Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzędowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzędowicz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 maja 2018

W poszukiwaniu L-fantastyki (4: nasz lewak Sapkowski)

W czwartej części cyklu pozwolę sobie zaburzyć kolejność. Chciałem dalej pisać o fantastach-prawicowcach, o wadach ich szkoły pisania fantastyki jak dlaczego doprowadziło to do wyczerpania nurtu, ale upomniała się o mnie bieżączka. Wiemy już, że na początku 2020 możemy spodziewać się serialowego Wiedźmina, na twitterze showrunnerka rzuca kolejne fakty zza kulis, swoje też dodają włodarze Netfliksa na kolejnych branżowych imprezach.
Zaawansowana preprodukcja dodała sił dyskursowi lewicowemu, który powiada tak: Andrzej Sapkowski to twórca o poglądach jednoznacznie lewicowych, które otwarcie wyraża w twórczości. Jeśli polscy czytelnicy nie zauważyli tych oczywistych faktów, to musieli mieć klapki na oczach. W wersji popularnej wyraża to pasta, z którą po raz pierwszy zetknąłem się na fecebookowym fanpejdżu Rozumi i godności nerda:
-napisz osiem książek
-niech ich główny bohater cierpi z powodu inności, uprzedzeń i błędnych stereotypów
-na każdym kroku umieszczaj wtręty antyrasistowskie
-z krasnoludów zrób Żydów
-i używaj do krytyki antysemityzmu
-krytykuj postawy nacjonalistyczne
-krytykuj na każdym kroku kseno- i homofobię
-wyrażaj słowa poparcia dla społeczeństwa wielokulturowego i akceptacji inności
-opisuj jak ofiary stają się katami
-i pokaż jak przemoc rodzi przemoc
-uczyń to głównym tematem trzech ostatnich tomów
-niech bohater i jego kochanka zginą podczas rasistowskiego pogromu
-do ostatka broniąc prześladowanych

Z każdego zakątka internetu słuchaj, że „czarny wiedźmin to byłaby katastrofa”
Pod wieloma względami to kalka dyskusji, jaka trwa w USA wokół komiksu superbohaterskiego[1].
Pod wieloma względami jest to też prawda. Nie trzeba znać cyklu wiedźmińskiego czy trylogii o husytach na wyrywki, żeby kojarzyć AS-a z treści feministycznych, portretowania świata stojącego na progu czystek etnicznych, czy negatywnego przedstawiania religii i kapłanów[2]. Twardoch swojej recenzji Lux Perpetuy[3] tytuł Mistrzowska proza ideologiczna. Katalog zarzutów uwag stawianych przez pierwsze pióro polskojęzycznego konserwatyzmu pierwszemu pióru polskiego fantasy przedstawia się następująco:
Sapkowski, widać to od pierwszego tomu, nie znosi polskiej mitologii narodowej. Zrazu mnie to ucieszyło, gdyż (...) wyżej cenię prawdę. (...) Sapkowski nie zastępuje mitologii prawdą, tylko znakiem minus. Stąd, gdy narodowa mitologia stoi na kłamstwie — Sapkowskimu wychodzi prawda; tam, gdzie opiera się na prawdzie — Sapkowskiemu wychodzi kłamstwo. (...) Reszta jest tak sztampowa, że aż kłamliwa. Sapkowskiemu wolno nie znosić Kościoła katolickiego. (...) Ale żeby stała się literaturą, trzeba czegoś więcej, niż tabunu rozpustnych mnichów, demonicznych biskupów parających się złem tak intensywnie, że okrutny inkwizytor i cyniczny biskup polski wypadają przy nich jak postaci pozytywne. Rzecz w tym, że u Sapkowskiego żaden katolik nie wierzy w Boga, co zważywszy, że mamy XV wiek, wydaje się tezą ryzykowną. Husyci rysowani są sprawiedliwiej — nie odmawiając im skłonności do cynizmu i okrucieństw, pokazuje też Sapkowski kilka osób autentycznie wierzących i zaangażowanych nie z wyrachowania, lecz z idealizmu. Takie rozłożenie akcentów jest klasycznym przykładem literackiego kłamstwa. (...) Jeszcze śmieszniej wypada wstawiona w środek trzeciego tomu nadęta przemowa o krwawym antysemityzmie, jaki miałby stanowić główne zajęcie Europejczyków, przynajmniej od edyktu mediolańskiego. Z odległych rubieży cynizmu przelatuje nagle autor nagłym susem na rubieże naiwności, powtarzając, jak pod dyktando, parę fałszywych tez. (...) Wstawianie jednak między karty powieści — bo z treścią ani szczątkową fabułą husyckiej trylogii nie łączy się to nijak — nadętej, politycznej agitki, jest żenujące (...) przypomina metodę literacką powieści socrealistycznych, w których akcja, zawsze na usługach ideologii, zatrzymywała się, aby bohater mógł wygłosić przemowę o amerykańskim imperializmie, tudzież o przewagach kolektywnego rolnictwa.
Jest więc wszystko jasne i Sapkowski stanowi jednoosobowy odpowiednik głównego, lewicoweg nurtu fantastyki anglosaskiej?
Kiedy jednak przyjrzymy się dokładniej niż młody Twardoch odkrywamy, że sprawy nie do końca mają się tak prosto. W twórczości AS-a spokojnie znajdziemy rzeczy, które niekoniecznie będą po myśli jego lewicowych fanów. I nie tylko w twórczości. Weźmy chociażby niesławny "żarcik", który padł z ust Sapkowskiego w 2005, na Polconie w podpoznańskim Błażejówku:
Biały człowiek powinien pracować trzy godziny dziennie. Przecież Bóg po to stworzył inne rasy – Żydów, Cyganów, aby pracowały za niego…
Sprawdzenie, kto wtedy bronił Sapkowskiego przed dziennikarką Gazety Wyborczej, która przedstawiła te słowa jako szczerą pochwałę rasizmu, jest ponad moje siły i wykracza poza zakres wpisu. Ale na pewno byłoby pouczające. Pamiętajmy, że w zeszłym roku podobne zachowanie Janusza Rudnickiego (tyle, że nacechowane seksistowsko, nie rasowo) doprowadziło do sporego skandalu w warszawskiej socjecie.
Ale zostawmy problemy głównego nurtu. W zamian weźmy mało chyba dziś pamiętaną Historię i fantastykę, wywiad-rzekę z AS-em przeprowadzony przez Stanisława Beresia. Nie jest to książka udana, zwłaszcza gdy porównamy ją z beresiowym Tako rzecze Lem... Ale pomimo tego, że Sapkowski nie lubi się wyzewnętrzniać, znajdziemy kilka interesujących passusów. Na przykład o nieodzowności okrucieństwa i niesprawiedliwości jako elementów postępu społecznego:
 Moim zdaniem okrucieństwo jest nieodłączną częścią rozwoju cywilizacji i jest to związek na zasadzie dobrodziejstwa inwentarza: jeżeli chcemy tworzyć na wielką skalę, musimy liczyć się z koniecznością pokonania oporu materii. Współcześnie można pokonać wroga środkamiekonomicznymi, kiedyś nie było to możliwe. Żeby mogły się narodzić dzisiejsze,   uprzemysłowione  Stany   Zjednoczone,   trzeba   było   pozbyć   się  farmerów, broniących swoich ujęć wody. Nakręcono chyba ze trzysta westernów o dzielnych farmerach, broniących swych posiadłości, ale przecież, gdyby nie wyrzucono ich z własnej ziemi, nigdy nie powstałoby rozwinięte rolnictwo, wielki przemysł i kolej łącząca oba oceany. Gdyby nie te rugi, dziś każdy Amerykanin siedziałby na swoim spłachetku gruntu w słomianym kapeluszu i podartych portkach, z Deklaracją Niepodległości w jednej ręce i dubeltówką w drugiej. Pomimo tego, oglądając film o Dzikim Zachodzie, nie mamy wątpliwości: to bogaty przemysłowiec ze Wschodu, który wynajmuje zbirów, żeby walczyć z farmerami, jest zły.
Klasycznego marksistę nie obruszyłoby takie podejście. Klasycznego rewolucjonistę też nie (najwyżej rozważałby, który etap pokonywania oporu materii przez wielki przemysł jest najodpowiedniejszy dla Rewolucji). Ale współczesnego lewicowca z fandomu, wyczulonego na kwestie reprezentacji, sprawiedliwości społecznej, krzywd kolonializmu i okrucieństw struktur kapitalistycznych — ten sapkowski cynizm i wyrachowanie powinny choć troszku zaniepokoić.
Idźmy dalej. Jeszcze ciekawsze rzeczy znajdziemy w Sadze. Konkretnie pod koniec Czasu pogardy[4], kiedy Ciri przyłącza się do Szczurów. Dziś radośnie widzimy tam reprezentację mniejszości, ale relacji Ciri-Mistle nie zaczyna się konsensualnie. Najpierw mamy próbę gwałtu w wykonaniu Kayleigha, Mistle w porę go przepędza, wpełza Ciri pod futro i:
Ciri poczuła łzy toczące się po policzkach, szybko, coraz szybciej, wpełzające jak ruchliwe robaczki we włosy przy uszach. Mistle położyła się obok niej, troskliwie okryła futrem. Ale nie poprawiła zadartej koszuli. Zostawiła ją tak, jak była. Ciri znowu zaczęła dygotać.
— Cicho, Falka. Już dobrze.
Mistle była ciepła, pachniała żywicą i dymem. Jej dłoń była mniejsza od dłoni Kayleigha, delikatniejsza, miększa. Przyjemniejsza. Ale dotyk wyprężył Ciri ponownie, ponownie skrępował całe ciało lękiem i wstrętem, zwarł szczęki i zdusił gardło. Mistle przywarła do niej, przytulając opiekuńczo i szepcząc uspokajająco, ale w tym samym czasie jej drobna dłoń nieustająco pełzła jak ciepły ślimaczek, spokojny, pewny, zdecydowany, świadom drogi i celu. Ciri poczuła, jak żelazne cęgi wstrętu i strachu rozwierają się, zwalniają chwyt, poczuła, jak wymyka się z ich uścisku i opada w dół, w dół, głęboko, coraz głębiej, w cieplutkie i mokre bajoro rezygnacji i bezsilnej uległości.
Obrzydliwie i upokarzająco przyjemnej uległości.
Jęknęła głucho, rozpaczliwie. Oddech Mistle parzył szyję, aksamitne i wilgotne wargi połaskotały ramię, obojczyk, wolniutko przesunęły się niżej. Ciri zajęczała znowu.
— Cicho, Sokoliczko — szepnęła Mistle, ostrożnie wsuwając jej ramię pod głowę. - Już nie będziesz sama. Już nie.

