Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konwenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konwenty. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2016

Polcon 2016 Wrocław

Dni 18-21 sierpnia spędzę we Wrocławiu na Polconie. Oprócz socjalizowania się i dumania, skąd paranormalny hyź u Wrocławiaków (cztery lata temu zaprosili Daenikena, w tym będzie cały blok poświęcony altnauce) przyłożę rękę do kilku punktów programu. Przede wszystkim będę miał 3 prelekcje:
  • Lem dla początkujących (czwartek 14:00, sala 2). Jak w tytule, kilka faktów i ciekawostek dla tych, którzy nie czytali Mistrza i zastanawiają się, czy warto, albo od czego zacząć.
  • Space opera i historia (czwartek 16:00, sala 2). Pierwotny tytuł był bardziej poetycki (Było, co będzie. Space opera i historia), ale orgowie ocenzurowali. Albo po prostu nie mieściło im się w tabeli programowej. W każdym razie opowiem o tym, jak wydarzenia, państwa i postaci znane z kart historii wracają pod zmienionymi nazwami na karty space oper.
  • Czerwona fantastyka (piątek 12:00, sala 2). Będzie o lewicowej SF trochę innej, niż ta zajmująca się reprezentacją i zmianami klimatu. A może one tak naprawdę wcale się nie różnią? Pomęczę Borunia, Trepkę, wczesnego Lema, Jefremowa oraz Peteckiego, ale zamiast być lustratorem, poszukam nieoczekiwanych wniosków, karkołomnych analogii oraz nauki dla młodszych koleżanek/kolegów po fachu.
Prócz tego w prowadzenie paneli:
  • Veracity vs. Verisimility. Prawdy prawdziwe, prawdy zmyślone (czwartek 17:00, sala 3). Tytuł należy powtórzyć 3 razy stoją przed lustrem. Nie wiem, czy przyjdzie jakiś potwór, ale na pewno zwiążecie węzeł w supeł. W słowniku Stanisławskiego, takim na ponad 100 tysięcy wyrazów, pierwsze słowo znalazłem w komentarzu, a drugiego w ogóle. Musiałem więc samodzielnie utworzyć verisimilitude. Na szczęście już opis punktu kazali mi wymyślić samodzielnie, więc pomęczę gości pytaniami o Conrada, Mackiewicza, Czapskiego oraz wyższość fantastyki nad dowolnym reportażem z Wydawnictwa Czarne.
  • Steampunk (piątek 18:00, sala 3). Jaki steampunk jest, każdy widzi, więc dodam tylko, że będę odpytywał Anię Kańtoch, Krzyśka Piskorskiego i Marcina Rusnaka.
  • Polska fantastyka i jej recepcja za granicą (sobota 12:00, sala 2). Przygotuję całą masę anegdot, faktów i pytań, którymi zarzucę Kasię Kosik, Wojtka Sedeńkę i Marcina Zwierzchowskiego.
  • Elementy filozofii i religii w fantastyce (niedziela 15:00, sala główna). Rzutem na taśmę i w zastępstwie. Odpytam Kubę Ćwieka, Marcina Przybyłka i Radka Raka.
Tak to wygląda na dziś. Orgowie odgrażają się, że jeszcze mogą coś zmienić, ale miejmy nadzieję, że nie będą to zmiany na gorsze. Nikt nie lubi, jak mu się pokrywają dwa punkty, na które koniecznie chciał iść.

Edit: Pełny harmonogram (chociaż wciąż z dopiskiem roboczy) można znaleźć na stronie Polconu.

poniedziałek, 23 maja 2016

7 grzechów głównych seriali. Polskich.

Pycha, chciwość, gniew, nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, zazdrość, lenistwo – tak to wygląda w Katechizmie i znanym filmie Davida Finchera. W publicystyce formułę 7 grzechów wykorzystywał chociażby Marek Oramus. Uznałem więc, że i ja mogę.
Przygotowanie 7 grzechów głównych polskich seriali dało mi w kość. Jak objąć tak szeroki materiał w godzinnym wystąpieniu (plus pytania publiczności)? Jak być zabawnym, a jednocześnie rzeczowym, nie wpadając ani razu w pułapkę malkontenctwa, ironii i hipsterskiego nihilizmu? Jak wreszcie przygotować się psychicznie na fakt, że konwent nie jest konwentem, a festiwalem i na sali pojawią się zawodowcy? Gdybym widział to ostatnie wcześniej, to bym się nie odważył robić takiej prelekcji. Na szczęście dowiedziałem się dopiero kilka godzin przed.
Przy okazji okazuje się, że kondycja polskich seriali to nie tylko mój prywatny feblik. Rozmawiano też o nich na festiwalu w Warszawie. Jak opinie ludzi z branży mają się do moich prywatnych opinii – oceńcie sami.

czwartek, 12 listopada 2015

Serialkon 2015

Tytuł chyba tłumaczy brak nowych postów ostatnimi czasy. Intensywnie przygotowuję się na drugą już edycję Serialkonu. Ponieważ w sieci zawisł już program, mogę ogłosić, co takiego przyszykowałem.
Konwent odbędzie się w przyszły weekend, w budynkach Małopolskiej Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej.
W Sobotę zacznę już o 12.00 na pierwszym piętrze Arteteki (taka wypasiona nowoczesna czytelnia naprzeciwko starego budynku) będziemy rozmawiali z Szymonem Żakiewiczem i Radosławem Polańskim o nostalgicznych serialach naszego dzieciństwa. Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie, bo trzy dzieciństwa plus moja skleroza to zaczyn wesołej przekomarzanki.
O 14.00 w tym samym miejscu wezmę udział w panelu pt. II Wojna Światowa w serialach. To w sam raz wstęp do niedzieli, kiedy to
o 13.00 w sali B budynku głównego wygłoszę (jak to pompatycznie brzmi) prelekcję Poszli za rodinu w boj, czyli współczesne rosyjskie seriale wojenne. Nie jest to może topowy temat, ale materiału znalazłem tyle, że do końca życia mógłbym oglądać tylko rosyjskie seriale. Serio, Rosja to nie jest nieznany serialowy ląd. To cały kontynent.
A nieco później, bo o 16.00, w sali B na drugim piętrze budynku głównego poopowiadam jak Psy prowadzą śledztwo. Psy, czyli polska policja, bo rzecz dotyczyć będzie tego, co w krajowym kryminale piszczy (a piszczy coraz głośniej).

Jak widać, robię głównie prelekcje przeglądowe. Trochę chyba boję się uderzać z jakąś tezą, którą musiałbym potem uzasadniać. Na szczęście Serialkon to siedem punktów programu równocześnie przez dwa dni. I to za darmo. Z zagranicznymi gośćmi. Tylko jechać.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Polcon i inne drobne przyjemności

Ach, jak ja się cieszę, ze wreszcie udało mi się wyrwać na Polcon. W zeszłym roku tak się złożyło, że nigdzie nie pojechałem, ale przez ostatnie cztery dni odbierałem w Poznaniu zaległą radochę.
Wielkie brawa należą się organizatorom, którzy wytężyli wszystkie swoje siły, by dać uczestnikom tak profesjonalną imprezę. Wielkie brawa dla uczestników – zdarzało mi się narzekać na fandom, są i tacy, co hejkcą go regularnie, ale powiedzcie, jest gdzieś podobna wspólnota? Chłopaki i dziewczyny, młodzi i starzy, ludzie o rozmaitych poglądach i pomysłach na życie mogą się spotkać i znaleźć wspólny język. Żeby świat się od nas tego nauczył.
Nic tak nie cieszyło, jak ponownie spotkać nowych znajomych, albo po raz pierwszy takich, z którymi do tej pory utrzymywało się wyłącznie kontakty wirtualne. Może tylko spotkać znajomych, którzy wcześniej nigdzie się nie ogłaszali, że przyjadą – tu ukłony w kierunku Dabliu, Małeckich i Berbeleka. Aż nie mogę się doczekać Wrocławia za rok – zwłaszcza że trwać będzie aż pięć dni. Może wtedy uda mi się porozmawiać choć przez chwilę ze wszystkimi, którzy mi tym razem umknęli.
Co do Zajdli. Cóż, głosowałem na Pokój światów, ale Forta też cieszy. Misiek Cholewa jest dobrym pisarzem, wartym wszelkiej czytelniczej uwagi, a do tego robi kapitalną rzecz, promując spece operę i military sf, dwa (pod)gatunki, których polskiej fantastyce do tej pory umykały. Żal za to Ani Kańtoch. Pięć statuetek i fakt, że w ostatnich latach tylko dwa razy się zdarzyło, że nie była na podium (w 2012 i 2013), tylko jej szkodzi. Kiedyś złościliśmy się, że Nagroda stała się Dukajem roku. Na zachodzie Hugo oskarżano o nadmierną koncentrację na Mieville'u. To przykre, że przez nadgorliwość fanów Ania wychodzi na kogoś, kto odbiera szanse innym.
A propos Hugo: złożyło się, iż zostały rozdane tego samego dnia, co Zajdle, więc odcięty od internetu, oraz zajęty nocnymi fandomu rozmowami, nie byłem ich w stanie śledzić. Zatem wróciwszy do domu zaglądam do Sieci i odkrywam cuda. Szef wściekłych szczeniaczków, Vox Day, ogłosił niemal całkowite zwycięstwo swojej inicjatywy. Równocześnie na boing boingu Cory Doctorow cieszy się ze zmasakrowania piesków przez konwentowiczów. Abstrahując od wojenek raduje fakt, że wszyscy są zadowoleni. A najbardziej zadowoleni jest z pewnością Liu Cixin, który jako pierwszy nieanglojęzyczny autor rozbił bank. Teraz tylko czekać na tłumacza, który podoła z polszczyzną.

