Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Majka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Majka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Sezon nagród albo kryzys krótkiej formy

Dziś o wczesnych godzinach rannych pojawiła się lista książek nominowanych do Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego:
  1. Rafał Kosik  –  Różaniec
  2. Anna Kańtoch  –  Niepełnia
  3. Paweł Majka  –  Wojny przestrzeni
  4. Elżbieta Cherezińska  –  Płomienna korona
  5. Paweł Majka  –  Berserk
  6. Jarosław Grzędowicz  –  Hel3
  7. Zygmunt Miłoszewski   –  Jak zawsze
Niniejszym sezon polskich nagród literackich możemy uznać za rozpoczęty. Nieco wcześniej, bo w Wielką Sobotę ogłoszono nominacje do Hugo. Wkrótce, bo 30 kwietnia, mija termin zgłaszania nominacji do Zajdli.
W przypadku Żuławi widzimy, że Kosikowi jak na razie udał się powrót po latach do fantastyki dla dorosłych. Kańtoch to, wszyscy wiemy, etatowa zwyciężczyni (2 Żuławie i 3 nominacje, 5 Zajdli 5 nominacji). Po piętach depcze jej Majka (2 Żuławie i 3 nominacje do Zajdla), autor młodszy stażem, ale bardzo lubiany i przez fanów, i przez krytyków. Dziwi pojawienie się Grzędowicza — Hel-3 dość powszechnie uważa się za książkę poniżej jego możliwości (zresztą sam się przyznał, że pisał podczas walki z blokadą twórczą). Ciekawe jest pojawianie się wśród nominacji pisarzy spoza fandomu — Cherezińskiej i Miłoszewskiego.
Nie wiemy, jak zadecydują jurorzy, ale do tej pory regułą (z dwoma wyjątkami — Chochołów w 2011 i Czarnego w 2013) było, że mając książkę z pogranicza i fantastykę bardziej standardową, wybierali to drugie. Stawiałbym więc z w tym roku na Kosika. Trochę w ciemno, bo jeszcze go nie przeczytałem, ale Kańtoch jest zbyt dziwna, a Majka zbyt popowy[1] jak na dość zachowawcze gusta jurorów. Prawdziwą sensacją byłoby zwycięstwo Cherezińskiej lub Miłoszewskiego.
Ale to tylko zgadywanki w rodzaju rozważań, na ile nominacje do Żuławi przełożą się na Zajdle, skoro elektorzy są również aktywnymi działaczami fandomu. Ciekawsze wydaje się rozważenie opinii przewijającej się już tu i ówdzie — że 2017 był słabym rokiem dla polskiej fantastyki.
To oczywiście bardzo subiektywne wrażenie, bo nie ma chyba nikogo, kto przeczytałby wszystko[2]. Nieoficjalna lista przygotowana przez ekipę Zewu Zajdla[3] podaje 120 powieści i 413 opowiadań[4]. Niemniej nie przypominam sobie, żeby rok temu przydarzył się jakiś szeroko komentowany tekst. Jakby wypłaszczyło nam gatunek. Podejrzewam, że wśród mniej znanych, początkujących autorów kryje się jakaś perełka (mam do nadrobienia właściwie całą, prócz Krajewskiej i Ochnika, zeszłoroczną produkcję Genius Creations), ale przy obecnej nadprodukcji trudno zostać zauważonym. Mają z tym problem nawet doświadczeni autorzy — wyobrażacie sobie, że do tegorocznych Reflektorów (przyznawana na Pyrkonie nagroda NF dla dla talentów pisarskich, które jeszcze nie porwały tłumów, ale wkrótce to zrobią) nominowana została Agnieszka Hałas[5]? Tak, ta Agnieszka Hałas, która debiutowała w Feniksie w 1998.
Wychodzi więc na to, że samych starych wyg jest za mało, żeby podtrzymać fantastykę, a młodzi mają problem z przebiciem się. Podejrzewam, że kluczem może być spadek znaczenia opowiadań.
Kiedyś opowiadania wyznaczały nowe trendy i dawały możliwość zabłyśnięcia debiutantom. Obecnie nie było, nie przypominam sobie tekstu, który wywołałby poruszenie na miarę Wiedźmina, Złotej galery, Noteki 2015, Księgi Besławii[6]. Nie wiem, dlaczego tak jest. Autorzy, nawet młodzi stażem, oszczędzają sił i wyobraźni na powieść? A może krótką formę też dopadł kryzys nadprodukcji i posegmentowania rynku? Zwróćcie uwagę, że mimo istnienia dwóch ogólnopolskich czasopism (do NF dołączył Fantom) większość z mrowia tytułów wyszczególnianych na liście pomocniczej ukazała się gdzie indziej — w zinach, niszowych antologiach, zbiorach autorskich.
Czyżby "nieciekawy rok 2017" był zapowiedzią ostrego kryzysu? Z chęcią porozmawiałbym o tym na Polconie.

