół z najciemniejszym motłochem usiłowali dla własnej korzyści zatrząść utwierdzonym od wieków porządkiem na Ziemi.

Obywatele! Mędrców już nie potrzebujemy! Wystarczy nam to, cośmy dotąd zdobyli. Rząd, dobro społeczności ludzkiej mając na oku, położyć tu musi kres rozpanoszonej pysze i wichrzycielstwu.

I przeto:

1. Rozwiązuje się od dzisiaj stowarzyszenie uczonych, pod nazwą Braci wiedzących istniejące.

2. Znosi się wszelkie pensje, dotąd uczonym wypłacane, pozostawiając im wolność zarobkowania ręcznego, jeśli chcą żyć.

3. Takoż znosi się wszelkie zakłady, tak zwanej czystej nauce i badaniom bezpłodnym poświęcone, pozostawiając jedynie instytuty społecznego pożytku i ekonomicznej wartości.

4. Zakazuje się na przyszłość najsurowiej i pod ciężkimi karami utrzymywania prywatnych laboratoriów oraz wydawania dzieł, które by przez osobną cenzuralną komisję w rękopisie za pożyteczne wprost nie były uznane.

5. Utrzymując w mocy i w pełnym uposażeniu istniejące szkoły zawodowe, zamyka się raz na zawsze wszelkie szkoły wyższe, tak zwane filozoficzne, czyli ogólne, a przede wszystkim dotąd kosztem rządu utrzymywaną Szkołę mędrców.

6. Aby uniemożliwić obejście powyższego rozporządzenia, zakazuje się stanowczo wszelkiego prywatnego nauczania, bez względu na to, pod jakim by ono pozorem było prowadzone.

Obywatele! Rząd tuszy, że z wdzięcznością przyjmiecie do wiadomości to rozporządzenie.
(Jerzy Żuławski, Stara Ziemia. Tekst za serwisem Wolne lektury)


czwartek, 4 kwietnia 2013

Dylematy freedom fightera


My za to, neutralni,
mamy prawo w jadalni,
żując stek lub warzywo,
śmierć oglądać na żywo.

