Siedzę nad trzema tekstami na raz i jeden podgryza drugi. Pierwszy był tekst o Dukaju, sprytnie wykombinowany temat, bo wykorzystujący ostatnie miesiące ciszy przed Rekursją. Zastanawiałem się właśnie, jak z anegdoty rozwinąć się do pełnowymiarowego tekstu, kiedy przyszedł Pyrkon. Jak zwykle na nim nie byłem, ale czytałem relacje. Zwłaszcza te Strossa. I od razu zarysowała mi się przed oczyma wyobraźni koncepcja zaproponowana przez autora Accelerando: Worldcon w Polsce. Przecież sobie poradzimy. Pyrkon jest przeogromny, mamy doświadczenie kilku Euroconów (ostatni do spółki z Czechami i Słowakami w Cieszynie). Przed laty podobno Iwaszkiewicz marzył o Noblu, chwili, kiedy w Temps Modernes zaczną drukować streszczenia Twórczości (a nie odwrotnie), a Simone de Beauvoir usiądzie w kawiarni Czytelnika. Jemu się nie udało, my mamy szansę. Wszyscy ci autorzy, którzy jeszcze kilkanaście lat temu wydawali się odległymi gwiazdami, zasiądą do wspólnego piwa z naszymi, a wręczanie Hugo będzie tylko aperitifem do gali zajdlowskiej. Pomarzyć.
Ale tu przerwijmy, żeby nie spojlerować. Mam w zanadrzu jeszcze wpis o immersji w grach komputerowych. Ale to dopiero, kiedy zbiorę wystarczająco dużo materiałów. Byle zdążyć przed konkurencją.
I tak sobie skaczę między kilkoma pomysłami, w międzyczasie podczytując Kłamstwa Locke Lamory, drugi tom Kichota, Mgławicę Andromedy i Sańkję, kiedy wtem myślę, co wyróżnia fantastykę, od literatury, jak by to powiedzieć, normalnej. W czym jest jej siła. Otóż fantastyka ma moc brania tematu, który z łatwością dałby się zamknąć w formie żartu albo metafory, i rozgrywania go na serio, z pełną powagą, ani na chwilę nie tracąc rytmu, ani nie wygrywając fałszywej nuty. Woltyżerska sztuka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stross. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stross. Pokaż wszystkie posty
piątek, 28 marca 2014
sobota, 27 października 2012
Stan Strossa
Wyobraźmy sobie, że w 1990 roku, w NF albo Feniksie wychodzi opowiadanie fantastycznonaukowe, którego akcja toczy się w 2012 roku. Fabuła nieważna, może być jakakolwiek, skupię się na prostej scence. Bohater ma zawieszony na ścianie wielki płaski telewizor, do którego podpiął laptopa i siedząc przed tym zestawem gra w sieciowe RPG, które kupił kilka dni wcześniej. Kupił w promocji na steamie, więc ma ją gdzieś w chmurze, a nie na dyskietce, płytce czy innym fizycznym nośniku. Gra w końcu mu się znudziła, więc postanowił wpaść do kumpla, który wprowadził się do nowego mieszkania i od tygodnia go zaprasza. Na smartfonie sprawdza rozkład jazdy autobusów. Ma tylko pięć minut, więc czym prędzej zbiega na przystanek. Miejski autobus nadjeżdża o czasie. W środku przyjemnie szumi klimatyzacja (jest lato), bohater zerka na dwa wiszące z pułapu ekrany: boczny pokazuje guglowską mapę z zaznaczoną aktualną pozycją pojazdu, na przednim leci niemy serwis informacyjny. Tu mrugnięcie okiem do czytelnika: według autora opowiadania premierem jest ten młody rudy liberał z Gdańska a z tekstu pod Jarosławem Kaczyńskim wynika, że wojna na górze nadal trwa. Zostawmy jednak robienie sobie żartów bieżączki roku 1990, bo nie tego czytelnik oczekuje. Polityki nie lubi również bohater opowiadania, bo wyciąga z kieszeni Kindla. Kilkoma ruchami po dotykowym ekranie wybiera książkę, jedną z tysiąca na karcie microSD. To powieść SF popularnego i poważanego anglojęzycznego pisarza. Bohater ściągnął ją za darmo ze strony autora na prawach licencji Creative Commons zaraz po tym, jak się tam pojawiła.
Bohater nie zdążył jednak przeczytać więcej niż kilka stron, bo ciepły głos Anny Dymnej oznajmił, że autobus dotarł na miejsce. Bohater wysiadł. Zorientowawszy się, że to nowe osiedle i nie może połaś się w labiryncie domów, jeszcze raz sięgnął po smartfona. Włączył GPS i z jego pomocą łatwo trafi do celu.
Science Fiction, prawda?
Czytam właśnie Stan wstrzymania Strossa, który jest właśnie czymś takim. Nie wiem, jak książka się skończy, może dobrze, a może rozczarowująco, ale nie o to chodzi. Znalazłem przykład SF tak bliskiego zasięgu, że prawie przestającego być fantastyką. Ale leżącego na odpowiedniej półce w księgarni. "Szczęścia" takiego nie miały powieści Michaela Crichtona, które przecież były klasyczną esefową "opowieścią o wynalazku", tylko opisaną w formie korporacyjnego dreszczowca.
Cały czas myślę o tym wymyślonym na początku wpisu opowiadanku. Jak by je wtedy odebrali czytelnicy? Obwołali klasyką polskiego cyberpunku, czy wysłali listy do redakcji z protestami, że tekst nie staje się fantastyczny, przez wyposażenie bohatera w nieco szybszy komputer niż Atari i nieco mniejszą komórkę niż cegłówka od Centertela? Nie wymyśliłem, co zdarzy się po wyjściu z autobusu, ale na pewno nie byłoby podróży w czasie czy klonowania (mam nadzieję, że u Strossa też takich historii nie będzie). . Nikt by też nie odkrył w kulminacyjnej scenie, że serwery Google'a działają na technologiach pozyskanych z zestrzelonego UFO.
Czymś takim właśnie jest Stan wstrzymania – nie mam tylko perspektywy roku 2018 na dowód. Pomimo tego i tak czuję, że tak będzie, a właściwie już jest, tylko mniej i wolniej. Okulary od Google (znowu ta firma...) już są, w sieciowe erpegi grają miliony, tysiące próbują w nich cheatować. Pierwsze z drugim i trzecim łączą się harmonijnie i jeśli damy im dojrzeć przez kilka lat wyjdzie nam powieść Strossa.
Więc czym ona jest: bliskozasięgowym SF, współczesnym kryminałem skupionym na nowoczesnej technice, przez co przypominającym SF, a może fabularyzowaną publicystyką? Bo – jeśli można tak delikatnie powiedzieć – nie czyta się Strossa dla języka i literackości. Niech każdy czytelnik osądzi samodzielnie. Przynajmniej wszystkie możliwe odpowiedzi są w jakimś stopniu satysfakcjonujące.
Jeszcze jedno na koniec. Wygrzebałem z szafy maszynę do pisania. Razem z nią w walizeczce był też plik pożółkłych kartek. Taśma barwiąca również od dawna nie była wymieniana, więc można takim zestawem popełnić zgrabne fałszerstwo. Mógłbym więc wymyślić dokończenie wspominanego na początku opowiadania, napisać je i wysłać redaktorowi Parowskiemu do NF. Dołączyłbym jeszcze taki oto liścik:
Bohater nie zdążył jednak przeczytać więcej niż kilka stron, bo ciepły głos Anny Dymnej oznajmił, że autobus dotarł na miejsce. Bohater wysiadł. Zorientowawszy się, że to nowe osiedle i nie może połaś się w labiryncie domów, jeszcze raz sięgnął po smartfona. Włączył GPS i z jego pomocą łatwo trafi do celu.
Science Fiction, prawda?
Czytam właśnie Stan wstrzymania Strossa, który jest właśnie czymś takim. Nie wiem, jak książka się skończy, może dobrze, a może rozczarowująco, ale nie o to chodzi. Znalazłem przykład SF tak bliskiego zasięgu, że prawie przestającego być fantastyką. Ale leżącego na odpowiedniej półce w księgarni. "Szczęścia" takiego nie miały powieści Michaela Crichtona, które przecież były klasyczną esefową "opowieścią o wynalazku", tylko opisaną w formie korporacyjnego dreszczowca.
Cały czas myślę o tym wymyślonym na początku wpisu opowiadanku. Jak by je wtedy odebrali czytelnicy? Obwołali klasyką polskiego cyberpunku, czy wysłali listy do redakcji z protestami, że tekst nie staje się fantastyczny, przez wyposażenie bohatera w nieco szybszy komputer niż Atari i nieco mniejszą komórkę niż cegłówka od Centertela? Nie wymyśliłem, co zdarzy się po wyjściu z autobusu, ale na pewno nie byłoby podróży w czasie czy klonowania (mam nadzieję, że u Strossa też takich historii nie będzie). . Nikt by też nie odkrył w kulminacyjnej scenie, że serwery Google'a działają na technologiach pozyskanych z zestrzelonego UFO.
Czymś takim właśnie jest Stan wstrzymania – nie mam tylko perspektywy roku 2018 na dowód. Pomimo tego i tak czuję, że tak będzie, a właściwie już jest, tylko mniej i wolniej. Okulary od Google (znowu ta firma...) już są, w sieciowe erpegi grają miliony, tysiące próbują w nich cheatować. Pierwsze z drugim i trzecim łączą się harmonijnie i jeśli damy im dojrzeć przez kilka lat wyjdzie nam powieść Strossa.
Więc czym ona jest: bliskozasięgowym SF, współczesnym kryminałem skupionym na nowoczesnej technice, przez co przypominającym SF, a może fabularyzowaną publicystyką? Bo – jeśli można tak delikatnie powiedzieć – nie czyta się Strossa dla języka i literackości. Niech każdy czytelnik osądzi samodzielnie. Przynajmniej wszystkie możliwe odpowiedzi są w jakimś stopniu satysfakcjonujące.
Jeszcze jedno na koniec. Wygrzebałem z szafy maszynę do pisania. Razem z nią w walizeczce był też plik pożółkłych kartek. Taśma barwiąca również od dawna nie była wymieniana, więc można takim zestawem popełnić zgrabne fałszerstwo. Mógłbym więc wymyślić dokończenie wspominanego na początku opowiadania, napisać je i wysłać redaktorowi Parowskiemu do NF. Dołączyłbym jeszcze taki oto liścik:
Szanowny Panie Redaktorze!Udałoby się, czy by się nie udało?
Napisałem to opowiadanie wiele lat temu, ale jak na złość jedyny maszynopis przepadł podczas przeprowadzki. Znalazłem go dopiero niedawno między płytami gramofonowymi. Od razu dopadły mnie wspomnienia oraz chęć dokończenia tego, co chciałem zrobić w 1990. Boję się trochę, że opowiadanie jest przestarzałe, jak na nasze czasy, lecz z drugiej strony tylu miłośników fantastyki mówi dzisiaj, że chcieliby poczytać czasami prozę w starym stylu...
czwartek, 12 lipca 2012
Nie wie lewica, co czyni prawica. I na odwrót.