PS: ten wpis jest efektem sprytnej sztuczki zastosowanej na mnie przez ekipę polconową. Na przemian chwalili mnie i ganili – głównie właśnie za niepisanie bloga. Ponieważ jestem mało wrażliwy na pochwały, a przeżywam krytykę, musiałem wyrównać karmę i wystukać parę literek.

poniedziałek, 11 maja 2015

Pierwszy raz reklamuję siebie

Przedwczoraj w dawnej stolicy Polaków odbył się w Smokon. To już druga edycja imprezy organizowanej przez Krakowskie smoki, klub mały, młody, ale prężny i z ambicjami. Chyba wszystko poszło dobrze. Ja dołożyłem małą cegiełkę prelekcją o kinowych i telewizyjnych adaptacjach książek Lema. Zdaje się nawet, że był stream (blok serialowy robił zaprzyjaźniony ze smokami Pulpozaur) i jest nawet dostępny gdzieś, ale radzę poczekać na wersję pisaną, która niedługo zawiśnie na pulpo, bądź szukać jej w programach innych konwentów. Przedwczoraj była wersja robocza, jąkałem się i do tego jak na złość na komputerze nie było kodeków dźwięków, więc nie mogłem dowieść, że w węgierskich Przygodach Pilota Pirxa naprawdę grali Emerson, Lake i Palmer. A to jedna z tych rzeczy, w które ludzie nie chcą uwierzyć, kiedy im opowiadam.
Niestety. Wszelki miły nastrój zepsuł agrafek, zwracając mi uwagę, że ostatni wpis na moim blogu, jest straszy niż ostatni wpis na jego – a przecież agrafek, kiedy ja się obijam, pisze powieści, gra w gry, czyta książki i komiksy, dwa razy w tygodniu ma felieton na gikzie, prowadzi życie towarzyskie, a jeśli wierzyć temu, co mówi, w zawodowo pracuje na trzech stanowiskach jednocześnie.
Cóż, ma rację, zapuściłem bloga. Zatem korzystam z pierwszej lepszej okazji, by się przypomnieć. I nie tylko reklamuję świetną imprezę, jaką jest Smokon (jeśli, odpukać, nic się nie stanie, za rok kolejny, a na jesieni – Serialkon 2, czyli minikonwent poświęcony całkowicie tasiemcom – nie tylko fantastycznym).
Od jakiegoś czasu bowiem można nominować do Zajdli. I, wyobraźcie sobie, możecie, między innymi, mnie. Na zachodzie wszyscy autorzy dumnie ogłaszają, że są eligible. Potem urządzają awantury o słodkie szczeniaczki, ale do tego elementu nie zamierzam się odwoływać.
Moje opowiadanie, Króka odwilż Szczepana Dracza, ukazało się w numerze 11/2014 Nowej Fantastyki. Można je też ściągnąć ze strony Pyrkonu, razem z trójką, która wygrała plebiscyt NF na tekst roku. Jeżeli jednak uważacie, że Stoczek, Uznański i Zańko (plus ja) to trochę za mała pula, pomocnicza lista wszystkich utworów, opowiadań i powieści, jest do odnalezienia pod tym linkiem.
Przed oddaniem głosu na nominacje warto zajrzeć na oficjalną stronę nagrody.
Można o Nagrodzie mówić różnie, ale ostatnie cyrki wokół Hugo chyba wszystkim nam uświadomiły, że mamy coś, o co powinniśmy dbać. Więc ja też dbam. Niech wygra najlepszy.

czwartek, 26 marca 2015

Postgeek nad przepaścią (i jeden krok naprzód)

Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało – mruczę sam do siebie. W skrócie sprawa przedstawia się tak. Marcin Zwierzchowski (Nowa Fantastyka, Polityka, kiedyś Polter) napisał notkę, na którą odpowiedział Michał R. Wiśniewski (pisarz, bloger, publicysta – ostatnio felietony w Pixelu). Potem odezwał się Mistycyzm Popkulturowy, po nim – Rusty Angel, na końcu zaś Katarzyna Czajka, szerszej znana jako Zwierz popkulturalny (mam nadzieję, że linkiem do FB nie naruszam prywatności – status jest wprawdzie dostępny globalnie, ale wolę dmuchać na zimne). Znajomość ukrytych pod linkami tekstów źródłowych jest od tej pory potrzebna do zrozumienia postu – myślę, że to lepsze od streszczania.
Ja w tej wesołej awanturce znalazłem się dlatego, że – znowuż na fejsbuku – palnąłem, że "ten fragment o postgeekostwie jest jak najbardziej w porządku". Więc mnie Rusty wywołała do odpowiedzi. Przy okazji połechtała moją próżność, pisząc, że mnie ceni. Zatem do dzieła:

Jestem jeszcze chyba młody, nie łysieję i nie siwieję. Mógłbym pojechać na Światowe Dni Młodzieży. Z kolei towarzysko trafiłem w okolice starego fandomu – czyli tych, których MRW nazywa geekami. Nie zamierzam starego fandomu gloryfikować, gdyż jest pełen wad. Ostatnimi czasy prym tu wiedzie wspomniane przez Rusty zezgredzenie. Objawia się ono tym, że zamiast z żywymi naprzód iść, starzy ciągną od lat te same, wypalone flejme (wiedźmińskie opowiadania lesze od Sagi), czekają na drugą tercję progresu i pogrążają się w bezsensownej nostalgii, jak choćby świętując niepotrzebną reaktywację Archiwum X. Przy tym ostatnim przykładzie przyznaję się do lekkiej hipokryzji, bo cieszę się na reaktywację Miasteczka Twin Peaks. Ale może to nie hipokryzja, tyko wgląd w chorobę.
Analityczne podejście do popkultury wcale więc nie jest powszechne w starym fandomie. W sumie wcale nie jesteśmy pod tym względem różni od nowego fandomu – po prostu nie mieliśmy tumblra. W użytku był przekaz ustny. Zamiast więc wrzucić gifa, mówiło się "jak z Mrożka", "jak z Zajdla", zarzucało cytatem z filmu (ostatnio, dzięki Służbom specjalnym, przypomniałem sobie, jakie genialne teksty pisze Vega, kiedy mu się chce). Nasza metoda na spontaniczną ekspresję za pomocą tekstów popkultury nie była w niczym lepsza od waszej. W ogóle nie widzę tu podziału na jakich "nas" i "was".

Ale kiedy kiedy przychodziło zareklamować swoją pasję, pokazać się z nią przed światem, robiono to tak, jak pisze MRW: Parowski, Kałużyński, Jęczmyk, czy jakiś szeregowy fan starali się odkryć przed laikami, ile mądrych i dobrych rzeczy można znaleźć w popkulturze. Ile mądrych i dobrych rzeczy mówi niekiedy nieświadomie, czasem zaś z premedytacją. Oczywiście chodzi wyłącznie o politykę, bo to byłaby karykatura podejścia analitycznego. Do tego, bądźmy szczerze, dorabianie ideologii jest proste. To kwestia opanowania języka i znajomości kilku pojęć-wytrychów. Dlatego – znowu się przyznaję do rzeczy wstydliwej – mam wielki problem z badającymi popkulturę akademikami. Mimo to opiewaną przez MRW szkołę patrzenia pop mam za swoją.

W świetle tego to, co na blogu napisał Marcin Zwierzchowski jest więcej prowokacyjne. Bo przecież

od filmów, od sztuki w ogóle, nie zawsze wymagamy warstwowych przekazów, zaangażowania czy skłaniania do refleksji. Czasami po prostu fajnie jest obejrzeć, jak wielkie roboty naparzają się w wielkimi potworami („Pacific Rim”!) albo jak Hulk coś rozwala
jest całkowitym zaprzeczeniem tego, co stary fandom uważał za swoje największe osiągnięcie. Zamiast "to jest piękne, dobre i prawdziwe" mówi się teraz "to jest fajne i co nam zrobisz".

Kilka tygodni temu wpadłem na myśl, że zwycięstwo fantastyki polega na tym, że stała się językiem pokolenia. Już nie hobby, czy artystyczna decyzja, ale sposób wyrażania myśli, który setki milionów ma za naturalny, wygodny ukazujący prawdę lepiej, niż przyziemny realizm. Więcej o miłości dowiemy się z Her, niż z opowieści "z życia wziętych". Grozę zagubienia w mechanizmach historii lepiej i trafniej pokaże nam Wieczny Grunwald, niż jakikolwiek poważny podręcznik akademicki.
Tymczasem okazuje się, że nie ma języka, tylko echolalia. I nowemu fandomowi z tym dobrze.
Przy czym wciąż się upieram, że lubię nowy fandom, chociaż go za cholerę nie rozumiem. Lubię, cenię, cieszę się, że podbił świat, że jest liczny i żywotny, że zaangażował ludzi, do których nie umiał dotrzeć stary fandom. Wreszcie ciągle wierzę, że nowy fandom wniesie do naszej wielkiej wspólnoty wiele dobrego. Nową wrażliwość, nowe myśli. O ile wcześniej przestanie robić sobie krzywdę.
Bo jeżeli wadą starego fandomu jest getciarstwo i przedwczesny starczy uwiąd, nowy cierpi na jakiś kulturowy borderline. Jedzie wyłącznie na hormonach, skacząc od bezgranicznego hajpu po bezdenny hejt. To nie dotyczy tylko fanów. Mam żal do Stevena Moffata, że z inteligentnego scenarzysty przedzierzgnął się w hype managera. Joss Whedon był nim prawdopodobnie od zawsze. Dlatego tak dobrze odnalazł się w kinowym uniwersum Marvela. Z kolei Eda Wrighta, reżysera nie dość, że inteligentnego, to dzielącego się z widzem swoimi myślami, odsunięto od Ant-Mana.