***
Rano Ciri wstała o świcie. Wyśliznęła się spod futer wolno i ostrożnie, nie budząc Mistle, śpiącej z rozchylonymi ustami i przedramieniem na oczach. Przedramię pokrywała gęsia skórka. Ciri troskliwie okryła dziewczynę. Po chwili wahania pochyliła się, delikatnie pocałowała ją w ostrzyżone, sterczące jak szczotka włosy. Mistle zamruczała przez sen. Ciri otarła łzę z policzka.
Już nie była sama.

Właściwie ten fragment, raptem strona w druku, mógłby starczyć za cały wpis. "Bajoro rezygnacji i bezsilnej uległości. Upokarzająco przyjemniej uległości," po którym Ciri nigdy nie będzie już sama nie doczekało się od autora ani słowa komentarza. A przecież skoro w postmodernistycznym wiedźminlandzie mamy inżynierię genetyczną, znalazłoby się z pewnością miejsce na wykorzystanie nieletniej i syndrom sztokholsmki.
Ciekawie również przedstawia się wątek aborcyjny z Chrztu ognia. Jak wszyscy pamiętamy, Milva okazuje się być w ciąży, co oznacza, że wkrótce nie będzie mogła wędrować z wiedźmińską drużyną. Regis proponuje środek spędzający płód, co aprobują wszyscy[5] z wyjątkiem Geralta.
Osobiście uważam, że to jeden z najlepszych momentów w twórczości Sapkowskiego. Bo widzicie, wiedźmin  nie jest byle kim. To jego literackie dziecko. Największe życiowe dokonanie. Trzeba być wielkim pisarzem, żeby obdarzyć swój ukochany twór poglądami tak odmiennymi od własnych[6] i ich w żaden sposób potem nie potępić, ani nie naprostować. Przecież pod wpływem natchnionych argumentów towarzyszy mogłoby Geraltowi zmięknąć serce. Ale nie, Milva nie decyduje się na spędzenie, a buteleczka ze specyfikiem ląduje w krzakach. Wiedźmin może więc ruszyć dalej, a jego prolajferska postawa zostaje niewzruszona[7]. Mnie taka autorska odwaga stanięcia okoniem samemu sobie imponuje. Lecz z perspektywy zaangażowanej, wedle której każdy twór sztuki wzmacnia bądź osłabia dominujący dyskurs i z tego powinien być sądzony — nie jest dobrze.
Wreszcie, żeby nie przedłużać, wspomnę o jeszcze jednym, o opowiadaniu Złote popołudnie będącym retellingiem Alicji w krainie czarów Lewisa Carrolla (pseudonim Charlesa Lutwidge'a Dodgsona wykładowcy matematyki na Oksfordzie) i uznawanym za jeden z najlepszych tekstów AS-a. Carrolla podejrzewa się o skłonności pedofilskie — czego dowodem ma być brak wiedzy o jego związkach z dorosłymi kobietami oraz zachowane niedwuznaczne fotografie (Dodgson był zapalonym portrecistą).
W Złotym popołudniu Sapkowski tak oto opisuje[8] spotkanie Dodgsona z Kotem z Cheshire:
— Pisarstwo… — powiedział nagle Charles Lutwidge, sprawiając wrażenie raptownie przebudzonego o letnim poranku. — Pisarstwo jest sztuką martwą. Nadchodzi wiek dwudziesty, a ten będzie wiekiem obrazu.
— Masz na myśli zabawę, wymyśloną przez Luisa Jacquesa Monde Daguerre’a?
— Tak — potwierdził. — Właśnie fotografikę mam na myśli. Literatura jest fantazją, a więc kłamstwem. Pisarz okłamuje czytelnika, wiodąc go na manowce własnej imaginacji. Zwodzi go dwuznacznością lub wieloznacznością. Fotografia nie kłamie nigdy…
— Doprawdy? — poruszyłem końcem ogona, co u nas, kotów, niekiedy oznacza szyderstwo. — Fotografia nie jest dwuznaczna? Nawet taka, która przedstawia dziewczynkę w wieku lat dwunastu, w dość dwuznacznym, daleko posuniętym dezabilu? Leżącą na szezlongu w dość dwuznacznej pozie?
Zaczerwienił się.
— Nie ma się czego wstydzić — poruszyłem znowu ogonem. — Wszyscy kochamy piękno. Mnie też, drogi Charlesie Lutwidge, fascynują młodziutkie kotki. Gdybym parał się fotografiką, jak ty, też nie szukałbym innych modelek.
A na konwenanse pluń.
— Nigdy nikomu nie ppp… pokazywałem tych fotografii — niespodziewanie znowu zaczął się jąkać. — I nigdy nie ppp… pokażę. Choć trzeba ci wiedzieć, że był taki mmm… moment, gdy wiązałem z fotografiką pewne nadzieje… Natury finansowej.
Uśmiechnąłem się. Założę się, że nie zrozumiał tego uśmiechu. Nie wiedział, o czym myślałem. Nie wiedział, co widziałem, lecąc w dół czarną sztolnią króliczej nory. A widziałem i wiedziałem między innymi to, że za sto trzydzieści cztery lata, w lipcu 1996, cztery jego fotografie, przedstawiające dziewczynki w wieku od jedenastu do trzynastu lat, wszystkie w romantycznej i podniecającej wiktoriańskiej bieliźnie, wszystkie w dwuznacznych, lecz erotycznie sugestywnych pozach, pójdą pod młotek w Sotheby’s i zostaną sprzedane za sumkę czterdziestu ośmiu tysięcy pięciuset funtów szterlingów. Ładną, jak na cztery kawałki obrobionego techniką kolotypową papieru.
Ale nie było sensu mu o tym mówić.
To oczywiście nie jest prawdziwy Dodgson (którego pociąg do dzieci pozostaje w sferze plotek — równie dobrze jego ekscentryczność pasuje do spektrum autyzmu), a Kot w żadnym wypadku nie wyraża opinii Sapkowskiego. To, żeby nie utożsamiać narratora z autorem, nawet jeśli jest pierwszoosobowy, jest podstawą zasadą dojrzałego czytelnictwa. Jednakże, jak już wspominałem, z lewicowego punktu widzenia sztuka nie jest czymś wiecznym i wolnym, niezawisłym od czasu i przestrzeni. Wręcz przeciwnie: można i trzeba oceniać, kogo reprezentuje, jakie dyskursy legitymizuje, komu i czemu służy. Wtedy — jest ze Złotym popołudniem bardzo źle.