Brodski, Kolo, Barańczak

Napisał Misiael na Mistycyzmie popkulturowym, że nie po drodze mu z pewnymi rzeczami, do których zmusza go najnowszy Bioshock (swoją drogą: jaka ta gra musi być króciusieńka, że już ją skończył; kiedy byłą premiera, tydzień temu?). Mianowicie musiał strzelać do ludzi. Nie tam mutantów, faszystów, czy innych demonów, ale prostych policajów, którym reżim panujący kazał dorwać głównego bohatera. Rzeczywiście niepokojące. Stójkowy, jak mu zabrać pałkę i nagana, to prawie cywil. Mnie też coś takiego uderzyło, parę lat temu, przy pierwszym Matriksie. Pamiętacie, co mówił Morfeusz? Każdy nieodłączony jest agentem. Albo nie jest. Późniejszym tokiem akcji film dopowiada: prawdopodobnie każdy jest agentem, więc przestań się martwić i repetuj broń.
Tutaj mógłbym kończyć, bo pointę dawno już padła w Austinie Powersie Mike'a Myersa. To też na pewno pamiętacie. Z rąk dzielnego agenta ginie najemnik Doktora Zło, a jego żona (mieszkająca z dzieckiem i - o kojarzę - zwierzątkiem w podmiejskim domku) dostaje zawiadomienie o śmierci. Potem identyczna sytuacja zdarza się jeszcze raz, a my już wiemy, że ci wszyscy zatrudniani do mycia obudowy reaktora, albo dokarmiania rekinów w basenie to w sumie mili kolesie, których powinno nam być żal.
Ale pociągnę temat dalej, bo mnie zaciekawił wielce.
Rzadko tu piszę wprost o polityce, więc proszę o wybaczenie, że przytoczę anegdotę. Bodaj w Newsweeku, chyba jeszcze zanim naczelnym został Tomasz Lis, ukazał się artykuł o zaskakującym poparciu, jakie po 10 kwietnia uzyskiwało Prawo i Sprawiedliwość wśród najmłodszych wyborców. Było to absolutnie wbrew popularnej wówczas narracji o młodych-wykształconych-europejskich przeciwstawianych starym-smutnym-brzydkim. Dziennikarze nie wiedzieli co z tym faktem począć, nie przystawał do żadnej teorii, aż wreszcie jakiś psycholog znalazł rozwiązanie: wszystko przez popkulturę. Młodzież naoglądawszy się Archiwum X i JFK, nagrawszy się w Deus Eksa mimowolnie ciąży ku teoriom spiskowym, odrzucając wyjaśnienia arcyboleśnie proste, ale mało atrakcyjne fabularnie. Powiedziałbym, że właśnie w czymś takim objawia się straszliwa potęga popkultury, a nie w prostym biciu po oczach przemocą i seksem.
Ale mniejsza z konkretnymi przykładami, bo nie chodzi o specyficzny czas, czas miejsce, czy partię. Jeśli bowiem przyjmiemy, że "pop ma moc", to następnym wnioskiem jest, że już na większego ignoranta to nieszczęście nie mogło spaść.
Wróćmy do gier (chociaż dotyczy się to całej reszty) i ukochanej przez nie łysiakowskiej postawy alone against all. Dzięki seriom Medal of Honor i Call of Duty miałem w gimnazjum okazję w pojedynkę wygrać na froncie zachodnim podczas drugiej wojny. Niby walka nie była samotna, miałem przecież towarzyszy, ale suma summarum to JA zdobyłem bunkry na plaży Omaha, rozwaliłem niemiecką instalację radarową, wysadziłem w powietrze U-Boota. Reszta wojska tylko robiła za tło (przy w CoD gameplay przynajmniej próbował jakoś zamaskować ten indywidualizm). Potem na długo odkleiłem się od strzelanek, bo nie zmieniałem sprzętu, niemniej figura samotnego bojowca rządzi. Czasem tylko rozmywa się na drużynę albo inny kolektyw, co zresztą nie zawsze wychodzi na dobre. Mass Effecta bardzo szybko rzuciłem w kąt, bo nie miałem nerwów pilnować dwójki towarzyszących mi ofiar losu.
W każdym razie ma taki bojowiec klawe życie, oraz wyżywienie klawe. Biega sobie, strzela, wroga od cywila odróżnia z kilometra i wszyscy go kochają. Walczy za Wolność i Demokrację, przy czym może być albo lokalsem, albo misjonarzem z dalekiego kraju, nawracającym na nową wiarę ogniem i mieczem.
Nie zrozumcie mnie źle, nie piszę tu hejtu na demokrację, prawa człowieka, czy co innego. Po prostu odnoszę wrażenie, iż kupujemy gumiaste burgery zamiast pełnowartościowego posiłku i dziwimy się, że się coś nie zgadza.
Młody zaangażowany.
Jak takiego nie lubić?
W każdym razie wolność i demokracja rulez, czy to w trzecim świecie, magicznym neveralndzie lub cyberprzyszłości – tylko wcześniej musimy postrzelać do tych złych. A źli są cudowni w czystości swojego zła, niby walisz do nich na oślep z peema, a tak naprawdę wycinasz ze zdrowej tkanki stołecznej, aż chirurdzy pękają z zazdrości na samą myśl o podobnej precyzji. Podejrzewam, że twórcy nieświadomie dają nam coś w rodzaju platońskich idei Złego El Dictator, Uciemiężonego Ludu, Tajnej Policji.
Nie uświadczysz w popkulturowych krainach żadnych wandejczyków i cristeros. Żaden w nich System nie dorobi się swojego Horsta Wessela. Wszystko w nich jest takie proste.
