Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieżączka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieżączka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2016

Fandomy

Przyznam z niejakim zażenowaniem, że bardzo interesuje mnie fenomen podziału na stary i nowy fandom. Ciężko powiedzieć, kiedy nastąpił podział czy w ogóle coś się podzieliło - może być przecież tak, że mamy do czynienia z dwoma całkowicie odrębnymi tworami. No powiedzmy, że nie odrębnymi, skoro wszystkie awantury biorą się z faktu wzajemnego przenikania, ale w jakiś sposób odrębnymi. Najtrafniej więc chyba sytuację opisuje powieść Mieville'a Miasto i miasto, w której dwa bałkańskie państewka egzystują w jednej płaszczyźnie fizycznej i główna ich aktywność polega na wzajemnym niezauważaniu się. Mieville nie byłby sobą, gdyby tak oszołamiającego pomysłu nie położył przeciętną fabułą, ale książkę naprawdę warto przeczytać.Ale wróćmy do tematu. W jednej konwentowo-klubowo-internetowej przestrzeni egzystują dwa fandomy fantastyczne, stary i nowy. Stary wiadomo:

  • Lat 40+ (a może i 40+)
  • Przeżywają sprawy sprzed lat, jakby działy się wczoraj (zapytani bez problemu powiedzą kto kogo i gdzie walnął kuflem po piwie w głowę)
  • I jednocześnie cierpią na "sprasowanie czasu" - jak to ujął mój kolega z liceum: dla mnie lata 90 już zawsze będą dziesięć lat temu.


Natomiast nowy fandom jest w istocie młodym fandomem
  • Przeważnie ma mniej poniżej 30 lat
  • Płynnie operują w nowych mediach (i to kilku na raz)
  • W fandomowej aktywności skupiają się na nowościach (czyli prędzej Marvel Cinematic Universe niż polska fantastyka socjologiczna lat 80)
To oczywiście zgrubny podział. Fandomy na przykład dzieli kwestia internetu (starzy najpierw udzielali się fizycznie, a sieć weszła potem; nowi jadą na pierwszy konwent po dłuższym udzielaniu się w fandomach sieciowych). Można też mówić, że stary fandom ma przechył na prawo i będzie kibicował szczeniaczkom (kiepskim przygodówkom, jak pisze starofandomowy Krzysztof Sokołowski), nowy zaś przechył na lewo, więc będzie się czuł częścią globalnego ruchu SJW (i w wojnach o Hugo stawał w obronie kiepskiej propagandy).
Świetnie różnice widać w tym, jak fandomy piszą w internecie. Nowy radzi sobie jak ryba w wodzie, mieszając polszczyznę z zapożyczeniami z angielskiego, socjolektem wypracowanym w pomniejszych fandomach oraz charakterystycznym dla nowej polskiej lewicy pasywno-agresywnym tonem. Stary w najlepszym wypadku próbuje pisać tak, jak się rozmawiało 30 lat temu. W najgorszym używa tego, co złośliwi nazywają "prawicową interpunkcją" (w skrócie: spacja przed znakami interpunkcyjnymi, pisanie kilku wykrzykników/pytajników na raz, dziwna predylekcja do kończenia zdań oznajmujących wielokropkami).
Są jednak pola konfliktu, o których - w przeciwieństwie do tego, co wypisałem powyżej, prawie się nie wspomina.

Pierwszy dotyczy akademickości. W dawnych czasach zajmowanie się fantastykę było mocno amatorskie i chociaż szanujemy profesora Smuszkiewicza za pionierskie publikacje, to pamiętamy, że praca jego i kilku podobnych naukowców była czymś wyjątkowym. Jeśli więc trafił się fantasta-akademik, to praktykujący w jakiejś innej dziedzinie (informatyk Fiałkowski, pracownik Ośrodka Studiów Wschodnich Olszański itd.), zaś trzon fantastycznej krytyki literackiej tworzyli absolwenci politechnik (Parowski, Oramus). Dziś natomiast bycie naukowcem od fantastyki jest czymś nieporównywalnie częstszym (i pewnie łatwiejszym). Przyjrzyjcie się czasem notkom biograficznym gości konwentu, albo posłuchajcie, jak przedstawiają się przed prelekcjami. Coraz więcej wśród nich badaczy. Jeśli mnie pamięć nie myli, to przynajmniej jeden z Serialkonów miał status konferencji, więc prelegenci-doktoranci mogli sobie wziąć zaświadczenie o uczestnictwie. Pomyślelibyście coś takiego na konwentach w latach 90?
Konflikt między amatorami a akademikami przedstawia się prosto. Starzy są przekonani, że odwalili całą robotę dawno temu i dziwią się na wieść o kongresie lemologicznym - przecież wszystko już napisał Oramus (zresztą ten sam Oramus z identycznych powodów krytycznie oceniał powergraphowski Głos Lema). Na identycznej zasadzie nowe, tak lubiane przez bojowych doktorantów tematy są zbywane ironicznym uśmiechem przez wąsatych amatorów - skoro oni nie zainteresowali się tym w 1988, to nie może być nic wartego uwagi. Do tego obie grupy mówią różnymi językami. Amatorzy z punktu widzenia akademików nawet jeśli dobrze kombinują, to mają niechlujny styl i braki w terminologii. Za kolei nowomowa doktorantów może dobrze prezentuje się w artykułach naukowych, jednak na zewnątrz brzmi śmiesznie i nadęcie.

Wreszcie w fandomie wrze coś podobnego do modnego w szerokim świecie zwarcia lokalistów z globalistami. Mówiąc w skrócie: jeden fandom jest polski, drugi to filia fandomu globalnego. "Polski fandom" chciałby funkcjonować jak kultura narodowa. Będąca częścią jakiejś szerszej tożsamości (np. europejskiej), ale jednocześnie niepodległa. "Polska odnoga fandomu globalnego" przypomina zhellenizowanego mieszkańca Azji Mniejszej. Albo bardziej współczesnego adepta edukacji klasycznej, który lepiej orientował się w literaturze łacińskiej (Rzym to były takie Stany starożytności) niż kulturze własnego narodu. Albo Rosjan z epoki między Piotrem I a XIX-wiecznym słowianofilstwem - mówiących po francusku i importujących kulturę z Niemiec.
Globalista będzie więc czytał Sapkowskiego dlatego, że ten przebił się do prawdziwego, globalnego fandomu i czytając, będzie zwracał uwagę na szarpiące angloamerykańskim Zachodem kwestie reprezentacji mniejszości etnicznych. Fandomita-krajowiec rozpozna za to, który epizod Pani jeziora jest odniesieniem do pogromu kieleckiego i którego z jego dwóch wyjaśnień. Problem reprezentacji, nawet jak zrozumie, zbyje krótkim to nie nasza wojna. Rejonem zapalnym konfliktu krajowców z globalistami może stać się Lem, będący jedną wielką myślozbrodnią: niechętny dziwactwu skupiania się fanów fantastyki w niezależną społeczność, nieciekawy pod kątem genderu i seksualności, wreszcie niewierzący w możliwość nawiązania kontaktu z Innym. Weź tumblera, dodaj Star Treka i garść nieszczeniaczkowcy nominacji do Hugo, potem przed całością postaw minus, a wyjdzie Lem, potencjalne guru lokalistów (ciekawe, jak takie zawłaszczenie skomentowałby sam nieboszczyk).
Za to człowiekiem-symbolem fandomowych globalistów powinien zostać Kuba Ćwiek, dla którego popkultura to kraina za Atlantykiem.

Dlaczego namnożyłem podziałów w fandomie (i pewnie po namyśle mógłbym dołożyć kilku kolejnych)? Bo uważam, że jeden nie wystarczałby do opisu różnic w fandomie. Do tego ludzie, poza jakimiś skrajnymi przypadkami, rzadko dają się przyporządkować całkowicie do jednej kategorii. Na konwentach do identyfikatorów powinni dodawać karty postaci, aby każdy mógł się rozpisać: 72% stary  (czasem wypije piwo z młodymi), 60% akademik (poszedł na podyplomówkę), ciężko-powiedzieć-ile globalista (kibicuje szczeniaczkom).
Wreszcie mnożę byty, bo sam nie wiem, jak się przyporządkować. Może więc skryję się we mgle.

poniedziałek, 30 maja 2016

Tren o czytniku

Popsułem w niedzielę czytnik. Zamknąwszy etui, włożyłem go do plecaka. Dziesięć minut później, już w autobusie, wyjąłem go, otworzyłem etui  popsuty. Nie wiem, jak do tego doszło. Przez te dziesięć minut niczego nie zrobiłem. Nie upuściłem czytnika, nie uderzyłem, nie przebiegło po nim żadne zwierzę.Ekran pękł na tuzin kawałków, z czego działa jeden. Akurat ten w prawym górnym rogu, więc mogę sprawdzić stan baterii.
Ponieważ e-papierowy ekran jest najdroższą częścią urządzenia, naprawa w praktyce nie będzie się różnić o zakupu nowego. Nie zdziwiłbym się, gdyby serwis też ograniczył się do przegrania zawartości dysku na drugi egzemplarze i podbicia książeczki. Dzisiejsza elektronika jest monolityczna. Spojenia  nie wyglądają na coś, co można ot tak otworzyć i ponownie zamknąć. Hardware to jeden plastikowy blok. Telefon znajomej ma wbudowaną na stałe baterię. Minęły czasy pana elektronika z lutownicą.
Do kosztów i niewygody związanych z naprawą/wymianą czytnika powinienem doliczyć straty moralne. Smutno mi bez niego. Czytnik ebooków to szczytowe osiągnięcie ludzkości w ciągu ostatnich dziesięciu lat (pomijając oczywiście rzeczy w rodzaju leków nowej generacji). Przynajmniej ja nie pamiętam z rzeczonego okresu niczego, co by mi bardziej poprawiło jakość życia. Gigabajty pamięci, łatwy dostęp do literatury z całego świata, no i poręczność. Sześciocalowy czytnik mieści się w wewnętrznej kieszeni marynarki.
Oczywiście to nie jest tak, że czytniki mają same zalety. Nie idzie czytać na nich podręczników – tu jak na razie wygrywa papier i klasyczne zakładki. Słabo radzą sobie ze wszystkim, co wykracza poza jednolity blok tekstu . Dlatego dziwi, że Dukaj i Allegro chcieli zrewolucjonizować ebooki właśnie ilustracjami i przypisami. Nie wyszli na tym za dobrze, a szkoda, bo Starość aksolotla to dobra (mikro)powieść, która bez problemu poradziłaby sobie bez marketingowo-nowinkarskiej otoczki. Ja w każdym razie nominowałem ją do tegorocznych Zajdli.
Jednak żaden sceptycyzm nie wytłumaczy felietonu Grzędowicza, który ukazał się numerze 1/2008 Nowej Fantastyki i dotyczył właśnie e-readerów.
Grzędowicz opisuje buńczuczne zapowiedzi szefa Amazonu, że oto nadchodzi kres klasycznej książki, i sobie  z nich kpi:
Definitywny koniec książki – zawył mi prosto w twarz tytuł gazetowy ze szpalty powieszonej w kiosku. (...) kiedy czytam w prasie coś, co mnie irytuje, podświadomie słyszę w wyobraźni głos autora. (...)  ociekający hipokryzją oburzony dyszkancik (...) Tym razem jednak  głosik był inny. Ociekał jadem i złośliwą satysfakcją, jakby ten definitywny koniec druku i książki zwłaszcza był wyczekiwany i wytęskniony.
Dalej Grzędowicz pisze, że nie znosi postępu dla samego postępu i jedyną zaletą czytnika, jaką może sobie wyobrazić, jest pojemność. Zaraz jednak dodaje, że tak reklamowany Kindle jest brzydki jak zeschnięta musztarda, a jego guziki przypominają toporną radziecką elektronikę. Do tego mikroskopijny ekran ma ledwo sześć cali przekątnej, urządzenie, zamiast starego, dobrego pdf-a, obsługuje jakieś egzotyczne mobi.
Jeśli parę dni temu wszyscy zachwycali się cytatem z Lema, w którym mistrz trafnie przepowiada elektroniczną przyszłość książki, tak felieton Grzędowicza można spokojnie postawić w gablotce z nieudanymi prognozami fantastów. Mam nadzieję, że kurator przyszłego muzeum SF będzie uczciwy i umieści takie rzeczy na ekspozycji. Wystarczyło bowiem kilka lat, a guziki zastąpił dotykowy ekran (choć ja nadal je lubię), dość pokracznie wyglądające pierwsze modele zastąpiły przedmioty bardzo estetyczne i stylowe (komórkom podobna podróż do podobnej formy zajęło o wiele dłużej), mobi i epub rozpowszechniły się, a sześć cali okazało się całkowicie wystarczać.
Nie to jednak zdumiewa u Grzędowicza. Każdy się może mylić. Chodzi bardziej o źródło pomyłki. Grzędowicz bowiem od niepamiętnych czasów jest archetypicznym przykładem polskiego fantasty-prawicowca. Zabejcowanego w korwinizmie, niechętnemu wszelkie biurokracji wyznawcy wolnego rynku. A odkąd Pilipiuk zaczął nieśmiało opowiadać się za społeczna gospodarką rynkową, nie ma chyba w polskim fandomie drugiego takiego prawaka w starym stylu.
Jak sobie o tym przypomniałem, to zaraz złapałem się za głowę: przecież Grzędowicz postąpił całkowicie wbrew swojemu światopoglądowi. Mógłby być przeciwko Kindle'owi, gdyby zaplanowała go komisja, a wdrożył państwowy urząd za pieniądze z jakiegoś unijnego instytutu czytelnictwa. A jest na odwrót: Amazon to prywatne przedsiębiorstwo. Jeśli Grzędowiczowi nie podobała się marketingowa gadka Bezosa, ani kulawe początki jego flagowego produktu, to przekreśla w ten sposób mechanizmu wolnego rynku. No chyba że żadne mechanizmy go nie interesują, a tylko czeka na gotowe.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Polcon i inne drobne przyjemności