[1] Ponadto był już laureatem dwa i trzy lata temu. W tym więc bez żalu może dostać złote albo srebrne wyróżnienie.
[2] Znam osobę, która czyta wystarczająco szybko, ale nawet ona musiałaby podzielić uwagę pomiędzy fantastykę a rzeczy czytane zawodowo.
[3] Bardzo pozytywna inicjatywa. W skrócie: czytaj, nominuj, głosuj. Szczegóły na fejsie.
[4] Znajdziecie ją tutaj.
[5] Pozostali nominowani to Rafał Cichowski, Grzegorz Gajek, Marcin Kowalczyk, Magdalena Kucenty, Marcin Podlewski i Istvan Vizvary.
[6] Wiem, że pewnie mało kto czytał to opowiadanie Jewgienija Olejniczaka, bo ukazało się w Fantasy & Science Fiction i nie było wtedy jeszcze dorocznych darmowych antologii-ebooków. Niemniej w mojej bańce było omawiane, więc się liczy.


niedziela, 10 sierpnia 2014

Przed Bielskiem, czyli opowiadania nominowane do Nagrody im. Janusza A. Zajdla

W niesamowitych czasach żyjemy. Uświadomił mi tydzień temu kolega mówiąc, że opowiadanie Strossa Equoid, które można przeczytać w najnowszej Fantastyce - wydaniu specjalnym, jest nominowane do Hugo. Więc jeśli ktoś wybiera się do Londynu na Worldcon (kolega się wybiera), będzie przynajmniej pod tym względem na bieżąco. A jeszcze niedawno kilka lat poślizgu było w polskim świecie książkowym bardzo dobrym wynikiem, niemal wydawniczym sprintem.
Świadectwem postępu na nieco mniejszą skalę jest elektroniczna antologia opowiadań nominowanych do zajdli. Parę lat temu chcąc doczytać brakujące teksty, musiałbym pożyczać od znajomych pisma, których nie nabyłem na czas, albo wydawać pieniądze na antologie i zbiory autorskie – niemal zawsze dla jakiegoś pojedynczego opowiadania. A teraz jedno kliknięcie i mam na dysku trzy najpopularniejsze formaty książek elektronicznych.

Pierwsze, co zwraca uwagę, to sam charakter nominacji. Po kilku latach praktycznej nieobecności, znów dominują czasopisma (jedno czasopismo). Do tego dwie antologie, z czego jedna dostępna wyłącznie w postaci ebooka. Można oczywiście uznać to za wynik marnego rynku i mocnej fanbazy Powergraphu, ale miło, że Rok po końcu świata został zauważony. Nominacji dla utworu ebook only spodziewałam się dopiero za parę lat. I nie tylko ja. 

Antologia zaczyna się od mocnego uderzenia w postaci Cyberpunku Michała Cetnarowskiego (pozwolę sobie oryginalnego zapisu – ( ¥ b 3 r p µ n |{ ! – użyć tylko raz). Opowiadanie pierwotnie ukazało się w antologii poświęconej końcu świata i do tematu podchodzi przewrotnie. Wprawdzie otwierają je cytaty z Joyce'a i Miłosza, ale równie mógłby pojawić się słynna praca Grupy Twożywo: młodzieniec leży na zielonej trawce, dla wygody podłożył sobie rękę pod głowę i sobie tak duma, kiedy wreszcie będzie wojna. Cyberpunk to obyczajowy obrazek z wymęczonej epoki, w której podnieca już wyłącznie oczekiwanie na apokalipsę – a i to jest coraz mniej skuteczne. Ciężki język, gęsta proza. Lektura trudna, ale satysfakcjonująca.
W podobne rejony zawitał Paweł Majka z Grewolucję. Znowu nie tak odległa przyszłość, znowu świat przesycony podłączoną do sieci elektroniką, jak gąbka wodą – tylko w fabuła bardziej akcyjna. Post-postcyberpunkowy odpowiednik detektywa (pomaga ludziom, którzy pogubili się w nadmiarze danych) i śledztwo, które miało być banalne, a okazało się mieć drugie dno. Pytanie, co w epoce totalnej gamifikacji oznacza GAME OVER i czy chcemy to sprawdzić.
Dwa opowiadania Anny Kańtoch (Człowiek nieciągły i Okno Myszogrodu) to taki zajdlowy punkt równowagi chwiejnej. Z jednej strony autorka znana, lubiana, nagradzana, posiadająca swój twardy elektorat. Z drugiej teksty są aż dwa, więc głosy mogą się rozłożyć i dopomóc w zwycięstwu jakiemuś czarnemu koniowi. Przy czym tegoroczna wygrana Kańtoch średnio by mi się widziała. Oba opowiadania są dobre, ale brakuje im czegoś więcej. Nie wiem, może to po prostu sprawnie odrobione zadanie domowe (tematy: erotyczny kryminał oraz steampunk) zadanie i nic więcej, może są za krótkie, żeby wzbudzić jakieś napięcie.
Za to od napięcia kipią Drobnoustroje Piotra Mirskiego. Fabułę autor poprowadził dwutorowo: z jednej strony inwazja Obcych przeprowadzona w stylu Gatunku lub Końca dzieciństwa, z drugiej – realistyczna, obyczajowa historia z tu i teraz. Opowiadanie jest bardzo dobre, do tego cieszy fakt, że fandomici docenili prawie debiutanta (który miał wprawdzie kilka opowiadań na koncie, ale nie zdążył się odznaczyć w pamięci czytelników). Nie wiem tylko co począć z faktem, że bardziej satysfakcjonowałaby mnie interpretacja niefantastyczna, w której wątek inwazji jest ilustracją stanu psychicznego nie radzącego sobie z trudną ciążą dziewczyny narratora. To powinno chyba zmniejszać szanse na Nagrodę, ale w żaden sposób nie szkodzi Drobnoustrojom jako literaturze.
Drugi właściwie-debiutant, czyli Marcin Podlewski zaskoczył mnie. Rok temu na Polconie redakcja zapowiadała jego Edmunda po drugiej stronie lustra, jako nie lada opowiadanie. Nie tylko dlatego, że wygrał nim konkurs zorganizowany na trzydziestolecie pisma. Zachwyt miało wywoływać sprawne wykonanie pomysłu na świat, w którym moralność jest na opak, zło jest pochwalane, dobro karcone, a róża to chwast, którego nikt nie lubi. Sprawić, by takie założenie grało, zamiast zapaść się pod ciężarem narastających absurdów, nie jest łatwe. I Podlewski wybrnął, napisawszy opowiadanie w stylu wczesnego Huberatha. Co mnie ucieszyło, bo Huberatha lubię. Inni czytelnicy zresztą też.
Zaś klasyk i weteran, czyli Wojciech Szyda popełnił jedną z bardziej odjechanych wizji ostatnich lat. Miłośnikom new weirdu i dekadencji Popiołun powinien się spodobać: świat w radioaktywnych popiołach, miasto ludzi-ptaków, rytualne walki na ringu, nieśmiertelni arystokraci skupieni wokół resztek dającego wieczne życie narkotyku, morderstwa popełniane w ciemnych zaułkach dzielnic nędzy i zbliżająca się katastrofa. Szyda na pewno punktuje klimatem. Czy da mu to statuetkę – zobaczymy wieczorem szóstego września.