Moim zdaniem to wszystko pędzi ku malowniczej katastrofie.
Nowy fandom dobrowolnie pozbawia się większej części przyjemności, jaka płynie z obcowania  z popkulturą – tej rozumowej. Nie mówię przeintelektualizowaniu, ale pozachwycaniu się słowem, opowieścią, obrazem, tym, jak to wszystko jest ze sobą połączone i jak skłania do przemyśleń.
Pomyślcie, że przez to, że wszyscy woleli zachwycać się boskim Johnnym w Piratach z Karaibów, fandomowi umknął najlepszy film przygodowy ostatnich kilkunastu lat, czyli Pan i władca: na krańcu świata. Przez to Benedict Cumberbatch bliski jest stania się nowym boskim Johnnym Deppem – ciachem jednej roli. Normalnie dwie ofiary patologicznej miłości.
I wreszcie jestem niemal przekonany, że popkulturę obecnej postaci czeka wielki krach. Z przyczyn ekonomicznych. Spójrzcie na to, co dzieje się w kinach. Wszyscy chcą powtórzyć numer, który udał się Marvelowi. Dotyczy to nie tylko ekranizacji, ale blockbusterów w ogóle. Powstaje ich więcej niż kiedykolwiek. Wiecie, dlaczego Soderbergh uciekł do Netliksa, a Woody'ego Allena zatrudnił Amazon? Bo dla tych dwóch znakomitych filmowców nie starczyło miejsca w Hollywoodzie. Wszystkie siły i cały kapitał poszły na superprodukcje. Ale jeśli uświadomić sobie, że nie ma możliwości, żeby te wszystkie filmy się zwróciły, zaczyna to brzmieć jak opis klasycznej bańki spekulacyjnej.
I to nie jest tak, że sobie zgredzę, bo nie rozumiem świata. To już się raz zdarzyło. W latach 90 na rynku komiksowym. W latach 90 wizja szybkich łatwych zysków oraz związany z tym najazd spekulantów doprowadził Marvel i DC na skraj bankructwa. Chociaż potem obaj wydawcy się wyratowali, skutków doświadczamy do dziś. Dlatego, na przykład, takie franczyzy, jak (do niedawna) Spider-Man, X-Men i Fantastyczna czwórka znalazły poza MCU – a ich ewentualny powrót jest kosztowny i skomplikowany.
Coś podobnego może czekać Hollywood.
Coś podobnego może czekać branżę gier.
Nie wiem, jak z serialami, one zdają sobie radzić najlepiej w warunkach nadprodukcji, ale zalew zupełnie nijakich produkcji też nie nastraja optymistycznie.

Stary fandom, mimo wszystkich swoich śmieszności i wad, przetrwa apokalipsę. Po prostu wpełznie z powrotem do swojej nory. Boję się o nowy. Dlaczego zadowala się staniem na grząskim gruncie, zamiast postawić solidne fundamenty? Nikt mu przecież nie chce odebrać tumblra.

czwartek, 13 listopada 2014

Fandomy

Była sobie kiedyś w internatach wspaniała społeczność znana jako Forum Nowej Fantastyki. Nie zmyślam, naprawdę była to świetna ekipa i żal, że się rozpadła. Przyczyny nie są w tej chwili ważne. Ważne są fajne, ważne i pamiętne dyskusje, jakie toczyły się na forum. W tym dyskusja o fandomie. Łatwo bowiem mówić "fandom to, fandom tamto", kiedy właściwie nie wiadomo, czym ten fandom jest. Czy należy doń każdy, kto obejrzał Imperium kontratakuje w telewizji na święta, czy należą wyłącznie aktywni działacze środowisk fantastycznych, z legitymacją członkowską i kilkuset godzinami przeprowadzonych punktów programu? Jakiej definicji by nie wybrać, rodziły się problemy i paradoksu. Najlepiej byłoby więc o sprawie zapomnieć, zakładając doraźną hipotezę, że fandom to jest to, co mamy akurat przed oczami.
To były stare dobre czasy.
Bowiem przez te parę lat pozmieniało się w świecie. Znajomi donoszą z Falkonu, że i tam dotarła straszna epidemia zwracania się do obcych per pan/pani – wbrew żelaznej zasadzie, że w fandomie się tykamy niezależnie od wieku, płci, rasy i statusu społecznego. Sam też się z tym zetknąłem, chociaż w tym roku jestem wybitnie niekonwentowy. To jeden ze smutniejszych dowodów, że w naszym środowisku zachodzą gwałtownie zmiany, za którymi nie nadążamy.
Niektórzy psioczą na tych organizatorów, którzy swoje konwenty przemianowują na "festiwale popkultury". A jest to przecież bardzo dobry krok – nie tylko dlatego, że z taką nazwą łatwiej załatwić dofinansowanie od miasta. Fandom i jego mechanizmy wykroczyły poza fantastykę. Kiedy skasowano serial Ripper Street (na szczęście wraca, uratowany przez Amazona), zacząłem guglać, czy jest oprócz mnie ktoś, kto przyjął tę wiadomość ze smutkiem. Okazało się, że wokół serialu powstał niewielki fandomik. Podobne fandomy istnieją chociażby wokół Glee (nie lubię), Community (kocham miłością nieprzytomną), czy Sherlocka (ten na konwenty wkroczył z automatu). Już nie wystarcza plakat na ścianie. Struktury, które jeszcze dekadę temu istniały właściwie tylko w fantastyce, działają wszędzie.
A to tylko pierwsza z różnic między starym, a nowym fandomem, który zresztą z naszej perspektywy "starych" stoi na głowie. Dla nas filmy Marvela to spełnienie marzeń o adaptacji komiksu, której nie trzeba się będzie się wstydzić – dla nich to pierwsze spotkanie z Iron Manem i Kapitanem Ameryką. Dla nas media społecznościowe to miła nowość, usprawniająca kontakt w ramach istniejących więzi towarzyskich – dla nich to ich źródło.
Problemów ze wzajemnym zrozumieniem i akceptacją byłoby mnie, gdyby nie różnica w liczebności. Tego nowego fandomu growo-serialowo-tumblrowego jest wielokrotnie więcej, niż nas. I chociaż cieszy nad dwadzieścia tysięcy uczestników Pyrkonu, a sześć Falkonu, jesteśmy trochę zdezorientowani. To jakby w naszym życiu objawiło kilkudziesięciu nowych członków rodziny, po czym zapowiedziało obecność na wieczerzy wigilijnej.

Czy widzę jakieś światełko w tunelu? Tak, aż dwa. Po pierwsze gość tegoroczngo Falkonu, Michael Swanwick, zachwycał się tymi nas przerażającymi sześcioma tysiącami, mrowiem młodych ludzi i ogólną żywotnością polskiego fandomu, który, jak to napisał na blogu, "is doing something right." Nie jest chyba więc rozpaczliwie.
Po drugie są ludzie widzący potrzebę wyjścia przed szereg, przełamanie lodów i zasypania rozdziałów. Jak klub Krakowskie Smoki, który organizuje 23 listopada Serialkon, bodaj pierwszą w Polsce imprezę tego typu. Wprawdzie potrwa tylko jeden dzień, ale i tak jestem ciekaw, co się wydarzy, jakie więzi się nawiążą i co wypracujemy za tydzień w niedzielę. Ja na przykład będę prelegował o jednej z najciekawszych adaptacji przygód Sherlocka Holmesa, więc z radością zapraszam. Bądźmy razem.