Obiecywałem, że na moim blogu (raczej) nie będzie polityki. Nadszedł czas, ażeby wykorzystać możliwość zrobienia wyjątku, jaką daje mi "raczej". Zresztą wpis dojrzewał miesiącami.
Główna inspiracja pojawiła się jednak niedawno. Chodzi o artykuł Wyobraźnia po prawej stronie, który ukazał się w weekendowej rzepie. Zbieżność tytułu ze znanym tekstem Dukaja nieprzypadkowa.
Dominacja prawicowców w polskiej fantastyce to temat stary jak świat i trudno wymyślić cokolwiek nowego. Artykuł jest taki sobie, ot średnie stany Rzepy. Ale może posłużyć jako podkładka pod nieco szersze rozważania. W tym celu zalinkuję jeszcze Drugi obieg, gdzie jak zwykle pojawiły się głosy wybijające ponad przeciętny poziom dyskursu w fandomie. Jak chociażby teza agrafka, że prawoskrętność dotyka również wydawnictw (zwłaszcza teraz, kiedy po kolejnej ofensywie kryzysu wydaje się, że przeżyły już tylko Fabryka, Powergraph i NCK). Nie chcę tu oczywiście brutalnie wmawiać ludziom poglądy, z którymi się nie utożsamiają, więc z góry proszę o wybaczenie.
Już spojrzenie na najgłośniejsze nazwiska udowadnia pewien przechył w prawo. Ma on przyczyny historyczne znane chyba większości. Z jednej strony zaczytana w Zajdlu stara gwardia w rodzaju Parowskiego, Oramusa i Wolskiego (tego ostatniego nigdy nie rozumiałem), z drugiej strony młodsza o 10-20 lat ekipa Klubu tfurców, nie lubiąca wszelkiej komuny i zakochana w kapitalizmie.
Z drugiej strony od dłuższego czasu na prawym fandomie nie pojawiło się żadne nowe nazwisko. Ciągle ci sami: Pilipiuk, Grzędowicz, Komuda, Piekara, Ziemkiewicz (honorowo) itd. Był jeszcze Twardoch, on jednak wysiadł z tramwaju prawica na przystanku "śląska melancholia". Wielka szkoda, bo wnosił coś świeżego, a w końcu każde zamknięte towarzystwo zaczyna po pewnym czasie zjadać własny ogon. I to chyba dopadło prawicowych fantastów, którzy od lat nie wymyślili niczego nowego. Powstają kolejne tomy kolejnych książek, ale nie towarzyszy im żadna nowa idea. Świat rodzi nowe wyzwania dla literatury, a Pan lodowego ogrodu pozostaje taki sam, jak w 2005. A już wtedy wyglądał tak, jakby idea w nim tkwiąca istniała już w 1995. Szczęśliwie Jarosław Grzędowicz umie pisać; w przeciwnym razie skończyłoby się jak w opisywanej przed Dukaja książce Kempczyńskiego – repozytorium przeterminowanych pomysłów. Niestety, dobre pióro nie leczy z impregnacji. Wstyd było czytać, gdy Grzędowicz (ja ciągle o nim, bo to chyba najgłośniejszy reprezentant nurtu), konfrontując się z nowym problemem, robi jedno: wyśmiewa.
Drugim felerem fantastycznej prawicy, zamkniętej w niewielkim kręgu podobnych do siebie osób jest pomieszanie akcydensu z atrybutem, czyli spraw przygodnych z jądrem światopoglądu. Po prostu autorzy mimowolnie biorą własne kompletnie aideologiczne upodobania za ich część. Najlepszym przykładem są papierosy. Grzędowicz "uprawicował" je w następujący sposób: władza lewicowych biurokratów chce zmusić ludzi do zdrowego trybu życia, więc zakazuje im palić tytoń. Ergo: fajki są prawicowe.
Tymczasem ja uważam, że odwrót od tytoniu jest zjawiskiem społecznym. Jeszcze sto lat temu w urzędach i miejscach publicznych można było znaleźć spluwaczki (kto czytał Szweja, ten na pewno kojarzy). Spluwanie było czynnością typową dla dorosłych mężczyzn. Kobietom i dzieciom spluwać nie było wolno. Potem jednak spluwaczki zniknęły z życia publicznego. Uznano je za niehigieniczne, gdyż ślina roznosi choroby, oraz nieestetyczne. Obecnie pluje tylko margines społeczny. Identyczny proces zachodzi dzisiaj w przypadku papierosów, a to co fantaści-prawicowcy uważają za próbę wchodzenia władzy w prywatne sprawy obywateli, to po prostu zwykły populizm, sankcjonowanie czegoś, co dzieje się samo przez się.
Czyni mnie taka nieortodoksyjna interpretacja lewicowcem?
W tym miejscu mógłbym zakończyć wpis. Artykuł z Rzeczypospolitej opisywał, jak to prawica rządzi w polskiej fantastyce, ja natomiast spróbowałem pokazać, wcale nie jest tak dobrze, a kolos ma gliniane nogi. Koniec. Na szczęście pozostały jeszcze dwie części eseju Dukaja (2, 3), w których próbował wzmocnić lewą nogę fandomu. Musiał najwyraźniej przeczuwać, że może z tego nic nie wyjść, bo zaproponował też, by z jego koncepcji skorzystała i prawica (absorbując nowe idee, o braku których pisałem wyżej).
Lewicowej fantastyki (jako realnej siły) w Polsce nie ma. Był Pacyński, ale umarł, próbuje się podczepić Sapkowskiego, ale jego przynależność ideowa jest bardziej skomplikowana i zdefiniowanie jej pozostaje poza celami mojego wpisu. Są za to fandomowi lewicowcy, niezdolni (jak mi się na razie wydaje) do stworzenia literatury. Nawet nie takiej, która by coś odkrywała, ale zwykłej odpowiedzi na prawicową dominację.
Zachód przy nas to zupełnie inny świat. Mieville pisze marksistowskie fantasy, Stross przegania ze swojego bloga reakcjonistów – rozumiecie, czytelnicy? Są na świecie miejsca, gdzie słowo "reakcjnista" coś znaczy i nie wywołuje u słuchaczy napadów szyderczego śmiechu. Więcej, każdy może tam dolecieć samolotem!
A u nas nic. Żeby było jeszcze śmieszniej, fandomowi lewicowcy (tutaj disklajmer: piszę o tych, których mogę najłatwiej znaleźć w internecie, żadnych badań nie prowadzę) szczycą się uwielbieniem dla nowoczesnych technologii, ale jednak nie potrafią wykorzystać z Amazon Kindle, aby przetransferować lewoliteraturę nad Wisłę.
Może właśnie o opozycję nowoczeność-tradycjonalizm się rozchodzi. Wyrażanie prawd i intuicji o świecie przy pomocy literackiej fikcji to rzecz dawna, a szczyty osiągnęła w XIX-wiecznej powieści. Dlatego w Polsce literatura fantastyczna jest prawicowa, bo ma korzenie w zanurzonej przeszłości. Zachód natomiast z jego Strossami i Mieville'ami paradoksalnie są na wcześniejszym etapie niż my. Tkwią jeszcze w imperializmie, po nas przeszła już z definicji nieuchronna Rewolucja. Wkrótce Nieuchronna przetoczy się przez syty Londyn i Nowy Jork, a literatura fantastyczna zniknie. Jak ktoś widzi w tym pomysł na futurologiczne opowiadanko, to może pożyczyć – nie zabraniam.
Co robi więc fantasta-lewicowiec, skoro, jak wykazałem, literatura to forma ekspresji przynależąca do prawaków? Żywiołem jego jest teraźniejszość. Przeszłość pomija z powodów już wyjaśnionych wcześniej, przyszłość niebezpiecznie kojarzy się z Wiecznością (albo Chruszczowem zapowiadającym komunizm na za 20 lat). Trollerka, prowokacja, mem (być może za 100 lat będziemy wspominać Dukaja za wprowadzenie tego pojęcia do języka polskiej lewicy internetowej), wielki szyderczy LOL i szybki wjazd na Terlikowskiego. Czasem przynosi to wspaniałe efekty, w końcu akcję, dzięki której polski satelita będzie nosił imię Lema zainicjował znany w towarzystwie osakana. Niemniej lewica celuje w happeningu i pielęgnowaniu stylu, a literatura do żadnego z obu po zwyczajnie nie pasuje.
Lewicowcy, mimo wszystkich różnic, w niektórych aspektach przypomina prawicę. Dolega im dokładnie takie samo nierozróżnianie atrybutu i akcydensu. Za atrybut uznali brodę. I wąsy. Oraz sandały – koniecznie ze skarpetami. Brodato-sandalasta figura buca, której nienawidzą i której się lękają tak ich opętała, iż nie dostrzegają, że wizerunek zamienił się w swoją karykaturę. Mamy 2012, najbardziej niebezpieczni z prawicowców są na etapie doboru poszetek pod kolor krawata. Jedynym większym skupieniem prawicowców, które hołduje stereotypowi brodacza są zapóźnieni fandomowcy. A i oni do niej nie pasują całkowicie, bo arcywróg Jarosław Grzędowicz goli się gładko. Co więc robię lewicowcy? Zamiast postąpić rozsądnie i porzucić umarłą metaforę, brną w nią dalej.
Fascynująca jest jeszcze u lewicowców-fantastów atencja, jaką darzą Jacka Dukaja. Przed laty na jego tekst zareagował jedynie (negatywnie) Grzędowicz. Powtórzenie jego tez przez dziennikarza Rzeczypospolitej (z podaniem źródła!) od razu wywołuje głosy obruszenia. Że nie, bo Sapkowski, Jabłoński i Pacyński świętej pamięci, że trololo, wybiórcze zestawienie naciąganych faktów, na każdego prawaka znaleźlibyśmy tuzin lewaków, gdyby tylko nam się chciało, a poza tym w zeszłym roku Wojciech Orliński puścił opowiadanie. Dowodzi to, jakiej nietykalności dorobił się Dukaj. Pamiętajmy przecież, że swego czasu Tomasz Piątek zdemaskował go jako neoliberała. Całkiem trafnie, jeżeli pominąć szczegóły oraz styl wrednego donosu. W samej Wyobraźni po prawej stronie można znaleźć kilka kompromitujących autora cytatów: od pochwały Weekendu w Spestreku po stwierdzenie, że obciachowa SF lat 90, strasząca Unią i eutanazją miała silne podstawy w rzeczywistości.
Czyżby więc lewica w fantastyce jest tak słaba, że wspiera neoliba, giełdowego dorobkiewicza, w nadziei, że obroni ich przed Pilipiukiem i Grzędowiczem? Zgroza.