Ach, jak ja się cieszę, ze wreszcie udało mi się wyrwać na Polcon. W zeszłym roku tak się złożyło, że nigdzie nie pojechałem, ale przez ostatnie cztery dni odbierałem w Poznaniu zaległą radochę.
Wielkie brawa należą się organizatorom, którzy wytężyli wszystkie swoje siły, by dać uczestnikom tak profesjonalną imprezę. Wielkie brawa dla uczestników – zdarzało mi się narzekać na fandom, są i tacy, co hejkcą go regularnie, ale powiedzcie, jest gdzieś podobna wspólnota? Chłopaki i dziewczyny, młodzi i starzy, ludzie o rozmaitych poglądach i pomysłach na życie mogą się spotkać i znaleźć wspólny język. Żeby świat się od nas tego nauczył.
Nic tak nie cieszyło, jak ponownie spotkać nowych znajomych, albo po raz pierwszy takich, z którymi do tej pory utrzymywało się wyłącznie kontakty wirtualne. Może tylko spotkać znajomych, którzy wcześniej nigdzie się nie ogłaszali, że przyjadą – tu ukłony w kierunku Dabliu, Małeckich i Berbeleka. Aż nie mogę się doczekać Wrocławia za rok – zwłaszcza że trwać będzie aż pięć dni. Może wtedy uda mi się porozmawiać choć przez chwilę ze wszystkimi, którzy mi tym razem umknęli.
Co do Zajdli. Cóż, głosowałem na Pokój światów, ale Forta też cieszy. Misiek Cholewa jest dobrym pisarzem, wartym wszelkiej czytelniczej uwagi, a do tego robi kapitalną rzecz, promując spece operę i military sf, dwa (pod)gatunki, których polskiej fantastyce do tej pory umykały. Żal za to Ani Kańtoch. Pięć statuetek i fakt, że w ostatnich latach tylko dwa razy się zdarzyło, że nie była na podium (w 2012 i 2013), tylko jej szkodzi. Kiedyś złościliśmy się, że Nagroda stała się Dukajem roku. Na zachodzie Hugo oskarżano o nadmierną koncentrację na Mieville'u. To przykre, że przez nadgorliwość fanów Ania wychodzi na kogoś, kto odbiera szanse innym.
A propos Hugo: złożyło się, iż zostały rozdane tego samego dnia, co Zajdle, więc odcięty od internetu, oraz zajęty nocnymi fandomu rozmowami, nie byłem ich w stanie śledzić. Zatem wróciwszy do domu zaglądam do Sieci i odkrywam cuda. Szef wściekłych szczeniaczków, Vox Day, ogłosił niemal całkowite zwycięstwo swojej inicjatywy. Równocześnie na boing boingu Cory Doctorow cieszy się ze zmasakrowania piesków przez konwentowiczów. Abstrahując od wojenek raduje fakt, że wszyscy są zadowoleni. A najbardziej zadowoleni jest z pewnością Liu Cixin, który jako pierwszy nieanglojęzyczny autor rozbił bank. Teraz tylko czekać na tłumacza, który podoła z polszczyzną.

PS: ten wpis jest efektem sprytnej sztuczki zastosowanej na mnie przez ekipę polconową. Na przemian chwalili mnie i ganili – głównie właśnie za niepisanie bloga. Ponieważ jestem mało wrażliwy na pochwały, a przeżywam krytykę, musiałem wyrównać karmę i wystukać parę literek.

poniedziałek, 13 maja 2013

Prywata

Jeśli są osoby, którym za mało wpisów na blogu, to pewnie ucieszą się, że od pewnego czasu pisuję również na nie-serwisie o grach gikz.pl. Mój tekst jest tam co poniedziałek, w przyszłości może będzie i coś extra (recenzja pewnej gry, w którą teraz gram i nie wiem, co o niej myśleć, poza tym, że jest dziwna). Zresztą całego gizka polecam szczerze, bo to jedno z fajniejszych miejsc w Sieci.

Poza tym jest już czwarty numer e-zinu International Speculative Fiction. Niby miło, ale z drugiej strony smutno patrzeć, jak przegapiamy koniunkturę na fantastykę międzynarodową (taki eufemizn na inną niż anglojęzyczna). No ale co począć. Brakuje nam autora, który mógłby być łącznikiem między kulturami, jak Lavi Tidhar albo Ken Liu, który albo potrafiły pisać literaturę od razu po angielsku, albo tłumaczył siebie i kolegów metodą "na Kosińskiego". Wciąż musimy polegać na archaicznym modelu "znajdź tłumacza-slawistę, który rozumie fantastykę i dobije się do zamorskich wydawnictw". Szkoda.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Dylematy freedom fightera


My za to, neutralni,
mamy prawo w jadalni,
żując stek lub warzywo,
śmierć oglądać na żywo.

Brodski, Kolo, Barańczak

Napisał Misiael na Mistycyzmie popkulturowym, że nie po drodze mu z pewnymi rzeczami, do których zmusza go najnowszy Bioshock (swoją drogą: jaka ta gra musi być króciusieńka, że już ją skończył; kiedy byłą premiera, tydzień temu?). Mianowicie musiał strzelać do ludzi. Nie tam mutantów, faszystów, czy innych demonów, ale prostych policajów, którym reżim panujący kazał dorwać głównego bohatera. Rzeczywiście niepokojące. Stójkowy, jak mu zabrać pałkę i nagana, to prawie cywil. Mnie też coś takiego uderzyło, parę lat temu, przy pierwszym Matriksie. Pamiętacie, co mówił Morfeusz? Każdy nieodłączony jest agentem. Albo nie jest. Późniejszym tokiem akcji film dopowiada: prawdopodobnie każdy jest agentem, więc przestań się martwić i repetuj broń.
Tutaj mógłbym kończyć, bo pointę dawno już padła w Austinie Powersie Mike'a Myersa. To też na pewno pamiętacie. Z rąk dzielnego agenta ginie najemnik Doktora Zło, a jego żona (mieszkająca z dzieckiem i - o kojarzę - zwierzątkiem w podmiejskim domku) dostaje zawiadomienie o śmierci. Potem identyczna sytuacja zdarza się jeszcze raz, a my już wiemy, że ci wszyscy zatrudniani do mycia obudowy reaktora, albo dokarmiania rekinów w basenie to w sumie mili kolesie, których powinno nam być żal.
Ale pociągnę temat dalej, bo mnie zaciekawił wielce.
Rzadko tu piszę wprost o polityce, więc proszę o wybaczenie, że przytoczę anegdotę. Bodaj w Newsweeku, chyba jeszcze zanim naczelnym został Tomasz Lis, ukazał się artykuł o zaskakującym poparciu, jakie po 10 kwietnia uzyskiwało Prawo i Sprawiedliwość wśród najmłodszych wyborców. Było to absolutnie wbrew popularnej wówczas narracji o młodych-wykształconych-europejskich przeciwstawianych starym-smutnym-brzydkim. Dziennikarze nie wiedzieli co z tym faktem począć, nie przystawał do żadnej teorii, aż wreszcie jakiś psycholog znalazł rozwiązanie: wszystko przez popkulturę. Młodzież naoglądawszy się Archiwum X i JFK, nagrawszy się w Deus Eksa mimowolnie ciąży ku teoriom spiskowym, odrzucając wyjaśnienia arcyboleśnie proste, ale mało atrakcyjne fabularnie. Powiedziałbym, że właśnie w czymś takim objawia się straszliwa potęga popkultury, a nie w prostym biciu po oczach przemocą i seksem.
Ale mniejsza z konkretnymi przykładami, bo nie chodzi o specyficzny czas, czas miejsce, czy partię. Jeśli bowiem przyjmiemy, że "pop ma moc", to następnym wnioskiem jest, że już na większego ignoranta to nieszczęście nie mogło spaść.
Wróćmy do gier (chociaż dotyczy się to całej reszty) i ukochanej przez nie łysiakowskiej postawy alone against all. Dzięki seriom Medal of Honor i Call of Duty miałem w gimnazjum okazję w pojedynkę wygrać na froncie zachodnim podczas drugiej wojny. Niby walka nie była samotna, miałem przecież towarzyszy, ale suma summarum to JA zdobyłem bunkry na plaży Omaha, rozwaliłem niemiecką instalację radarową, wysadziłem w powietrze U-Boota. Reszta wojska tylko robiła za tło (przy w CoD gameplay przynajmniej próbował jakoś zamaskować ten indywidualizm). Potem na długo odkleiłem się od strzelanek, bo nie zmieniałem sprzętu, niemniej figura samotnego bojowca rządzi. Czasem tylko rozmywa się na drużynę albo inny kolektyw, co zresztą nie zawsze wychodzi na dobre. Mass Effecta bardzo szybko rzuciłem w kąt, bo nie miałem nerwów pilnować dwójki towarzyszących mi ofiar losu.
W każdym razie ma taki bojowiec klawe życie, oraz wyżywienie klawe. Biega sobie, strzela, wroga od cywila odróżnia z kilometra i wszyscy go kochają. Walczy za Wolność i Demokrację, przy czym może być albo lokalsem, albo misjonarzem z dalekiego kraju, nawracającym na nową wiarę ogniem i mieczem.
Nie zrozumcie mnie źle, nie piszę tu hejtu na demokrację, prawa człowieka, czy co innego. Po prostu odnoszę wrażenie, iż kupujemy gumiaste burgery zamiast pełnowartościowego posiłku i dziwimy się, że się coś nie zgadza.
Młody zaangażowany.
Jak takiego nie lubić?
W każdym razie wolność i demokracja rulez, czy to w trzecim świecie, magicznym neveralndzie lub cyberprzyszłości – tylko wcześniej musimy postrzelać do tych złych. A źli są cudowni w czystości swojego zła, niby walisz do nich na oślep z peema, a tak naprawdę wycinasz ze zdrowej tkanki stołecznej, aż chirurdzy pękają z zazdrości na samą myśl o podobnej precyzji. Podejrzewam, że twórcy nieświadomie dają nam coś w rodzaju platońskich idei Złego El Dictator, Uciemiężonego Ludu, Tajnej Policji.
Nie uświadczysz w popkulturowych krainach żadnych wandejczyków i cristeros. Żaden w nich System nie dorobi się swojego Horsta Wessela. Wszystko w nich jest takie proste.
Nieprzypadkowo zacząłem wpis od strofy z Broskiego. Myślałem, żeby dać wiadomy kawałek Erenburga (Nie licz dni, nie licz kilometrów, licz jedynie trupy Niemców, które zabiłeś. Zabijaj Niemców - o to modli się twoja matka. Zabijaj Niemców - do tego wzywa cie Rosja. Nie wahaj się. Nie przepuszczaj okazji. Zabijaj.) albo cytat z Drzazgi Zazubrina, w którym Srubow tak pięknie pisze o swoim zawodzie. W ogóle Rosjanie świetnie czają temat czekisty, a przecież ci wszyscy gieroje popkultury to tacy superczekiści, którzy nie stoją i nie czekają, aż im się podprowadzi skazanych pod ścianę, tylko biorą nagana w prawicę i ruszają na miasto.
Wziąłem Brodskiego, żeby zaczepić się o temat z nieco innej strony. Wiersz Kolo (jest do wyguglania) to jeden z jego późnych utworów, które pisał, kiedy gorzały wojny bałkańskie. To taka – oprócz opisu ludzkiego cierpienia – satyra na zachodniego mieszczucha, który gapi się w ekran, widzi niezrozumiałem obrazki – i się mądrzy.
Aż chciałoby się powiedzieć straszne słowa: dawno wojny nie mieli. Tfu, wyplujmy je szybko, bo nie wolno tak. Ale zaraz potem włączamy sympatyczny skądinąd serial Copper, w którym może poza jednym mądrym momentem konfederaccy agenci w Nowym Jorku są pokazani jak źli szpiedzy z jakiegoś Trapezfiku, a nie kawałek bliskiej autorom historii. Przedziwne.
Ale najbardziej bolą serious games.
Pewnie nie wszyscy wiedzą, ja wiem od wczoraj (podziękowania dla pana Piotra z Jawnych snów). Serious games to przeważnie małe, amatorskie produkcje, które niosą przesłanie. Pierwszą głośną produkcją z tego nurtu jest opowiadający o wojnie z terroryzmem September 12th. Screen u góry. Rozrywka wygląda następująco. Po placyku chodzą cywile i terroryści. Wybierasz cel, ale ponieważ rakieta trochę leci, ludziki się przesuwają i w wybuchu giną cywile. Opłakujący ich krewni zamieniają się w nowych terrorystów, których znowuż musimy wytypować do rozwałki i tak w koło Macieju, aż pojmiemy subtelny morał, że sami tworzymy terroryzm.
Jest też Endgame: Syria, całkiem świeża gierka na zasadach karcianki, w której rebelianci naparzają się z najemnikami Al-Asada. Miała produkcja trochę problemów, Apple nie chciał wpuścić jej do swojego sklepiku, bo podobno była zbyt polityczna. Twórcy więc przyszykowali zbowdleryzowaną wersję pod tytułem Endgame: Eurasia, z której usunięto flagi państwowe, emblematy i nazwy własne. To już się Jabłuszku podobało i grę można kupić. Ja bym dla żartu dodał liczbę maronitów zabitych w każdej turze, ale kto bym tam o maronitach słyszał.
Te gry, przeważnie robione (choć są i równo warte wyjątki) udają, że są robione z lewicowo-liberalnego (liberalno-lewicowego?) klucza, a zieją na kilometr strasznymi mieszczanami. Nie będzie rewolucji, mówię wam, jakbyście się nie starali. Bo żadni z was rewolucjoniści, myszki wy moje kochane, a zwykli Dulscy. Wrócicie z korpo, wyrzucicie posegregowane śmieci do trzech kubłów, przelejecie internetowy grosik na jakąś Odpowiednią Fundację, po czym zasiądziecie nad Sweatshopem. To z kolei mutacja tower defense'a, w której zamiast stawiać wieże obronne, zatrudniasz dzieci i imigrantów, żeby robili przy taśmie. Jeśli dane by mi było zaproponować coś twórcom, to niech w następnej części będzie taka opcja, że jak soft wykryje, że wreszcie po iluś tam etapach wreszcie gracz poczuł empatię, zawiesza mu się iPhone. Bo to albo to. I bądź tu mądry...
Ale najwspanialszym chyba przykładem gry, która wychowuje, jest Fate of the World, chyba najbardziej rozbudowana serious game. Złożona strategia na pohybel denialistom antropopochodnych zmian w globalnym gradiencie temperatur. Buduje się elektrownie słoneczne, ratuje pandę.
I tutaj wpis zatacza koło. Na początku zastanawiałem się, czy sprawiedliwe zabijać jest w grach pomniejszych przeciwników, jeżeli to właściwie są tylko służby porządkowe w zindoktrynowanej społeczności. Przypadek Fate of the World niesie odpowiedź.
Rozgrywka jest dosyć trudna, więc gracze zaczęli spotykać się na forach i udzielać sobie wzajemnie rady, co zrobić ze światem, żeby wyszło. Szybko znaleziono strategie zwycięstwa. Na przykład trzeba porzucić Afrykę. Startuje z niskiego poziomu, ciężko ją upgrade'ować, nikt właściwie jej nie potrzebuje. Albo Indie – kolejny trudny teren. Ale prości ludzie znaleźli sposób. Trzeba wytłuc większą część populacji, żeby statystyki się unormowały, a ocalali poszli radośnie ku świetlanej przyszłości.
To jak: strzelać, czy nie strzelać?