poniedziałek, 2 września 2013

Raport z Warszawy

Polcon, Polcon... strasznie osobista będzie ta relacja, ale obiecałem. Do Warszawy nasza spora krakowska ekipa dojechała gdzieś przed drugą po południu. Pod Politechnikę trafiliśmy niewiele później, gdyż metro śmiga przez tunel naprawdę szybko. Na miejscu przywitała nas słynna już megakolejka. Że coś jest nie tak wiedzieliśmy już za Kielcami, bo jeden ze współpasażerów przeglądał facebooka na komórce. Jednak myśleliśmy, że za trzy godziny może sytuacja się unormuje. Nie unormowała się. Większość towarzystwa poszła więc do akademików. Ja, jako że nocleg załatwiłem sobie u kolegi, który z roboty wraca po piątej, postanowiłem obadać teren. Zatoczywszy kółko, trafiłem znowu pod Politechnikę, a kolejka chyba jeszcze urosła. Na szczęście wtedy z akademików wrócili Dziara z Radkiem. Pogadaliśmy przez chwilę z Emilem Strzeszewskim, który stał w dużo krótszej, ale równie nieruchawej kolejce dla VIP-ów, i ustaliliśmy, że czwartek jest nie do ocalenia. Trzeba iść na piwo. Knajpa była zaraz za ulicą, ale opuściliśmy ją po jednym piwie, gdyż nie było w niej za dużo miejsca. Flamenco i Nosiwoda się jeszcze zmieścili, ale większe ekipa nie miała szans. Druga knajpa, na Śniadeckich, była większa i ciekawsza jednocześnie, bo to był pierwszy jej dzień posiadania licencji na napoje wyskokowe. Pierwszy dzień i od razu konwent! Posiedziałem, pogadałem, aż wreszcie się chwilowo ewakuowałem z bagażem na Mokotów. Na szczęście przerwa imprezie obejmowała tylko dojazd i herbatę, bo szykował się trzeci lokal, tym razem na Polu Mokotowskim. W ogóle to Klub Lolek wymaga dłuższego opisu. To coś w rodzaju rustykalnej budy z zewnątrz, która od środka okazuje się rustykalną halą z dwiema izbami i olbrzymim ogródkiem. Było bardzo po warszawsku: drogo (Tyskacz za dychę, kiedy w Spiskowcach Rozkoszy za tyle samo miałem Obołonia) i snobistycznie (kelnerzy z iPadami). Na szczęście było znakomite towarzystwo i strefa dla dzieci ze zjeżdżalnią, którą natychmiast zaanektowaliśmy. Dwadzieścia lat nie zjeżdżałem, trzeba było spróbować. Koło północy zrobiło się zimno, ale na szczęście na wyposażeniu klubu były koce. Wziąłem jeden, owinąłem się weń, uzyskując coś na kształt poncza, i mając jeszcze na głowie kapelusz, mogłem poczuć się jak Clint Eastwood. Tyle na czwartek.
W piątek bladym świtem (dziewiąta rano) pomaszerowałem dziarsko na konwent. Trzeba się było wreszcie akredytować. Kolejka była, ale już normalna, taka na trzydzieści parę osób, a nie trzysta, i kończyła się przed płotem, a nie gdzieś w połowie Nowowiejskiej. Miła pani musztrowała nas, od karności uzależniając to, czy akredytacja ruszy. Na szczęście ruszyła. Jeszcze tylko pozwoliłem się przepchnąć do kolejki dla VIP-ów (miałem zaproszenie od kolegi, który nie mógł jechać, a które otrzymał od jeszcze innego kolegi, który bodajże pracuje u jednego ze sponsorów – w sumie skomplikowana operacja, ale zaoszczędziłem sześć dych) i po niecałej godzince byłem w głównym budynku. W chwili opublikowania tabelki programowej wielu ludzi mówiło, że nie ma nic ciekawego, lecz w praktyce było bardzo ciekawie, a największym problemem okazała się niemożność bilokacji. Zwyczajnie mnóstwo rzeczy uciekało, a co godzinę miałem dylemat moralny. Wesoło było spotkanie z Maciejem Parowskim, między innymi dzięki prowadzącej, która nie cackała się z wieloletnim redaktorem NF, jak to wielu z nas pewnie by zrobiło na jej miejscu. Drugi, podwójny tom Małp Pana Boga prezentuje się rewelacyjnie i jest prawdziwym tryumfem MP, bo za dziesięć, dwadzieścia lat to właśnie te książki będą głównym źródłem wiedzy o fantastyce w Polsce. W tym momencie muszę przeprosić p.t. Czytelników. Spotkanie z Maciejem Parowskim, premiera Małp czy spotkanie z redakcją NF odbywały się tego samego dnia w tej samej sali, więc trochę mi się mieszają. W każdym razie: do tego, co o NF dowiedziałem się na Krakonie, doszła wieść o nowym rednaczu, którym został Jerzy Rzymowski. Zapowiedział kontynuowanie dotychczasowej linii pisma. I bardzo dobrze.
Wieczorkiem znowu piliśmy na Śniadeckich. Najwyraźniej nas tam polubili, bo usłyszałem, że jakiś gatunek piwa sprowadzili tylko dlatego, że ktoś o nie pytał poprzedniego dnia. Miło. Potem Iza zaproponowała, żeby pójść na kebab, podobno całkiem smaczny i niedaleko. Owszem, był smaczny, ale to "niedaleko" oznaczało marsz aż gdzieś pod PKiN. Na szczęście obok były Kufle i kapsle ze znakomitym piwem oraz – co mnie ucieszyło – krajowym cydrem. Potem większość ekipy rozeszła się do swoich noclegowni, a my z Radkiem i Dziarą poszliśmy jeszcze na jednego. Prowadził Radek. Szliśmy ulicami, a on opowiadał, że to miejsce kultowe, prawdziwe zagłębie knajp, ochrzczone przez lokalsów, którym zdarzały się wypady do krakowskiej Alchemii, "warszawskim Kazimierzem". Ów Kazimierz okazał się przerażającą norą na tyłach Nowego Świata, z podłym piwem w plastikowych kubkach, lepkimi od brudu stolikami, chybotliwymi krzesłami i kelnerem poganiającym klientów, bo on już musi zamykać. Klimaty jak z filmu Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy, tyle że zamiast Maklakiewicza z Himilsbachem piła warszawka. Kiedy nazajutrz Gospodarz powiedział mi, że Pawilony naprawdę są najbardziej kultowym adresem na mieście, mogłem tylko złapać się za głowę.
Wreszcie przyszła sobota, a sobota na Polconach to Nagroda Zajdla. Gala odbyła się w Sali Kongresowej, co podobno samo w sobie jest wielką okazją. Najważniejsze, że było megapozytywnie. Zresztą nagród było wiele i fajnie stopniowały napięcie przed najważniejszą. Dyplomy, puchary i statuetki przechodziły z rąk do rąk. Spóźnione zajdlowskie statuetki otrzymali Marek Baraniecki i Edmund Wnuk-Lipiński, po tym wreszcie przyszedł czas na punkt kulminacyjny. Podwójna nagroda dla Roberta to coś niesamowitego, na co w pełni zasługiwał. Dobra, szkoda trochę Ani Kantoch, bo Czarne jest świetne, ale Nagroda się obroniła. A ja głupi byłem pesymistą. Jak wyznał Rafał Kosik, Robert wrócił do domu z prawie dwudziestoma pięcioma kilogramami brązu (wliczając Sfinksa, którego przechowywał mu Powergraph). Ale przedtem zaśpiewał przed widownią Szła dzieweczka, bo córki bardzo prosiły, aby tatuś zaśpiewał w Kongresowej. Sami widzicie, jak fajnie było, o.
Tylko jedno mi się w tym Polconie nie podobało (oprócz czwartkowej kolejki, bo potem już znikła). Za nic nie dało się sprostać towarzysko. Niektórym znajomym udało mi się zaledwie powiedzieć "cześć", o innych, że w ogóle byli, dowiedziałem się już po powrocie. Do tego jeszcze dochodziło mnóstwo wspaniałych osób, które znam tylko z internetów, a którym też chciałem poświęcić czas. Sam już nie wiem, czy przypadkiem kogoś nie pomyliłem. Więc jeśli ktoś czuje się zawiedziony, że mu uciekłem, to przepraszam, mnie też przykro. Chyba trzeba będzie jeszcze wrócić do Warszawy.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Zajdle tuż-tuż

Jeszcze tydzień temu tego nie wiedziałem, ale prawdopodobnie jadę na Polcon. A na Polconie zagłosuję na Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Wiem, że pewnie wszyscy mają dość gadania, ale czuję się zobowiązany. Jestem fanem, oddam głos (co do powieści jestem już prawie pewny, opowiadania muszę doczytać; można je za darmo ściągnąć stąd), czyni mnie to jak najbardziej kompetentny. Co więcej, większość dyskusji odbywa się na fejsie i przez to ginie (ale o tym za chwilę).
Miesiąc temu (jak ten czas leci) na Krakonie (wcale nie było tak źle, po prostu chaos w organizacji i chaos w fandomie) odbyła się arcyciekawa debata o Nagrodzie, gdzie między innymi (czyli Stefanem Dardą, Marciem Zwierzchowskim oraz odzywającym się z widowni Michałem Cetnarowskim) udział wziął Kuba Ćwiek. I mówił bardzo sensownie. W skrócie jego tezy wyglądają następująco:
  • Celem Nagrody jest wybranie najlepszych utworów w obu kategoriach. Wybór odbywa się przez głosowanie. Handlujmy z tym (ang. deal with it).
  • Pomimo wszystkich zgrzytów i własnej małości Nagroda jest zauważalna poza środowiskiem fantastycznym. Informacja o niej i nagrodzonych jest co roku drukowana w prasie ogólnopolskiej. Najważniejsze jest więc nie kompromitować jej w oczach świata.
  • Krytykowana przez wielu tajność danych szczątkowych ma w związku z punktem wyżej ten sens, że pozwala ukryć przed światem mankamenty Nagrody (np. często wymieniana śmiesznie mała ilość głosów podczas nominacji i wyborów ostatecznych).
  • Jedynym sposobem na naprawę Nagrody jest praca podstaw. Debata całoroczna, a nie tylko w okresie czerwiec-sierpień, promocja czytelnictwa, edukowanie fandomowych mas na temat Nagrody i ich odpowiedzialności za nią.
Tu miała być szczegółowa analiza tez Kuby, ale jestem na lekkim niedoczasie. W każdym razie: przy tym komunizm wydaje się programem zachowawczym, w ogóle nie nakierowanym na przemianę Człowieka.
Do zobaczenia na Polconie!

poniedziałek, 29 lipca 2013

Krakon

Ufff! I po Krakonie. Trzy lata temu relacja z Polconu była jednym z popularniejszych postów na blogu, zatem mam szansę podbić liczbę wejść (ale Royal Teena chyba jednak nie przebiję).
Jako koordynator bloku naukowego jestem raczej z siebie zadowolony. Oczywiście mały, jednodniowy bloczek to nie powód do dumy, lecz przynajmniej dało się go ogarnąć w pojedynkę. Właściwie miałem tylko jeden zgrzyt – polityka informacyjna (szerzej o niej za chwilę) sprawiła, że prelegent od broni przyszłości się nie zjawił. W takim razie wygłosiłem swoją dwukrotnie. Na szczęście za każdym razem przyszli inni ludzie, więc dublet nie był aż tak kłopotliwy. Na przyszłość będę pamiętał o przygotowaniu jakiegoś awaryjnego tematu. Poza tym kolega od herezji i herezjarchów musiał się początkowo obejść bez rzutnika, ale ściągnąłem sprzęt w czasie krótszym niż kwadrans akademicki. Tyle dobrego.
Bo bywało i źle. Kurczę, nie chcę wjeżdżać na ludzi, z którymi nie mam żadnych osobistych kos. Zresztą bycie koordynatorem minibloku wcale nie daje jakiegoś specjalnego wglądu w kuluary. Plotkowanie więc nie będzie. Za to mogę polecić rzeczowy (chociaż erpegowy, a to nie moja działka) tekst Repka na Polterze.
O czym więc pisać? Na pewno o lokalizacji. Akademia Górniczo-Hutnicza ma olbrzymi plus w postaci miasteczka studenckiego. Kilkanaście akademików, Klub Studio, Zaścianek, Filutek (z bardzo dobra pizzą), stacjonarne grille, kilka knajp w najbliższej okolicy, multum knajp w niedalekim centrum – chwalą to sobie studenci, na pewno też dobre jest to dla uczestników. Gorzej z gmachem odlewnictwa, w którym odbywał się program. Jest wielki, ale wbrew nazwie zajmuje go kilka wydziałów, a z każdym trzeba się układać oddzielnie. Do tego spora większość pomieszczeń to laboratoria i gabinety pracowników. Konwentowi zostawało coś po dwie, trzy sale na piętro, jedna ciasna klatka schodowa i jedna winda nieprzystosowana do obsługi dużego ruchu. Żeby było śmieszniej, w budynku toczyło się normalne życie zawodowe, znajomy doktorant szedł do roboty, ktoś donosił papiery rekrutacyjne, panie z sekretariatu sekretarzyły.