Czy te wszystkie rzeczy umniejszają Sapkowskiego jako pisarza? Nie. Dziwi jedynie, że młoda lewica, bardzo ideowa i nieuwikłana towarzysko, tak łatwo pomija je milczeniem. Za mniejsze rzeczy Grzędowicz, Pilipiuk, czy Ćwiek (też zresztą lewicowiec) są przez nich odsądzeni od czci i wiary.
Nie chcę przechodzić do ogólnych wniosków, bo te trzymam na zakończenie cyklu, mogę za to postawić hipotezę, dlaczego lewica się go tak mocno trzyma, choć dość byłoby dowodów, by go posłać do diabła, między dzbany i buce.
Po prostu jest zbyt cenny. To obecnie jedyny towar eksportowy polskiego fandomu. Jego wartości dowiodły liczne przekłady, sukces gry opartej na książkach i przejście Witchera do elitarnego grona bohaterów światowej popkultury. Kogoś takiego nie można porzucić czy wręcz oddać w ręce prawicowcom. Zwłaszcza że lewica czuje się jeszcze słabo w fandomie. Brakuje jej autorów, książek, kanałów informacyjnych. Dlatego będzie o Sapkowskiego walczyć jeszcze mocniej, a atmosfera wokół serialowego Wiedźmina będzie gęstniała z każdym miesiącem.


[1] Chociaż jak człowiek ogląda Comic Book Superheroes Unmasked pełne przechwałek, jak to Stan Lee z ekipą obalali rasizm długo przed pastorem Kingiem, to trudno nie opędzić się od myśli, że to im wyszło przez przypadek, a heroiczne legendy branża dorobiła sobie długo po fakcie.
[2] Ca wyjątkiem oczywiście arcykapłanki Nenneke i jej matriarchalnego kultu bogini Melitele. Zauważmy jeszcze, że z Melitele (czy raczej Freyji — jej odpowiednika ze Skellige) związany jest bodaj jedyny u Sapkowskiego akt boskiej interwencji w powieściowe wydarzenia.
[3] Czas Fantastyki 1(10)/2007.
[4] SuperNOWA, Warszawa 2001, str. 311.
[5] — W Nilfgaardzie — powiedział Cahir, czerwieniejąc i opuszczając głowę — o takich sprawach decyduje wyłącznie kobieta. Nikt nie ma prawa wpływać na jej decyzję.(...) Ale ja jestem cudzoziemcem, nie znającym... Nie powinienem się w ogóle odzywać. Przepraszam was. — Za co? — zdziwił się trubadur. - Czy ty nas masz za dzikusów, Nilfgaardczyku? Za prymitywne plemiona, stosujące się do jakichś szamańskich tabu? To oczywiste, że tylko kobieta może podjąć taką decyzję, to jej niezbywalne prawo [ChO, Warszawa 2001, str. 309. Młody Twardoch też mógłby tu powiedzieć co nieco o akcji stającej, by bohater wygłosił przemowę.
[6] AS w Historii i fantastyce: Proszę więc mi nie wmawiać, że pornografia jest szkodliwa, że prawo kobiety do aborcji jest złem. Dla mnie nie jest!
[7] Szkoda tylko, że potem Sapkowski rozwiązuje wątek w najgorszy warsztatowo sposób. Nie cierpię, kiedy wszelkie problemy i dylematy bohaterów kasuje deus ex machina.
[8] Zbiór Coś się kończy, coś się zaczyna, superNOWA, Warszawa 2005, str, 245

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Sezon nagród albo kryzys krótkiej formy

Dziś o wczesnych godzinach rannych pojawiła się lista książek nominowanych do Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego:
  1. Rafał Kosik  –  Różaniec
  2. Anna Kańtoch  –  Niepełnia
  3. Paweł Majka  –  Wojny przestrzeni
  4. Elżbieta Cherezińska  –  Płomienna korona
  5. Paweł Majka  –  Berserk
  6. Jarosław Grzędowicz  –  Hel3
  7. Zygmunt Miłoszewski   –  Jak zawsze
Niniejszym sezon polskich nagród literackich możemy uznać za rozpoczęty. Nieco wcześniej, bo w Wielką Sobotę ogłoszono nominacje do Hugo. Wkrótce, bo 30 kwietnia, mija termin zgłaszania nominacji do Zajdli.
W przypadku Żuławi widzimy, że Kosikowi jak na razie udał się powrót po latach do fantastyki dla dorosłych. Kańtoch to, wszyscy wiemy, etatowa zwyciężczyni (2 Żuławie i 3 nominacje, 5 Zajdli 5 nominacji). Po piętach depcze jej Majka (2 Żuławie i 3 nominacje do Zajdla), autor młodszy stażem, ale bardzo lubiany i przez fanów, i przez krytyków. Dziwi pojawienie się Grzędowicza — Hel-3 dość powszechnie uważa się za książkę poniżej jego możliwości (zresztą sam się przyznał, że pisał podczas walki z blokadą twórczą). Ciekawe jest pojawianie się wśród nominacji pisarzy spoza fandomu — Cherezińskiej i Miłoszewskiego.
Nie wiemy, jak zadecydują jurorzy, ale do tej pory regułą (z dwoma wyjątkami — Chochołów w 2011 i Czarnego w 2013) było, że mając książkę z pogranicza i fantastykę bardziej standardową, wybierali to drugie. Stawiałbym więc z w tym roku na Kosika. Trochę w ciemno, bo jeszcze go nie przeczytałem, ale Kańtoch jest zbyt dziwna, a Majka zbyt popowy[1] jak na dość zachowawcze gusta jurorów. Prawdziwą sensacją byłoby zwycięstwo Cherezińskiej lub Miłoszewskiego.
Ale to tylko zgadywanki w rodzaju rozważań, na ile nominacje do Żuławi przełożą się na Zajdle, skoro elektorzy są również aktywnymi działaczami fandomu. Ciekawsze wydaje się rozważenie opinii przewijającej się już tu i ówdzie — że 2017 był słabym rokiem dla polskiej fantastyki.
To oczywiście bardzo subiektywne wrażenie, bo nie ma chyba nikogo, kto przeczytałby wszystko[2]. Nieoficjalna lista przygotowana przez ekipę Zewu Zajdla[3] podaje 120 powieści i 413 opowiadań[4]. Niemniej nie przypominam sobie, żeby rok temu przydarzył się jakiś szeroko komentowany tekst. Jakby wypłaszczyło nam gatunek. Podejrzewam, że wśród mniej znanych, początkujących autorów kryje się jakaś perełka (mam do nadrobienia właściwie całą, prócz Krajewskiej i Ochnika, zeszłoroczną produkcję Genius Creations), ale przy obecnej nadprodukcji trudno zostać zauważonym. Mają z tym problem nawet doświadczeni autorzy — wyobrażacie sobie, że do tegorocznych Reflektorów (przyznawana na Pyrkonie nagroda NF dla dla talentów pisarskich, które jeszcze nie porwały tłumów, ale wkrótce to zrobią) nominowana została Agnieszka Hałas[5]? Tak, ta Agnieszka Hałas, która debiutowała w Feniksie w 1998.
Wychodzi więc na to, że samych starych wyg jest za mało, żeby podtrzymać fantastykę, a młodzi mają problem z przebiciem się. Podejrzewam, że kluczem może być spadek znaczenia opowiadań.
Kiedyś opowiadania wyznaczały nowe trendy i dawały możliwość zabłyśnięcia debiutantom. Obecnie nie było, nie przypominam sobie tekstu, który wywołałby poruszenie na miarę Wiedźmina, Złotej galery, Noteki 2015, Księgi Besławii[6]. Nie wiem, dlaczego tak jest. Autorzy, nawet młodzi stażem, oszczędzają sił i wyobraźni na powieść? A może krótką formę też dopadł kryzys nadprodukcji i posegmentowania rynku? Zwróćcie uwagę, że mimo istnienia dwóch ogólnopolskich czasopism (do NF dołączył Fantom) większość z mrowia tytułów wyszczególnianych na liście pomocniczej ukazała się gdzie indziej — w zinach, niszowych antologiach, zbiorach autorskich.
Czyżby "nieciekawy rok 2017" był zapowiedzią ostrego kryzysu? Z chęcią porozmawiałbym o tym na Polconie.