czwartek, 9 sierpnia 2012

Powrót, czyli wozwraszczenije

Wróciłem z wakacji. Miło było, ale się skończyło, teraz nadszedł czas obowiązków. Plusem jest to, że na trasie Warszawa-Kraków-Stanisław Górny-Kraków przmyślałem swoje życie. Po czym postąpiłem bardzo po amerykańsku i sporządziłem listę celów. Jest ich cztery, wszystkie do wykonania w przeciągu najbliższego półrocza. Nie będę pisał, o co konkretnie chodzi, żeby nie zapeszać, ale trzymajcie kciuki, P.T. czytelnicy. Z kopyta rusza też blog. Oto rozpiska przyszłych postów:
  1. Postdaenikenowski wpis o konwentach 2.0, polskim comic-conie i tym, czy fantastyce potrzebny jest do życia fandom.
  2. O serialach dla widzów dojrzałych na przykładzie Breaking Bad.
  3. Anty-kwiatki. Kwiatki literackie Orbitowskiego-Szostaka-Twardocha robią furorę, postanowiłem się więc pogrzać w ich cieple. Będzie to zbiór trzech historyjek o pisarzach. Rozplanowałem już "Śląską opowieść wigilijną" oraz "Gawędę straszliwą o tym, jak Witowi Szostakowi przyśnił się sen, że umarł i poszedł do nieba". Trzeciej jeszcze nie wymyśliłem.

Tak więc stay tuned.

czwartek, 12 lipca 2012

Nie wie lewica, co czyni prawica. I na odwrót.

Obiecywałem, że na moim blogu (raczej) nie będzie polityki. Nadszedł czas, ażeby wykorzystać możliwość zrobienia wyjątku, jaką daje mi "raczej". Zresztą wpis dojrzewał miesiącami.
Główna inspiracja pojawiła się jednak niedawno. Chodzi o artykuł Wyobraźnia po prawej stronie, który ukazał się w weekendowej rzepie. Zbieżność tytułu ze znanym tekstem Dukaja nieprzypadkowa.
Dominacja prawicowców w polskiej fantastyce to temat stary jak świat i trudno wymyślić cokolwiek nowego. Artykuł jest taki sobie, ot średnie stany Rzepy. Ale może posłużyć jako podkładka pod nieco szersze rozważania. W tym celu zalinkuję jeszcze Drugi obieg, gdzie jak zwykle pojawiły się głosy wybijające ponad przeciętny poziom dyskursu w fandomie. Jak chociażby teza agrafka, że prawoskrętność dotyka również wydawnictw (zwłaszcza teraz, kiedy po kolejnej ofensywie kryzysu wydaje się, że przeżyły już tylko Fabryka, Powergraph i NCK). Nie chcę tu oczywiście brutalnie wmawiać ludziom poglądy, z którymi się nie utożsamiają, więc z góry proszę o wybaczenie.
Już spojrzenie na najgłośniejsze nazwiska udowadnia pewien przechył w prawo. Ma on przyczyny historyczne znane chyba większości. Z jednej strony zaczytana w Zajdlu stara gwardia w rodzaju Parowskiego, Oramusa i Wolskiego (tego ostatniego nigdy nie rozumiałem), z drugiej strony młodsza o 10-20 lat ekipa Klubu tfurców, nie lubiąca wszelkiej komuny i zakochana w kapitalizmie.
Z drugiej strony od dłuższego czasu na prawym fandomie nie pojawiło się żadne nowe nazwisko. Ciągle ci sami: Pilipiuk, Grzędowicz, Komuda, Piekara, Ziemkiewicz (honorowo) itd. Był jeszcze Twardoch, on jednak wysiadł z tramwaju prawica na przystanku "śląska melancholia". Wielka szkoda, bo wnosił coś świeżego, a w końcu każde zamknięte towarzystwo zaczyna po pewnym czasie zjadać własny ogon. I to chyba dopadło prawicowych fantastów, którzy od lat nie wymyślili niczego nowego. Powstają kolejne tomy kolejnych książek, ale nie towarzyszy im żadna nowa idea. Świat rodzi nowe wyzwania dla literatury, a Pan lodowego ogrodu pozostaje taki sam, jak w 2005. A już wtedy wyglądał tak, jakby idea w nim tkwiąca istniała już w 1995. Szczęśliwie Jarosław Grzędowicz umie pisać; w przeciwnym razie skończyłoby się jak w opisywanej przed Dukaja książce Kempczyńskiego – repozytorium przeterminowanych pomysłów. Niestety, dobre pióro nie leczy z impregnacji. Wstyd było czytać, gdy Grzędowicz (ja ciągle o nim, bo to chyba najgłośniejszy reprezentant nurtu), konfrontując się z nowym problemem, robi jedno: wyśmiewa.
Drugim felerem fantastycznej prawicy, zamkniętej w niewielkim kręgu podobnych do siebie osób jest pomieszanie akcydensu z atrybutem, czyli spraw przygodnych z jądrem światopoglądu. Po prostu autorzy mimowolnie biorą własne kompletnie aideologiczne upodobania za ich część. Najlepszym przykładem są papierosy. Grzędowicz "uprawicował" je w następujący sposób: władza lewicowych biurokratów chce zmusić ludzi do zdrowego trybu życia, więc zakazuje im palić tytoń. Ergo: fajki są prawicowe.
Tymczasem ja uważam, że odwrót od tytoniu jest zjawiskiem społecznym. Jeszcze sto lat temu w urzędach i miejscach publicznych można było znaleźć spluwaczki (kto czytał Szweja, ten na pewno kojarzy). Spluwanie było czynnością typową dla dorosłych mężczyzn. Kobietom i dzieciom spluwać nie było wolno. Potem jednak spluwaczki zniknęły z życia publicznego. Uznano je za niehigieniczne, gdyż ślina roznosi choroby, oraz nieestetyczne. Obecnie pluje tylko margines społeczny. Identyczny proces zachodzi dzisiaj w przypadku papierosów, a to co fantaści-prawicowcy uważają za próbę wchodzenia władzy w prywatne sprawy obywateli, to po prostu zwykły populizm, sankcjonowanie czegoś, co dzieje się samo przez się.
Czyni mnie taka nieortodoksyjna interpretacja lewicowcem?