No chyba, że wbrew pozorom z lewakami wszystko okej, a Dukaja lubią za dobrą prozę bez względu na ideologiczne podteksty.
Wypada kończyć. Co dodać? Prawica powoli wymiera, lewica nigdy się nie rozmnoży. Wygra bezideowość. Polityczne intencje w fantastyce będą niemile widziane, bo "polityka" stanie się przeciwieństwem słowa "normalność", a na nic fandom nie jest tak przeczulony, jak na podkreślaniu swojej normalności. Odejdą w niepamięć stare spory, nastanie pokój i dobro, a w wypalonych przez wojnę ruinach gniazda uwiją pierwsze jaskółki. Czego wszystkim życzę.
Postscriptum: jeżeli ktoś wybiera się na tegoroczną Avangardę, to będzie miał okazję wysłuchać wystąpienia prawdziwego prawicowca z PiS – Przemysława Wiplera. Nie wiem, czy to będzie osobna prelekcja, panel, czy coś innego, ale myślę, że warto się wybrać. Wipler to nie byle poseł z ostatniego rzędu, dał na wizji kuksańca Hofmanowi. Czyli zrobił coś, na co pozwala sobie tylko Kaczafi. Do tego chyba zna się na fantastyce, w każdym razie głośno złorzeczył na zakończenie trzeciego Mass Efectu.
Główna inspiracja pojawiła się jednak niedawno. Chodzi o artykuł Wyobraźnia po prawej stronie, który ukazał się w weekendowej rzepie. Zbieżność tytułu ze znanym tekstem Dukaja nieprzypadkowa.
Dominacja prawicowców w polskiej fantastyce to temat stary jak świat i trudno wymyślić cokolwiek nowego. Artykuł jest taki sobie, ot średnie stany Rzepy. Ale może posłużyć jako podkładka pod nieco szersze rozważania. W tym celu zalinkuję jeszcze Drugi obieg, gdzie jak zwykle pojawiły się głosy wybijające ponad przeciętny poziom dyskursu w fandomie. Jak chociażby teza agrafka, że prawoskrętność dotyka również wydawnictw (zwłaszcza teraz, kiedy po kolejnej ofensywie kryzysu wydaje się, że przeżyły już tylko Fabryka, Powergraph i NCK). Nie chcę tu oczywiście brutalnie wmawiać ludziom poglądy, z którymi się nie utożsamiają, więc z góry proszę o wybaczenie.
Już spojrzenie na najgłośniejsze nazwiska udowadnia pewien przechył w prawo. Ma on przyczyny historyczne znane chyba większości. Z jednej strony zaczytana w Zajdlu stara gwardia w rodzaju Parowskiego, Oramusa i Wolskiego (tego ostatniego nigdy nie rozumiałem), z drugiej strony młodsza o 10-20 lat ekipa Klubu tfurców, nie lubiąca wszelkiej komuny i zakochana w kapitalizmie.
Z drugiej strony od dłuższego czasu na prawym fandomie nie pojawiło się żadne nowe nazwisko. Ciągle ci sami: Pilipiuk, Grzędowicz, Komuda, Piekara, Ziemkiewicz (honorowo) itd. Był jeszcze Twardoch, on jednak wysiadł z tramwaju prawica na przystanku "śląska melancholia". Wielka szkoda, bo wnosił coś świeżego, a w końcu każde zamknięte towarzystwo zaczyna po pewnym czasie zjadać własny ogon. I to chyba dopadło prawicowych fantastów, którzy od lat nie wymyślili niczego nowego. Powstają kolejne tomy kolejnych książek, ale nie towarzyszy im żadna nowa idea. Świat rodzi nowe wyzwania dla literatury, a Pan lodowego ogrodu pozostaje taki sam, jak w 2005. A już wtedy wyglądał tak, jakby idea w nim tkwiąca istniała już w 1995. Szczęśliwie Jarosław Grzędowicz umie pisać; w przeciwnym razie skończyłoby się jak w opisywanej przed Dukaja książce Kempczyńskiego – repozytorium przeterminowanych pomysłów. Niestety, dobre pióro nie leczy z impregnacji. Wstyd było czytać, gdy Grzędowicz (ja ciągle o nim, bo to chyba najgłośniejszy reprezentant nurtu), konfrontując się z nowym problemem, robi jedno: wyśmiewa.
Drugim felerem fantastycznej prawicy, zamkniętej w niewielkim kręgu podobnych do siebie osób jest pomieszanie akcydensu z atrybutem, czyli spraw przygodnych z jądrem światopoglądu. Po prostu autorzy mimowolnie biorą własne kompletnie aideologiczne upodobania za ich część. Najlepszym przykładem są papierosy. Grzędowicz "uprawicował" je w następujący sposób: władza lewicowych biurokratów chce zmusić ludzi do zdrowego trybu życia, więc zakazuje im palić tytoń. Ergo: fajki są prawicowe.
Tymczasem ja uważam, że odwrót od tytoniu jest zjawiskiem społecznym. Jeszcze sto lat temu w urzędach i miejscach publicznych można było znaleźć spluwaczki (kto czytał Szweja, ten na pewno kojarzy). Spluwanie było czynnością typową dla dorosłych mężczyzn. Kobietom i dzieciom spluwać nie było wolno. Potem jednak spluwaczki zniknęły z życia publicznego. Uznano je za niehigieniczne, gdyż ślina roznosi choroby, oraz nieestetyczne. Obecnie pluje tylko margines społeczny. Identyczny proces zachodzi dzisiaj w przypadku papierosów, a to co fantaści-prawicowcy uważają za próbę wchodzenia władzy w prywatne sprawy obywateli, to po prostu zwykły populizm, sankcjonowanie czegoś, co dzieje się samo przez się.
Czyni mnie taka nieortodoksyjna interpretacja lewicowcem?
![]() |
| Lepszego obrazka nie miałem. Anime, a fe! |
Lewicowej fantastyki (jako realnej siły) w Polsce nie ma. Był Pacyński, ale umarł, próbuje się podczepić Sapkowskiego, ale jego przynależność ideowa jest bardziej skomplikowana i zdefiniowanie jej pozostaje poza celami mojego wpisu. Są za to fandomowi lewicowcy, niezdolni (jak mi się na razie wydaje) do stworzenia literatury. Nawet nie takiej, która by coś odkrywała, ale zwykłej odpowiedzi na prawicową dominację.
Zachód przy nas to zupełnie inny świat. Mieville pisze marksistowskie fantasy, Stross przegania ze swojego bloga reakcjonistów – rozumiecie, czytelnicy? Są na świecie miejsca, gdzie słowo "reakcjnista" coś znaczy i nie wywołuje u słuchaczy napadów szyderczego śmiechu. Więcej, każdy może tam dolecieć samolotem!
A u nas nic. Żeby było jeszcze śmieszniej, fandomowi lewicowcy (tutaj disklajmer: piszę o tych, których mogę najłatwiej znaleźć w internecie, żadnych badań nie prowadzę) szczycą się uwielbieniem dla nowoczesnych technologii, ale jednak nie potrafią wykorzystać z Amazon Kindle, aby przetransferować lewoliteraturę nad Wisłę.
Może właśnie o opozycję nowoczeność-tradycjonalizm się rozchodzi. Wyrażanie prawd i intuicji o świecie przy pomocy literackiej fikcji to rzecz dawna, a szczyty osiągnęła w XIX-wiecznej powieści. Dlatego w Polsce literatura fantastyczna jest prawicowa, bo ma korzenie w zanurzonej przeszłości. Zachód natomiast z jego Strossami i Mieville'ami paradoksalnie są na wcześniejszym etapie niż my. Tkwią jeszcze w imperializmie, po nas przeszła już z definicji nieuchronna Rewolucja. Wkrótce Nieuchronna przetoczy się przez syty Londyn i Nowy Jork, a literatura fantastyczna zniknie. Jak ktoś widzi w tym pomysł na futurologiczne opowiadanko, to może pożyczyć – nie zabraniam.
Co robi więc fantasta-lewicowiec, skoro, jak wykazałem, literatura to forma ekspresji przynależąca do prawaków? Żywiołem jego jest teraźniejszość. Przeszłość pomija z powodów już wyjaśnionych wcześniej, przyszłość niebezpiecznie kojarzy się z Wiecznością (albo Chruszczowem zapowiadającym komunizm na za 20 lat). Trollerka, prowokacja, mem (być może za 100 lat będziemy wspominać Dukaja za wprowadzenie tego pojęcia do języka polskiej lewicy internetowej), wielki szyderczy LOL i szybki wjazd na Terlikowskiego. Czasem przynosi to wspaniałe efekty, w końcu akcję, dzięki której polski satelita będzie nosił imię Lema zainicjował znany w towarzystwie osakana. Niemniej lewica celuje w happeningu i pielęgnowaniu stylu, a literatura do żadnego z obu po zwyczajnie nie pasuje.
Lewicowcy, mimo wszystkich różnic, w niektórych aspektach przypomina prawicę. Dolega im dokładnie takie samo nierozróżnianie atrybutu i akcydensu. Za atrybut uznali brodę. I wąsy. Oraz sandały – koniecznie ze skarpetami. Brodato-sandalasta figura buca, której nienawidzą i której się lękają tak ich opętała, iż nie dostrzegają, że wizerunek zamienił się w swoją karykaturę. Mamy 2012, najbardziej niebezpieczni z prawicowców są na etapie doboru poszetek pod kolor krawata. Jedynym większym skupieniem prawicowców, które hołduje stereotypowi brodacza są zapóźnieni fandomowcy. A i oni do niej nie pasują całkowicie, bo arcywróg Jarosław Grzędowicz goli się gładko. Co więc robię lewicowcy? Zamiast postąpić rozsądnie i porzucić umarłą metaforę, brną w nią dalej.
Fascynująca jest jeszcze u lewicowców-fantastów atencja, jaką darzą Jacka Dukaja. Przed laty na jego tekst zareagował jedynie (negatywnie) Grzędowicz. Powtórzenie jego tez przez dziennikarza Rzeczypospolitej (z podaniem źródła!) od razu wywołuje głosy obruszenia. Że nie, bo Sapkowski, Jabłoński i Pacyński świętej pamięci, że trololo, wybiórcze zestawienie naciąganych faktów, na każdego prawaka znaleźlibyśmy tuzin lewaków, gdyby tylko nam się chciało, a poza tym w zeszłym roku Wojciech Orliński puścił opowiadanie. Dowodzi to, jakiej nietykalności dorobił się Dukaj. Pamiętajmy przecież, że swego czasu Tomasz Piątek zdemaskował go jako neoliberała. Całkiem trafnie, jeżeli pominąć szczegóły oraz styl wrednego donosu. W samej Wyobraźni po prawej stronie można znaleźć kilka kompromitujących autora cytatów: od pochwały Weekendu w Spestreku po stwierdzenie, że obciachowa SF lat 90, strasząca Unią i eutanazją miała silne podstawy w rzeczywistości.