[1] Ponadto był już laureatem dwa i trzy lata temu. W tym więc bez żalu może dostać złote albo srebrne wyróżnienie.
[2] Znam osobę, która czyta wystarczająco szybko, ale nawet ona musiałaby podzielić uwagę pomiędzy fantastykę a rzeczy czytane zawodowo.
[3] Bardzo pozytywna inicjatywa. W skrócie: czytaj, nominuj, głosuj. Szczegóły na fejsie.
[4] Znajdziecie ją tutaj.
[5] Pozostali nominowani to Rafał Cichowski, Grzegorz Gajek, Marcin Kowalczyk, Magdalena Kucenty, Marcin Podlewski i Istvan Vizvary.
[6] Wiem, że pewnie mało kto czytał to opowiadanie Jewgienija Olejniczaka, bo ukazało się w Fantasy & Science Fiction i nie było wtedy jeszcze dorocznych darmowych antologii-ebooków. Niemniej w mojej bańce było omawiane, więc się liczy.


poniedziałek, 26 lutego 2018

W poszukiwaniu L-fantastyki (3: niezłomni tfurcy)

W trzeciej odsłonie  cyklu zastanówmy się nad uwarunkowaniami historycznymi, którymi tłumaczy się przyczyny osławionego prawoskrętu polskiej fantastyki.
Młodzi ludzie niechętni marksizmowi-leninizmowi mieli celowo wybierać ścisłe i techniczne kierunki studiów, jako że te najmniej obciążone były ideologią. Ci, którzy mieli zdolności literackie, za pośrednictwem pism w rodzaju Młodego technika, czy za sprawą fascynacji podbojem kosmosu, kierowali się ku SF. W taki sposób do fandomu trafili (czy raczej go stworzyli) Oramus, Parowski, czy mistrz fantastyki socjologicznej — Zajdel. Z kolei młodsi od nich o dekadę-dwie autorzy z Klubu tfurców świadomie kontestowali literaturę PRL, przedkładając nad nią prozę anglosaską (zauważcie, że psioczący na główny nurt i jego artystowski bełkot Grzędowicz chwali piszącego trudnym językiem Faulknera; paradoks!).
To wszystko wyłuszczyli Dukaj w pierwszej części Wyobraźni po prawej stronie, Parowski (w eseju Inżynierski etos) czy Ziemkiewicz (zbiór felietonów Frajerzy oraz rozdział IV wywiadu-rzeki p.t. Wkurzam salon — link 1, 2, 3, 4, 5 i 6 — odcinki są krótkie, więc proszę się nie bać ;-)).

Od siebie dodam jedną hipotezę. Otóż podejrzewam, że dryf zachodził również w drugą stronę. Młodych ludzi ludzi, którzy łączyli w sobie uzdolnienia literackie, niechęć do Polski Ludowej oraz lewicowe przekonania, przyciągała ta część opozycji, która nie czytywała fantastyki. Zachowały się na ten temat dwie anegdoty. Według pierwszej, kiedy w latach 80 na spotkaniu literatów skupionych wokół krakowskiego NaGłosu przedstawiono sylwetkę Janusza Zajdla, Wisława Szymborska miała być przekonana, że to kawał, bo takiego pisarza być nie może. Według drugiej anegdoty, kiedy w latach 90 zasłużone podziemne wydawnictwo NOWA stało się legalną SuperNową i postanowiła wydawać fantastykę,  redaktor Adam Michnik miał się bardzo dziwić, że zasłużeni dla opozycji koledzy postanowili zająć się książkami o zielonych ludzikach.
O historyjkach o spotkaniach noblistki i redaktora z fantastyką przypomniała mi postać Michała R. Wiśniewskiego (znanego w fandomie jako mrw, michio albo osakana). Z przekonań człowieka bardzo na lewo. Czy to nie znamienne, że będąc osobą z fandomu, zaangażowaną od lat, świetnie znającą gatunek (z naciskiem na mangę/anime i cyberpunk), postanowił pisać powieści głównonurtowe i wydawać je w Krytyce politycznej? Prowadzi to zresztą do ciekawych spięć: głównonurtowy recenzent Jetlagu najwyraźniej nie zauważył, że mrw streszcza słynne opowiadanie Asimova Ostatnie pytanie.

W takim oto skrócie można przedstawić procesy, które ukształtowały pokolenie debiutujące w heroicznych latach 80, dominujące w kryzysowych latach 90, a w kolorowej dekadzie lat zerowych tworzących podstawy sukcesu rynkowego Fabryki Słów.