Lepszego obrazka nie miałem. Anime, a fe!
W tym miejscu mógłbym zakończyć wpis. Artykuł z Rzeczypospolitej opisywał, jak to prawica rządzi w polskiej fantastyce, ja natomiast spróbowałem pokazać, wcale nie jest tak dobrze, a kolos ma gliniane nogi. Koniec. Na szczęście pozostały jeszcze dwie części eseju Dukaja (2, 3), w których próbował wzmocnić lewą nogę fandomu. Musiał najwyraźniej przeczuwać, że może z tego nic nie wyjść, bo zaproponował też, by z jego koncepcji skorzystała i prawica (absorbując nowe idee, o braku których pisałem wyżej).
Lewicowej fantastyki (jako realnej siły) w Polsce nie ma. Był Pacyński, ale umarł, próbuje się podczepić Sapkowskiego, ale jego przynależność ideowa jest bardziej skomplikowana i zdefiniowanie jej pozostaje poza celami mojego wpisu. Są za to fandomowi lewicowcy, niezdolni (jak mi się na razie wydaje) do stworzenia literatury. Nawet nie takiej, która by coś odkrywała, ale zwykłej odpowiedzi na prawicową dominację.
Zachód przy nas to zupełnie inny świat. Mieville pisze marksistowskie fantasy, Stross przegania ze swojego bloga reakcjonistów – rozumiecie, czytelnicy? Są na świecie miejsca, gdzie słowo "reakcjnista" coś znaczy i nie wywołuje u słuchaczy napadów szyderczego śmiechu. Więcej, każdy może tam dolecieć samolotem!
A u nas nic. Żeby było jeszcze śmieszniej, fandomowi lewicowcy (tutaj disklajmer: piszę o tych, których mogę najłatwiej znaleźć w internecie, żadnych badań nie prowadzę) szczycą się uwielbieniem dla nowoczesnych technologii, ale jednak nie potrafią wykorzystać z Amazon Kindle, aby przetransferować lewoliteraturę nad Wisłę.
Może właśnie o opozycję nowoczeność-tradycjonalizm się rozchodzi. Wyrażanie prawd i intuicji o świecie przy pomocy literackiej fikcji to rzecz dawna, a szczyty osiągnęła w XIX-wiecznej powieści. Dlatego w Polsce literatura fantastyczna jest prawicowa, bo ma korzenie w zanurzonej przeszłości. Zachód natomiast z jego Strossami i Mieville'ami paradoksalnie są na wcześniejszym etapie niż my. Tkwią jeszcze w imperializmie, po nas przeszła już z definicji nieuchronna Rewolucja. Wkrótce Nieuchronna przetoczy się przez syty Londyn i Nowy Jork, a literatura fantastyczna zniknie. Jak ktoś widzi w tym pomysł na futurologiczne opowiadanko, to może pożyczyć – nie zabraniam.

Co robi więc fantasta-lewicowiec, skoro, jak wykazałem, literatura to forma ekspresji przynależąca do prawaków? Żywiołem jego jest teraźniejszość. Przeszłość pomija z powodów już wyjaśnionych wcześniej, przyszłość niebezpiecznie kojarzy się z Wiecznością (albo Chruszczowem zapowiadającym komunizm na za 20 lat). Trollerka, prowokacja, mem (być może za 100 lat będziemy wspominać Dukaja za wprowadzenie tego pojęcia do języka polskiej lewicy internetowej), wielki szyderczy LOL i szybki wjazd na Terlikowskiego.  Czasem przynosi to wspaniałe efekty, w końcu akcję, dzięki której polski satelita będzie nosił imię Lema zainicjował znany w towarzystwie osakana. Niemniej lewica celuje w happeningu i pielęgnowaniu stylu, a literatura do żadnego z obu po zwyczajnie nie pasuje.
Lewicowcy, mimo wszystkich różnic, w niektórych aspektach przypomina prawicę. Dolega im dokładnie takie samo nierozróżnianie atrybutu i akcydensu. Za atrybut uznali brodę. I wąsy. Oraz sandały – koniecznie ze skarpetami. Brodato-sandalasta figura buca, której nienawidzą i której się lękają tak ich opętała, iż nie dostrzegają, że wizerunek zamienił się w swoją karykaturę. Mamy 2012, najbardziej niebezpieczni z prawicowców są na etapie doboru poszetek pod kolor krawata. Jedynym większym skupieniem prawicowców, które hołduje stereotypowi brodacza są zapóźnieni fandomowcy. A i oni do niej nie pasują całkowicie, bo arcywróg Jarosław Grzędowicz goli się gładko. Co więc robię lewicowcy? Zamiast postąpić rozsądnie i porzucić umarłą metaforę, brną w nią dalej.

Fascynująca jest jeszcze u lewicowców-fantastów atencja, jaką darzą Jacka Dukaja. Przed laty na jego tekst zareagował jedynie (negatywnie) Grzędowicz. Powtórzenie jego tez przez dziennikarza Rzeczypospolitej (z podaniem źródła!) od razu wywołuje głosy obruszenia. Że nie, bo Sapkowski, Jabłoński i Pacyński świętej pamięci, że trololo, wybiórcze zestawienie naciąganych faktów, na każdego prawaka znaleźlibyśmy tuzin lewaków, gdyby tylko nam się chciało, a poza tym w zeszłym roku Wojciech Orliński puścił opowiadanie. Dowodzi to, jakiej nietykalności dorobił się Dukaj. Pamiętajmy przecież, że swego czasu Tomasz Piątek zdemaskował go jako neoliberała. Całkiem trafnie, jeżeli pominąć szczegóły oraz styl wrednego donosu. W samej Wyobraźni po prawej stronie można znaleźć kilka kompromitujących autora cytatów: od pochwały Weekendu w Spestreku po stwierdzenie, że obciachowa SF lat 90, strasząca Unią i eutanazją miała silne podstawy w rzeczywistości.
Czyżby więc lewica w fantastyce jest tak słaba, że wspiera neoliba, giełdowego dorobkiewicza, w nadziei, że obroni ich przed Pilipiukiem i Grzędowiczem? Zgroza.
No chyba, że wbrew pozorom z lewakami wszystko okej, a Dukaja lubią za dobrą prozę bez względu na ideologiczne podteksty.

Ale znalazłem! :-* Rainbow Dash!
Wypada kończyć. Co dodać? Prawica powoli wymiera, lewica nigdy się nie rozmnoży. Wygra bezideowość. Polityczne intencje w fantastyce będą niemile widziane, bo "polityka" stanie się przeciwieństwem słowa "normalność", a na nic fandom nie jest tak przeczulony, jak na podkreślaniu swojej normalności.  Odejdą w niepamięć stare spory, nastanie pokój i dobro, a w wypalonych przez wojnę ruinach gniazda uwiją pierwsze jaskółki. Czego wszystkim życzę.


Postscriptum: jeżeli ktoś wybiera się na tegoroczną Avangardę, to będzie miał okazję wysłuchać wystąpienia prawdziwego prawicowca z PiS – Przemysława Wiplera. Nie wiem, czy to będzie osobna prelekcja, panel, czy coś innego, ale myślę, że warto się wybrać. Wipler to nie byle poseł z ostatniego rzędu, dał na wizji kuksańca Hofmanowi. Czyli zrobił coś, na co pozwala sobie tylko Kaczafi. Do tego chyba zna się na fantastyce, w każdym razie głośno złorzeczył na zakończenie trzeciego Mass Efectu.

piątek, 29 czerwca 2012

Zajdlodylematy

Jakoś znów się rozleniwiłem z pisaniem blogowym. Na szczęście wczoraj ogłoszono nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, a one zawsze były dobrym tematem do ponarzekania. Wpierw jednak podam tytuły (za Esensją, niech ma, a co).
Powieści:
Jacek Dukaj „Science fiction” (w antologii „Science Fiction”, Powergraph)
Maja Lidia Kossakowska „Grillbar Galaktyka” (Fabryka Słów)
Jakub Małecki „Dżozef” (W.A.B.)
Paweł Matuszek „Kamienna Ćma” (Wydawnictwo MAG)
Krzysztof Piskorski „Krawędź czasu” (Agencja Wydawnicza RUNA)
Wit Szostak „Dumanowski” (Lampa i Iskra Boża)
Opowiadania:
Anna Brzezińska „Żar” („Fantastyka Wydanie Specjalne” 4/2011)
Jakub Ćwiek „Bajka o trybach i powrotach” (w antologii „Księga wojny”, Agencja Wydawnicza Runa)
Stefan Darda „Spójrz na to z drugiej strony” (w antologii „15 blizn”, Replika)
Magdalena Kozak „Strasznie mi się podobasz” (w antologii „Strasznie mi się podobasz”, Fabryka Słów)
Marceli Szpak „Obcy” (blog „Masowa Konsumpcja Kultury Masowej")
Podawszy nominantów, można zacząć bawić się w interpretacje. Ja też wysyłałem swoje propozycje (pochwaliłem się nimi na forum ś.p. SFFiH). Mogę poczuć się dumny, bo z powieściami trafiłem 4/6. Jako że co roku wybuchają spory, dlaczego wybrano tego, a a nie innego, wytłumaczę pokrótce moją metodologię. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek to robił publicznie, może więc warto zacząć.
Powieść Dukaja to poczwórne SF: powieść fantastycznonaukowa o fantastyce naukowej, której bohater jest pisarzem powieści SF, a całość nosi tytuł Science Fiction. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, różniącej się od naszych czasów mniej więcej tyle, ile Nokia 3310 od Samsunga HTC. Do tego akcję przeplatają rozdziały wyjątkowo ambitnej powieści pisanej przez bohatera, całość zaś wieńczy mocna pointa (prawdopodobnie powidok tego, że Dukaj pierwotnie planował opowiadanie, ale jak zwykle mu się rozrosło). Wątek "realistyczny" to kapitalna powieść fandomowa (termin ukułem na wzór powieści akademickiej)  z akcją toczącą się na konwentach i w półświatku pisarzy SF lawirujących między wiernością sobie, a kuszącą komercją. Poczytałoby się coś takiego o Polakach (Dukaj tego zrobić nie mógł, bo raz że nie ma u nas środowiska pisarzy hard SF, najwyżej pojedyncze wyjątki, poza tym za bohatera potrzebował archetypu, takiego miksu Stephensona z Eganem). Wadą Science Fiction jest nadmierna skrótowość, która utrudnia ogarnięcie idei (czy JD umie jeszcze pisać krótkie formy? chyba nie). Niemniej powiesć jest godna nominacji.
Wit Szostak w Dumanowskim pozornie odszedł od tego, czym popisywał się w Chochołach. Jest krószy od poprzednika, nie ma tej zmysłowości, a pełną introspekcji fabułę zastąpił ciąg anegdot. A jednak w tym wszystkim pobrzmiewają stałe tematy Szostaka obecne przynajmniej od Oberków (cyklu smoczogóskiego nie znam dostatecznie by móc się wypowiadać). Wszystko to napisane jest eleganckim językiem, a że miałem jeszcze niesamowity ubaw jako znający jako tako literaturę Krakus, dopisałem Dumanowskiego do moich nominacji.
Kubę Małeckiego kiedyś, na początku jego kariery, niesłusznie oceniliśmy jako naśladowcę "menelskich" opowiadań Orbitowskiego. Niesłusznie. Małecki pisze dużo radośniej od starszego kolegi. Dużo dobrego się po nim spodziewam, a Dżozef jest chyba, koncepcyjnie, jego najambitniejszą powieścią. Trochę sobie pokomplikował sytuację, publikując jednego roku i Dżozefa, i W odbiciu (przez co przepadł w nominacjach do Żuławskiego), ale tym razem miał szczęście. I dobrze.
O Kamiennej ćmie ex-redaktora NF i F&SF (chociaż o tym drugim w momencie premiery powieści jeszcze nie wiedział). To taki literacki koncept album, gdzie treść ma być równie ważna, co warstwa estetyczna. Sporo negatywnych opinii, jakie na temat Ćmy można poczytać w sieci wzięła się chyba z nadmiernych oczekiwań ludzi, którzy zapomnieli, że jest to debiut. Ale ambitny, a jak już pewnie wszyscy P.T. czytelnicy zauważyli, takie rzeczy mają u mnie +5 do statystyk. Więc nominowałem.
Piątą i jedyną moją nominacją, którą nie utrafiłem, jest Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego. Dobra powieść, Uznański odszedł od freudowskiego new weirdu, w którym się specjalizuje, czym zyskał szansę trafienia do nowych czytelników. Jednym z nich okazał się sam Paweł Dunin Wąsowicz, pochlebnie recenzując Herrenvolk w Lampie i Polityce. Ja zaś prowadziłem z Autorem spotkanie na zeszłorocznym Krakonie ( tym z blokiem literackim w sypialni), więc można założyć, że ten jeden raz nominowałem po znajomości. Nawet tak nieskazitelni mężowie jak ja czasem grzeszą.
Zostały jeszcze dwie powieści: Grillbar Galaktyka oraz Krawędź czasu. Jeszcze ich nie czytałem, więc się nie wypowiadam. Oboje to dobrzy autorzy, rozpoznawalni i popularni (Maja Lidia Kossakowska nawet bardziej).

Porażkę absolutną poniosłem przy opowiadaniach. Gdyby był bukmacher przyjmujący zakłady zajdlowskie, utopiłbym w jego kantorku spore pieniądze. Obstawiałem dwie fenomenalne antologie Powergraphu i jednego Twardocha. Popularniejsze okazały się antologie Runy i Fabryki.
Miałem szansę trafić Brzezińską, bo kupiłem ten numer NFWS, ale wyznam szczerze, że
Żary nie przeczytałem, bo bardziej interesowały mnie teksty Szostaka i Bacigalupiego. A potem jakoś zapomniałem, pojawiły się kolejne książki do czytania. O Dardzie i Szpaku za chwilę.