Czyżby więc lewica w fantastyce jest tak słaba, że wspiera neoliba, giełdowego dorobkiewicza, w nadziei, że obroni ich przed Pilipiukiem i Grzędowiczem? Zgroza.
No chyba, że wbrew pozorom z lewakami wszystko okej, a Dukaja lubią za dobrą prozę bez względu na ideologiczne podteksty.
![]() |
| Ale znalazłem! :-* Rainbow Dash! |
Postscriptum: jeżeli ktoś wybiera się na tegoroczną Avangardę, to będzie miał okazję wysłuchać wystąpienia prawdziwego prawicowca z PiS – Przemysława Wiplera. Nie wiem, czy to będzie osobna prelekcja, panel, czy coś innego, ale myślę, że warto się wybrać. Wipler to nie byle poseł z ostatniego rzędu, dał na wizji kuksańca Hofmanowi. Czyli zrobił coś, na co pozwala sobie tylko Kaczafi. Do tego chyba zna się na fantastyce, w każdym razie głośno złorzeczył na zakończenie trzeciego Mass Efectu.
piątek, 29 czerwca 2012
Zajdlodylematy
Jakoś znów się rozleniwiłem z pisaniem blogowym. Na szczęście wczoraj ogłoszono nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, a one zawsze były dobrym tematem do ponarzekania. Wpierw jednak podam tytuły (za Esensją, niech ma, a co).
Powieści:
Powieść Dukaja to poczwórne SF: powieść fantastycznonaukowa o fantastyce naukowej, której bohater jest pisarzem powieści SF, a całość nosi tytuł Science Fiction. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, różniącej się od naszych czasów mniej więcej tyle, ile Nokia 3310 od Samsunga HTC. Do tego akcję przeplatają rozdziały wyjątkowo ambitnej powieści pisanej przez bohatera, całość zaś wieńczy mocna pointa (prawdopodobnie powidok tego, że Dukaj pierwotnie planował opowiadanie, ale jak zwykle mu się rozrosło). Wątek "realistyczny" to kapitalna powieść fandomowa (termin ukułem na wzór powieści akademickiej) z akcją toczącą się na konwentach i w półświatku pisarzy SF lawirujących między wiernością sobie, a kuszącą komercją. Poczytałoby się coś takiego o Polakach (Dukaj tego zrobić nie mógł, bo raz że nie ma u nas środowiska pisarzy hard SF, najwyżej pojedyncze wyjątki, poza tym za bohatera potrzebował archetypu, takiego miksu Stephensona z Eganem). Wadą Science Fiction jest nadmierna skrótowość, która utrudnia ogarnięcie idei (czy JD umie jeszcze pisać krótkie formy? chyba nie). Niemniej powiesć jest godna nominacji.
Wit Szostak w Dumanowskim pozornie odszedł od tego, czym popisywał się w Chochołach. Jest krószy od poprzednika, nie ma tej zmysłowości, a pełną introspekcji fabułę zastąpił ciąg anegdot. A jednak w tym wszystkim pobrzmiewają stałe tematy Szostaka obecne przynajmniej od Oberków (cyklu smoczogóskiego nie znam dostatecznie by móc się wypowiadać). Wszystko to napisane jest eleganckim językiem, a że miałem jeszcze niesamowity ubaw jako znający jako tako literaturę Krakus, dopisałem Dumanowskiego do moich nominacji.
Kubę Małeckiego kiedyś, na początku jego kariery, niesłusznie oceniliśmy jako naśladowcę "menelskich" opowiadań Orbitowskiego. Niesłusznie. Małecki pisze dużo radośniej od starszego kolegi. Dużo dobrego się po nim spodziewam, a Dżozef jest chyba, koncepcyjnie, jego najambitniejszą powieścią. Trochę sobie pokomplikował sytuację, publikując jednego roku i Dżozefa, i W odbiciu (przez co przepadł w nominacjach do Żuławskiego), ale tym razem miał szczęście. I dobrze.
O Kamiennej ćmie ex-redaktora NF i F&SF (chociaż o tym drugim w momencie premiery powieści jeszcze nie wiedział). To taki literacki koncept album, gdzie treść ma być równie ważna, co warstwa estetyczna. Sporo negatywnych opinii, jakie na temat Ćmy można poczytać w sieci wzięła się chyba z nadmiernych oczekiwań ludzi, którzy zapomnieli, że jest to debiut. Ale ambitny, a jak już pewnie wszyscy P.T. czytelnicy zauważyli, takie rzeczy mają u mnie +5 do statystyk. Więc nominowałem.
Piątą i jedyną moją nominacją, którą nie utrafiłem, jest Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego. Dobra powieść, Uznański odszedł od freudowskiego new weirdu, w którym się specjalizuje, czym zyskał szansę trafienia do nowych czytelników. Jednym z nich okazał się sam Paweł Dunin Wąsowicz, pochlebnie recenzując Herrenvolk w Lampie i Polityce. Ja zaś prowadziłem z Autorem spotkanie na zeszłorocznym Krakonie ( tym z blokiem literackim w sypialni), więc można założyć, że ten jeden raz nominowałem po znajomości. Nawet tak nieskazitelni mężowie jak ja czasem grzeszą.
Zostały jeszcze dwie powieści: Grillbar Galaktyka oraz Krawędź czasu. Jeszcze ich nie czytałem, więc się nie wypowiadam. Oboje to dobrzy autorzy, rozpoznawalni i popularni (Maja Lidia Kossakowska nawet bardziej).
Porażkę absolutną poniosłem przy opowiadaniach. Gdyby był bukmacher przyjmujący zakłady zajdlowskie, utopiłbym w jego kantorku spore pieniądze. Obstawiałem dwie fenomenalne antologie Powergraphu i jednego Twardocha. Popularniejsze okazały się antologie Runy i Fabryki.
Miałem szansę trafić Brzezińską, bo kupiłem ten numer NFWS, ale wyznam szczerze, że
Żary nie przeczytałem, bo bardziej interesowały mnie teksty Szostaka i Bacigalupiego. A potem jakoś zapomniałem, pojawiły się kolejne książki do czytania. O Dardzie i Szpaku za chwilę.
Na forum drugiego obiegu Adon, czyli Marcin Pągowski (autor wydanej w zeszłym roku książki Zima mej duszy) dziwił się z rozbieżności między nominacjami a tym, o czym się przez zeszły rok mówiło w środowisku. Rzecz warta przemyślenia.
Wszelkie kontrowersje i obrazy związane z Nagrodą, tak nominacje, jak i ostateczne wyniki, ludzie rozsądni, niechętni pyskówkom, zwykli zbywać stwierdzeniem, że Nagroda jest demokratyczna i co robić, panie dzieju. Ja natomiast, przyszła mi myśl wczoraj, kiedym wrócił z egzaminu, nie winiłbym demokracji, chociaż wcale nie jestem jej bezwarunkowym piewcą. W zajdlowskiej demokracji są teoretycznie dwa mechanizmy kryzysogenne:
Zaczęło się jakieś trzy lata temu, kiedy Darda (czy też jego wydawca) wykazał podstawową wadę systemu – przy zmobilizowaniu fanów z łatwością przepchniesz swój typ. W tym roku aż dwa opowiadania przeszły w ten sposób.
Jeżeli ktoś boi się, że niegodni autorzy ukradną nam (nam!) zajdle, może w tym momencie przestać. Procedura jest dwustopniowa i po to finałowe głosowanie wymaga wniesienia opłaty akredytacyjnej, aby przesiać elektorat, który następnie przesieje nominacje. Czy to jest jednak takie dobre?
W fantastyce obowiązuje panuje nieciekawa odmiana konserwatyzmu polegająca nie tyle na wierności nieprzemijającym ideałom i wartościom, ile wierności nazwiskom oraz rytuałom. Po prostu: jeżeli nie opublikujesz w branżowym wydawnictwie albo nie jesteś osobą znaną w fandomie, twoje szanse spadają. Nagłe złamanie zasady, czyli wtargnięcie Dardy, uznano za nieomal zamach stanu. Wkrótce naruszanie uświęconego porządku samo stało się zasadą, pojawił się naśladowca.
Nie uważam, żeby było w tym coś złego. Lobbing nie jest nielegalny. Pada czasem zarzut, że tłumy przepychające Dardę nie czytały go, a głos oddały, bo to nic nie kosztuje. Może i to prawda, ale czym jest lepszy od tego tradycyjny "Dukaj roku"?
Padł też na dniach pomysł "legalizacji" zajdlowskiego lobbingu. Pierwszym krokiem ku temu ma być Obcy Szpaka. A więc tak (żródło 1, źródło 2) :
Do historii przechodzi tradycyjna ścieżka kariery fantasty. Zna ją chyba każdy: młody autor debiutuje w magazynie, ćwiczy arkana sztuki (albo warsztat rzemieślnika), pisze coraz lepsze opowiadania, które zostają zauważone. Potem zostaje zaproszony do antologii, do której pisze się na specjalne zamówienie. Wreszcie następuje stadium finalne, czyli własna powieść. Zdarzały się oczywiście wyjątki za sprawą konkursów albo gwałtownej kariery, ale system sprawnie funkcjonował dopóki nie zaczął się proces zwany upadkiem prasy papierowej.
Same antologie nie wystarczą. Krótka forma, żeby nie wyginąć, musi się przenieść na nowe tereny – czyli do Sieci. Oczywiście nie należy oczekiwać, że internet złotym środkiem na wszystkie zajdlowskie bolączki. Pojawi się nowy problem: jak ogarnąć wszystkie miejsca, w których może pojawić się proza (kłania się lemowski demon drugiego rodzaju). Zwłaszcza jeżeli ktoś wrzucać będzie teksty gdzie indziej, niż na Esensję czy Fahrenheita. W dodatku wartościowe teksty, i tak już niełatwe do znalezienia, znikną pod falą sieciowej grafomanii.
To prowadzi do podstawowych argumentów ludzi przeciwnych "internetyzacji" fantastyki. Po pierwsze, sieciowe opka są darmowe, nie można ich traktować poważnie. Akurat z płatnościami w pismach też bywało różnie, ale jest coś na rzeczy. Na Zachodzie webziny się sprofesjonalizowały i już płacą (jak Clarkesworld, którego mam w linkach po prawej). U nas rynek wydaje się na to za płytki, ale ja wyjdę na optymistę i zaproponuję, żeby ktoś oszacował progi opłacalności. Bo może nie dziś, ale jutro taka inicjatywa może mieć sens (ach, żeby DOF stał się czymś takim...).
Po drugie zaś sam fakt, że pisane przez osobę z aspiracjami opowiadanie zostanie zrównane z fanfikami i inną pozbawioną ambicji szmirą. Temu przeciwstawić się może jedynie promowanie "własnych" autorów, takie jakie w tym roku pomogło Dardzie i Szpakowi.