poniedziałek, 30 maja 2016

Tren o czytniku

Popsułem w niedzielę czytnik. Zamknąwszy etui, włożyłem go do plecaka. Dziesięć minut później, już w autobusie, wyjąłem go, otworzyłem etui – popsuty. Nie wiem, jak do tego doszło. Przez te dziesięć minut niczego nie zrobiłem. Nie upuściłem czytnika, nie uderzyłem, nie przebiegło po nim żadne zwierzę.Ekran pękł na tuzin kawałków, z czego działa jeden. Akurat ten w prawym górnym rogu, więc mogę sprawdzić stan baterii.
Ponieważ e-papierowy ekran jest najdroższą częścią urządzenia, naprawa w praktyce nie będzie się różnić o zakupu nowego. Nie zdziwiłbym się, gdyby serwis też ograniczył się do przegrania zawartości dysku na drugi egzemplarze i podbicia książeczki. Dzisiejsza elektronika jest monolityczna. Spojenia  nie wyglądają na coś, co można ot tak otworzyć i ponownie zamknąć. Hardware to jeden plastikowy blok. Telefon znajomej ma wbudowaną na stałe baterię. Minęły czasy pana elektronika z lutownicą.
Do kosztów i niewygody związanych z naprawą/wymianą czytnika powinienem doliczyć straty moralne. Smutno mi bez niego. Czytnik ebooków to szczytowe osiągnięcie ludzkości w ciągu ostatnich dziesięciu lat (pomijając oczywiście rzeczy w rodzaju leków nowej generacji). Przynajmniej ja nie pamiętam z rzeczonego okresu niczego, co by mi bardziej poprawiło jakość życia. Gigabajty pamięci, łatwy dostęp do literatury z całego świata, no i poręczność. Sześciocalowy czytnik mieści się w wewnętrznej kieszeni marynarki.
Oczywiście to nie jest tak, że czytniki mają same zalety. Nie idzie czytać na nich podręczników – tu jak na razie wygrywa papier i klasyczne zakładki. Słabo radzą sobie ze wszystkim, co wykracza poza jednolity blok tekstu . Dlatego dziwi, że Dukaj i Allegro chcieli zrewolucjonizować ebooki właśnie ilustracjami i przypisami. Nie wyszli na tym za dobrze, a szkoda, bo Starość aksolotla to dobra (mikro)powieść, która bez problemu poradziłaby sobie bez marketingowo-nowinkarskiej otoczki. Ja w każdym razie nominowałem ją do tegorocznych Zajdli.
Jednak żaden sceptycyzm nie wytłumaczy felietonu Grzędowicza, który ukazał się numerze 1/2008 Nowej Fantastyki i dotyczył właśnie e-readerów.
Grzędowicz opisuje buńczuczne zapowiedzi szefa Amazonu, że oto nadchodzi kres klasycznej książki, i sobie  z nich kpi:
Definitywny koniec książki – zawył mi prosto w twarz tytuł gazetowy ze szpalty powieszonej w kiosku. (...) kiedy czytam w prasie coś, co mnie irytuje, podświadomie słyszę w wyobraźni głos autora. (...)  ociekający hipokryzją oburzony dyszkancik (...) Tym razem jednak  głosik był inny. Ociekał jadem i złośliwą satysfakcją, jakby ten definitywny koniec druku i książki zwłaszcza był wyczekiwany i wytęskniony.
Dalej Grzędowicz pisze, że nie znosi postępu dla samego postępu i jedyną zaletą czytnika, jaką może sobie wyobrazić, jest pojemność. Zaraz jednak dodaje, że tak reklamowany Kindle jest brzydki jak zeschnięta musztarda, a jego guziki przypominają toporną radziecką elektronikę. Do tego mikroskopijny ekran ma ledwo sześć cali przekątnej, urządzenie, zamiast starego, dobrego pdf-a, obsługuje jakieś egzotyczne mobi.
Jeśli parę dni temu wszyscy zachwycali się cytatem z Lema, w którym mistrz trafnie przepowiada elektroniczną przyszłość książki, tak felieton Grzędowicza można spokojnie postawić w gablotce z nieudanymi prognozami fantastów. Mam nadzieję, że kurator przyszłego muzeum SF będzie uczciwy i umieści takie rzeczy na ekspozycji. Wystarczyło bowiem kilka lat, a guziki zastąpił dotykowy ekran (choć ja nadal je lubię), dość pokracznie wyglądające pierwsze modele zastąpiły przedmioty bardzo estetyczne i stylowe (komórkom podobna podróż do podobnej formy zajęło o wiele dłużej), mobi i epub rozpowszechniły się, a sześć cali okazało się całkowicie wystarczać.
Nie to jednak zdumiewa u Grzędowicza. Każdy się może mylić. Chodzi bardziej o źródło pomyłki. Grzędowicz bowiem od niepamiętnych czasów jest archetypicznym przykładem polskiego fantasty-prawicowca. Zabejcowanego w korwinizmie, niechętnemu wszelkie biurokracji wyznawcy wolnego rynku. A odkąd Pilipiuk zaczął nieśmiało opowiadać się za społeczna gospodarką rynkową, nie ma chyba w polskim fandomie drugiego takiego prawaka w starym stylu.
Jak sobie o tym przypomniałem, to zaraz złapałem się za głowę: przecież Grzędowicz postąpił całkowicie wbrew swojemu światopoglądowi. Mógłby być przeciwko Kindle'owi, gdyby zaplanowała go komisja, a wdrożył państwowy urząd za pieniądze z jakiegoś unijnego instytutu czytelnictwa. A jest na odwrót: Amazon to prywatne przedsiębiorstwo. Jeśli Grzędowiczowi nie podobała się marketingowa gadka Bezosa, ani kulawe początki jego flagowego produktu, to przekreśla w ten sposób mechanizmu wolnego rynku. No chyba że żadne mechanizmy go nie interesują, a tylko czeka na gotowe.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Na gikz.pl o polskich grach

Trwa ofensywa kwietniowa. Na gikz.pl pojawił się mój tekst o pomysłach na gry na podstawie dzieł polskiej popkultury. Na znak, że nie Wiedźminem tylko stoimy. Chyba wrócę do pisania o grach, bo wziąłem się ostatnio za Fallouta: New Vegas, który okazał się bardzo inspirujący do rozmaitych przemyśleń. Ale to się dopiero zobaczy.

niedziela, 14 lipca 2013

Na ratunek mainstreamowi, na ratunek fantastyce

Że mainstream umiera, wie każdy. Wystarczy w dniach 25-28 lipca pojechać na Krakon (wiem, straszliwie naganiam) i zapytać Andrzeja Pilipiuka. Bardzo ładnie wyjaśni. A jeżeli komuś nie wystarczy słowo znanego fantasty, tedy pozwolę się uciec do przykładów. Z głównym nurtem jest tak źle, że Jacek Dehnel ubiera się w szmateksach, Stasiuk hoduje owce, Dorota Masłowska zaś... tego nie będę pisał, bo nie wiem, czy mi wolno. Nędze po protu.
Dlatego pisarze fantastyczni powinni zapomnieć o dawnych urazach i pospieszyć z pomocą swoim nieobeznanym w worldbulildingu kolegom oraz koleżankom. Nie jest to prosta sprawa, gdyż będzie trzeba zmienić ich przyzwyczajenia, nauczyć nowych pisarskich strategii, sprawić, by zapomnieli stare. Dlatego już teraz przygotowałem ściągę w postaci streszczeń znanych powieści głównonurtowych przy założeniu, że napisali je znani pisarze fantastyczni.

Robinson Cruzoe Daniela Defoe Jarosława Grzędowicza
Robinson, czterdziestoparolatek po rozwodzie, nie może znieść tego, w jaki chory, opresyjny, socjalistyczny kraj zmienia się pod rządami Partii Pracy jego kochana Stara Dobra Anglia. Kroplą, która przelała czarę goryczy, staje się podatek od okien. Robinson postanawia opuścić rodzinne strony i znaleźć miejsce, gdzie a man's gotta do what a man's gotta do. Wiedziony legendami o morskich przygodach, okrętuje się na statek handlowy. Ale i tam dotarła wszechwładza biurokratów. Nie dość zakazu gwizdania, to jeszcze w ramach profilaktyki antyszkorbutowej cała załoga zmuszona jest codziennie jeść porcję koszonej kapusty. Z opresji ratuje Robinsona katastrofa morska. "Tyle wam pomogły zakazy i nakazy", komentuje zgryźliwie bohater, kiedy szczęśliwie fala wyrzuca go na brzeg bezludnej wyspy. Ląd ten okazuje się istnym rajem. Przy braku jakiejkolwiek władzy, Robinson może wreszcie żyć tak, jak zawsze pragnął – spać do południa, palić papierosy, nie myć uszu. Taka egzystencja staje się jeszcze radośniejsza, kiedy dołącza doń Piętaszek. Niestety, żadna idylla nie trwa wiecznie. Na wyspę przypływa demoniczny Holender Jeremiesz van Dyken (zamierza założyć plantację konopi fair trade). Już pierwszego dnia zakłada urząd d/s ewidencji mieszkańców wyspy, a Piętaszka bałamuci, jakoby był prekariuszem...


Doktor Faustus Tomasza Manna Jakuba Ćwieka
Adriana Leverkühna, wokalistę kultowej trashowej kapeli Doktor Faustus, trapi brak weny uniemożliwiający zakończenie nagrywania nowego albumu. Z opresji ratuje go podpisanie cyrografu. Paktowanie z diabłem daje wynik – płyta zostaje ukończona w rekordowym tempie, jeszcze szybciej uzyskuje status platynowej, zaś trasa koncertowa Doktora Faustusa obejmuje wszystkie siedem kontynentów. Właśnie pod sam jej koniec, przed koncertem na biegunie południowym, Adriana znów odwiedza Szatan. Nadszedł bowiem czas zapłaty. Zespół będzie musiał na sto lat zostać infernalnym komandem  do zadań specjalnych walczącym z analogiczną jednostką po stronie niebios – Brygadą Herbert-4 (złożoną z Franka Herberta, Jamesa Herberta, Zbigniewa Herberta i Herberta George'a Wellsa).
Powieść pełna jest nawiązań do szeroko pojętej popkultury, bohaterowie nie odzywają się inaczej, niż poprzez rzucanie ciętymi one-linerami przez wykrzywione w ironicznym uśmiechu wargi. Żeby zapewnić sprzedaz powyżej 10 tysięcy egzemplarzy autor wsiądzie w ćwiekobusika i ruszy w literacki tour po miejscowościach takich jak Gryfno, Barlinek, Jaworzno, Miasteczko Wilanów itd.