Nieprzypadkowo zacząłem wpis od strofy z Broskiego. Myślałem, żeby dać wiadomy kawałek Erenburga (Nie licz dni, nie licz kilometrów, licz jedynie trupy Niemców, które zabiłeś. Zabijaj Niemców - o to modli się twoja matka. Zabijaj Niemców - do tego wzywa cie Rosja. Nie wahaj się. Nie przepuszczaj okazji. Zabijaj.) albo cytat z Drzazgi Zazubrina, w którym Srubow tak pięknie pisze o swoim zawodzie. W ogóle Rosjanie świetnie czają temat czekisty, a przecież ci wszyscy gieroje popkultury to tacy superczekiści, którzy nie stoją i nie czekają, aż im się podprowadzi skazanych pod ścianę, tylko biorą nagana w prawicę i ruszają na miasto.
Wziąłem Brodskiego, żeby zaczepić się o temat z nieco innej strony. Wiersz Kolo (jest do wyguglania) to jeden z jego późnych utworów, które pisał, kiedy gorzały wojny bałkańskie. To taka – oprócz opisu ludzkiego cierpienia – satyra na zachodniego mieszczucha, który gapi się w ekran, widzi niezrozumiałem obrazki – i się mądrzy.
Aż chciałoby się powiedzieć straszne słowa: dawno wojny nie mieli. Tfu, wyplujmy je szybko, bo nie wolno tak. Ale zaraz potem włączamy sympatyczny skądinąd serial Copper, w którym może poza jednym mądrym momentem konfederaccy agenci w Nowym Jorku są pokazani jak źli szpiedzy z jakiegoś Trapezfiku, a nie kawałek bliskiej autorom historii. Przedziwne.
Ale najbardziej bolą serious games.
Pewnie nie wszyscy wiedzą, ja wiem od wczoraj (podziękowania dla pana Piotra z Jawnych snów). Serious games to przeważnie małe, amatorskie produkcje, które niosą przesłanie. Pierwszą głośną produkcją z tego nurtu jest opowiadający o wojnie z terroryzmem September 12th. Screen u góry. Rozrywka wygląda następująco. Po placyku chodzą cywile i terroryści. Wybierasz cel, ale ponieważ rakieta trochę leci, ludziki się przesuwają i w wybuchu giną cywile. Opłakujący ich krewni zamieniają się w nowych terrorystów, których znowuż musimy wytypować do rozwałki i tak w koło Macieju, aż pojmiemy subtelny morał, że sami tworzymy terroryzm.
Jest też Endgame: Syria, całkiem świeża gierka na zasadach karcianki, w której rebelianci naparzają się z najemnikami Al-Asada. Miała produkcja trochę problemów, Apple nie chciał wpuścić jej do swojego sklepiku, bo podobno była zbyt polityczna. Twórcy więc przyszykowali zbowdleryzowaną wersję pod tytułem Endgame: Eurasia, z której usunięto flagi państwowe, emblematy i nazwy własne. To już się Jabłuszku podobało i grę można kupić. Ja bym dla żartu dodał liczbę maronitów zabitych w każdej turze, ale kto bym tam o maronitach słyszał.
Te gry, przeważnie robione (choć są i równo warte wyjątki) udają, że są robione z lewicowo-liberalnego (liberalno-lewicowego?) klucza, a zieją na kilometr strasznymi mieszczanami. Nie będzie rewolucji, mówię wam, jakbyście się nie starali. Bo żadni z was rewolucjoniści, myszki wy moje kochane, a zwykli Dulscy. Wrócicie z korpo, wyrzucicie posegregowane śmieci do trzech kubłów, przelejecie internetowy grosik na jakąś Odpowiednią Fundację, po czym zasiądziecie nad Sweatshopem. To z kolei mutacja tower defense'a, w której zamiast stawiać wieże obronne, zatrudniasz dzieci i imigrantów, żeby robili przy taśmie. Jeśli dane by mi było zaproponować coś twórcom, to niech w następnej części będzie taka opcja, że jak soft wykryje, że wreszcie po iluś tam etapach wreszcie gracz poczuł empatię, zawiesza mu się iPhone. Bo to albo to. I bądź tu mądry...
Ale najwspanialszym chyba przykładem gry, która wychowuje, jest Fate of the World, chyba najbardziej rozbudowana serious game. Złożona strategia na pohybel denialistom antropopochodnych zmian w globalnym gradiencie temperatur. Buduje się elektrownie słoneczne, ratuje pandę.
I tutaj wpis zatacza koło. Na początku zastanawiałem się, czy sprawiedliwe zabijać jest w grach pomniejszych przeciwników, jeżeli to właściwie są tylko służby porządkowe w zindoktrynowanej społeczności. Przypadek Fate of the World niesie odpowiedź.
Rozgrywka jest dosyć trudna, więc gracze zaczęli spotykać się na forach i udzielać sobie wzajemnie rady, co zrobić ze światem, żeby wyszło. Szybko znaleziono strategie zwycięstwa. Na przykład trzeba porzucić Afrykę. Startuje z niskiego poziomu, ciężko ją upgrade'ować, nikt właściwie jej nie potrzebuje. Albo Indie – kolejny trudny teren. Ale prości ludzie znaleźli sposób. Trzeba wytłuc większą część populacji, żeby statystyki się unormowały, a ocalali poszli radośnie ku świetlanej przyszłości.
To jak: strzelać, czy nie strzelać?