Szczerze mówiąc kompletnie nie rozumiem wojenki erpegowców (siebie samych nazywających "fantastami") z fandomem magi & anime. Znajomi literaci podchodzili do sprawy trochę łagodniej, chociaż też trochę się dziwili, skąd się takie zabawy wzięły i dlaczego są tak popularne. Kiedyś wrzucę polecanki swoich ulubionych japońskich animacji, ale raczej nie będą to rzeczy do szpanowania przed cosplayerkami.

Ciężko oceniać całość, ale trzymanie się części literacko-fantastycznej (kto w ogóle wpadł na rozdzielenie tego?) pozwalało się dobrze bawić – byle tylko trafić do odpowiedniej sali, bo ich położenie nie było oczywiste, a do tego zmienne w czasie. Taka zasada nieoznaczoności dla ciał większych od elektronu.
Nie nawalili za to ludzie. Aż żal, że niektórych widuję tylko raz do roku. Super jesteście.
Tylko kiedy na słowa redaktorów NF, że szukają jakiegoś fajnego polskiego rysownika na okładkę, zaproponowałem Sieńczyka, wyśmiali mnie. Nie lubią, czy co?

niedziela, 14 lipca 2013

Na ratunek mainstreamowi, na ratunek fantastyce

Że mainstream umiera, wie każdy. Wystarczy w dniach 25-28 lipca pojechać na Krakon (wiem, straszliwie naganiam) i zapytać Andrzeja Pilipiuka. Bardzo ładnie wyjaśni. A jeżeli komuś nie wystarczy słowo znanego fantasty, tedy pozwolę się uciec do przykładów. Z głównym nurtem jest tak źle, że Jacek Dehnel ubiera się w szmateksach, Stasiuk hoduje owce, Dorota Masłowska zaś... tego nie będę pisał, bo nie wiem, czy mi wolno. Nędze po protu.
Dlatego pisarze fantastyczni powinni zapomnieć o dawnych urazach i pospieszyć z pomocą swoim nieobeznanym w worldbulildingu kolegom oraz koleżankom. Nie jest to prosta sprawa, gdyż będzie trzeba zmienić ich przyzwyczajenia, nauczyć nowych pisarskich strategii, sprawić, by zapomnieli stare. Dlatego już teraz przygotowałem ściągę w postaci streszczeń znanych powieści głównonurtowych przy założeniu, że napisali je znani pisarze fantastyczni.

Robinson Cruzoe Daniela Defoe Jarosława Grzędowicza
Robinson, czterdziestoparolatek po rozwodzie, nie może znieść tego, w jaki chory, opresyjny, socjalistyczny kraj zmienia się pod rządami Partii Pracy jego kochana Stara Dobra Anglia. Kroplą, która przelała czarę goryczy, staje się podatek od okien. Robinson postanawia opuścić rodzinne strony i znaleźć miejsce, gdzie a man's gotta do what a man's gotta do. Wiedziony legendami o morskich przygodach, okrętuje się na statek handlowy. Ale i tam dotarła wszechwładza biurokratów. Nie dość zakazu gwizdania, to jeszcze w ramach profilaktyki antyszkorbutowej cała załoga zmuszona jest codziennie jeść porcję koszonej kapusty. Z opresji ratuje Robinsona katastrofa morska. "Tyle wam pomogły zakazy i nakazy", komentuje zgryźliwie bohater, kiedy szczęśliwie fala wyrzuca go na brzeg bezludnej wyspy. Ląd ten okazuje się istnym rajem. Przy braku jakiejkolwiek władzy, Robinson może wreszcie żyć tak, jak zawsze pragnął – spać do południa, palić papierosy, nie myć uszu. Taka egzystencja staje się jeszcze radośniejsza, kiedy dołącza doń Piętaszek. Niestety, żadna idylla nie trwa wiecznie. Na wyspę przypływa demoniczny Holender Jeremiesz van Dyken (zamierza założyć plantację konopi fair trade). Już pierwszego dnia zakłada urząd d/s ewidencji mieszkańców wyspy, a Piętaszka bałamuci, jakoby był prekariuszem...


Doktor Faustus Tomasza Manna Jakuba Ćwieka
Adriana Leverkühna, wokalistę kultowej trashowej kapeli Doktor Faustus, trapi brak weny uniemożliwiający zakończenie nagrywania nowego albumu. Z opresji ratuje go podpisanie cyrografu. Paktowanie z diabłem daje wynik – płyta zostaje ukończona w rekordowym tempie, jeszcze szybciej uzyskuje status platynowej, zaś trasa koncertowa Doktora Faustusa obejmuje wszystkie siedem kontynentów. Właśnie pod sam jej koniec, przed koncertem na biegunie południowym, Adriana znów odwiedza Szatan. Nadszedł bowiem czas zapłaty. Zespół będzie musiał na sto lat zostać infernalnym komandem  do zadań specjalnych walczącym z analogiczną jednostką po stronie niebios – Brygadą Herbert-4 (złożoną z Franka Herberta, Jamesa Herberta, Zbigniewa Herberta i Herberta George'a Wellsa).
Powieść pełna jest nawiązań do szeroko pojętej popkultury, bohaterowie nie odzywają się inaczej, niż poprzez rzucanie ciętymi one-linerami przez wykrzywione w ironicznym uśmiechu wargi. Żeby zapewnić sprzedaz powyżej 10 tysięcy egzemplarzy autor wsiądzie w ćwiekobusika i ruszy w literacki tour po miejscowościach takich jak Gryfno, Barlinek, Jaworzno, Miasteczko Wilanów itd.

***
Z drugiej strony to nie jest tak, że mainstream czeka tylko na bezinteresowną pomoc pisarzy z fandomu, sam nie mając nic do zaoferowania w zamian. Kiedy znajomym autorom głównonurtowym opowiedziałem o niuansach fantastyki, ile, na przykład, musieliby włożyć własnego wysiłku w promocję gatunkowej książki (my nie oddajemy takich spraw macherom z agencji reklamowych), oraz że konwent to nie jest miłe koleżeńskie picie w domu pracy twórczej w Oborach, ale piwem uśmiechem wkupywanie się w łaski potencjalnych fanów, powiedzieli, że nam tu w fantastyce brakuje asertywności. I że oni nas nauczą. Zaczną oczywiście od przygotowania ściągi w postaci streszczeń kilku popularnych powieści fantastycznych przy założeniu, że tym razem pisali je znani autorzy głównego nurtu.

Lód Jacka Dukaja Dehnela
14 lipca 1924 roku, w wigilję (niedoszłej) syberjady, przyszli po Wienedikta Ieronimowicza Jerosławskiego czynownicy. Leżał Wienedikt pod pierzyną, pod trzema kocami i starym płaszczem gabardynowym, pod barchanowymi kalesonami i swetrem włóczkowym, pod stertą skarpet, trenczem i fularem, szapoklakiem i trzema vatermoerderami, wymiętoszonymi spodniami sztuczkowymi i kamizelką w kratkę prynca Walii, dziurawym surdutem i kolekcją dagerotypów z nieskromnymi pannami, monoklem, binoklami i trycyklem, pod plątaniną odprutych, poplamionych ołówkiem kopiowym mankietów – tyle tego było, iż czynownicy, stwierdziwszy że nikt w takim syfie żyć nie może, odwrócili się na obcasach swych świeżo podzelowanych służbowych butów i wyszli. Koniec książki.

Saga o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego Jarosława Iwaszkiewicza
Kiedy suchoty okazują się odporne nawet na najsilniejszą magię, czarodziejka Yennefer wyrusza do znanego z suchego klimatu Kaer Morhen. Spotyka tam postawnego, urodziwego wiedźmina Geralta. Niestety nie jest sam. Towarzyszy mu Cyryl, sierota wzięty na wychowanie po tym, jak Geralt uratował go z płonącego miasta. Cyrylowi nie podoba się, że czarodziejka i wiedźmin mają się ku sobie. "Kobiety nic nie wiedzą o prawdziwej miłości" – oznajmia pewnego wieczoru. W nocy zaś wsiada na koń i ucieka. Na dalekim południu wstępuje do bandy młodocianych rabusiów zwanych Szczurami. Poznaje piękną Mistle, która mimo bycia kobietą okazuje się coś tam o miłości wiedzieć. Wyczuwszy swym siódmym wiedźmińskim zmysłem tę iskrę namiętności, Geral również wsiada na koń i rusza na ratunek Cyrylowi. Pozostawiona sama, Yennefer pokaszluje ze smutku.