***
Z drugiej strony to nie jest tak, że mainstream czeka tylko na bezinteresowną pomoc pisarzy z fandomu, sam nie mając nic do zaoferowania w zamian. Kiedy znajomym autorom głównonurtowym opowiedziałem o niuansach fantastyki, ile, na przykład, musieliby włożyć własnego wysiłku w promocję gatunkowej książki (my nie oddajemy takich spraw macherom z agencji reklamowych), oraz że konwent to nie jest miłe koleżeńskie picie w domu pracy twórczej w Oborach, ale piwem uśmiechem wkupywanie się w łaski potencjalnych fanów, powiedzieli, że nam tu w fantastyce brakuje asertywności. I że oni nas nauczą. Zaczną oczywiście od przygotowania ściągi w postaci streszczeń kilku popularnych powieści fantastycznych przy założeniu, że tym razem pisali je znani autorzy głównego nurtu.

Lód Jacka Dukaja Dehnela
14 lipca 1924 roku, w wigilję (niedoszłej) syberjady, przyszli po Wienedikta Ieronimowicza Jerosławskiego czynownicy. Leżał Wienedikt pod pierzyną, pod trzema kocami i starym płaszczem gabardynowym, pod barchanowymi kalesonami i swetrem włóczkowym, pod stertą skarpet, trenczem i fularem, szapoklakiem i trzema vatermoerderami, wymiętoszonymi spodniami sztuczkowymi i kamizelką w kratkę prynca Walii, dziurawym surdutem i kolekcją dagerotypów z nieskromnymi pannami, monoklem, binoklami i trycyklem, pod plątaniną odprutych, poplamionych ołówkiem kopiowym mankietów – tyle tego było, iż czynownicy, stwierdziwszy że nikt w takim syfie żyć nie może, odwrócili się na obcasach swych świeżo podzelowanych służbowych butów i wyszli. Koniec książki.

Saga o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego Jarosława Iwaszkiewicza
Kiedy suchoty okazują się odporne nawet na najsilniejszą magię, czarodziejka Yennefer wyrusza do znanego z suchego klimatu Kaer Morhen. Spotyka tam postawnego, urodziwego wiedźmina Geralta. Niestety nie jest sam. Towarzyszy mu Cyryl, sierota wzięty na wychowanie po tym, jak Geralt uratował go z płonącego miasta. Cyrylowi nie podoba się, że czarodziejka i wiedźmin mają się ku sobie. "Kobiety nic nie wiedzą o prawdziwej miłości" – oznajmia pewnego wieczoru. W nocy zaś wsiada na koń i ucieka. Na dalekim południu wstępuje do bandy młodocianych rabusiów zwanych Szczurami. Poznaje piękną Mistle, która mimo bycia kobietą okazuje się coś tam o miłości wiedzieć. Wyczuwszy swym siódmym wiedźmińskim zmysłem tę iskrę namiętności, Geral również wsiada na koń i rusza na ratunek Cyrylowi. Pozostawiona sama, Yennefer pokaszluje ze smutku.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Na co komu fandom?

Naturą Wszechrzeczy jest cykliczność. W wersji pogańskiej oczywiście, bo już chrześcijaństwo zastępuje koło dziejów linią chyżo śmigającą od Stworzenia do Eschatonu. Będę się trzymał wersji pogańskiej, gdyż piszę teraz o fantastyce, a ona – podobno, tak mawiają – to jedno wielkie pagaństwo i bluźnierstwo.
Otóż kręcące się kółko w każdy czerwiec wpada na ten sam wertep zwany ogłoszeniem nominacji do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Tym razem winny jest Jakub Ćwiek, który zdobył aż 4 nominacje: 3 za opowiadania ze zbioru Chłopcy, 1 za powieść Kłamca 4. Wbrew poczuciu niedowierzanie nie jest to nic nowego. Równo dekadę temu "czwórkę" zgarnął Andrzej Pilipiuk. Różnica tylko taka, że wówczas opowiadania pochodziły z różnych czasopism. Ćwiek rozbił bank jednym zbiorem.
Okołozajdlowskich skandali było sporo; ich listę przygotował znakomity strona Geekozaur. Widać wyraźnie, że Nagrodzie zarzuca się dwie rzeczy:
  • Głosuje/nominuje mało ludzi. Łatwo więc autorowi zmobilizować fanów, albo wręcz najbliższych przyjaciół, żeby prześliznąć się do grona najwybitniejszych autorów, Sapkowskiego, Brzezińskiej, Szostaka itd.
  • Głosuje/nominuje dużo ludzi. Decydują więc niedoedukowana literacko ludożerka, ignorując autorów wymagających na rzecz schlebiającym gustom masowym wyrobników.
To sytuacje podstawowe. W tym roku narracja prezentuje się następująco: Ćwiek zbajerował hordę kindermetali, którzy hurtem zagłosowali na wszystko, co przeczytali. Teraz z kolei zamierza pokonać drugi etap zabawy i pod przykrywką wyszukiwania młodych talentów (których opowiadania miałby publikować w swoich kolejnych książkach jako rodzaj bonus tracku) szykuje na Polcon swoich fanbojów.
Tyle narracja. Ja tam nie czuję w tym skandalu. Jedyną winą Ćwieka byłoby (niedopuszczalne dla wielu) łączenie etatów pisarza i showmana. A nawet ta wina nie jest całkiem jego, bo pomysł, żeby literat popisywał się przed publiką jest autorstwa Dickensa (polecam poczytać Drooda Simmonsa). Kuba Ćwiek po prostu (a i znowuż nie on pierwszy) robi to w stylu rokendrolowca – z premierą nowego albumu tomu wsiada do busika i rusza w trasę. Co więcej, skupiając się na Ćwieku, fandom prawie zupełnie przeoczył dwa inne objawy kryzysu: do puli nie przedostał się żaden autor, który by nie miał nominacji w latach wcześniejszych oraz w kategorii "powieść" nominowano aż trzy (!) czwarte tomy (!!). Co to znaczy?
Jedni chcą widzieć przyczynę zamieszania w rozejściu się idei ze stanem faktycznym. Nagroda Zajdla ma być, jak podaje oficjalna strona, coroczną nagrodą w dziedzinie fantastyki, przyznawaną przez miłośników fantastyki autorom najlepszych polskich utworów literackich.
Właśnie. Po pierwsze mają ją przyznawać jacyś bliżej nieokreśleni miłośnicy fantastyki, podczas gdy w finale są to uczestnicy Polconu, na pierwszym etapie zaś – ktokolwiek. Po drugie zaś utwory najlepsze w praktyce okazują się utworami najpopularniejszych autorów. Cała reszta ma wynikać z tego: jedni chcą bronić idei utworu najlepszego, innym milsza jest popularność autora – zwłaszcza że spora część fandomu zdaje się odrzucać istnienie jakichś obiektywnych przesłanek, na podstawie których można wartościowych przesłanek. Póki któraś z grup nie zwycięży, Nagroda będzie stać pomiędzy.
Czy jednak aby?
Ja bym jednak pominął talmudyczne rozważania, która interpretacja roli Zajdli jest lepsza. Za to przyczepiłbym się słów Nagroda Fandomu Polskiego. Wiem oczywiście, iż w tym przypadku :Fandom Polski" oznacza nazwę własną związku stowarzyszeń. W takim przypadku byłoby okej, tak już jest, że pieczę nad nagrodami sprawują rozmaite organizacje. Tak jest wszędzie. Ale bądźmy szczerzy, tu chodzi też o inny fandom, ten nieokreślony, amorficzny twór zbiorowy, o który kiedyś regularnie toczyły się wojenki, czym jest, kto do niego należy i na jakich prawach, wreszcie czy istnieje jakaś różnica między "Fandomem" wielką literą a "fandomem" małą. I to coś, co samo nie wie, czym jest poczuwa się do moralnej odpowiedzialności do najważniejszej polskiej nagrody fantastycznej. Cała reszta bierze się z tego właśnie. Kiedy pisarz X mobilizuje wszystkich łącznie z rodziną, winą jego jest angażowanie obcych do wewnętrznych spraw fandomu. Kiedy natomiast wygrywa szeroko lubiany pisarz Y, fanom jego zarzuca się bycie jakimś gorszym fandomem, niepełnym fandomem, niedojrzałym fandomem, który owszem i należy, ale z różnych przyczyn nie powinien mieć prawa głosu. Przynajmniej póki nie zmądrzeje.
Przed 1990 nagrodę przyznawano przez głosowanie klubów zrzeszonych w Związku. To rozwiązanie dobre pod tym względem, że zaangażowanie w jakiejś fantastycznej organizacji rozstrzyga bezsprzecznie, czy się należy do fandomu, czy nie (i czy w odpowiednim stopniu). Z drugiej strony już wtedy musiało to być rozwiązanie nieefektywne, skoro z niego zrezygnowano (dowód: aż trzykrotnie: w 1986, 1987 i 1989 nagroda nie była przyznawana). Ale gdyby jednak zdecydowano się do tamtej formuły powrócić, taki odnowiony Zajdel też mógłby utknąć w klinczu, a narracja by nań odpowiadała: wygrywa nie najlepszy, ale ten, kto ma chody w klubach oraz wszystkie związki na Powązki...
Ja zaś na to: rozwiązać fandom. Ta wspólnota nie przystaje do współczesności.
W zeszłym roku recenzowałem znakomitą biografię Lovecrafta, w której, zupełnie na marginesie, wspominane były początki fandomu w Ameryce: czytelnicy pulpowych pisemek pisali listy do redakcji, pisali listy między sobą, jeździli po kraju, by spotykać się w swoich mieszkaniach, wreszcie organizowali pełnoprawne zloty. Z wielką chęcią przeczytałbym całą książkę opisującą historię narodzin ruchu fanowskiego. A potem drugi tom o tym samym, ale w Polsce. Ale to było kiedyś. Fantastyka (to z kolei pisał Dukaj NF, ale podobne wnioski wyciągnęło już wielu) zwyciężyła. Poszła w lud, już nie jest własnością fascynatów i oryginałów. Hitem HBO jest Gra o Tron, co miesiąc w kinach mamy fantastycznego blockbustera, gry niemal w całości są fantastyczne. Czy więc kuzyn pisarza X jest jednak w fandomie, skoro był na Hobbicie? A co z czytelnikami Zmierzchu i Igrzysk śmierci? Odruchowo wszyscy mówią "nie", lecz przecież coś jesteśmy im winni, skoro fantastyka pożarła romans i literaturę młodzieżową.
Oprócz casualowych fantastów jesteśmy my, resztki tego słynnego starego fandomu, który ongi był jedynym odbiorcą fantastyki. I jak na tak nieliczną grupę jesteśmy straszliwie podzieleni. Ten czyta tylko postapo, tamta jest tolkienistką i niczym innym, tamci żyją legendą lat 90, małymi konami w szkołach, kłótniami o batystowe majtki Renfri i "czarną" amberowską edycją Conana.
Kocham tę małą wspólnotę miłośników fantastyki. Wiele jej zawdzięczam, więcej może niż jakiejkolwiek grupie. Ale to tylko ja. Tysiące jeżdżące na Comic-cony i Pyrkony obejdą się bez fandomu. Literaturze też nie jest potrzebny, a i chyba nawet trochę przeszkadza, bo jak ma ktoś poważnie traktować pisarzy, którzy, żeby przetrwać, muszą wesprzeć się na zwartej i superzorganizowanej grupie fanów.
Dlatego – rozwiązać fandom.
A nagrody niech przyznaje sobie kto chce i za co chce. Zweryfikuje je czas.