piątek, 14 września 2012

Największa

Odwiedziłem dziś Empik. Wiem, że nie wypada popierać Molocha, ale tak mi jeździ autobus, że każda wyprawa do Krakowa (tylko w języku Nowej Huty istnieje dyskretne rozróżnienie między "do Krakowa" a "na miasto") przebiega obok Empiku w Galerii Krakowskiej. Tak więc popełniłem aż dwa grzechy: Galerię i Empik.
Zacząłem od przeglądania stoisk z prasą. Wpierw przejrzałem pismo, którego od dawna nie czytam i do czytania którego nie zamierzam powracać. Znalazłem potwierdzenie telewizyjnego newsa półrocza, czyli że ludzie od Czasu honoru będą robić dla HBO serial o Jagiellonach. Moja obrażająca braci-racjonalistów wiara w polski serial znalazła kolejną przesłankę za. Następnie zwróciłem się w kierunku tołstych z żurnali. Ten z różowym mózgiem raczej kupię, więc od razu wziąłem się za Znak.
W najnowszym numerze magazynu przeczytać dokończenie dyskusji o kryzysie polskiej powieści. Oprócz "onych" udział biorą znajomi: Szostak. Cetnarowski, Dukaj, Twardoch, Brzezińska, Dunin-Wąsowicz. Tekst pointuje dopisek: w tym roki na dwadzieścia nominacji do Nike przypadają dwie powieści. Dwie.
Wstrząśnięty smutnym faktem powędrowałem ku regałom z prozą krajową. I ku wielkiemu zdziwieniu zobaczyłem najlepszą polską powieść XX wieku. Bez wahania wydałem skandalicznie wielką sumę i oto na biurku, obok laptopa leży teraz ona:


Niestety nie jestem oryginalny. Bodaj Szczepan Twardoch pierwszy nazwał Miasojedowa "największą powieścią". To w ogóle osobny dramat, to zgadzanie się z nim. Bo jeżeli moje nigdy przez mnie nie napisane powieści SF jedną po drugiej pisze Dukaj (bardzo dobrze pisze), tak w różnych przemyśleniach czuję pokrewieństwo z Twardochem. Czasem to zgadzanie się prowadzi do jednostronnej kłótni, ale to temat na inny tekst. Który kiedyś wrzucę, bo szkic już od dobrego roku "się myśli". Wróćmy jednak do Mackiewicza.
Po raz pierwszy przesłuchałem tę powieść w radiowej interpretacji Mariusza Benoit (co też polecam wszystkim czytelnikom, bo nie dość że Benoit świetnie wczuł się w czytaną treść, to ta atrakcja jest za darmo). Wtedy zachwycała. Na papierze dalej zachwyca – przekartkowałem w poszukiwaniu fragmentów, które wtedy wstrząsnęły i wrażenie powróciło. Jest wybitnie.