Jeśli za zaistniałą sytuację trzeba kogoś winić to nie tajemną Grupę Trzymającą Władzę albo zmanipulowane masy. Winni są fandomowi intelektualiści (przypominam, że nie wartościuję, tylko wskazuję na temperament tej grupy ludzi), którzy nie potrafią zadbać o to, co uważają za ważne. Żałują, że przepadły dwie antologie oraz etatowy przegrany Twardoch, kiedy tymczasem wydawnictwo Kasi i Rafała Kosików przyjęło dokładnie tę samą strategię, co stronnictwa Dardy i Szpaka. Wskazali swoje typy – Amnezjak i Gerda. Intelektualiści albo więc nie pojęli aluzji (fakt, że dyskretnej, ale po to są intelektualistami, aby się połapać, kiedy trzeba), albo nie potrafili zachęcić innych, co jest wstydem absolutnym, bo po to nasza cywilizacja wykształciła inteligentów, żeby wskazywali kierunek.
I tak przeszedłem płynnie od Nagrody imienia Janusza A. Zajdla do lamentu nad zmarnieniem polskiego inteligenta. Ale ponieważ nie mam do powiedzenia nic ponad to, co można obejrzeć w Dniu świra, zakończę ten wpis. Wnioski są jasne: Nagroda upadnie, albo i nie upadnie, podobnie jak krótkie formy literackie. Być może za parę lat sama idea opowiadania będzie trollowana przez światlejszą część fandomu, tak jak dzisiaj robią to posiadacze Kindla z miłośnikami papieru. Tako rzecze Stross we wstępie do Wireless:
P.S.: Wygrają Dukaj i Brzezińska.
P.P.S: Powieści kryzys prasy dotknie słabiej i dużo później, bo jest wystarczająco dobrych autorów i są dość młodzi, żebyśmy nie musieli szybko potrzebować zmiany pokoleniowej. Do tego czasu będzie cykl: Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz, Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz. A jak się znudzi to to samo, tylko na odwrót.
Powieści:
Jacek Dukaj „Science fiction” (w antologii „Science Fiction”, Powergraph)Opowiadania:
Maja Lidia Kossakowska „Grillbar Galaktyka” (Fabryka Słów)
Jakub Małecki „Dżozef” (W.A.B.)
Paweł Matuszek „Kamienna Ćma” (Wydawnictwo MAG)
Krzysztof Piskorski „Krawędź czasu” (Agencja Wydawnicza RUNA)
Wit Szostak „Dumanowski” (Lampa i Iskra Boża)
Anna Brzezińska „Żar” („Fantastyka Wydanie Specjalne” 4/2011)Podawszy nominantów, można zacząć bawić się w interpretacje. Ja też wysyłałem swoje propozycje (pochwaliłem się nimi na forum ś.p. SFFiH). Mogę poczuć się dumny, bo z powieściami trafiłem 4/6. Jako że co roku wybuchają spory, dlaczego wybrano tego, a a nie innego, wytłumaczę pokrótce moją metodologię. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek to robił publicznie, może więc warto zacząć.
Jakub Ćwiek „Bajka o trybach i powrotach” (w antologii „Księga wojny”, Agencja Wydawnicza Runa)
Stefan Darda „Spójrz na to z drugiej strony” (w antologii „15 blizn”, Replika)
Magdalena Kozak „Strasznie mi się podobasz” (w antologii „Strasznie mi się podobasz”, Fabryka Słów)
Marceli Szpak „Obcy” (blog „Masowa Konsumpcja Kultury Masowej")
Powieść Dukaja to poczwórne SF: powieść fantastycznonaukowa o fantastyce naukowej, której bohater jest pisarzem powieści SF, a całość nosi tytuł Science Fiction. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, różniącej się od naszych czasów mniej więcej tyle, ile Nokia 3310 od Samsunga HTC. Do tego akcję przeplatają rozdziały wyjątkowo ambitnej powieści pisanej przez bohatera, całość zaś wieńczy mocna pointa (prawdopodobnie powidok tego, że Dukaj pierwotnie planował opowiadanie, ale jak zwykle mu się rozrosło). Wątek "realistyczny" to kapitalna powieść fandomowa (termin ukułem na wzór powieści akademickiej) z akcją toczącą się na konwentach i w półświatku pisarzy SF lawirujących między wiernością sobie, a kuszącą komercją. Poczytałoby się coś takiego o Polakach (Dukaj tego zrobić nie mógł, bo raz że nie ma u nas środowiska pisarzy hard SF, najwyżej pojedyncze wyjątki, poza tym za bohatera potrzebował archetypu, takiego miksu Stephensona z Eganem). Wadą Science Fiction jest nadmierna skrótowość, która utrudnia ogarnięcie idei (czy JD umie jeszcze pisać krótkie formy? chyba nie). Niemniej powiesć jest godna nominacji.
Wit Szostak w Dumanowskim pozornie odszedł od tego, czym popisywał się w Chochołach. Jest krószy od poprzednika, nie ma tej zmysłowości, a pełną introspekcji fabułę zastąpił ciąg anegdot. A jednak w tym wszystkim pobrzmiewają stałe tematy Szostaka obecne przynajmniej od Oberków (cyklu smoczogóskiego nie znam dostatecznie by móc się wypowiadać). Wszystko to napisane jest eleganckim językiem, a że miałem jeszcze niesamowity ubaw jako znający jako tako literaturę Krakus, dopisałem Dumanowskiego do moich nominacji.
Kubę Małeckiego kiedyś, na początku jego kariery, niesłusznie oceniliśmy jako naśladowcę "menelskich" opowiadań Orbitowskiego. Niesłusznie. Małecki pisze dużo radośniej od starszego kolegi. Dużo dobrego się po nim spodziewam, a Dżozef jest chyba, koncepcyjnie, jego najambitniejszą powieścią. Trochę sobie pokomplikował sytuację, publikując jednego roku i Dżozefa, i W odbiciu (przez co przepadł w nominacjach do Żuławskiego), ale tym razem miał szczęście. I dobrze.
O Kamiennej ćmie ex-redaktora NF i F&SF (chociaż o tym drugim w momencie premiery powieści jeszcze nie wiedział). To taki literacki koncept album, gdzie treść ma być równie ważna, co warstwa estetyczna. Sporo negatywnych opinii, jakie na temat Ćmy można poczytać w sieci wzięła się chyba z nadmiernych oczekiwań ludzi, którzy zapomnieli, że jest to debiut. Ale ambitny, a jak już pewnie wszyscy P.T. czytelnicy zauważyli, takie rzeczy mają u mnie +5 do statystyk. Więc nominowałem.
Piątą i jedyną moją nominacją, którą nie utrafiłem, jest Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego. Dobra powieść, Uznański odszedł od freudowskiego new weirdu, w którym się specjalizuje, czym zyskał szansę trafienia do nowych czytelników. Jednym z nich okazał się sam Paweł Dunin Wąsowicz, pochlebnie recenzując Herrenvolk w Lampie i Polityce. Ja zaś prowadziłem z Autorem spotkanie na zeszłorocznym Krakonie ( tym z blokiem literackim w sypialni), więc można założyć, że ten jeden raz nominowałem po znajomości. Nawet tak nieskazitelni mężowie jak ja czasem grzeszą.
Zostały jeszcze dwie powieści: Grillbar Galaktyka oraz Krawędź czasu. Jeszcze ich nie czytałem, więc się nie wypowiadam. Oboje to dobrzy autorzy, rozpoznawalni i popularni (Maja Lidia Kossakowska nawet bardziej).
Porażkę absolutną poniosłem przy opowiadaniach. Gdyby był bukmacher przyjmujący zakłady zajdlowskie, utopiłbym w jego kantorku spore pieniądze. Obstawiałem dwie fenomenalne antologie Powergraphu i jednego Twardocha. Popularniejsze okazały się antologie Runy i Fabryki.
Miałem szansę trafić Brzezińską, bo kupiłem ten numer NFWS, ale wyznam szczerze, że
Żary nie przeczytałem, bo bardziej interesowały mnie teksty Szostaka i Bacigalupiego. A potem jakoś zapomniałem, pojawiły się kolejne książki do czytania. O Dardzie i Szpaku za chwilę.
Na forum drugiego obiegu Adon, czyli Marcin Pągowski (autor wydanej w zeszłym roku książki Zima mej duszy) dziwił się z rozbieżności między nominacjami a tym, o czym się przez zeszły rok mówiło w środowisku. Rzecz warta przemyślenia.
Wszelkie kontrowersje i obrazy związane z Nagrodą, tak nominacje, jak i ostateczne wyniki, ludzie rozsądni, niechętni pyskówkom, zwykli zbywać stwierdzeniem, że Nagroda jest demokratyczna i co robić, panie dzieju. Ja natomiast, przyszła mi myśl wczoraj, kiedym wrócił z egzaminu, nie winiłbym demokracji, chociaż wcale nie jestem jej bezwarunkowym piewcą. W zajdlowskiej demokracji są teoretycznie dwa mechanizmy kryzysogenne:
- Głosy na nominacje i statuetki oddaje mała zamknięta grupa fandomowych intelektualistów, przez co nagroda nie ma żadnej korelacji z realną popularnością czy sprzedażą książek;
- Głosy oddają fandomowe "doły" z kompletnym pominięciem opinii kreowanych przez intelektualistów; burzy to kompletnie jakąkolwiek ideę pracy u podstaw czy tworzenie fantastycznej krytyki literackiej.
Zaczęło się jakieś trzy lata temu, kiedy Darda (czy też jego wydawca) wykazał podstawową wadę systemu – przy zmobilizowaniu fanów z łatwością przepchniesz swój typ. W tym roku aż dwa opowiadania przeszły w ten sposób.
Jeżeli ktoś boi się, że niegodni autorzy ukradną nam (nam!) zajdle, może w tym momencie przestać. Procedura jest dwustopniowa i po to finałowe głosowanie wymaga wniesienia opłaty akredytacyjnej, aby przesiać elektorat, który następnie przesieje nominacje. Czy to jest jednak takie dobre?
W fantastyce obowiązuje panuje nieciekawa odmiana konserwatyzmu polegająca nie tyle na wierności nieprzemijającym ideałom i wartościom, ile wierności nazwiskom oraz rytuałom. Po prostu: jeżeli nie opublikujesz w branżowym wydawnictwie albo nie jesteś osobą znaną w fandomie, twoje szanse spadają. Nagłe złamanie zasady, czyli wtargnięcie Dardy, uznano za nieomal zamach stanu. Wkrótce naruszanie uświęconego porządku samo stało się zasadą, pojawił się naśladowca.
Nie uważam, żeby było w tym coś złego. Lobbing nie jest nielegalny. Pada czasem zarzut, że tłumy przepychające Dardę nie czytały go, a głos oddały, bo to nic nie kosztuje. Może i to prawda, ale czym jest lepszy od tego tradycyjny "Dukaj roku"?