środa, 5 czerwca 2013

Dylematy mieville'owskie oraz ogłoszenie

Niedługo premiera Ambasadorii Mieville'a. Nie wiem, kiedy dokładnie, ale w czerwcowej NF można przeczytać recenzję, więc zakładam, że tuż tuż.
China Mieville był u nas bardzo długo pisarzem bardziej znanym, niż czytanym. Kto nie kupił Dworca Perdido od razu, musiał czekać kilka długich lat na wznowienie. A kto kupuje w ciemno powieść nieznanego autora, i to taką, której towarzyszą obrazki oraz opisy sugerujące, że są w niej rzeczy zbyt ekscentryczne jak na gust czytelnika w 2003 roku? Przez takie myślenie skazany byłem na znanie Dworca... wyłącznie z dyskusji na ś.p. starym forum NF. Na szczęście potem przyszły wznowienia, Blizna, Żelazna rada, a po nich tomik opowiadań, kryminał Miasto i miasto, czy urban fantasy Kraken. Mogliśmy wreszcie Mieville'a poznać i przetrawić.
Na pewno głównym jego orężem jest wyobraźnia. To naprawdę wielka i ważna rzecz, zresztą całemu ruchowi new weird należą się brawa za popuszczenie wodzy imaginacji. Wprawdzie to teoretycznie esencja fantastyki, zwłaszcza fantasy (w SF dyscyplinuje nas nakaz trzymania się nauki i aktualnych trendów), ale w praktyce po zapoznaniu się ze streszczeniami na odwrocie okładek okazuje się, że dla większości autorów czytelników szczytem oryginalności i rozwoju jest wyposażenie bohatera w dwa miecze zamiast jednego. Mieville natomiast idzie na całość. Nieznane mu się granice między poszczególnymi tradycjami, konwencjami, bestiariuszami. Stąd tyle zachwytów nad pierwszymi 200 stronami Dworca Perdido - tak bezkompromisowego wejścia w dziwność nie spotykało się często.
Co ciekawe, najmniej miałem problemów z osławionym upolitycznieniem, chociaż Mieville bardzo często traci opanowanie i rozpala spór do czerwoności. Po prostu taki temperament. U nas pod tym względem potrafią przegiąć Pilipiuk z Grzędowiczem. Tylko zwrot ich ideologicznych wektorów wektorów. A tak spoko, fantastyka to sztuka zawieszenia niewiary.
Nowe angielskie okładki. Ładne jak recenzje Dukaja
Gorzej bywa z fabułą. Przepaść między mieville'owską przepastną wyobraźnią a takimi sobie mieville'owskimi fabułami najlepiej widać chyba Mieście i mieście. Sam pomysł poraża: są dwa miasta, zamieszkują je dwa narody, istnieje długa historia wzajemnych zatargów – a jednocześnie są w tym samym miejscu, trochę jak Baarle w Belgii/Holandii tylko zmaksymalizowane jak pozwala tylko fantastyka. Pamiętam, jakie problemy mieliśmy na forum DOF z Miastem i miastem. Skrytykowaliśmy je bardzo mocno za błędy i nielogiczności. Ponieważ działo się to za czasów kwartalnika F&SF, odpór dał nam Konrad Walewski. I zasadniczo miał rację: są w Mieście... są przecież Foucalt, Żiżek, Baudrilliard, powieść powinna być wielka za same nazwiska. Ale z drugiej strony jest bodajże metafora przyrównująca literaturę do gry. China M. rozstawia przez swoimi czytelnikami figury szachowe, długo opowiada o zasadach, historii, magii szachów (jeszcze lepiej brzmią szachowe rozważania Dukaja w Czasie fantastyki – w ogóle najlepsza w każdej książe Mieville'a jest dukajowa recenzja) aby na koniec zagrać w warcaby.
Miasto... byłoby genialne, gdyby było kryminałem metafizycznym, antykryminałem, czymś w rodzaju Śledztwa Lema, ale jest tylko wodunitem. Mógł Mieville oddać rękopis Vandermeerowi, żeby ten napisał przewodnik o Beszel/Ul Qomie albo jakieś Dwójmiasto policjantów i agentów przekroczeniówki – byłoby świetnie.
Ale stało, co się stało. Czekam więc na Ambasadorię chociaż znowu pewnie będę zgrzytał na pogrzebanie kolejnego pomysłu standardową nawalanką. Taka jest magia prozy Chiny Mieville'a.

A TERAZ OGŁOSZENIE

Chciałem od pewnego czasu napisać notkę o Krakonie – konwencie, który najpierw był, potem go nie było, ostatnio zaś powrócił i jego nowa inkarnacja jest... kontrowersyjna. Dwa razy byłem, więc mam rozeznanie. Już ważyłem argumenty, szukałem śmiałych porównań, witałem się z klawiaturę, kiedy z głupia frant dałem się wrobić we współorganizację. Nici więc z wpisu, jestem nieobiektywny.
Za to trzymam pieczę nad krakonowym blokiem naukowym. Jest jeszcze czas na zgłoszenia punktów programu, więc gdyby ktoś chciałby mnie wspomóc – zapraszam tutaj.
Będzie wielu gości, przeróżne atrakcje, dziewczyny poprzebierane za postaci z anime, chłopcy poprzebierani za erpegowców z lat 90 (tzw. cosplay). Pokazy, zabawy, tańce, hulanki, swawola!

sobota, 2 marca 2013

Miniatura mityczna

Zaczęło się od tego, że w natrafiłem w sieci na ogłoszenie o konkursie na opowiadanie fantasy organizowanym w ramach wrocławskich Dni Fantastyki. Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to że kwalifikuję się do kategorii "profesjonaliści" – wszystko dzięki konkursowemu szortowi, który poszedł do druku w ś.p. Science Fiction, Fantasy i Horror. Co się porobiło: jeden raz wziąłem udział w forumowej zabawie towarzyskiej (dobra, był jeszcze Fahrenheit, ale mógłbym się wymówić innym pseudonimem niż zwykle) i znalazłem się w jednej drużynie z takimi zawodowcami jak Pilipiuk czy Ćwiek.
Ale ja nie o tym. Tematem konkursu jest bowiem "literacka interpretacja klasycznej baśni w nowoczesnym ujęciu - opowiadanie fantasy". Zacząłem więc sporo myśleć i o baśni, i o fantasy, o różnicach między oraz podobieństwach, wreszcie o relacjach, jakie między nimi zachodzą, aż nagle przypomniał mi się krewniak obojga – mit.
Mit nie ma dobrej prasy w dzisiejszych czasach. Oczywiście tzw. kultura wysoka fascynuje się nim cały dwudziesty wiek, jednak już w jej niższych partiach obdarowano to słowo negatywnymi konotacjami. "Postać mityczna" mówimy, chcąc kogoś wypchać kogoś z aktualnej interpretacji wydarzeń historycznych ("historia" jest tu pojęciem pozytywnym), "mitoman" to obelga, jedna z najcięższych, a Łysiak kolejny już paszkwil na III Rzeczpospolitą zatytułował Mitologią świata bez klamek (swoją drogą zmarnował świetny tytuł na słabą książkę).
Pobawię się w prowokatora i powiem tak: lubię mit i uważam, że jest nie tylko ciekawszy od historii, ale i ważniejszy.
Troja mityczna jest jednym z fundamentów naszej kultury, Troja historyczna to tylko kilka potłuczonych garnków.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Heca większa, niż Daniken na Polconie

Jest takie francuskie wyrażenie l’esprit de l’escalier, a oznacza spóźnioną ripostę. Wszystkie cięte teksty, wszystkie genialne pomysły pomyślane poniewczasie są owym duchem schodów (bo tak to się tłumaczy na polski). Ja swojego l'espirita zaliczyłem przed momentem. Jaka szkoda, błysnąłbym geniuszem.
Chodzi o Polcon. Ptaszki ćwierkają, ze aktualny, ten z Danikenem i ambasadorem Davida Icke na Polskę, ma być ostatnim. Przyszłoroczny się nie odbędzie, bo organizująca go ekipa z Torunia wykruszyła się, a o jeszcze następnym lepiej nie mówić. To znaczy: nikt nic nie mówi, więc chyba jest bardzo źle.
Przepadł przez to mój pomysł, który stopniem kontrowersyjności przerósłby największą nawet aktywność reptilian i Otchłani we Wrocławiu.
Jak pewnie pamiętają P.T. czytelnicy, po Krakonie narzekałem, że fandom się kończy, a współegzystencja z fandomem mangowym, growym i innymi, w imię wiary we wspólne wartości, moja się z celem. Zarzuciła wtedy Czereśnia (streszczam rozmowę z komentarzy, bo nie każdy się w takie rzeczy wczytuje) dyskursem kolonialno-imigranckim. Że niby jestem jak ci, co każą emigrantom wynieść się z ich kraju. Nie lubię tego toku rozumowania, bo rzadko kiedy co wyjaśnia, raczej tylko zaciemnia. Mnie chodziło o coś innego. Związek literatury fantastycznej z grami, anime, komiksem euroatlantyckim itp. to takie młodzieńcze małżeństwo, zawarte ze względu na to, że razem miło nam było ("ty jeździsz na brudstock, ja jeżdżę na brudstock, lubimy się... pobierzmy się!").  Z biegiem czasu zaczyna to coraz bardziej przypominać małżeństwo z rozsądku (z kim, jak nie z tobą, w innej wsi baby/chłopa szukać nie będę). Ja proponuję iść z duchem postępu i wprowadzić do fandomu związki partnerskie. Nieprzesadne w składaniu sobie zobowiązań. Tylko tyle i aż tyle.
Bo skoro możemy poużywać wreszcie swobody, czemu fantastyka nie mogłaby trochę zaszaleć, otworzyć się na nowe przeżycia, zamiast ciągle powtarzać te same pozycje z tymi samymi partnerami? Dlatego proponuję co następuje:
  • zaprosić na Polcon głównonurtowców;
  • zrobić cały głównonurtowy blok programowy.
Czas wreszcie zwinąć front tej bratobójczej wojny, wywiesić białe flagi i przestać się wzajemnie wykluczać, bowiem lepiej mówić o tym, co nas łączy, niż co nas dzieli. Zacząć należy od gości. Łatwo złożyć konstruktywny skład:
  • Olga Tokarczuk – niespełnione marzenie fandomu. Tyle nasłuchałem się głosów, co by to nie było, gdyby była "nasza". Czas wreszcie zapytać ją o to osobiście.
  • Dorota Masłowska. Główny nurt wyniósł ją na piedestał, zaś fandom krytykował od najgorszych za właściwie to samo – miała była Woją polsko-ruską otworzyć literaturę na falę młodych awangardowych debiutów. Tymczasem raczej była epigonem tego nurtu i sam Paweł Dunin-Wąsowicz przyznał, że rządzą dwaj panowie D, Dukaj z Dehnelem. Poza tym Dorota Masłowska bywa czasami nieziemsko staroświecka i wbrew faktom, że dzisiaj każdy ma styczność z fantastyką, zdaje się nie mieć o niej większej wiedzy. A może jest na odwrót? Trzeba się dowiedzieć.
  • Jacek Dehnel – grał za młodu w Magię i miecz, w małym palcu ma steampunkowy cosplay i przeżył bliskie spotkanie z Przewodasem. To już właściwie nasz człowiek.
  • Jakub Żulczyk. Głównonurtowiec, ale publikował w NF. Zna fantastykę. Nie spotkałem go jeszcze osobiście, więc stąd ma propozycja.
Taka ekipa pozwoliłaby rozruszać fantastyczny światek. Dowiedzielibyśmy się wreszcie, gdzie są większe pieniądze i uznanie czytelników, czy oni tam rzeczywiście nurzają się w paraliterackim bełkocie i dlaczego Dukaj znowu nie dostał Nike. Oni w zamian poznaliby nowych ludzi, zrewidowali uprzedzenia (jeśli takowe mają), a kto wie, może Tokarczuk szepnęłaby słówko Sierakowskiemu, aby zrobić numer Krytyki politycznej o SF, fantasy i horrorze. Wreszcie zajaśniałoby światełko dla tak wyczekiwanej lewicowej fantastyki. Fantastyka prawicowa z kolei poznałaby nowe trendy w modzie męskiej, czyli cokolwiek innego niż kamizelka wędkarska. Tu liczę na dyskretne słówko Dehnela.
Fantastyczna kultura wzmocniłaby się, jakby Żulczyk zarzucił nutę pokazując, że muzyka to nie tylko metal i rock progresywny. Jeszcze nie wiem, co mogłaby zrobić dobrego Dorota Masłowska, ale prelekcja pt. Nieprzezroczysta narracja i inne szklanki literackie może być tu ode mnie luźną propozycją.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Dziwna śmierć fandomowej fantastyki