Józef Mackiewicz to nieszczęśliwy pisarz. Za życia stracił swoją małą ojczyznę, z której musiał uciekać wiosną 1945. Klepał biedę w Monachium, z taką samą zaciętością gnoiła go komuna i Radio Wolna Europa, ciążył na nim fałszywy zarzut kolaboracji, zabrakło mu czterech lat do dożycia wolności. Po śmierci zaś jeszcze gorzej, wpadł w getto tak małe i zamknięte, że moje kochane getto fantastyczne wydaje się nieogarnioną przestrzenią swobody i wolnej myśli.
O czym jest Sprawa pułkownika Miasojedowa? To fabularyzacja autentycznych wydarzeń. Sergiusz Miasojedow, pułkownik carskiej żandarmerii został w 1915 skazany w ukartowanym procesie o szpiegostwo i rozstrzelany. Jego żonę karnie przesiedlono pod Ałtaj.
Najpowszechniejszą praktyką jest odczytywanie Mackiewicza przez pryzmat polityki. A dokładniej: antykomunizmu, bo był antykomunistą totalnym, nieprzejednanym, autorem zdania "z komunistami nie można rozmawiać, ich trzeba zabijać". Ostro, zwłaszcza z perspektywy kraju, gdzie większość z 3 milionów członków PZPR zapisało się do partii w celu zdobycia posady majstra albo talonu na małego fiata. Kraju, w którym Kościół był w latach 1944-89 niezłomny, ale nie odważył się ogłosić decyzji Watykanu z 1949 o ekskomunice z automatu dla wszystkich komunistów. W takiej sytuacji z Mackiewicza łatwo zrobić ekstremistę. Siedzi dziadek w Monachium i gada bzdury. Życia nie zna!
W Miasojedowie komunizmu i komunistów jest wyjątkowo mało. To nie Droga donikąd (pokazująca sowietyzm z bliska), ani Kontra (opowiadająca o przegranej walce z nim). W kategoriach powieści politycznej Sprawa pułkownika Miasojedowa opowiada o podłości, z której wkrótce zrodzi się zło. Po części jest też próbą zrozumienia przez rusofila dlaczego państwo i naród, które kocha, wyczyniły tyle złego.
Liberałowie nie bronią Miasojedowa, bo jest funkcjonariuszem znienawidzonej żandarmerii, a liberalizm ma przecież jakieś granice. Nacjonaliści z czarnej sotni może by i pomogli, ale nie zapomną mu interesów z Żydami. Policja potrafi już tylko organizować prowokacje. Sztab przegrywa wojnę na własne życzenie. Wielki książę gra przeciwko ministrowi i na odwrót. Komunizm będzie karą, która spadnie na wszystkich.
A to wszystko jest zarazem wspaniałą, epicką powieścią, z galerią bohaterów, akcją pociągniętą na półwiecze, od rogatek Wilna, po bombardowane Drezno. Połączeniem chłodnego realizmu z symbolizmem. Zaskakującą zmianą perspektywy z męskiej na kobiecą (Klara, wdowa po Miasojedowie staje się dziedziczką fatum). Wreszcie przepiękną prozą:

Pocisk runął w to właśnie miejsce i zasłonił je w strasznym huku, wulkanem torfu i kłakami darni! Zabił trzysta komarów, dwie myszy polne, dwie glisty, tuzin czarnych żuczków, Michała Łukaszewicza, szeregowca 105-go Orenburskiego pułku piechoty, oraz sikorkę czarnogłówkę, którą strącił wybuchem z gałązki pobliskiej brzózki. Łukaszewiczowi odłamek nie strzaskał nawet czaszki, ledwo wyłamał nasadę nosa, wbił się przez lewe oko wprost w mózg i ostrymi kantami rozpalonego żelaza rozszarpał wszystko, co było wewnątrz głowy. Padając w trawę, ostatnim skurczem palców rozdusił żywą jeszcze biedronkę. Zginęli wszyscy. - Niech im ziemia lekką będzie! - I odlatywał już Anioł Stróż, zwolniony ze swego ziemskiego obowiązku... Gdyby jednak w ostatniej jeszcze chwili zdążył go Łukaszewicz przetrzymać za za koniec szaty i krzyknąć: "Stój! Ale ja, powiedz, o Aniele Boży, cóż mam wspólnego z garścią owadów i jednym ptaszkiem?!", usłyszałby zapewne w odpowiedzi: "Prawie wszystko. Stworzeni zostaliście przez jednego Boga"...
W rachunku ogólnym to tylko liczba skróconych dni. To tylko kwestia czasu.