Na forum drugiego obiegu Adon, czyli Marcin Pągowski (autor wydanej w zeszłym roku książki Zima mej duszy) dziwił się z rozbieżności między nominacjami a tym, o czym się przez zeszły rok mówiło w środowisku. Rzecz warta przemyślenia.
Wszelkie kontrowersje i obrazy związane z Nagrodą, tak nominacje, jak i ostateczne wyniki, ludzie rozsądni, niechętni pyskówkom, zwykli zbywać stwierdzeniem, że Nagroda jest demokratyczna i co robić, panie dzieju. Ja natomiast, przyszła mi myśl wczoraj, kiedym wrócił z egzaminu, nie winiłbym demokracji, chociaż wcale nie jestem jej bezwarunkowym piewcą. W zajdlowskiej demokracji są teoretycznie dwa mechanizmy kryzysogenne:
  1.  Głosy na nominacje i statuetki oddaje mała zamknięta grupa fandomowych intelektualistów, przez co nagroda nie ma żadnej korelacji z realną popularnością czy sprzedażą książek; 
  2.  Głosy oddają fandomowe "doły" z kompletnym pominięciem opinii kreowanych przez intelektualistów; burzy to kompletnie jakąkolwiek ideę pracy u podstaw czy tworzenie fantastycznej krytyki literackiej. 
Obie narracje nie pasują jednak do faktów. Powieści intelektualiści i masy (tu wyjaśniam, że określenie jest czysto robocze i nie zamierzam w jakikolwiek sposób dzielić fandom na lepszy i gorszy) rozłożyli się po równo. W opowiadaniach chyba żadnego mechanizmu nie ma. Ambasadorem intelektualistów (oraz wymierającej prasy papierowej) jest Brzezińska (chociaż z drugiej strony masy też ją lubią). Ćwiek i Kozak  zawsze mogą liczyć na wiernych fanów. Są w końcu opowiadania Dardy i Szpaka, wisienka zagłady na bitej śmietanie chaosu, którą obficie polano zajdlowskie ciasteczko.
Zaczęło się jakieś trzy lata temu, kiedy Darda (czy też jego wydawca) wykazał podstawową wadę systemu – przy zmobilizowaniu fanów z łatwością przepchniesz swój typ. W tym roku aż dwa opowiadania przeszły w ten sposób.
Jeżeli ktoś boi się, że niegodni autorzy ukradną nam (nam!) zajdle, może w tym momencie przestać. Procedura jest dwustopniowa i po to finałowe głosowanie wymaga wniesienia opłaty akredytacyjnej, aby przesiać elektorat, który następnie przesieje nominacje. Czy to jest jednak takie dobre?
W fantastyce obowiązuje panuje nieciekawa odmiana konserwatyzmu polegająca nie tyle na wierności nieprzemijającym ideałom i wartościom, ile wierności nazwiskom oraz rytuałom. Po prostu: jeżeli nie opublikujesz w branżowym wydawnictwie albo nie jesteś osobą znaną w fandomie, twoje szanse spadają. Nagłe złamanie zasady, czyli wtargnięcie Dardy, uznano za nieomal zamach stanu. Wkrótce naruszanie uświęconego porządku samo stało się zasadą, pojawił się naśladowca.
Nie uważam, żeby było w tym coś złego. Lobbing nie jest nielegalny. Pada czasem zarzut, że tłumy przepychające Dardę nie czytały go, a głos oddały, bo to nic nie kosztuje. Może i to prawda, ale czym jest lepszy od tego tradycyjny "Dukaj roku"?
Padł też na dniach pomysł "legalizacji" zajdlowskiego lobbingu. Pierwszym krokiem ku temu ma być Obcy Szpaka. A więc tak (żródło 1, źródło 2) :
  1. Kandydatura musi być wysunięta przez osoby z autorytetem uznawanym przez fandom;
  2. Apel o nominowanie musi być uzupełniony wymogiem wcześniejszego przeczytania tekstu;
  3. Musi być zasugerowana furtka awaryjna, że nie należy niczego brać na poważnie, to błyskotliwa ironia, #mem z #memosfera.
Pytanie, czy mechanizm wypali w przyszłości. Myślę, że jak nie ten, to będzie musiał się pojawić inny. W tym roku padły już dwa fantastyczne pisma (mniejsza o konkretne przyczyny, kryzys prasy to jednak fakt), nie daj Boże upadnie trzecie i ostatnie (ciarki mi przeszły po plecach na wieść, że redakcja NF zmienia adres).
Do historii przechodzi tradycyjna ścieżka kariery fantasty. Zna ją chyba każdy: młody autor debiutuje w magazynie, ćwiczy arkana sztuki (albo warsztat rzemieślnika), pisze coraz lepsze opowiadania, które zostają zauważone. Potem zostaje zaproszony do antologii, do której pisze się na specjalne zamówienie. Wreszcie następuje stadium finalne, czyli własna powieść. Zdarzały się oczywiście wyjątki za sprawą konkursów albo gwałtownej kariery, ale system sprawnie funkcjonował dopóki nie zaczął się proces zwany upadkiem prasy papierowej.
Same antologie nie wystarczą. Krótka forma, żeby nie wyginąć, musi się przenieść na nowe tereny – czyli do Sieci. Oczywiście nie należy oczekiwać, że internet złotym środkiem na wszystkie zajdlowskie bolączki. Pojawi się nowy problem: jak ogarnąć wszystkie miejsca, w których może pojawić się proza (kłania się lemowski demon drugiego rodzaju). Zwłaszcza jeżeli ktoś wrzucać będzie teksty gdzie indziej, niż na Esensję czy Fahrenheita. W dodatku wartościowe teksty, i tak już niełatwe do znalezienia, znikną pod falą sieciowej grafomanii.
To prowadzi do podstawowych argumentów ludzi przeciwnych "internetyzacji" fantastyki. Po pierwsze, sieciowe opka są darmowe, nie można ich traktować poważnie. Akurat z płatnościami w pismach też bywało różnie, ale jest coś na rzeczy. Na Zachodzie webziny się sprofesjonalizowały i już płacą (jak Clarkesworld, którego mam w linkach po prawej). U nas rynek wydaje się na to za płytki, ale ja wyjdę na optymistę i zaproponuję, żeby ktoś oszacował progi opłacalności. Bo może nie dziś, ale jutro taka inicjatywa może mieć sens (ach, żeby DOF stał się czymś takim...).
Po drugie zaś sam fakt, że pisane przez osobę z aspiracjami opowiadanie zostanie zrównane z fanfikami i inną pozbawioną ambicji szmirą. Temu przeciwstawić się może jedynie promowanie "własnych" autorów, takie jakie w tym roku pomogło Dardzie i Szpakowi.

Jeśli za zaistniałą sytuację trzeba kogoś winić to nie tajemną Grupę Trzymającą Władzę albo zmanipulowane masy. Winni są fandomowi intelektualiści (przypominam, że nie wartościuję, tylko wskazuję na temperament tej grupy ludzi), którzy nie potrafią zadbać o to, co uważają za ważne. Żałują, że przepadły dwie antologie oraz etatowy przegrany Twardoch, kiedy tymczasem wydawnictwo Kasi i Rafała Kosików przyjęło dokładnie tę samą strategię, co stronnictwa Dardy i Szpaka. Wskazali swoje typy – Amnezjak i  Gerda. Intelektualiści albo więc nie pojęli aluzji (fakt, że dyskretnej, ale po to są intelektualistami, aby się połapać, kiedy trzeba), albo nie potrafili zachęcić innych, co jest wstydem absolutnym, bo po to nasza cywilizacja wykształciła inteligentów, żeby wskazywali kierunek.

I tak przeszedłem płynnie od Nagrody imienia Janusza A. Zajdla do lamentu nad zmarnieniem polskiego inteligenta. Ale ponieważ nie mam do powiedzenia nic ponad to, co można obejrzeć w Dniu świra, zakończę ten wpis. Wnioski są jasne: Nagroda upadnie, albo i nie upadnie, podobnie jak krótkie formy literackie. Być może za parę lat sama idea opowiadania będzie trollowana przez światlejszą część fandomu, tak jak dzisiaj robią to posiadacze Kindla z miłośnikami papieru. Tako rzecze Stross we wstępie do Wireless:
To nie jest powieść. To zbiór opowiadań. To nie jest opowiadanie. To jest wstęp do zbioru opowiadań. To nie jest proza. To ciąg idei, które przekazuję do twojej świadomości za pomocą medium , jakim są słowa (...). Opowiadania są martwą formą w większości gatunków. (...) Nie zawsze tak było.
Ale tak już będzie zawsze.

P.S.: Wygrają Dukaj i Brzezińska.
P.P.S: Powieści kryzys prasy dotknie słabiej i dużo później, bo jest wystarczająco dobrych autorów i są dość młodzi, żebyśmy nie musieli szybko potrzebować zmiany pokoleniowej. Do tego czasu będzie cykl: Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz, Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz. A jak się znudzi to to samo, tylko na odwrót.

wtorek, 22 maja 2012

W internecie (chyba) jednak nie ma wszystkiego

Wstyd się przyznać, ale nie znalazłem, chociaż szukałem. Chodzi o reklamę.
To były spoty jakiejś loterii, najprawdopodobniej (bo nie pamiętam na sto procent) Lotto. Były dwa, dodam. W pierwszym akcja cofa się do przeszłości, pokazując mężczyznę próbującego odpalić jakiś cud demoludowej motoryzacji. W końcu po wielu zabiegach silnik odpala i facet rusza do przodu po pełnej wertepów drodze. Potem wtacza się za róg, następuje cięcie, zmienia się nasycenie obrazu (prosta sztuczka sygnalizująca zmianę perspektywy czasowej — kto oglądał Dowody zbrodni, ten wie) i na piękną, płaską jak stół drogę szybkiego ruchu wjeżdża nowoczesny samochód. Wtedy głos z offu ogłasza, że dawniej było trudniej, teraz jest łatwiej, a najlepszym przykładem jest Lotto, w które możesz wygrać dużo albo jeszcze więcej.
Na takiej samej zasadzie zestawienia nowego ze starym opiera się drugi klip. Tylko, że tym razem mamy, jak to się mówi profesjonalnie, gamera. Dawniej męczył się nad próbami złożenia stojącego na półce meblościanki ośmiobitowca, teraz ma konsolę, meble z Ikei oraz telewizor HD. Ale najciekawszy jest jeden z rekwizytów tworzących lata 80. Na szafce leży Fantastyka. Pierwszy numer z 1982.
Najpierw zrobiło mi się miło, że z tylu możliwych symboli twórcy wybrali akurat ten. Mogli położyć Czarną brygadę Brygady kryzys, mogli pieska z kiwającą się głową, kostkę Rubika, cokolwiek. A położyli fantastyczne pismo. Po fali radości przyszła jednak smutna refleksja: w "przyszłości" na monochromatycznym szwedzkim stoliku nie było ani NF, ani SFFiH, ani F&SF (reklamę puszczali w czasach kiedy w Polsce były jeszcze wszystkie trzy magazyny).
Fantastyka jest nieobecna w wysokobudżetowej polskiej kulturze masowej. Poza grami komputerowymi, one są z nią związane mocno, ale rozwój tej branży u nas to całkiem świeża rzecz. Gdzie indziej naszej ukochanej metody literackiej/filmowej/etc. właściwie nie ma. I nie chodzi o to, że znowu narzekam, że nie robią filmów SF. Nie ma nawet świadomości fantastyki. Weźmy takie opery mydlane. Bohaterowie M jak miłość czy Na wspólnej stykali się ze wszystkimi znanymi zjawiskami społecznymi. Był i rasizm, i hip-hop, i subkultura emo. Tylko ani razu nikt nie pojechał na konwent. To niezwykłe, jeżeli wierzyć w boom fantastyki w latach 80. Ci wszyscy czytelnicy Funky Kowala zapomnieli, że gatunek żyje nadal? Szkoda.
Przynajmniej ta jedna reklama, której nie ma w Sieci, nam została.