Kiedy znów będę miał 14 la,t nie popełnię tego samego błędu co za pierwszym razem, i kiedy rodzice zapytają mnie, co chcę pod choinkę, zamiast kompletu książek Sapkowskiego o Wiedźminie poproszę o komplet tomików jakiejś popularnej mangi. Przystanę do fandomu mangowo-animistycznego, który jest kolorowy, optymistyczny i zawiera więcej dziewcząt. Takie mam wnioski po tegorocznym Krakonie.
Do wpisu o konwentach zabrałem się już po Avangardzie, ale tamto półtorej strony w Wordzie okazało się li tylko teoretyzowaniem na temat, który znam ze słyszenia. Wczoraj, przedwczoraj i przed-przedwczoraj ujrzałem tendencje w działaniu. W ogóle to był ciąg wydarzeń, który jak kolejnymi piknięciami ekran radaru pokazywał, gdzie zmierza fandom: sześciotysięczny Pyrkon, zaproszenie Daenikena na Polcon, nominacje do Zajdla, Avangarda, teraz Krakon, a w międzyczasie artykuł Marcina Zwierzchowskiego w NF, w którym to malakh wieszczy nadejście ery konwentów 2.0.
Nie wierzę w umasowienie fandomu. Kiedyś Pilipiuk apelował, żeby wykorzystać popularność Harry'ego Pottera, zacząć znowu pisać polską fantastykę przygodową i  w ten sposób wychować nowe szeregi dorosłych bywalców zjazdów i czytelników. Żeby to było takie proste. Nie pomylę się chyba pisząc, że już teraz więcej niż połowa kultury (a popkultury na pewno) to fantastyka. W telewizji lecą Gra o tron i Żywe trupy. Gry, prócz wojennych strzelanek i historycznych strategii, są samą fantastyką. W literaturze bywa różnie, ale olbrzymie nakłady Pilipiuka, Sapkowskiego, czy nawet Igrzysk śmierci są na pewno wykupywane przez "cywilów". Przypomina to trochę sytuację rekonstruktorów historycznych. Już nikt się nie puka w czoło na wieść, że dorosłe chłopy przebierają się w mundury pierwszej kadrowej i ganiają z replikami karabinów po wynajętym poligonie. Więcej, inscenizacje bitew stały się atrakcją świąt państwowych, rozmaitych festynów czy obchodów. Ale wcale nie oznacza to, że naród nagle rzuci się działać w grupach rekonstrukcyjnych.  I tak samo te tłumy, które żyją w fantastyce, ale wcale nie chcą uczestniczyć w aktywnym fandomowym życiu, z wielką ochotą przyjdą na konwent 2.0.
Oczywiście nie każdy konwent może upgrade'ować do wersji 2.0. Na pewno udaje się to Pyrkonowi, który przeniósł się w prestiżową lokalizację (targi poznańskie), a poza tym do tej pory odnosił same sukcesy. Jedno z drugim pozwala mu stać się poważną miejską imprezą. Czy jakieś inne kony mają szanse? To się dopiero okaże.
Z takimi oto przemyśleniami w piątkowy poranek pospieszyłem na kampus Akademii Górniczo-Hutniczej, gdzie odbyć się miał Krakon. Szedłem od strony szkoły, w której mieściły się sale sypialne. To bardzo ważny szczegół, gdyż wyszedł z niej Harry Potter.
Z kocimi uszami.
Kiedyś próbowałem oglądać anime (osobna historia, jak to wyglądało) i wiem, że połowa bohaterek m&a ma takowe. To japoński sposób na oznaczenie, że postać nie przynależy do naszego świata. Nam do tego służą uszy elfie, im – kiciusiowe. Rozumiem więc, że opaski z trójkątnymi uszkami są popularnym gadżetem otaku. Ale widząc Harry'ego Pottera z takimi poczułem, że ktoś coś niemiłego robi z moim dzieciństwem.
Ale mniejsza z tym. Że Krakon opanowali mangowcy, wiadomo było od zeszłorocznej reaktywacji konwentu. Wtedy jednak można było powiedzieć: gracze i fantaści nie zmobilizowali się odpowiednio, za rok zaklepiemy przyzwoitą salę na blok literacki, zaprosimy więcej gości, zrobimy jakiś panel albo prelekcję, a graczami obstawimy kluczowe punkty budynku. Będzie o!
Nadzieje okazały się płonne, japońszczyzna przysłoniła nawet główny temat konwentu, którym były przygoda i podróże. Zamiast więc Indianów Jonesów czy Allanów Quatermainów widać było kimona. Kojarzę jedną prelekcję o Czarnym lądzie, z której koleżanka wyszła po kwadransie. I tyle tego.

Literatura się w tym wszystkim męczy. Zauważył to zresztą parę miesięcy temu Jewgienij Olejniczak. Konwenty, tak te 2.0 jak i prototypy, są festynami i dyskutowanie na nich o wyższych ideach mija się z celem. Zwłaszcza kiedy fantaści pragną być docenieni przez "poważny" światek kulturalny. Może czas wreszcie dokonać rozdziału fantastyki od konwentów, a może nawet od zorganizowanemu fandomu. Żaden z tych związków nie był sakramentalny, więc jest szansa na bezkonfliktowe rozstanie. Zostańmy przyjaciółmi. Wiem, że to najbardziej bezsensowny tekst ever, ale w tym przypadku może się udać. Nie chodzi też o udawanie, że się nie znamy. Dalej będzie łączyć nas wspólna historia i podobieństwo zainteresowań, więc nie widzę problemów, żeby jedno środowisko od czasu do czasu pokazywało się z drugim, choćby na zasadzie zaproszenia jakiegoś autora na dziesięciotysięczny Pyrkon. Ale trwać w przekonaniu, że stary model fantastycznej społeczności jest wiecznotrwały – to bez sensu.

środa, 29 lutego 2012

Czwarta koza

I znowu nie pojadę na Pyrkon. To jakaś klątwa, bo wybieram się od paru lat i zawsze coś mi w tym przeszkadza. Raz obowiązki, raz choroba, teraz brak pieniędzy. A tyle mi o nim opowiadali. Że największy w Polsce, o najwyższym poziomie, zjeżdżają się na niego wszyscy znajomi. W tym roku do tego wszystkiego będzie jeszcze Ian McDonald. Gdyby los był arcyzłośliwy, organizatorzy zrobiliby promocję-niespodziankę w rodzaju markowej whisky dla każdej Ziuty niezależnie od płci.
Nie rozpaczam jednak zbyt mocno, bo uwagę moją zwróciła tegoroczna pyrkonowa grafika. Przedstawia poznańskie koziołki w fantastycznych kostiumach. Po jednym na każdy gatunek. Jest koziołek-czarodziej w spiczastym kapeluszu, na lewo od niego koziołek-wampir z ostrymi kłami i peleryną, nieco głębiej koziołek-cyborg (łatwo się pomylić i pomyśleć, że to koziołek-rycerz — szczęśliwie na zeszłorocznej grafice widać okablowanie  wystające mu z egzoszkieletu).
I jest czwarty koziołek. Steampunowy. Nosi cylinder i gogle, czyli dwa istotne dla gatunku atrybuty.
Ale właśnie, czy steampunk zasługuje na miano gatunku? Obrazek z pyrkonowych plakatów niewątpliwie go nobilituje. Ma swoje konwenty, muzykę, cosplay. Punktem problematycznym jest zaś literatura.
Czym właściwie ten steampunk jest? Rok temu byłem jednym z tych, którzy kupili steampunkową antologię VanderMeerów i trochę się zawiedli. Oczekiwałem cudów z Zachodu, a tymczasem opowiadania były przeciętne. Zdarzyły się też kurioza w rodzaju Spotkania parowego człowieka prerii i Mrocznego Jeźdzca czy Minut ostatniego spotkania. Pal licho rozczarowanie, skoro nie zbliżyłem się do rozwiązania zagadki. Potem jednak wydawnictwa sypnęły steampunkiem, więc można już coś wywnioskować. Choćby z szybkiego przekartkowania w księgarni.