Czytać, to, czytać, i jeszcze raz czytać.

czwartek, 12 lipca 2012

Nie wie lewica, co czyni prawica. I na odwrót.

Obiecywałem, że na moim blogu (raczej) nie będzie polityki. Nadszedł czas, ażeby wykorzystać możliwość zrobienia wyjątku, jaką daje mi "raczej". Zresztą wpis dojrzewał miesiącami.
Główna inspiracja pojawiła się jednak niedawno. Chodzi o artykuł Wyobraźnia po prawej stronie, który ukazał się w weekendowej rzepie. Zbieżność tytułu ze znanym tekstem Dukaja nieprzypadkowa.
Dominacja prawicowców w polskiej fantastyce to temat stary jak świat i trudno wymyślić cokolwiek nowego. Artykuł jest taki sobie, ot średnie stany Rzepy. Ale może posłużyć jako podkładka pod nieco szersze rozważania. W tym celu zalinkuję jeszcze Drugi obieg, gdzie jak zwykle pojawiły się głosy wybijające ponad przeciętny poziom dyskursu w fandomie. Jak chociażby teza agrafka, że prawoskrętność dotyka również wydawnictw (zwłaszcza teraz, kiedy po kolejnej ofensywie kryzysu wydaje się, że przeżyły już tylko Fabryka, Powergraph i NCK). Nie chcę tu oczywiście brutalnie wmawiać ludziom poglądy, z którymi się nie utożsamiają, więc z góry proszę o wybaczenie.
Już spojrzenie na najgłośniejsze nazwiska udowadnia pewien przechył w prawo. Ma on przyczyny historyczne znane chyba większości. Z jednej strony zaczytana w Zajdlu stara gwardia w rodzaju Parowskiego, Oramusa i Wolskiego (tego ostatniego nigdy nie rozumiałem), z drugiej strony młodsza o 10-20 lat ekipa Klubu tfurców, nie lubiąca wszelkiej komuny i zakochana w kapitalizmie.
Z drugiej strony od dłuższego czasu na prawym fandomie nie pojawiło się żadne nowe nazwisko. Ciągle ci sami: Pilipiuk, Grzędowicz, Komuda, Piekara, Ziemkiewicz (honorowo) itd. Był jeszcze Twardoch, on jednak wysiadł z tramwaju prawica na przystanku "śląska melancholia". Wielka szkoda, bo wnosił coś świeżego, a w końcu każde zamknięte towarzystwo zaczyna po pewnym czasie zjadać własny ogon. I to chyba dopadło prawicowych fantastów, którzy od lat nie wymyślili niczego nowego. Powstają kolejne tomy kolejnych książek, ale nie towarzyszy im żadna nowa idea. Świat rodzi nowe wyzwania dla literatury, a Pan lodowego ogrodu pozostaje taki sam, jak w 2005. A już wtedy wyglądał tak, jakby idea w nim tkwiąca istniała już w 1995. Szczęśliwie Jarosław Grzędowicz umie pisać; w przeciwnym razie skończyłoby się jak w opisywanej przed Dukaja książce Kempczyńskiego – repozytorium przeterminowanych pomysłów. Niestety, dobre pióro nie leczy z impregnacji. Wstyd było czytać, gdy Grzędowicz (ja ciągle o nim, bo to chyba najgłośniejszy reprezentant nurtu), konfrontując się z nowym problemem, robi jedno: wyśmiewa.
Drugim felerem fantastycznej prawicy, zamkniętej w niewielkim kręgu podobnych do siebie osób jest pomieszanie akcydensu z atrybutem, czyli spraw przygodnych z jądrem światopoglądu. Po prostu autorzy mimowolnie biorą własne kompletnie aideologiczne upodobania za ich część. Najlepszym przykładem są papierosy. Grzędowicz "uprawicował" je w następujący sposób: władza lewicowych biurokratów chce zmusić ludzi do zdrowego trybu życia, więc zakazuje im palić tytoń. Ergo: fajki są prawicowe.
Tymczasem ja uważam, że odwrót od tytoniu jest zjawiskiem społecznym. Jeszcze sto lat temu w urzędach i miejscach publicznych można było znaleźć spluwaczki (kto czytał Szweja, ten na pewno kojarzy). Spluwanie było czynnością typową dla dorosłych mężczyzn. Kobietom i dzieciom spluwać nie było wolno. Potem jednak spluwaczki zniknęły z życia publicznego. Uznano je za niehigieniczne, gdyż ślina roznosi choroby, oraz nieestetyczne. Obecnie pluje tylko margines społeczny. Identyczny proces zachodzi dzisiaj w przypadku papierosów, a to co fantaści-prawicowcy uważają za próbę wchodzenia władzy w prywatne sprawy obywateli, to po prostu zwykły populizm, sankcjonowanie czegoś, co dzieje się samo przez się.
Czyni mnie taka nieortodoksyjna interpretacja lewicowcem?