sobota, 25 lutego 2012

Stay tuned

Kiedy blisko dwa lata temu startowałem z blogiem, założyłem aktywność rzędu jednego wpisu tygodniowo. Nawet mi się udawało. Opóźnienia szło nadrobić. Z aktualną obsuwą tak się już chyba nie da. Dwa (a właściwie jeden, jeśli mam  być szczery) teksty styczniu i niniejszy w lutym – musiałbym więc oprócz trzymania prawidłowego  tempa dorzucić pięć kawałków ekstra.
Przyczyną są rozmaite zawirowania realu i to, że większość energii schodziła mi na ich odkręcaniu. Bywa. Na szczęście najgorsze minęło i mam kilka zaczętych wpisów, więc jest szansa, że  od marca będę wrzucał na blog coś nowego. Pewnie jak zwykle same drobiazgi, ale i znajdzie się kilka ambitniejszych rzeczy.
Jest drugi problem, który paraliżuje równie skutecznie.
Minione tygodnie były peanem na cześć internetu. Tłumy wyszły na ulice w jego obronie, aktyw hakerski ddos-ował strony rządowe, co gniewniejsi pisarze wrzucali swoje książki w sieć albo przynajmniej błogosławili piratom. Walka miała epickie proporcje, co właściwie dziwi, skoro zarówno siłom ciemności i siłom światła przyświeca podobny cel – zamienić internet w USA. Różnica polegała na tym, że jedni chcieli USA Anno Domini 1776, zaś drudzy Anno Domini 2012. Znowu uniwersalia okazały się nawalanką dwóch odłamów jednej sekty.
Takie widzenie rzeczy szybko przeniosło mi się na całą sieć. Nagle cała jej społeczno-ideowa funkcja (czyli to, co wykracza poza zakupy, szukanie wiedzy fachowej oraz śmieszne filmy) zbladła.
Człowiek myśli, że uczestniczy w dyskursie jak prawdziwy intelektualista, a naprawdę siedzi na tubku i ogląda Slavoja Żiżka czy Rogera Scrutona. Albo siedzi na fantastycznych forach, po czym wylewa swoje przemyślenia na bloga myśląc, jaki z niego nie jest wielki fandomiarz.
Wirtualni czynownicy.
Stay tuned.

Ale żeby nie było, że przez ostatni miesiąc tylko jojczyłem. 07 zgłoś się to naprawdę dobry serial. I Arabela też.

środa, 18 stycznia 2012

Kłopoty z young adult

Przeczytałem Małego Brata. Wprawdzie prawie miesiąc temu, ale dopiero teraz zebrałem myśli na jego temat w całość.

Nasz (polski, że użyję tego górnolotnego przymiotnika) problem z literaturą young adult polega chyba na tym, że jej jeszcze dobrze nie znamy i nie czujemy. Na przykład mylą nam się grupy docelowe. Anglojęzyczna Wikipedia podaje, iż young adultsy skierowane są do czytelników w wieku 14-21 lat. Rzecz u nas raczej niespotykana. Klasyczne młodzieżówki pisało się dla 10-15-latków. Piotrek Rogoża żartował, że Klemensem i kapitanem Zło sprawił frajdę swojemu wewnętrznemu trzynastolatkowi. A zatem: trzynastolatek. Tyle lat ma modelowy czytelnik Niziurskiego. Starsi przechodzili do czytania literatury „dla dorosłych”. Wśród moich rówieśników cezurą najczęściej był Wiedźmin i Władca pierścieni.  Z własnych przeżyć z przedziału koniec podstawówki-matura pamiętam Eco, Dicka, Hłaskę, Hemingwaya, Jonesa. Żadnych young adultsów nie było (chociaż co do Hłaski nie jestem dzisiaj taki pewien). Czułbym się chyba nawet obrażony, gdyby ktoś powiedział, że dla mojego wieku jest przeznaczona jakaś specjalna literatura „pomiędzy”, bo do „dorosłej” jeszcze nie dojrzałem.
Granicą, której autor książki dla młodzieży nie może przekraczać, jest ta dzieląca wychowanie od agitacji. Oczywiście konia z rzędem temu, kto ją obiektywnie wyznaczy. Co dla jednego będzie wychowaniem w duchu poszanowania prawa, innemu zda się robieniem z dzieci nowych Pawlików Morozwych. I w drugą stronę: pochwałę samodzielnego myślenie wbrew autorytetom, dorosły czytelnik-rodzic uzna za propagowanie bezhołowia, róbta co chceta, Sodomy i Gomory. Książkę wspominanego już Rogoży mógłbym oskarżyć o świątobliwą kościółkowość, bo bohaterowie ani razu się nie upili, nie zapalili skręta, a warstwa erotyczna ogranicza się do fantazji o trzymaniu za ręce. Z prawdziwych już zarzutów znam taki dotyczący młodzieżowych powieści Rafała Kosika: ma on Felixem, Netem i Niką wychowywać pokolenie szczęśliwych demoliberalnych niewolników korporacji (serio – to autentyk).
Mały brat to pod tym względem ciekawy przypadek. Fabułę inicjuje atak terrorystyczny. Nieznani sprawcy wysadzają w powietrze jeden z głównych mostów w San Franciso, giną setki ludzi. Siedemnastoletni Marcus, główny bohater, zostaje wraz z przyjaciółmi poddany represjom: aresztowany, więziony, zmuszony do odtajnienia zawartości pamięci swojego telefonu. Kiedy zostaje wypuszczony bez swojego najlepszego kumpla Darryla, a nikt ze służb nie przyznaje się nawet, że kogoś takiego zatrzymał, Marcus rozpoczyna walkę z aparatem państwowym. A że jest świetnym hakerem  – robi to na płaszczyźnie elektronicznej. I do walki porywa rówieśników.
Właściwie wszystkie kontrowersje (pisał o nich Rafał Kosik) związane z powieścią Doctorowa wzięły się z tego, że wysadzenie w powietrze mostu jest tylko pretekstem. Młodzież walczy z aparatem państwowym, aparat walczy z młodzieżą uważając, że największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwowego są młodociani homoseksualiści i ateiści (ale o tym trochę dalej), warstwa problemowa skupia się na tym, na ile państwo może inwigilować obywateli bez zgody sądu i jakoś wszystkim, z autorem włącznie, umyka fakt, że na 30 stronie doszło do zamachu porównywalnego z World Trade Center. Wiem, o wolność trzeba walczyć zawsze i wszędzie, ale czuć, że Doctorow siedzi sobie w spokojnej, multikulturowej Kanadzie i teoretyzuje. Na stronie 205 Marcus otrzymuje mail od popierającego go niemieckiego hakera: „tutaj w Niemczech mamy spore doświadczenie w tym, co się dzieje, gdy rząd wyrwie się spod kontroli”.
Jeżeli to, co wydarzyło się w latach 1933-45, ktoś rozpatruje w kategoriach niekontrolowania władz, to właściwie nie ma z nim o czym rozmawiać.
Gdyby Mały brat przeznaczony był dla trzynastolatków, wtedy zarzut agitki byłby bardzo poważny. Ale licealiści, czy nawet studenci drugiego roku (21 lat!) to już nie dzieci i granica między propagandą a dozwoloną agitacją leży dużo dalej. Ich też można zbałamucić, lecz ciężar gatunkowy zbrodni jest lżejszy.
Zatem skoro Doctorow nie robi dzieciom prania mózgu, to co robi? Wulgaryzując – jest za PiS, czy za PO? Można się pozłośliwić, że jak za PiS to nie warto czytać, bo bzdury wierutne, a jak za PO to czytać nie trzeba, bo i bez tego wiadomo, że to mądre (i na odwrót). Lecz, już na poważnie, warto się nad Małym bratem pochylić, bo nie dość, że dobrze napisany, to nieświadomie porusza kwestię różnic kulturowych.
Teoretycznie Polska i USA przynależą do tej samej cywilizacji: euroatlantyckiej (tfu, co za potworek słowny), łacińskiej (od biedy), Christianitas. Tymczasem wystarczy ruszyć się za granicę by, odkryć że znajdujemy się w odmiennej siatce pojęciowej, dobrze znane kategorie oznaczają co innego, należą do innych dyskursów.
Nie inaczej jest w Ameryce Małego brata. Przesłanie powieści „mogę szyfrować, co mi się żywnie podoba, a wam nie wolno grzebać w moich papierach, choćby się świat walił” u nas kojarzy się nie z ideałami Ojców Założycieli, ale szlachcicem gardłującym, że won z jego posesji, bo psami poszczuje. Tymczasem Doctorow nie jest Sarmatą, a północnoamerykańskim liberałem-lewicowcem (kolejne niebezpieczne słowa). Marcus czyta wiersze bitnika Ginsberga, umawia się pod księgarnią anarchistyczną sprzedającą plakaty Emmy Goldman (tej samej, której teksty tłumaczą na lekcjach rodzimi oburzeni z Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia w Warszawie), lubi ciastka z haszyszem, kiedy dochodzi do wiadomo-czego z dziewczyną, to nie apeluje o poczekanie na lepszy wiek, tylko cieszy się, że ukochana kupiła prezerwatywy i środek plemnikobójczy.
A pomimo tego gada felietonami Grzędowicza.
Skąd ten dysonans? Dlaczego w spoko chłopaku budzą się takie korwinistyczne miazmaty? Dlaczego o mediach wyraża się per „dziwki” oraz „spekulanci”, czyli jak czytelnik Gazety Polskiej o Gazecie Wyborczej?
Wzięło się to chyba z tego, że po 11 września amerykańska lewica zachowała czystość, bo była w opozycji, kiedy republikanie uchwalali Patriotic Act i inne antywolnościowe ustawy. W Europie zaś było na odwrót. Bezlik kamer w Wielkiej Brytanii zainstalowała Partia Pracy, na kontynencie podejrzane prawo wprowadzał demokratyczno-liberalny mainstream. Protestowała oszołomska prawica i ludzie o „amerykańskiej” optyce.
Wszelako jedna rzecz szkodzi Małemu bratu. Mimo że to literatura dla licealistów, charaktery zakreślono zanadto grubą kreską. Wolności bronią fajni i ładni, przeciwko wolności są źli i brzydcy, z Miss Gestapo na czele. Na stronie 359 przytoczone są następujące słowa tego powieściowego szwarccharakteru w spódnicy: „nasz naród nie kocha tego miasta. Ich zdaniem to sodoma i gomora pedałów i ateistów, którzy zasługują na to, żeby gnić w piekle. Ten kraj przejmuje się tym, co myślą mieszkańcy San Francisco, tylko dlatego że szczęśliwym trafem wysadzili ich jacyś islamscy terroryści”. W tym momencie pojawia niknie przyjemność z czytania, bo opowieść o nadużyciach władzy podczas walki z terroryzmem zamienia się w opis brutalnego ataku na liberalną Amerykę przeprowadzoną przez złowrogi Jesusland. A tymczasem wolność jest bronią obosieczną, bo Marcus nie walczy li tylko o szyfrowanie twardego dysku, partyzanckie koncerty w parku oraz prawo do wrzucania w sieć przepisów o hakerskie sztuczki, ale i o to, żeby na serwer wolno było wrzucić poradnik młodego hakera-reakcjonisty, informacje o terapii reparatywnej albo niemiłe amerykańskiej sodomie i gomorze rzeczy.
Doctorow zapomniał napisać to, o czym dobrze wiedzieli nasi zwariowani romantycy – że walczy się o wolność naszą i waszą.
Chyba, że Marcus walczy tylko o swoją. W takim razie ja chromolę i Marcusa, i taką wolność.
***
Pisałem na wstępie, że dopiero teraz przemyślałem Małego brata. Otóż tę recenzję zacząłem pisać przed nowym rokiem, ale za nic nie potrafiłem jej skończyć. Brakowało mi ostatniej myśli, dzięki której luźne rozważania związałyby się w miarę spójny ciąg. W końcu się znalazła. Otóż znaleźliśmy się w podobnej sytuacji, co Marcus i ferajna. USA do spółki z UE i innymi państwami szykują dwa stryczki na wolność w Internecie: SOPA i ACTA. Dziś miał się odbyć wielki protest. Wyłączyć się miały Google, Facebook, Wikipedia oraz wiele innych. Okazało się, że zdeterminowana była tylko Wiki, BoingBoing (na którym się udziela Cory Doctorow) oraz trochę drobnicy. Co oznacza, że nie za bardzo wiadomo, w jakim świecie możemy się niedługo obudzić. I kto będzie wtedy walczył o wolność. I czy o naszą też.