Padł też na dniach pomysł "legalizacji" zajdlowskiego lobbingu. Pierwszym krokiem ku temu ma być Obcy Szpaka. A więc tak (żródło 1, źródło 2) :
- Kandydatura musi być wysunięta przez osoby z autorytetem uznawanym przez fandom;
- Apel o nominowanie musi być uzupełniony wymogiem wcześniejszego przeczytania tekstu;
- Musi być zasugerowana furtka awaryjna, że nie należy niczego brać na poważnie, to błyskotliwa ironia, #mem z #memosfera.
Do historii przechodzi tradycyjna ścieżka kariery fantasty. Zna ją chyba każdy: młody autor debiutuje w magazynie, ćwiczy arkana sztuki (albo warsztat rzemieślnika), pisze coraz lepsze opowiadania, które zostają zauważone. Potem zostaje zaproszony do antologii, do której pisze się na specjalne zamówienie. Wreszcie następuje stadium finalne, czyli własna powieść. Zdarzały się oczywiście wyjątki za sprawą konkursów albo gwałtownej kariery, ale system sprawnie funkcjonował dopóki nie zaczął się proces zwany upadkiem prasy papierowej.
Same antologie nie wystarczą. Krótka forma, żeby nie wyginąć, musi się przenieść na nowe tereny – czyli do Sieci. Oczywiście nie należy oczekiwać, że internet złotym środkiem na wszystkie zajdlowskie bolączki. Pojawi się nowy problem: jak ogarnąć wszystkie miejsca, w których może pojawić się proza (kłania się lemowski demon drugiego rodzaju). Zwłaszcza jeżeli ktoś wrzucać będzie teksty gdzie indziej, niż na Esensję czy Fahrenheita. W dodatku wartościowe teksty, i tak już niełatwe do znalezienia, znikną pod falą sieciowej grafomanii.
To prowadzi do podstawowych argumentów ludzi przeciwnych "internetyzacji" fantastyki. Po pierwsze, sieciowe opka są darmowe, nie można ich traktować poważnie. Akurat z płatnościami w pismach też bywało różnie, ale jest coś na rzeczy. Na Zachodzie webziny się sprofesjonalizowały i już płacą (jak Clarkesworld, którego mam w linkach po prawej). U nas rynek wydaje się na to za płytki, ale ja wyjdę na optymistę i zaproponuję, żeby ktoś oszacował progi opłacalności. Bo może nie dziś, ale jutro taka inicjatywa może mieć sens (ach, żeby DOF stał się czymś takim...).
Po drugie zaś sam fakt, że pisane przez osobę z aspiracjami opowiadanie zostanie zrównane z fanfikami i inną pozbawioną ambicji szmirą. Temu przeciwstawić się może jedynie promowanie "własnych" autorów, takie jakie w tym roku pomogło Dardzie i Szpakowi.
Jeśli za zaistniałą sytuację trzeba kogoś winić to nie tajemną Grupę Trzymającą Władzę albo zmanipulowane masy. Winni są fandomowi intelektualiści (przypominam, że nie wartościuję, tylko wskazuję na temperament tej grupy ludzi), którzy nie potrafią zadbać o to, co uważają za ważne. Żałują, że przepadły dwie antologie oraz etatowy przegrany Twardoch, kiedy tymczasem wydawnictwo Kasi i Rafała Kosików przyjęło dokładnie tę samą strategię, co stronnictwa Dardy i Szpaka. Wskazali swoje typy – Amnezjak i Gerda. Intelektualiści albo więc nie pojęli aluzji (fakt, że dyskretnej, ale po to są intelektualistami, aby się połapać, kiedy trzeba), albo nie potrafili zachęcić innych, co jest wstydem absolutnym, bo po to nasza cywilizacja wykształciła inteligentów, żeby wskazywali kierunek.
I tak przeszedłem płynnie od Nagrody imienia Janusza A. Zajdla do lamentu nad zmarnieniem polskiego inteligenta. Ale ponieważ nie mam do powiedzenia nic ponad to, co można obejrzeć w Dniu świra, zakończę ten wpis. Wnioski są jasne: Nagroda upadnie, albo i nie upadnie, podobnie jak krótkie formy literackie. Być może za parę lat sama idea opowiadania będzie trollowana przez światlejszą część fandomu, tak jak dzisiaj robią to posiadacze Kindla z miłośnikami papieru. Tako rzecze Stross we wstępie do Wireless:
To nie jest powieść. To zbiór opowiadań. To nie jest opowiadanie. To jest wstęp do zbioru opowiadań. To nie jest proza. To ciąg idei, które przekazuję do twojej świadomości za pomocą medium , jakim są słowa (...). Opowiadania są martwą formą w większości gatunków. (...) Nie zawsze tak było.Ale tak już będzie zawsze.
P.S.: Wygrają Dukaj i Brzezińska.
P.P.S: Powieści kryzys prasy dotknie słabiej i dużo później, bo jest wystarczająco dobrych autorów i są dość młodzi, żebyśmy nie musieli szybko potrzebować zmiany pokoleniowej. Do tego czasu będzie cykl: Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz, Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz. A jak się znudzi to to samo, tylko na odwrót.
piątek, 30 marca 2012
Tacy sami
Męczę się przy trzech wpisach naraz (o mapach, o ś.p. SFFiH, o pisarzach-rzemieślnikach), chcąc wyrobić zapowiadaną normę na kwiecień, kiedy niesamowite wieści dochodzą z bloga Jeffa VanderMeera. Otóż Christopher Priest (ten od Prestiżu), zaatakował Nagrodę im. Arthura C. Clarke'a. Oskarżył kapitułę o psucie fantastyki, skrytykował tegoroczny wybór powieści, uzasadniając swój dyzgust odzielnie dla każdego nominowanego. Zaapelował o odwołanie/podanie się do dymisji całego jury, powołanie nowego, oraz zawieszenie nagrody w tym roku. Następna powinna być przyznana dopiero w 2013, za utwory publikowane w latach 2011-12. Fundusz nagrody powinien być zwiększony o sumę "przepadłą" w 2012.
I się zaczęło. Damien G. Walter urządził Priestowi sesję psychoterapeutyczną, John Scalzi próbuje zachować spokój, Catherynne Valente myśli perspektywicznie, zaś Charles Stross ogłosił się internetowym szczeniaczkiem i nawet sprzedaje koszulki z podobizną tegoż stworzenia.
Całe zamieszanie, wszystkie te linki z olbrzymią, jak na internetową regułę tl;dr, ilością tekstu dotyczą wydarzeń z ostatnich 48 godzin.
Prawie miesiąc temu agrafek pisał na blogu o tym, jak światek teatralny pragnie odwrócić się od eksperymentów formalnych i happeningu na rzecz tradycyjnych narracji. Ma to świadczyć, że nie jesteśmy w fantastycznym fandomie samotni ze swoimi dylematami. Dzisiaj z kolei fandom anglosaski przeżywa również znaną nam dobrze dyskusję o fantastycznych nagrodach. Nawet argumenty i postulaty naprawy brzmią znajomo.
Dobrze jest wiedzieć, że chociaż może nie jesteśmy normalni, to nie jesteśmy też w swoim szaleństwie samotni.
I się zaczęło. Damien G. Walter urządził Priestowi sesję psychoterapeutyczną, John Scalzi próbuje zachować spokój, Catherynne Valente myśli perspektywicznie, zaś Charles Stross ogłosił się internetowym szczeniaczkiem i nawet sprzedaje koszulki z podobizną tegoż stworzenia.
Całe zamieszanie, wszystkie te linki z olbrzymią, jak na internetową regułę tl;dr, ilością tekstu dotyczą wydarzeń z ostatnich 48 godzin.
Prawie miesiąc temu agrafek pisał na blogu o tym, jak światek teatralny pragnie odwrócić się od eksperymentów formalnych i happeningu na rzecz tradycyjnych narracji. Ma to świadczyć, że nie jesteśmy w fantastycznym fandomie samotni ze swoimi dylematami. Dzisiaj z kolei fandom anglosaski przeżywa również znaną nam dobrze dyskusję o fantastycznych nagrodach. Nawet argumenty i postulaty naprawy brzmią znajomo.
Dobrze jest wiedzieć, że chociaż może nie jesteśmy normalni, to nie jesteśmy też w swoim szaleństwie samotni.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Czemu zachwyca
W skrócie: pod tym wpisem na blogu Fantasy & Science Fiction wybuchła dyskusja o krytyce literackiej i samej literaturze. Sprawa obiła się o DOF i miała preludium na facebookowym profilu pisma (trzeba zjechać do wpisu o Nova Swing z 8 lipca 2011). I zasadniczo dyskusja już się wypala, odkąd Agrafek zepsuł zabawę stwierdzając, że jednak się wszyscy ze sobą zgadzamy. Niemniej została jeszcze jedna zadra. Zacytuję wypowiedź redakcji F&SF z facebooka:
"Sam wydawca przyznał, że książki Wattsa, Strossa czy Bacigalupiego w zasadzie nie powinny znaleźć się w tej serii, bo choć to świetna science fiction, to mimo wszystko pod wieloma względami bardzo tradycyjna, a tymczasem „UW” stawia na nowatorstwo, przełamywanie schematów, wszelkich ograniczeń wyobraźni itd." — poczułem się oszukany. Ostatnio przydarzyło mi się takie coś, kiedy dowiedziałem się, że "wojenne" partie Miast pod skałą Huberatha autor dopisał, żeby przypodobać się nastoletnim czytelnikom Achai. Nie wiem, czy to prawda, ale ktoś tak w sieci twierdził, a ja uwierzyłem.
I mnie zabolało. Czytałem Miasta pod skałą "integralnie", każdą stronicę traktując poważnie. Tymczasem okazało się, że 1/3 książki to pic na wodę. Ktoś mi zrobił brzydki kawał.
Do czegoś podobnego przyznał się wydawca UW — pewnie Andrzej Miszkurka. Umieścił w prestiżowej serii książki, które się do niej nie nadają. Po co? Żeby oszukać ludzi, wmawiając im wybitność czegoś, co jest przeciętne?
Mógłbym się pocieszać, że nie jestem jedynym, który się nabrał. Byli i inni. Na przykład sam Jacek Dukaj.
O Accelerando napisał esej, w którym stwierdzał: "Gdyby ktoś szukał jednej tylko książki, która mu pokaże, dokąd zmierza SF na początku XXI wieku, Accelerando Charlesa Strossa stanowiłaby chyba najlepszy wybór"; "Strzela on pomysłami z częstotliwością charakterystyczną bodaj tylko dla Lema i Egana"; "Będzie to może najczystszy rodzaj fantastyki: fantastyka idei, tycząca wyłącznie tego, co konieczne, i tego, co niemożliwe". O Bacigalupim: "Oto jest nowa ostateczna "granica", "the final frontier" dla science fiction". O Ślepowidzeniu zaś wszyscy wiemy, że wielką dyskusję (już nic w fandomie nie czytamy, bo czytanie zabiera czas na dyskusje) poświęciło mu trio S.O.D.