czwartek, 12 lipca 2012

Nie wie lewica, co czyni prawica. I na odwrót.

Obiecywałem, że na moim blogu (raczej) nie będzie polityki. Nadszedł czas, ażeby wykorzystać możliwość zrobienia wyjątku, jaką daje mi "raczej". Zresztą wpis dojrzewał miesiącami.
Główna inspiracja pojawiła się jednak niedawno. Chodzi o artykuł Wyobraźnia po prawej stronie, który ukazał się w weekendowej rzepie. Zbieżność tytułu ze znanym tekstem Dukaja nieprzypadkowa.
Dominacja prawicowców w polskiej fantastyce to temat stary jak świat i trudno wymyślić cokolwiek nowego. Artykuł jest taki sobie, ot średnie stany Rzepy. Ale może posłużyć jako podkładka pod nieco szersze rozważania. W tym celu zalinkuję jeszcze Drugi obieg, gdzie jak zwykle pojawiły się głosy wybijające ponad przeciętny poziom dyskursu w fandomie. Jak chociażby teza agrafka, że prawoskrętność dotyka również wydawnictw (zwłaszcza teraz, kiedy po kolejnej ofensywie kryzysu wydaje się, że przeżyły już tylko Fabryka, Powergraph i NCK). Nie chcę tu oczywiście brutalnie wmawiać ludziom poglądy, z którymi się nie utożsamiają, więc z góry proszę o wybaczenie.
Już spojrzenie na najgłośniejsze nazwiska udowadnia pewien przechył w prawo. Ma on przyczyny historyczne znane chyba większości. Z jednej strony zaczytana w Zajdlu stara gwardia w rodzaju Parowskiego, Oramusa i Wolskiego (tego ostatniego nigdy nie rozumiałem), z drugiej strony młodsza o 10-20 lat ekipa Klubu tfurców, nie lubiąca wszelkiej komuny i zakochana w kapitalizmie.
Z drugiej strony od dłuższego czasu na prawym fandomie nie pojawiło się żadne nowe nazwisko. Ciągle ci sami: Pilipiuk, Grzędowicz, Komuda, Piekara, Ziemkiewicz (honorowo) itd. Był jeszcze Twardoch, on jednak wysiadł z tramwaju prawica na przystanku "śląska melancholia". Wielka szkoda, bo wnosił coś świeżego, a w końcu każde zamknięte towarzystwo zaczyna po pewnym czasie zjadać własny ogon. I to chyba dopadło prawicowych fantastów, którzy od lat nie wymyślili niczego nowego. Powstają kolejne tomy kolejnych książek, ale nie towarzyszy im żadna nowa idea. Świat rodzi nowe wyzwania dla literatury, a Pan lodowego ogrodu pozostaje taki sam, jak w 2005. A już wtedy wyglądał tak, jakby idea w nim tkwiąca istniała już w 1995. Szczęśliwie Jarosław Grzędowicz umie pisać; w przeciwnym razie skończyłoby się jak w opisywanej przed Dukaja książce Kempczyńskiego – repozytorium przeterminowanych pomysłów. Niestety, dobre pióro nie leczy z impregnacji. Wstyd było czytać, gdy Grzędowicz (ja ciągle o nim, bo to chyba najgłośniejszy reprezentant nurtu), konfrontując się z nowym problemem, robi jedno: wyśmiewa.
Drugim felerem fantastycznej prawicy, zamkniętej w niewielkim kręgu podobnych do siebie osób jest pomieszanie akcydensu z atrybutem, czyli spraw przygodnych z jądrem światopoglądu. Po prostu autorzy mimowolnie biorą własne kompletnie aideologiczne upodobania za ich część. Najlepszym przykładem są papierosy. Grzędowicz "uprawicował" je w następujący sposób: władza lewicowych biurokratów chce zmusić ludzi do zdrowego trybu życia, więc zakazuje im palić tytoń. Ergo: fajki są prawicowe.
Tymczasem ja uważam, że odwrót od tytoniu jest zjawiskiem społecznym. Jeszcze sto lat temu w urzędach i miejscach publicznych można było znaleźć spluwaczki (kto czytał Szweja, ten na pewno kojarzy). Spluwanie było czynnością typową dla dorosłych mężczyzn. Kobietom i dzieciom spluwać nie było wolno. Potem jednak spluwaczki zniknęły z życia publicznego. Uznano je za niehigieniczne, gdyż ślina roznosi choroby, oraz nieestetyczne. Obecnie pluje tylko margines społeczny. Identyczny proces zachodzi dzisiaj w przypadku papierosów, a to co fantaści-prawicowcy uważają za próbę wchodzenia władzy w prywatne sprawy obywateli, to po prostu zwykły populizm, sankcjonowanie czegoś, co dzieje się samo przez się.
Czyni mnie taka nieortodoksyjna interpretacja lewicowcem?