piątek, 30 grudnia 2011

Kurzweil polny




Swego czasu mocno zaśmiewałem się z transhumanistów i z ich wiary w Technologiczną Osobliwość. Sami się prosili, fantazjując głośno o cyfrowym zbawieniu, jakie czeka na nas tuż-tuż. Jednak sprawa wymaga poważniejszego zastanowienia się.
Z postępem jest ten problem, że nikt w zasadzie nie wie, czym on jest. Dlatego zresztą tak fajnie się o nim gardłuje. Ale załóżmy na chwilę, że został policzony, jest jednowymiarowy (dla n-wymiarów będzie się liczyć tak samo)  i da się go wyrazić jakąś jednostką. Teraz zaczynamy rysować wykres postępu po czasie. Niekiedy przyspiesza, niekiedy zwalnia, bywa i że się cofa. Osobliwość następuje, gdy funkcja postępu traci ciągłość. Urywa się, załamuje, frunie w górę albo wręcz postęp staje się dyskretny i wyskakuje gdzieś indziej.
Przed osobliwością, kiedy postęp był ciągły, dla każdego punktu w czasie istniało otoczenie, dla którego z bardzo dużą dokładnością dało się przewidzieć granicę prawostronną aproksymując punkty z otoczenia po lewej (mieszam analizę matematyczną, rachunek błędu i metody numeryczne; matematycy mnie zabiją). Po Osobliwości jest to niemożliwe. Postęp przestaje być ładnym łukiem, łatwym do przedłużenia za pomocą ołówka.
Nikt chyba się nad tym aspektem problemu nie zainteresował, ale zasada przecież działa w obie strony. Z definicji nie możemy przewidzieć, co będzie po Osobliwości, ale również postludzkie byty, jakie się wtedy narodzą, nie będą w stanie zrekonstruować przeszłości w postaci logicznego ciągu zdarzeń. My teraz jesteśmy w stanie skonkludować, że skoro piszę te słowa na laptopie z baterią, to kiedyś musiał żyć Alessandro Volta, który wynalazł ogniwo elektryczne. Postczłowiek z faktu, że zuploadował swoje 34 płcie do współdzielonych tożsamości w sąsiednim mózgu-matrioszce, nie będzie potrafił wywnioskować zgoła nic.  Ciężki jest więc los takiego postludzia. Jeżeli nikt mu tego nie powie, nawet nie spostrzeże, że jest efektem jakiejś totalnej przemiany bytu.
A skoro nie zauważy, to skąd mamy pewność, że to nie my jesteśmy postludzkimi bytami, a Osobliwość nie miała już miejsca? Przykład z elektrycznością, jeśli się zastanowić, wcale nie musi dowodzić, że jesteśmy jeszcze przed. Jak już pisałem, postęp jest trudny do zdefiniowania i być może nie powinno mierzyć się go zliczając proste rzeczy pokroju prędkości procesorów.  Musimy więc „ręcznie” szukać wskazówek,  gdzie i kiedy mogła nastąpić ontologiczna nieciągłość. I właściwie z miejsca znajdujemy kandydata: Polskę dwadzieścia parę lat temu.
 „Ty, młody, nie zrozumiesz” – tak zaczyna się i kończy większość rozmów o PRL przeprowadzanych z ludźmi mojego pokolenia. To wbrew zwyczajowemu pojmowaniu historii. Zawsze było tak, że jeżeli zachowały się świadectwa kulturowe i materialne, możliwe było zrozumienie mieszkańców odległych epok. Na półce w mojej szkolnej bibliotece stał rząd albumów: „Tak żyli ludzie w Starożytnym Rzymie”, „Tak żyli ludzie na Dzikim Zachodzie”, „… w epoce wojen napoleońskich” i wiele innych. Postęp między tamtymi czasami oraz miejscami, a naszym jest więc bezsprzecznie ciągły. Nie mogłaby jednak stać tam książka o Polsce Ludowej. Próby napisania takiej spełzają na niczym. Sypie się wszystko, daty, nazwiska, każdy pamięta co innego, najprostsze prawa logiki i ciągi przyczynowo-skutkowe wywracają się do góry nogami…
Jakaś straszliwa Nieoznaczoność wisi nad PRL. „Kto nie żył, ten nie zrozumie, a kto żył, ten nie będzie potrafił powtórzyć ”, tak wydaje się brzmieć zasada. Część młodych przytaknie jej na odczepnego, by zająć się ciekawszymi sprawami. Co  bardziej uparci zaczną drążyć i szukać spisków. „Oho, kręcą, więc mają coś do ukrycia, ciemne sprawki!

Wszystko wyjaśnia teoria, że gdzieś w 1989 zaistniała Osobliwość. Celowo nie nazywam jej „technologiczną”, nikt chyba nie uwierzy, że gdzieś podczas ostatniego i nadzwyczajnego zjazdu PZPR dokonany został naukowy przełom. Transhumaniści niepotrzebnie skupili się wyłącznie na technologii. To musiało być coś innego.
Ale co? Tego, niestety, nie da się prosto wyjaśnić. Może dałoby coś zbudowanie wielkich komputerów i wklepanie im symulacji tworzące wirtualne społeczeństwa na podstawie dzienników telewizyjnych. Procesory mełłyby jedną Polskę Ludową po drugiej, każdą na innych parametrach początkowych, w nieskończoność. Aż wreszcie na monitorze wyskoczyłby komunikat, że w jednym PRL coś tąpnęło. Wtedy, jeżeli to rzeczywiście będzie Osobliwość, wystarczy przejrzeć plik z listingami. Przyczyny będą stały czarno na białym.
Zostaje tylko jedno pytanie: co to z niej była za Osobliwość, skoro dalej musimy się męczyć? Gdzie cyfrowe zbawienie, sfery Dysona, mózgi-matrioszki?
Być może za dużo się po Osobliwości spodziewaliśmy. Jak emigranci po Ameryce, którzy zamiast pieniędzy na  ulicach znaleźli ciężką pracę. Albo też każdy ma taką Osobliwość, na jaką zasłużył. Sami wybierzcie.

sobota, 24 grudnia 2011

Bezsenność

– Napisałbyś na bloga coś wesołego – powiedział K., kiedy tydzień temu wpadł mnie odwiedzić. – Tobie wychodzą takie krótkie, humorystyczne.
Wtedy poczułem, że dopadła mnie klątwa felietonisty. Tak to nazywam. Polega na tym, że człowiek bezskutecznie próbuje się wybić ponad formę, z której jest znany. Felietonista chce odnieść sukces jako poważny dziennikarz. Stary profesor przekwalifikowuje się na jakąś nową dziedzinę i chcąc ją ubogacić pisze książkę o tym, że filozofia jest szczególnym przypadkiem elektrotechniki. Jajcarz stara się pokazać jako romantyk. Ja uparcie planuję poważne wpisy na bloga. Rozgrzebany mam jeden o Twardochu i narodowościach, planuję drugi o Bacigalupim z innego punktu widzenia niż zwykle. Oba mają być poważne. Skoro tyle jest w internecie sarkazmu i ironii, to będę inny. Bez uśmieszku i podtekstów. Ale, jak się, okazuje klątwa działa, innych rzeczy ode mnie oczekują.
Albo jeszcze gorzej. Bezsenna noc rodem ze lwowskiego powiedzonka: cicho tak, że słychać, jak ceny rosną. I jak serce bije, jak świszczy wydychane powietrze świszcze. No i słychać wszystkie myśli, co jest chyba najgorsze. W nocnej ciszy rezonują najcichsze iskrzenia w neuronach. Na przykład, czy odpowiadamy za nasze sukcesy? Bo za porażki owszem. Ilekroć coś mi nie wyjdzie, nie skończy się albo nie zacznie, potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Chociażby: zbiłem wazon, bo wbiegłem do pokoju i nie uważałem. Jest związek przyczyny i skutku.
Z sukcesami tak nie jest. Przynajmniej ja tak nie mam. Kiedy przypominam sobie wszystko, co mi się udało przez ubiegły rok, to właściwie wszystkie mi się przydarzyły.
To nie jest krótka i wesoła obserwacja.

poniedziałek, 24 października 2011

Scena, ołtarz i bar mleczny

Serwisy TVP pieją cały dzień o pierwszym od lat teatrze telewizji na żywo. To chyba dobrze, będzie bardziej teatralnie, a TTV przestanie być synonimem niskobudżetowego filmu TV. W innej części serwisu któyś już w tym tygodniu reportaż o renesansie barów mlecznych. Jan Nowicki siedzi w takim i chwali, że smacznie, tanio i stała od lat klientela.
Tenże Nowicki krytykował swego czasu inwazję celebrytów-naturszczyków na seriale telewizyjne. Że ci amatorzy, mroczki-cichopki nie są prawdziwymi aktorami. Trochę to histerycznie wyszło, dyskusja przeniosła się na pudelka, jednak miał trochę racji.
Nie łapiemy tego na co dzień, ale teatr ma religijne korzenie. Zaczął się od uroczystości ku czci Dionizosa. Świetnie rzecz ujął Andrzej Żuławski w Na srebrnym globie, gdzie kasta aktorów rodzi się równolegle z kastą kapłanów. Stąd się wzięła późniejsza niechęć Kościoła i przysłowiowe chowanie aktorów w niepoświęconej ziemi. Z przekonania, że gdzieś podskórnie to dalej jest pogańskie misterium. No ale potem cała rzecz przygasła, rozwodniła się i jeden aktor został nawet papieżem.
Czy traktowanie teatru/filmu jako misterium religijnego nie ma już sensu? Powiedziałbym, że to, na co pomstował Nowicki, jest sprzężone z kryzysem wiary. Być może jedno napędza drugie. Akurat telewizory zdążyły się rozpanoszyć po wszystkich kontynentach, a tu bach! — i  Vaticanum Secundum.
Przypomina się angielski skecz o złowieszczym wikarym. Tytułowy kapłan anglikański zarzuca dwie nieszczęsne ofiary postnowoczesnej duchowości takim oto tekstem: myśleliście o wieczności przez 25 minut i wydaje wam się, że doszliście do ciekawych wniosków? Można to spokojnie odnieść do kategorii sztuki odgrywanej: pomizdrzyłeś się przez pięć minut na castingu, obejrzałeś ostatni odcinek Chirurgów i śmiesz się przyrównywać do mnie, adepta szkoły Stanisławskiego, który pięć razy zdawał do PWST?!
Możemy mieć nadzieję, że to nie kryzys i słaba wiara jak i poklask dla kiepskiej sztuki — były zawsze. I z tym optymistycznym akcentem piszę "pa pa".

sobota, 17 września 2011

Szmatan

Ja jak wszyscy – o Nergalu.
O sprawie nie ma za bardzo co pisać, diabeł, jaki jest, każdy widzi (po swojemu). Ciekawszy jest upadek mitu założycielskiego liberalnego świata.
Mit ten brzmi "nie podzielam jego poglądów, ale będę walczył o to, żebyś mógł je swobodnie wyrażać". Fundament , zdawałoby się. Liberalizm w 14 słowach. Tymczasem nikt nie bierze ich na poważnie. Bo czy ktoś pamięta, żeby ktoś bronił bliźniego, z którym się nie zgadza (pomijam prawników, bo za pieniądze każdy potrafi)? Ja nie.
Okazuje się, że nikt bronił by obcego. Zaś Nergal ma szczęście, że ma tylu jeśli nie ziomali, to oddanych fanów. Kto by się spodziewał, że tylu Polaków 50+ to zapamiętali metale. To nie Kaczmarski, ale Anthrax leciał ze szpulowców w opozycyjnych melinach. Identyczne szczęście miał Roman Polański, gdy w krytycznej chwili okazało się, że cały naród zna jego filmografię na wyrywki – łącznie z krótkometrażówkami.
Czekam na jakąś aferę z Mongołami. Zaraz na półkach zalegnie kumys w kartonach, a pod sklepami jego koneserzy.

środa, 11 maja 2011

Linki

Wrzucam dwa nowe linki na blogaska.
cormacmc.blogspot.com/ — blog polskich miłośników prozy Cormaca MacCarthy'ego. Miejsce warte odwiedzania, bo nie jest byle fanpejpejdż, ale poważne przedsięwzięcie, na równi z egzystującą w symbiozie stroną. McCarthy to wybitny pisarz, o którym mam zamiar skrobnąć co nieco w przyszłości, gdy tylko wyklaruję do końca jakąś ciekawą myśl.