Ze względu na miłość do technicznych gadżetów wykazuje pokrewieństwo z SF. Lecz w przeciwieństwie doń ekstrapoluje technikę do postaci, o której z góry wiadomo, że jest ślepym zaułkiem bądź w ogóle nie istnieje. Z pozostałymi dwoma gatunkami, która razem z SF tradycyjnie składają się na fantastykę — fantasy i horrorem — steampunk ma wspólnego tyle, ile autorowi zechce się dodać. U Mieville'a jest to neverland i magia, w wydanym niedawno Kościotrzepie hordy zombie.
Wszystko to by sugerowało, że steampunk jest SF schyłkowym, tak dojrzałym i samoświadomym, że swobodnie operuje na dowolnym materiale. Kiedy nauka stała się nieintuicyjna dla przeciętnego człowieka, a kierunek, w którym podąża, niepewny, Science Fiction postanowiła przeczekać, aż coś się wyklaruje i wycofała się w najbliższą epokę, która do niej pasuje. Czyli w XIX wiek.
Ładnie to brzmi, ale przecież przez takie myślenie zawiodłem się na antologii. Co więc zostaje?
Estetyka.
Staempunk do w dużej mierze styl i moda. W ankiecie pisma upadłego (F&SF) Gail Carriger, autorka Bezimiennej i Bezdusznej, wprost przyznaje, że jej zainteresowanie steampunkiem zaczęło się od ubrań retro i biżuterii z recyklingu. Parę  numerów wcześniej sam VanderMeer pisze, że wielu steampunkowców nie zetknęło się w ogóle ze steampunkową literaturą. Czyli po prostu — estetyka. Wybijając się stylistycznie poza potoczne pojmowanie SF, fantasy i horroru, musiał dostać własnego koziołka.
Bez tego ludzie mogliby nawet nie zauważyć, że na Pyrkonie będzie też steampunk. A przecież zasłużył na wyróżnienie. Jeszcze nie za oryginalność myśli, bo na razie jest eklektycznym zlepkiem, ale na pewno za aspekt wizualny. Czyli bycie eklektycznym zlepkiem. To dużo, jak na kozę.

edit: obrazek z rzeczonymi kopytnymi wkleję, kiedy internet mi przyspieszy.
edit2: kto by pomyślał, że mam na uczelni taki szybki transfer.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Ludzie Polconu

Mój pierwszy Polcon dobiegł końca przedwczoraj, a ja cały czas przygnieciony nawałą wrażeń nie jestem w stanie ułożyć ich w sensownym porządku. Trochę pomagają zdjęcia i relacje znajomych. Ale nie będę pisał relacji. Skupię się na jednym elemencie i jeżeli trafi się coś innego, to dlatego że z tego elementu wyrastało. A więc: ludzie polconu.

Mamy forowiczów. I niesamowitą myśl, że "fantasta" to znamię wypisane na czole. Bo i ja (koleżankę) Czereśnię i (koleżanka) Czereśnia mnie poznała na dworcu, chociaż żeśmy się nigdy nie widzieli. Podobną intuicję wykazał berbelek. Straszne to tak samo jak niesamowite.
Przyjechali i inni, z Drugiego Obiegu, SFFiH, Fahrenheita. Nosiwoda, draken, flameno, Bakałarz, Chiisaineko z Maruchinem, Zgaga, Czarny, Raven z AZoKo, Tsiar, oraz wielu innych, których strach wymieniać, bo jeszcze kogo pominę – i będzie wstyd. A szwarcbrygada obije.

Kolejną refleksją jest to, jacy różni mogą być ludzie. Idziemy w piątek nocą na kampus, a tu wyrasta przed nami Wit Szostak z połowicą. I tenże Szostak, łeb jak Cray (Oberki zachwycają, Chochoły zakupione) rozmawia z nami gdzie kto pije. Jak jaki człowiek, a nie pisarz-filozof. Rewelacyjna sprawa, życzę mu wszystkiego najlepszego i coś z tych życzeń się już spełnia, bo przedpremierowe Chochoły schodziły na pniu w konwentowym sklepiku, a na prelekcję "Czy fantasy potrzebuje realizmu?" (po której zupełnie inaczej patrzę na narrację i ontologię utworu literackiego) waliły dzikie tłumy. Wbiłem się tylko po znajomości. A przecież Wit Szostak to nie Sapkowski, a jego książki są zbyt nietypowe by zostać bestsellerami.

Skoro już o Sapkowskim. Dwa punkty z nim ominąłem, na trzeci – nieoficjalny, polegający na podglądaniu kompromitacji Mistrza – nie dobiegłem. Może to i dobrze. Spuśćmy łaskawie zasłonę milczenia. Smutne to.

Od pisarza Andrzeja Sapkowskiego przechodzimy do pisarza Pawła Majki. Gratulacje, ukończył nareszcie powieść (a miał ich rozgrzebanych ze sześć). Z drugiej strony czuję się dziwnie, bo chyba go nie doceniam. Z mojego bliskiego, krakowskiego punktu widzenia Paweł to agrafek – inteligentny człowiek, czytelnik dobrych książek, znakomity gawędziarz. I przez tę bliskość gubi mi się pisarz Paweł Majka. Nocna dysputa z Michałem Cetnarowskim o Trzecim Świecie sięgała pułapu niebieskiego. Wiem dobrze, co mówię, bo siedziałem między nimi i omal nie poleciałem na plecy, trafiony nisko przelatującym argumentem. Mój fałszywy obraz zburzyła do reszty (koleżanka) Czereśnia, malując swój portret agrafka. Wyszedł drugi Dukaj, z dorobkiem mniejszym od pierwszego, bo kiedy tamten siedzi w ciepełku i pisze, nasz musi niczym śmiertelnik łazić co rano do roboty.

Padło nazwisko mc, czyli Michała Cetnarowskiego. Jego sytuacja jest odwrotna od agrafkowej. Mc to chodząca inteligencja i wiedza literacka. Gdyby żył pół wieku wcześniej i trafił na Wisławę Szymborską, noblistka albo by na starcie zaczęła pisać lepiej, albo rzuciła poezję na rzecz krawiectwa. Tertium non datur. Kontakt z Cetnarowskim odmienia. Z drugiej strony, jest jeszcze inny Michał Cetnarowski, który stwierdza, że wypił za mało piwa, żeby wdawać się w dyskusje o polityce i religii (ja sobie założyłem, że u mnie dawka zbliżona jest do śmiertelnej; przeważnie trzymam się założenia).

Jeżeli mc i agrafek, to muszę wspomnieć o reszcie Nowych Idących. Było ich na Polconie pięciu (Majka, Małecki, Miszczak, Wegner, Zbierzchowski) z supportem w postaci Jakuba Nowaka, który do Nowe Idzie nie trafił, bo się żenił. Gdy są razem, moc się kumuluje i zwala z nóg. Słyszałem o przypadkach, gdy wannabe autor zrezygnował z marzeń po lekturze Steibecka, ale Nowi Idący nie są gorsi. Gaszą jak świeczkę. Strach pomyśleć, co powypisywali do antologii hard SF.

Cezary Zbierzchowski z kolei fajnie wpasował się w mój stary wpis o tym, co czytają polscy pisarze fantastyki. Przyznał się bowiem do zachwytu Ślepowidzeniem oraz tego, że przez długi czas był głodny SF i dopiero od niedawna może wreszcie ten głód zaspokoić. W ogóle ludzi, którymi Ślepowidzenie wstrząsnęło jest więcej. Chociażby Andrzej Zimniak.

A przy Zimniaku zataczamy pętlę, wracając do (koleżanki) Czereśni, bowiem to on nazwał Czereśnię koleżanką. I chociaż jej nie zna, zapowiedział piękną karierę naukową. Tylko się cieszyć.

było jeszcze wiele więcej. Prelekcja o brytyjskiej telewizyjnej SF (rewelacja), prelekcja o analitycznej predykcji zachowań (spodziewam się wysypu prozy, był tam Andrzej Zimniak, andre, mc i bodaj byszbysz; mc ostro notował), prawda o wydawnictwach (pod postacią trzech spotkań: Maga, panelu wydawców i jak wydać książkę w Polsce; dowiedziałem się dużo, cieszy że Uczta Wyobraźni żyje i że Zysk idzie ostro z Mievillem) dwa świetne panele (o ofensywie SF i o cyberpunku, w którym żyjemy; podczas tego drugiego mc prawdopodobnie sypnął, o czym będzie pierwsze polskie opowiadanie w F&SF) oraz trzy panele gorsze. Dwa z tych gorszych pokazały, jak daleko odeszli młodzi autorzy od pokolenia Klubu Tfurców (przykładem byl Grzędowicz). Zresztą porónajcie sobie, czytelnicy, wieczny Grunwald, z Panem Lodowego Ogrodu. Dajecie wiary, że oba teksty wywodzą się z podobnych okolic, czyli starej dobrej polskiej prawicowej fantastyki? Gdzieś jest pęknięcie, a przyczyną jego jest coś więcej, niż zaczytanie młodzieży Mievillem i Masłowską.

Powoli zbliżamy się do końca. Ktoś powiedział, że długość moich wpisów jest nieproporcjonalnie długa w stosunku do ilości czytelników. Dotyczy to nawet wpisu, w którym tylko wkleiłem obrazek. Może warto uderzyć w szersze kręgi, ale nie wiem, czy są jakieś kręgi, które chciałyby mnie wysłuchać.

A o Zajdlach nie powiem nic ponad to, co wisi już na portalach i forach. Fajnie byłoby krytykować wyniki, gdyby Anna Kańtoch była zblazowana, zepsutą do szpiku kości kobietą. Ale ona potem siedziała na murku. Czy ktoś kto siedzi na murku może być zły?