Lepszego obrazka nie miałem. Anime, a fe!
W tym miejscu mógłbym zakończyć wpis. Artykuł z Rzeczypospolitej opisywał, jak to prawica rządzi w polskiej fantastyce, ja natomiast spróbowałem pokazać, wcale nie jest tak dobrze, a kolos ma gliniane nogi. Koniec. Na szczęście pozostały jeszcze dwie części eseju Dukaja (2, 3), w których próbował wzmocnić lewą nogę fandomu. Musiał najwyraźniej przeczuwać, że może z tego nic nie wyjść, bo zaproponował też, by z jego koncepcji skorzystała i prawica (absorbując nowe idee, o braku których pisałem wyżej).
Lewicowej fantastyki (jako realnej siły) w Polsce nie ma. Był Pacyński, ale umarł, próbuje się podczepić Sapkowskiego, ale jego przynależność ideowa jest bardziej skomplikowana i zdefiniowanie jej pozostaje poza celami mojego wpisu. Są za to fandomowi lewicowcy, niezdolni (jak mi się na razie wydaje) do stworzenia literatury. Nawet nie takiej, która by coś odkrywała, ale zwykłej odpowiedzi na prawicową dominację.
Zachód przy nas to zupełnie inny świat. Mieville pisze marksistowskie fantasy, Stross przegania ze swojego bloga reakcjonistów – rozumiecie, czytelnicy? Są na świecie miejsca, gdzie słowo "reakcjnista" coś znaczy i nie wywołuje u słuchaczy napadów szyderczego śmiechu. Więcej, każdy może tam dolecieć samolotem!
A u nas nic. Żeby było jeszcze śmieszniej, fandomowi lewicowcy (tutaj disklajmer: piszę o tych, których mogę najłatwiej znaleźć w internecie, żadnych badań nie prowadzę) szczycą się uwielbieniem dla nowoczesnych technologii, ale jednak nie potrafią wykorzystać z Amazon Kindle, aby przetransferować lewoliteraturę nad Wisłę.
Może właśnie o opozycję nowoczeność-tradycjonalizm się rozchodzi. Wyrażanie prawd i intuicji o świecie przy pomocy literackiej fikcji to rzecz dawna, a szczyty osiągnęła w XIX-wiecznej powieści. Dlatego w Polsce literatura fantastyczna jest prawicowa, bo ma korzenie w zanurzonej przeszłości. Zachód natomiast z jego Strossami i Mieville'ami paradoksalnie są na wcześniejszym etapie niż my. Tkwią jeszcze w imperializmie, po nas przeszła już z definicji nieuchronna Rewolucja. Wkrótce Nieuchronna przetoczy się przez syty Londyn i Nowy Jork, a literatura fantastyczna zniknie. Jak ktoś widzi w tym pomysł na futurologiczne opowiadanko, to może pożyczyć – nie zabraniam.