Mógłbym się tak pocieszać długo. Ale się nie dam.
Ślepowidzenie, Accelerando czy Nakręcana dziewczyna to są wybitne powieści (Nakręcana... chyba najmniej, można też pokłócić się o Rzekę bogów McDonalda), absolutnie godne publikacji z ambitnej serii Uczta wyobraźni. Wszystkie trzy dotykają ważkiej tematyki, zmuszają do przemyśleń, zastanowienia się, gdzie się znajduje dokąd zmierza nasza cywilizacja, a do tego są napisaną znakomitym językiem wciągającą literaturą.
Zademonstruję na przykładzie Ślepowidzenia. Watts zrobił to, czego oczekuje się od wielkiej literatury. Wziął się za bary z tajemnicą człowieczeństwa. Wziął jego istotną składową, której często nie zauważamy — świadomość — i poddał próbie. Wymierzać sprawiedliwość widzialnemu światu — tego od literatury wymagał Joseph Conrad. I Watts to zrobił. Do tego nie narzucił jedynej interpretacji. Nieoceniony Łaku na Katedrze potraktował Wattsa — ateistę-racjonalistę w typie Dawkinsa — jako gnostyka.
Dlaczego więc Wydawca i Fantasy & Science Fiction (cały czas przepraszam, że cytuję internetowych noname'ów) polegli czytając Ślepowidzenie, Accelerando, Nakręcaną dziewczynę? A do tego Wydawca udaje, że jednak zrozumiał, bezmyślnie umieszczając je w UW?
Interpretacja złośliwa jest taka, że trzy wymienione książki to SF. I problemem nie była tradycyjność albo schematyczność, tylko brak odpowiedniej wiedzy. Ale to jest wyjątkowa złośliwość, bo Watts zamieścił na końcu książki bibliografię.
A może jest to reakcja na dobrą sprzedaż. Andrzej Miszkurka mówił na Krakonie, że Ślepowidzenie i Nakręcana... jako jedyne z serii zwróciły się. Ktoś więc rozumuje, że jak się sprzedało, więc musi być głupie, bo ludzie to bałwany i kupują tylko chłam. To też złośliwe wyjaśnienie.
Wolę inne, które, które właśnie wykoncypowałem. Zwróćmy uwagę, jakie "cnoty" posiadają książki z UW według Fantasy & Science Fiction: "„UW” stawia na nowatorstwo, przełamywanie schematów, wszelkich ograniczeń wyobraźni itd."
Wypowiedzi "elitarnych" (określenie roboczo zaproponowane przez nosiwodę) pełne są tego typu wyrażeń. Według nich dobra literatura "uchyla się konwencjom", "manipuluje", "nie ułatwia", "wykracza poza schematy kultury masowej" jest dla wielu "murem nie do sforsowania". Brzmi to pięknie, ale nadużywane staje się mową-trawą.
Tutaj podeprę się autorytetem wielkiego, moim zdaniem, pisarza, Gilberta Keitha Chestertona. W Rzeczy pierwszej, eseju religijnym pisze tak:
Bo można powiedzieć, że Fantasy & Science Fiction stało się organem drugiej wielkiej herezji (obok "fabrykanctwa", o którym napiszę przy innej okazji) w polskiej fantastyce. "Elitaryści", poszukując wielkiej fantastyki i walcząc z fantastyką prostą, upodobali sobie dwie cnoty, które postawili ponad wszystko inne: transgresję i wyobraźnię. Tyle, że samodzielnie nie są one żadnymi cnotami. Przekraczając granicę można wleźć na pole minowe, a nadmiernie rozbudzona wyobraźnia prowadzi do bezmyślnego marzycielstwa.
W heretyckiej optyce "elitarystów" Ślepowiedzenie nie dokonuje transgresji, bo jest przykładem fantastyki eksploracyjnej, ani nie nie przełamuje wszelkich granic wyobraźni, bo narzuca wyobraźni najsilniejsze pęta — logiczną myśl.
Dla nich więc to nie jest wielka literatura.
Dla mnie właśnie jest.
I jeszcze jedna myśl, trochę z boku. Jest prosta odpowiedź, dlaczego tak rozpleniły się u nas amatorskie recenzje, czy to proste polecanki, czy dłuższe analizy pióra nosiwody albo Anneke.
Romantyzm.
Romantyzm na dobre i na złe odcisnął piętno na polskiej duszy. U nas więcej znaczy wiara i czucie niż mędrca szkiełko i oko. Stąd amatorszczyzna, stąd polecanki i nosiwoda idący z visem na tygrysa, to jest tfu!, z esensją na Harrisona.
Adamie [jeden z uczestników rozmowy — przyp. Ziuta], ostrożnie, my zwróciliśmy uwagę na to, że „murem nie do sforsowania” są naszym zdaniem najciekawsze książki z „UW”, czyli te, które w największym stopniu odbiegają od pożądanych na ogół przez czytelnika schematów, wymagają wysiłku interpretacyjnego, szerszej znajomości literatury (nie tylko fantastyki). Sam wydawca przyznał, że książki Wattsa, Strossa czy Bacigalupiego w zasadzie nie powinny znaleźć się w tej serii, bo choć to świetna science fiction, to mimo wszystko pod wieloma względami bardzo tradycyjna, a tymczasem „UW” stawia na nowatorstwo, przełamywanie schematów, wszelkich ograniczeń wyobraźni itd.(Określenie "wypowiedź Redakcji" jest trochę mylne. Po prostu nikt nie podpisał się pod użytkownikiem "Fantasy & Science Fiction" i mogę tylko zgadywać, kto to był)
"Sam wydawca przyznał, że książki Wattsa, Strossa czy Bacigalupiego w zasadzie nie powinny znaleźć się w tej serii, bo choć to świetna science fiction, to mimo wszystko pod wieloma względami bardzo tradycyjna, a tymczasem „UW” stawia na nowatorstwo, przełamywanie schematów, wszelkich ograniczeń wyobraźni itd." — poczułem się oszukany. Ostatnio przydarzyło mi się takie coś, kiedy dowiedziałem się, że "wojenne" partie Miast pod skałą Huberatha autor dopisał, żeby przypodobać się nastoletnim czytelnikom Achai. Nie wiem, czy to prawda, ale ktoś tak w sieci twierdził, a ja uwierzyłem.
I mnie zabolało. Czytałem Miasta pod skałą "integralnie", każdą stronicę traktując poważnie. Tymczasem okazało się, że 1/3 książki to pic na wodę. Ktoś mi zrobił brzydki kawał.
Do czegoś podobnego przyznał się wydawca UW — pewnie Andrzej Miszkurka. Umieścił w prestiżowej serii książki, które się do niej nie nadają. Po co? Żeby oszukać ludzi, wmawiając im wybitność czegoś, co jest przeciętne?
Mógłbym się pocieszać, że nie jestem jedynym, który się nabrał. Byli i inni. Na przykład sam Jacek Dukaj.
O Accelerando napisał esej, w którym stwierdzał: "Gdyby ktoś szukał jednej tylko książki, która mu pokaże, dokąd zmierza SF na początku XXI wieku, Accelerando Charlesa Strossa stanowiłaby chyba najlepszy wybór"; "Strzela on pomysłami z częstotliwością charakterystyczną bodaj tylko dla Lema i Egana"; "Będzie to może najczystszy rodzaj fantastyki: fantastyka idei, tycząca wyłącznie tego, co konieczne, i tego, co niemożliwe". O Bacigalupim: "Oto jest nowa ostateczna "granica", "the final frontier" dla science fiction". O Ślepowidzeniu zaś wszyscy wiemy, że wielką dyskusję (już nic w fandomie nie czytamy, bo czytanie zabiera czas na dyskusje) poświęciło mu trio S.O.D.
Mógłbym się tak pocieszać długo. Ale się nie dam.
Ślepowidzenie, Accelerando czy Nakręcana dziewczyna to są wybitne powieści (Nakręcana... chyba najmniej, można też pokłócić się o Rzekę bogów McDonalda), absolutnie godne publikacji z ambitnej serii Uczta wyobraźni. Wszystkie trzy dotykają ważkiej tematyki, zmuszają do przemyśleń, zastanowienia się, gdzie się znajduje dokąd zmierza nasza cywilizacja, a do tego są napisaną znakomitym językiem wciągającą literaturą.
Zademonstruję na przykładzie Ślepowidzenia. Watts zrobił to, czego oczekuje się od wielkiej literatury. Wziął się za bary z tajemnicą człowieczeństwa. Wziął jego istotną składową, której często nie zauważamy — świadomość — i poddał próbie. Wymierzać sprawiedliwość widzialnemu światu — tego od literatury wymagał Joseph Conrad. I Watts to zrobił. Do tego nie narzucił jedynej interpretacji. Nieoceniony Łaku na Katedrze potraktował Wattsa — ateistę-racjonalistę w typie Dawkinsa — jako gnostyka.
Dlaczego więc Wydawca i Fantasy & Science Fiction (cały czas przepraszam, że cytuję internetowych noname'ów) polegli czytając Ślepowidzenie, Accelerando, Nakręcaną dziewczynę? A do tego Wydawca udaje, że jednak zrozumiał, bezmyślnie umieszczając je w UW?
Interpretacja złośliwa jest taka, że trzy wymienione książki to SF. I problemem nie była tradycyjność albo schematyczność, tylko brak odpowiedniej wiedzy. Ale to jest wyjątkowa złośliwość, bo Watts zamieścił na końcu książki bibliografię.
A może jest to reakcja na dobrą sprzedaż. Andrzej Miszkurka mówił na Krakonie, że Ślepowidzenie i Nakręcana... jako jedyne z serii zwróciły się. Ktoś więc rozumuje, że jak się sprzedało, więc musi być głupie, bo ludzie to bałwany i kupują tylko chłam. To też złośliwe wyjaśnienie.
Wolę inne, które, które właśnie wykoncypowałem. Zwróćmy uwagę, jakie "cnoty" posiadają książki z UW według Fantasy & Science Fiction: "„UW” stawia na nowatorstwo, przełamywanie schematów, wszelkich ograniczeń wyobraźni itd."
Wypowiedzi "elitarnych" (określenie roboczo zaproponowane przez nosiwodę) pełne są tego typu wyrażeń. Według nich dobra literatura "uchyla się konwencjom", "manipuluje", "nie ułatwia", "wykracza poza schematy kultury masowej" jest dla wielu "murem nie do sforsowania". Brzmi to pięknie, ale nadużywane staje się mową-trawą.