Jawne sny — mam skromne marzenie, że kiedy przestanę być biedny i zajęty jak mysz kościelna w diecezjalnym seminarium, kupię sobie komputer. Nowiutki i wypasiony. A potem zacznę grać we wszystkie gry, których sobie przez lata odmawiałem. Jawne sny utwierdzają mnie w zamiarze i przekonują, że nie jest to marzenie dużego chłopca, ale sine qua non uczestnictwa w kulturze wysokiej.

***
I jeszcze jedno. Przyjrzałem się paru ostatnim wpisom. I zobaczyłem, jak bardzo treść rozmija się z nazwą blogaska. Mam się dziwić, a nauczam. O serialach, czytelnikach, widzach, historii, raz nawet o Śląsku. To nie jest dobre postępowanie. Raz, że dość u nas kaznodziejów i więcej nie trzeba, dwa zaś, że rozejście się tytułu z treścią jest formą oszustwa.
Idealnym przykładem jest znany blog Doskonale szare, podejmujący tematykę globalnego ocieplenia. Nazwę tę mam za genialną, bo w dwóch prostych słowach streszcza naczelną prawdę ogólną (czyli taką, której nikt nigdy nie dowiódł, lecz trzyma się niej każdy przyzwoity człowiek) naszej epoki. Prawda obiektywna nie istnieje, czyste dobro i zło również; nie ma granicy między czarnym i białym, wszyscy byli umoczeni. Wszystko jest doskonale szare. Tymczasem blog twierdzi wbrew nazwie, że obiektywizm jest możliwy oraz wszystko wiadomo, bo się ociepla.
I teraz mogę się wreszcie zdziwić. Dlaczego nie Ziuta wam mówi oraz Doskonale jasne?
Dziwię się, no.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Rugi śląskie

Zbierałem się i zbierałem, żeby napisać o śląsku, aż w końcu przyszła polityka i kazała.
Bo nie jest łatwo być Ślązakiem. W ostatnie święta całe dwa dni myślałem, że jestem hanysem i to było straszne. Na szczęście alarm okazał się fałszywy; rzekomi Ślązacy po kądzieli byli rodowitymi krakusami. Horror skończył się więc widokiem wschodzącego słońca.
I byłbym zapomniał o całej sprawie, gdyby nie spis powszechny. Taki spis jest szansą na wejście do mainstreamu rozmaitej drobnicy: rycerzy Jedi, Sarmatów, Jaćwingów. Ślązaków również.
Niech jednak p.t. czytelnicy z Katowic nie myślą, że jestem jakimś szowinistą. Po prostu po raz pierwszy w życiu widzę narodziny narodu.
Dotychczas miałem Ślązaków za coś w rodzaju Hucułów albo Poleszczuków: tutejszych, którzy nie załapali się na XIX-wieczne nacjonalizmy. Takich ludów jest w Europie więcej: Arboresze, Istrorumuni, Kucowołosi, Ladynowie, Pomacy, Szeklerzy, Czangowie, Sasi siedmiogrodzcy... Myślę, że pośród tych ludków, często tak nielicznych, że można je nakryć czapką, Ślązacy musieli się poczuć potęgą. Postanowili więc zapisać się do elitarnego klubu narodowości.
I tu, moi nie-rodacy, my Polacy prosimy o delikatność. Doświadczenia ukraińskie dowodzą, że późne porody mogą mieć powikłania w postaci eksplozji nacjonalizmów. I my to u Was zauważamy.
Bo okej, są Ślązacy narodem, nie wolno tego zabraniać. Dostają Ślązacy autonomię, albo i nawet – na blogu można zaszaleć – własne państwo. To nie jest takie głupie, przez ciągłe branie po tyłku zapomnieliśmy w Polsce, że Europa stoi małymi państwami. Oprócz kilku dużych, do których i my się zaliczamy, jest Estonia, Islandia, Dania, Norwegia Luksemburg, a nawet Malta. W takiej sytuacji Śląsk ma spore szanse się utrzymać, a Polsce te dwa-trzy miliony luda mniej nie zaszkodzi.
Więc: political fiction. 2013, jadę na zagraniczną wycieczką do Republiki Śląskiej. Państwo jak trza; sejm w Katowicach, stadion narodowy w Chorzowie ma żółto-niebieskie krzesełka. Takie same barwy żółto-niebieskie (znowu Ukraina!) łopoczą na czwartego grudnia. Ma Śląsk swój język, który co prawda brzmi znajomo, jakby Niemiec mówił po lwowsku, ale wątpliwości rozwiewa specjalnie do tego przygotowana śląska ortografia.
Jadę zatem, Schengen, czyli bez kontroli, ale słupki graniczne są.
Ale hola hola! Nie za wcześnie.
Bo skądkolwiek nie jechać do Śląska, ta granica jest za wcześnie. Bo co niby robią poza Galicją żywiec i Jaworzno? Czemu Częstochowa już nie w Kongresówce?
A to numer! – ożywia się we mnie, polskim turyście, patriotyzm. To właśnie jest świeży nacjonalizm. Ledwie wyszli ze wspólnoty plemiennej, a już biorą się za imperializm. Pomyśleć, że kiedy mówi się o zaborach, Ślązacy protestują, że oni w żadnym nie byli. A tym czasem ukradli rdzennie polskie ziemie. Nawet Zagłębie, którego niby nie cierpią.
Już widzę nowe rugi, Rugi Śląskie. Dzieci z Sosnowca, zmuszone do nauki pacierza po śląsku. Pękające w szwach wydziały archeologii i historii UŚ wypuszczają "naukowców" szukających w ziemi dowodów na słuszną przynależność etniczną Zawiercia.
Co robić? Na wojnę chyba nikt się nie zgodzi. Można jak Francuzi po 1871 Alzację-Lotaryngię, zakreślać Ziemie Zabrane żałobną wstęgą. Fajnie mają w tej sytuacji nacjonaliści. Na 11 listopada mogą wykrzykiwać "Hanysi za Przemszę!" Ta mała rzeczka, dziesięć kilometrów długa, trzy metry szeroka urasta w moim political-fiction do rangi geopolitycznego symbolu, linii Curzona a rebours.
Ale jest nadzieja. Piąta kolumna. Bo ilu może być Ślązaków? Pół miliona? W takim razie przyjezdnych jest dwa razy więcej. Są więc Ślązacy mniejszością u siebie. Jak Afrykanerzy albo Serbowie z Pristiny. Więc trzeba tylko czekać, aż im ze strachu przed Polakami odbije palma i zrobią coś złego. Jakieś prześladowanie albo apartheid. Wtedy my odpowiemy wariantem kosowskim. Narodowcy urządzą odbijanie linii Przemszy, co będzie polegało na wybiciu szyb w budynkach użyteczności publicznej po śląskiej granicy. My to nazwiemy IV Powstaniem Śląskim. Wezwiemy NATO na pomoc, NATO pomoże bombardując Nikiszowiec. Śląski oprawca skruszeje i zgodzi się na wymuszone referendów. Polska referendum wygra, a z okazji Dnia Pojednania urządzi się retrospektywę Kazimierza Kutza.
I ile pieniędzy się przy okazji zarobi na turystach. Będą z całej Europy przyjechać, zobaczyć prawdziwe szalejące nacjonalizmy.

sobota, 26 marca 2011

Na co nam historia?

Tytuł prowokacyjny, bo byłem prowokowany i sam prowokowałem.
Będzie o powieściach o raz filmach historycznych. Bo co to znaczy, że utwór jest historyczny? Nie mówię tu o definicji, bo te niczemu nie służą, poza zajmowaniem papieru, tylko pytam, jak ten termin rozumieją ludzie. Są bowiem tacy, dla których istotny jest najmniejszy szczegół, jak i ci, którym wystarczy ogólny klimat. Pierwsi dyskwalifikują film za krzywo powieszoną szablę, drugim wystarczy ogólne wrażenie "rzymskości", czy "średniowieczności". W starożytnej Grecji mają nosić prześcieradła, w XVII wieku peruki i tyle w temacie kolorytu epoki.
Oba wyobrażenia – "laickie" oraz "specjalistyczne" – bardziej przeszkadzają, niż pomagają. Laicy przyzwalają na najrozmaitsze brewerie. Wystarczy wspomnieć Gladiatora, w którym Ridley Scott szarpnął zwrotnicą dziejów i historia Cesarstwa Rzymskiego stoczyła się na koleiny alternatywnej historii. Potem dzieci wrócą z kina i będą pisały głupoty na klasówkach.
Specjaliści z kolei zaostrzają kryteria historyczności w literaturze/filmie do poziomów nieosiągalnych. Mówiąc zwięźle: według nich obrazów i powieści historycznych prawie nie ma.
Serial Rzym, powszechnie uznany za telewizyjne arcydzieło (oraz za wzór dobrego podziału pracy – HBO płaci, BBC robi) zmienia w stosunku do autentycznych: losy Cezariona, biografie wielu postaci, matce Oktawiana dorabia gębę ostatniej łajdaczki i dodaje kilka lat życia.
Równie popularny serial Dynastia Tudorów robi to samo, tyle że bardziej. Pierwsza seria: zaburzona chronologia, dwie siostry Henyka VIII złożone w jedną, króla portugalskiego trafia szlag w nos poślubną, kardynał Wolsey umiera nie tak, jak powinien, podobnie jak nieślubny syn króla – same zmienione sceny śmierci wystarczają na litanię nieścisłości.
Czas na literaturę. Pan midszypmen Hornblower, pierwszy tom cyklu powieściowego C.S Forestera. W jednym z rozdziałów tytułowy bohater bierze udział w brytyjsko-francuskim rajdzie na Quiberon. Treść jest dosyć luźno oparta na wydarzeniach autentycznych. Czy jest to więc powieść historyczna? Wikipedia mówi, że tak.
Iście schizofrenicznym przypadkiem jest Faraon Kawalerowicza (Prusa pomijam, bo przez sto lat wiedza może się zaktualizować). Film przez wszystkie ważne encyklopedie klasyfikowany historyczny. O konsultacje przy produkcji poproszono czołowych polskich egiptologów (a ta dziedzina stała wówczas u nas na wysokim poziomie). W Łódzkim studio starannie odtworzono staroegipskie wnętrza, uszyto piękne kostiumy. Na jeziorze Mamry usypano sztuczną wyspę i obsadzono papirusem, a ekipa pojechała do Uzbekistanu, żeby sfilmować prawdziwą pustynię. Efekt zachwyca i do dziś uważa się za niedościgłe odtworzenie realiów starożytnego Egiptu. Co jednak z tego, skoro w tych pięknych, wiernych prawdzie historycznej realiach umieszczono fabułę o nigdy nie zaistniałym faraonie Ramzesie XIII. Zachód zniekształca prawdę, my idziemy na całość. Ciężka prace setek ludzi poszła na marne, bo Kawalerowicz wyczarował pół dynastii (bo skoro Ramzes XIII, to musiała być i dwunastka, a ostatni prawdziwy Ramzes miał numer XI).
Wyobrażam sobie, że w całej swojej ziutowej bezczelności napiszę powieść. Historyczną, o XVII wieku. W cudownym, promieniującym sarmackością świecie przedstawionym opiszę panowanie króla Władysława V. Ot co.
Czy tak wolno? Czy to moralne?
Nie będę dobijał p.t. czytelników (zwłaszcza Ciebie, moja ulubiona czytelniczko, która to czytasz – taką mam nadzieję – z wypiekami na policzkach i tchem zapartym w dziewczęcej, dwudziestoletniej piersi) dalszymi wyliczeniami. Bo oni wszyscy zgrzeszyli: Walter Scott, Dumas, Sienkiewicz, Mika Waltari nawet (a profesor Michałowski tak go zachwalał). Amerykańskie kino sandałowe, produkowane w strachu przed telewizją, blednie w obliczu twórców gatunku, którzy z premedytacją tworzyli pokraczne mutanty.

Biografom Adama Mickiewicza do dziś nie udało się ustalić miejsca narodzin Adama Mickiewicza. Są dwie opcje: Zaosie lub Nowogródek. Tylko która jest bezsprzeczną historyczną prawdą? Mało kto pamięta, ale w XIX wieku krakowska Akademia Umiejętności chciała to ustalić przez głosowanie.
Oni wiedzieli, oni rozumieli.