Co robi więc fantasta-lewicowiec, skoro, jak wykazałem, literatura to forma ekspresji przynależąca do prawaków? Żywiołem jego jest teraźniejszość. Przeszłość pomija z powodów już wyjaśnionych wcześniej, przyszłość niebezpiecznie kojarzy się z Wiecznością (albo Chruszczowem zapowiadającym komunizm na za 20 lat). Trollerka, prowokacja, mem (być może za 100 lat będziemy wspominać Dukaja za wprowadzenie tego pojęcia do języka polskiej lewicy internetowej), wielki szyderczy LOL i szybki wjazd na Terlikowskiego.  Czasem przynosi to wspaniałe efekty, w końcu akcję, dzięki której polski satelita będzie nosił imię Lema zainicjował znany w towarzystwie osakana. Niemniej lewica celuje w happeningu i pielęgnowaniu stylu, a literatura do żadnego z obu po zwyczajnie nie pasuje.
Lewicowcy, mimo wszystkich różnic, w niektórych aspektach przypomina prawicę. Dolega im dokładnie takie samo nierozróżnianie atrybutu i akcydensu. Za atrybut uznali brodę. I wąsy. Oraz sandały – koniecznie ze skarpetami. Brodato-sandalasta figura buca, której nienawidzą i której się lękają tak ich opętała, iż nie dostrzegają, że wizerunek zamienił się w swoją karykaturę. Mamy 2012, najbardziej niebezpieczni z prawicowców są na etapie doboru poszetek pod kolor krawata. Jedynym większym skupieniem prawicowców, które hołduje stereotypowi brodacza są zapóźnieni fandomowcy. A i oni do niej nie pasują całkowicie, bo arcywróg Jarosław Grzędowicz goli się gładko. Co więc robię lewicowcy? Zamiast postąpić rozsądnie i porzucić umarłą metaforę, brną w nią dalej.

Fascynująca jest jeszcze u lewicowców-fantastów atencja, jaką darzą Jacka Dukaja. Przed laty na jego tekst zareagował jedynie (negatywnie) Grzędowicz. Powtórzenie jego tez przez dziennikarza Rzeczypospolitej (z podaniem źródła!) od razu wywołuje głosy obruszenia. Że nie, bo Sapkowski, Jabłoński i Pacyński świętej pamięci, że trololo, wybiórcze zestawienie naciąganych faktów, na każdego prawaka znaleźlibyśmy tuzin lewaków, gdyby tylko nam się chciało, a poza tym w zeszłym roku Wojciech Orliński puścił opowiadanie. Dowodzi to, jakiej nietykalności dorobił się Dukaj. Pamiętajmy przecież, że swego czasu Tomasz Piątek zdemaskował go jako neoliberała. Całkiem trafnie, jeżeli pominąć szczegóły oraz styl wrednego donosu. W samej Wyobraźni po prawej stronie można znaleźć kilka kompromitujących autora cytatów: od pochwały Weekendu w Spestreku po stwierdzenie, że obciachowa SF lat 90, strasząca Unią i eutanazją miała silne podstawy w rzeczywistości.
Czyżby więc lewica w fantastyce jest tak słaba, że wspiera neoliba, giełdowego dorobkiewicza, w nadziei, że obroni ich przed Pilipiukiem i Grzędowiczem? Zgroza.
No chyba, że wbrew pozorom z lewakami wszystko okej, a Dukaja lubią za dobrą prozę bez względu na ideologiczne podteksty.

Ale znalazłem! :-* Rainbow Dash!
Wypada kończyć. Co dodać? Prawica powoli wymiera, lewica nigdy się nie rozmnoży. Wygra bezideowość. Polityczne intencje w fantastyce będą niemile widziane, bo "polityka" stanie się przeciwieństwem słowa "normalność", a na nic fandom nie jest tak przeczulony, jak na podkreślaniu swojej normalności.  Odejdą w niepamięć stare spory, nastanie pokój i dobro, a w wypalonych przez wojnę ruinach gniazda uwiją pierwsze jaskółki. Czego wszystkim życzę.


Postscriptum: jeżeli ktoś wybiera się na tegoroczną Avangardę, to będzie miał okazję wysłuchać wystąpienia prawdziwego prawicowca z PiS – Przemysława Wiplera. Nie wiem, czy to będzie osobna prelekcja, panel, czy coś innego, ale myślę, że warto się wybrać. Wipler to nie byle poseł z ostatniego rzędu, dał na wizji kuksańca Hofmanowi. Czyli zrobił coś, na co pozwala sobie tylko Kaczafi. Do tego chyba zna się na fantastyce, w każdym razie głośno złorzeczył na zakończenie trzeciego Mass Efectu.