Tutaj podeprę się autorytetem wielkiego, moim zdaniem, pisarza, Gilberta Keitha Chestertona. W Rzeczy pierwszej, eseju religijnym pisze tak:
U każdego sławnego heretyka zawsze występowała kombinacja trzech charakterystycznych cech. Po pierwsze, odrywał on jakaś prawdę wiary (...)od całości zbilansowanych prawd Kościoła. Po drugie, przeciwstawiał tę jedną wybraną przez siebie prawdę wiary wszystkim pozostałym. Po trzecie wreszcie (najbardziej znamienne), najczęściej nie zdawał sobie sprawy z tego, że faworyzowana przez niego prawda wiary jest również tajemnicą, przynajmniej w tym sensie, że należy ona do prawd tajemniczych, zagadkowych i dogmatycznych.Teraz podstawcie pod "wiara" I "kościół" słowo "literatura".
Bo można powiedzieć, że Fantasy & Science Fiction stało się organem drugiej wielkiej herezji (obok "fabrykanctwa", o którym napiszę przy innej okazji) w polskiej fantastyce. "Elitaryści", poszukując wielkiej fantastyki i walcząc z fantastyką prostą, upodobali sobie dwie cnoty, które postawili ponad wszystko inne: transgresję i wyobraźnię. Tyle, że samodzielnie nie są one żadnymi cnotami. Przekraczając granicę można wleźć na pole minowe, a nadmiernie rozbudzona wyobraźnia prowadzi do bezmyślnego marzycielstwa.
W heretyckiej optyce "elitarystów" Ślepowiedzenie nie dokonuje transgresji, bo jest przykładem fantastyki eksploracyjnej, ani nie nie przełamuje wszelkich granic wyobraźni, bo narzuca wyobraźni najsilniejsze pęta — logiczną myśl.
Dla nich więc to nie jest wielka literatura.
Dla mnie właśnie jest.
I jeszcze jedna myśl, trochę z boku. Jest prosta odpowiedź, dlaczego tak rozpleniły się u nas amatorskie recenzje, czy to proste polecanki, czy dłuższe analizy pióra nosiwody albo Anneke.
Romantyzm.
Romantyzm na dobre i na złe odcisnął piętno na polskiej duszy. U nas więcej znaczy wiara i czucie niż mędrca szkiełko i oko. Stąd amatorszczyzna, stąd polecanki i nosiwoda idący z visem na tygrysa, to jest tfu!, z esensją na Harrisona.
Duchy karczemnej tworem gawiedzi,Źródło
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni".
"Dziewczyna czuje, - odpowiadam skromnie -
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!"
poniedziałek, 10 maja 2010
Jak napisać powieść SF. Na marginesie Uczty wyobraźni.
Jak napisac powieść SF w stylu Petera Wattsa.
Kupujemy rocznik Świata Nauki. Usuwamy obrazki, w puste miejsca dopisujemy fabułę. W tym celu wybieramy jeden z artykułów w Świecie Nauki. Ponieważ Watts zaklepał juz samoświadomość, wzrok nasz pada na nozdrza. Piszemy zatem o kontakcie ludzkości z podwodną/kosmiczną inteligencją bez nozdrzy. Aby ubarwić historię, jedną z głównych postaci (najlepiej narratora) obdarzmy nietypowym spojrzeniem na sprawę. Niech to będzie na przykład modyfikowany genetycznie lingwista kwantowy, który w miejsce nozdrzy posiada subwiązaniowy symbiont płatów czołowych.
Tezę książki można streścić mówiąc, iż nozdrza nas opóźniają względem reszty galaktyki, są ewolucyjnym nieprawdopodobieństwem, kłócą się z inteligencją, a spece pracujący nad okiełznaniem Osobliwości w ogóle nie uwzględnili ich w przyszłym sofcie.
Ponieważ tak ostre postawienie sprawy buntuje wszystkich, z od ortodoksów prawosławnych po ortodoksów darwinowskich, dopisujemy bibliografię, w której dokonujemy naukowej egzegezy swoich tez i okraszamy szczyptą kanadyjskiego poczucia humoru, zdrowego i czerstwego jak drwal z Jukonu.
Uwaga! Ministrstwo kultury ostrzega: 90% nakładu powieści SF w stylu Petera Wattsa występuje w Polsce. Dbajmy o nasze dobro ojczyste.
Jak napisać powieść SF w stylu Charlesa Strossa
Pożyczamy od Wattsa rocznik Świata Nauki. Bierzemy dwa, trzy najbardziej nośne tematy. Więcej nie warto, bo Dukaj i tak zauważy tylko ekonomię, a czytelnicy to podchwycą. Uprzednio przygotowane założenia ugniatamy na ciasto, po czym wsadzamy do wirówki. Włączamy na najwyższe obroty, tak aby posthumanizm wykipiał spod pokrywki, a masa wyrosła na pulchną Osobliwość. Ponieważ gustujemy w anglosaskim pieczywie, nadmuchujemy naszą bułeczkę do granic prawdopodobieństwa. Bierzmy foremkę, wycinamy atrakcyjne kształty, po czym przez najbliższą dekadę sprzedajemy magazynach SF jako opowiadania. Potem zawsze możemy rozmoczyć je, skleić w całość i sprzedać jako powieść.
Jak napisać powieść SF w stylu Iana McDonalda (najkrócej, bo książka czeka jeszcze w kolejce do przeczytania)
To samo, co u poprzedników, ale ciut lepiej. Bez przesady Strossa, bliżej literatury niż Watts. Fabułę umieszczamy w scenerii egzotycznej. Ponieważ z kultury anglosaskiej wyrosła jedna z największych (obok darwinizmu, transhumanizmu i memetyki) zaraz XXI wieku, czyli zbójecka własność intelektualna, zakładamy, że McDonald ma prawa do wszystkich powieści hard SF, których akcja umiejscowiona jest pomiędzy zwrotnikami raka i koziorożca. Na wszelki wypadek korzystamy z bezpieczniejszych settingów: Ziemi ognistej, Spitzbergenu, Łotwy, Wysp Kurylskich, Kurpiów.
Propozycja: Na skalarnym Podhalu, teta-Majer(tm).
Jak napisać powieść SF w stylu Paolo Bacigalupiego.
Właściwie nie porada, ale plotka. Przeciek z wydawnictwa MAG sugeruje, że tłumaczem Wind Up Girl będzie Robert Stiller. Planuje się równoczesne wydanie dwu wersji pod różnymi tytułami: Mechaniczna dziewczyna i Nakręcana dziewczyna.
Autor niniejszego bloga proponuje natomiast Nakręconą szprychę. Trochę w stylu komedii na Polsacie.
PS: część osób czytających mojego bloga, może mi robić wyrzuty, że pisze banialuki, zamiast lutować. Od lutowania nie ucieknę, ale mogę uciec od stanów lękowych perspektywą lutowania wywołanych. Innymi perspektywami zresztą też. Ostatnio wszystkie perspektywy przyprawiają mnie o lęki. Więc rozchmurzam się, pisząc głupoty na blogasku.
Kupujemy rocznik Świata Nauki. Usuwamy obrazki, w puste miejsca dopisujemy fabułę. W tym celu wybieramy jeden z artykułów w Świecie Nauki. Ponieważ Watts zaklepał juz samoświadomość, wzrok nasz pada na nozdrza. Piszemy zatem o kontakcie ludzkości z podwodną/kosmiczną inteligencją bez nozdrzy. Aby ubarwić historię, jedną z głównych postaci (najlepiej narratora) obdarzmy nietypowym spojrzeniem na sprawę. Niech to będzie na przykład modyfikowany genetycznie lingwista kwantowy, który w miejsce nozdrzy posiada subwiązaniowy symbiont płatów czołowych.
Tezę książki można streścić mówiąc, iż nozdrza nas opóźniają względem reszty galaktyki, są ewolucyjnym nieprawdopodobieństwem, kłócą się z inteligencją, a spece pracujący nad okiełznaniem Osobliwości w ogóle nie uwzględnili ich w przyszłym sofcie.
Ponieważ tak ostre postawienie sprawy buntuje wszystkich, z od ortodoksów prawosławnych po ortodoksów darwinowskich, dopisujemy bibliografię, w której dokonujemy naukowej egzegezy swoich tez i okraszamy szczyptą kanadyjskiego poczucia humoru, zdrowego i czerstwego jak drwal z Jukonu.
Uwaga! Ministrstwo kultury ostrzega: 90% nakładu powieści SF w stylu Petera Wattsa występuje w Polsce. Dbajmy o nasze dobro ojczyste.
Jak napisać powieść SF w stylu Charlesa Strossa
Pożyczamy od Wattsa rocznik Świata Nauki. Bierzemy dwa, trzy najbardziej nośne tematy. Więcej nie warto, bo Dukaj i tak zauważy tylko ekonomię, a czytelnicy to podchwycą. Uprzednio przygotowane założenia ugniatamy na ciasto, po czym wsadzamy do wirówki. Włączamy na najwyższe obroty, tak aby posthumanizm wykipiał spod pokrywki, a masa wyrosła na pulchną Osobliwość. Ponieważ gustujemy w anglosaskim pieczywie, nadmuchujemy naszą bułeczkę do granic prawdopodobieństwa. Bierzmy foremkę, wycinamy atrakcyjne kształty, po czym przez najbliższą dekadę sprzedajemy magazynach SF jako opowiadania. Potem zawsze możemy rozmoczyć je, skleić w całość i sprzedać jako powieść.
Jak napisać powieść SF w stylu Iana McDonalda (najkrócej, bo książka czeka jeszcze w kolejce do przeczytania)
To samo, co u poprzedników, ale ciut lepiej. Bez przesady Strossa, bliżej literatury niż Watts. Fabułę umieszczamy w scenerii egzotycznej. Ponieważ z kultury anglosaskiej wyrosła jedna z największych (obok darwinizmu, transhumanizmu i memetyki) zaraz XXI wieku, czyli zbójecka własność intelektualna, zakładamy, że McDonald ma prawa do wszystkich powieści hard SF, których akcja umiejscowiona jest pomiędzy zwrotnikami raka i koziorożca. Na wszelki wypadek korzystamy z bezpieczniejszych settingów: Ziemi ognistej, Spitzbergenu, Łotwy, Wysp Kurylskich, Kurpiów.
Propozycja: Na skalarnym Podhalu, teta-Majer(tm).
Jak napisać powieść SF w stylu Paolo Bacigalupiego.
Właściwie nie porada, ale plotka. Przeciek z wydawnictwa MAG sugeruje, że tłumaczem Wind Up Girl będzie Robert Stiller. Planuje się równoczesne wydanie dwu wersji pod różnymi tytułami: Mechaniczna dziewczyna i Nakręcana dziewczyna.
Autor niniejszego bloga proponuje natomiast Nakręconą szprychę. Trochę w stylu komedii na Polsacie.
PS: część osób czytających mojego bloga, może mi robić wyrzuty, że pisze banialuki, zamiast lutować. Od lutowania nie ucieknę, ale mogę uciec od stanów lękowych perspektywą lutowania wywołanych. Innymi perspektywami zresztą też. Ostatnio wszystkie perspektywy przyprawiają mnie o lęki. Więc rozchmurzam się, pisząc głupoty na blogasku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