Lepszego obrazka nie miałem. Anime, a fe!
W tym miejscu mógłbym zakończyć wpis. Artykuł z Rzeczypospolitej opisywał, jak to prawica rządzi w polskiej fantastyce, ja natomiast spróbowałem pokazać, wcale nie jest tak dobrze, a kolos ma gliniane nogi. Koniec. Na szczęście pozostały jeszcze dwie części eseju Dukaja (2, 3), w których próbował wzmocnić lewą nogę fandomu. Musiał najwyraźniej przeczuwać, że może z tego nic nie wyjść, bo zaproponował też, by z jego koncepcji skorzystała i prawica (absorbując nowe idee, o braku których pisałem wyżej).
Lewicowej fantastyki (jako realnej siły) w Polsce nie ma. Był Pacyński, ale umarł, próbuje się podczepić Sapkowskiego, ale jego przynależność ideowa jest bardziej skomplikowana i zdefiniowanie jej pozostaje poza celami mojego wpisu. Są za to fandomowi lewicowcy, niezdolni (jak mi się na razie wydaje) do stworzenia literatury. Nawet nie takiej, która by coś odkrywała, ale zwykłej odpowiedzi na prawicową dominację.
Zachód przy nas to zupełnie inny świat. Mieville pisze marksistowskie fantasy, Stross przegania ze swojego bloga reakcjonistów – rozumiecie, czytelnicy? Są na świecie miejsca, gdzie słowo "reakcjnista" coś znaczy i nie wywołuje u słuchaczy napadów szyderczego śmiechu. Więcej, każdy może tam dolecieć samolotem!
A u nas nic. Żeby było jeszcze śmieszniej, fandomowi lewicowcy (tutaj disklajmer: piszę o tych, których mogę najłatwiej znaleźć w internecie, żadnych badań nie prowadzę) szczycą się uwielbieniem dla nowoczesnych technologii, ale jednak nie potrafią wykorzystać z Amazon Kindle, aby przetransferować lewoliteraturę nad Wisłę.
Może właśnie o opozycję nowoczeność-tradycjonalizm się rozchodzi. Wyrażanie prawd i intuicji o świecie przy pomocy literackiej fikcji to rzecz dawna, a szczyty osiągnęła w XIX-wiecznej powieści. Dlatego w Polsce literatura fantastyczna jest prawicowa, bo ma korzenie w zanurzonej przeszłości. Zachód natomiast z jego Strossami i Mieville'ami paradoksalnie są na wcześniejszym etapie niż my. Tkwią jeszcze w imperializmie, po nas przeszła już z definicji nieuchronna Rewolucja. Wkrótce Nieuchronna przetoczy się przez syty Londyn i Nowy Jork, a literatura fantastyczna zniknie. Jak ktoś widzi w tym pomysł na futurologiczne opowiadanko, to może pożyczyć – nie zabraniam.

Co robi więc fantasta-lewicowiec, skoro, jak wykazałem, literatura to forma ekspresji przynależąca do prawaków? Żywiołem jego jest teraźniejszość. Przeszłość pomija z powodów już wyjaśnionych wcześniej, przyszłość niebezpiecznie kojarzy się z Wiecznością (albo Chruszczowem zapowiadającym komunizm na za 20 lat). Trollerka, prowokacja, mem (być może za 100 lat będziemy wspominać Dukaja za wprowadzenie tego pojęcia do języka polskiej lewicy internetowej), wielki szyderczy LOL i szybki wjazd na Terlikowskiego.  Czasem przynosi to wspaniałe efekty, w końcu akcję, dzięki której polski satelita będzie nosił imię Lema zainicjował znany w towarzystwie osakana. Niemniej lewica celuje w happeningu i pielęgnowaniu stylu, a literatura do żadnego z obu po zwyczajnie nie pasuje.
Lewicowcy, mimo wszystkich różnic, w niektórych aspektach przypomina prawicę. Dolega im dokładnie takie samo nierozróżnianie atrybutu i akcydensu. Za atrybut uznali brodę. I wąsy. Oraz sandały – koniecznie ze skarpetami. Brodato-sandalasta figura buca, której nienawidzą i której się lękają tak ich opętała, iż nie dostrzegają, że wizerunek zamienił się w swoją karykaturę. Mamy 2012, najbardziej niebezpieczni z prawicowców są na etapie doboru poszetek pod kolor krawata. Jedynym większym skupieniem prawicowców, które hołduje stereotypowi brodacza są zapóźnieni fandomowcy. A i oni do niej nie pasują całkowicie, bo arcywróg Jarosław Grzędowicz goli się gładko. Co więc robię lewicowcy? Zamiast postąpić rozsądnie i porzucić umarłą metaforę, brną w nią dalej.

Fascynująca jest jeszcze u lewicowców-fantastów atencja, jaką darzą Jacka Dukaja. Przed laty na jego tekst zareagował jedynie (negatywnie) Grzędowicz. Powtórzenie jego tez przez dziennikarza Rzeczypospolitej (z podaniem źródła!) od razu wywołuje głosy obruszenia. Że nie, bo Sapkowski, Jabłoński i Pacyński świętej pamięci, że trololo, wybiórcze zestawienie naciąganych faktów, na każdego prawaka znaleźlibyśmy tuzin lewaków, gdyby tylko nam się chciało, a poza tym w zeszłym roku Wojciech Orliński puścił opowiadanie. Dowodzi to, jakiej nietykalności dorobił się Dukaj. Pamiętajmy przecież, że swego czasu Tomasz Piątek zdemaskował go jako neoliberała. Całkiem trafnie, jeżeli pominąć szczegóły oraz styl wrednego donosu. W samej Wyobraźni po prawej stronie można znaleźć kilka kompromitujących autora cytatów: od pochwały Weekendu w Spestreku po stwierdzenie, że obciachowa SF lat 90, strasząca Unią i eutanazją miała silne podstawy w rzeczywistości.
Czyżby więc lewica w fantastyce jest tak słaba, że wspiera neoliba, giełdowego dorobkiewicza, w nadziei, że obroni ich przed Pilipiukiem i Grzędowiczem? Zgroza.
No chyba, że wbrew pozorom z lewakami wszystko okej, a Dukaja lubią za dobrą prozę bez względu na ideologiczne podteksty.

Ale znalazłem! :-* Rainbow Dash!
Wypada kończyć. Co dodać? Prawica powoli wymiera, lewica nigdy się nie rozmnoży. Wygra bezideowość. Polityczne intencje w fantastyce będą niemile widziane, bo "polityka" stanie się przeciwieństwem słowa "normalność", a na nic fandom nie jest tak przeczulony, jak na podkreślaniu swojej normalności.  Odejdą w niepamięć stare spory, nastanie pokój i dobro, a w wypalonych przez wojnę ruinach gniazda uwiją pierwsze jaskółki. Czego wszystkim życzę.


Postscriptum: jeżeli ktoś wybiera się na tegoroczną Avangardę, to będzie miał okazję wysłuchać wystąpienia prawdziwego prawicowca z PiS – Przemysława Wiplera. Nie wiem, czy to będzie osobna prelekcja, panel, czy coś innego, ale myślę, że warto się wybrać. Wipler to nie byle poseł z ostatniego rzędu, dał na wizji kuksańca Hofmanowi. Czyli zrobił coś, na co pozwala sobie tylko Kaczafi. Do tego chyba zna się na fantastyce, w każdym razie głośno złorzeczył na zakończenie trzeciego Mass Efectu.