Po zeszłym roku, który omal nie zakończył się blamażem dla nagrody (nie mam nic przeciwko Jakubowi Ćwiekowi, ale cztery nominacje na raz to była przesada; na szczęście wygrał Wegner) tym razem jest bardzo dobrze. Wiem, że nikt już nie jest w stanie ogarnąć całości literatury fantastycznej w Polsce, ktoś więc został pominięty, dlatego życzę mu i jej zauważenia następnym razem. Ale tegoroczny zestaw jest naprawdę na wysokim poziomie. Żadnych kompromitacji i jeśli pokręciłem nosem nad Kańtoch, to tylko z powodu wysoko zawieszonej przez konkurencje poprzeczki. To naprawdę jest wybór najlepszej fantastyki, a nie, jak często to zajdlom zarzucamy, najpopularniejszej. Właściwie ebookowa antologię można spokojnie przetłumaczyć i puścić w świat pod tytułem The Very Best of Polish Speculative Fiction 2014. Przyniosłaby nam samych powodów do dumy.

czwartek, 12 lipca 2012

Nie wie lewica, co czyni prawica. I na odwrót.

Obiecywałem, że na moim blogu (raczej) nie będzie polityki. Nadszedł czas, ażeby wykorzystać możliwość zrobienia wyjątku, jaką daje mi "raczej". Zresztą wpis dojrzewał miesiącami.
Główna inspiracja pojawiła się jednak niedawno. Chodzi o artykuł Wyobraźnia po prawej stronie, który ukazał się w weekendowej rzepie. Zbieżność tytułu ze znanym tekstem Dukaja nieprzypadkowa.
Dominacja prawicowców w polskiej fantastyce to temat stary jak świat i trudno wymyślić cokolwiek nowego. Artykuł jest taki sobie, ot średnie stany Rzepy. Ale może posłużyć jako podkładka pod nieco szersze rozważania. W tym celu zalinkuję jeszcze Drugi obieg, gdzie jak zwykle pojawiły się głosy wybijające ponad przeciętny poziom dyskursu w fandomie. Jak chociażby teza agrafka, że prawoskrętność dotyka również wydawnictw (zwłaszcza teraz, kiedy po kolejnej ofensywie kryzysu wydaje się, że przeżyły już tylko Fabryka, Powergraph i NCK). Nie chcę tu oczywiście brutalnie wmawiać ludziom poglądy, z którymi się nie utożsamiają, więc z góry proszę o wybaczenie.
Już spojrzenie na najgłośniejsze nazwiska udowadnia pewien przechył w prawo. Ma on przyczyny historyczne znane chyba większości. Z jednej strony zaczytana w Zajdlu stara gwardia w rodzaju Parowskiego, Oramusa i Wolskiego (tego ostatniego nigdy nie rozumiałem), z drugiej strony młodsza o 10-20 lat ekipa Klubu tfurców, nie lubiąca wszelkiej komuny i zakochana w kapitalizmie.
Z drugiej strony od dłuższego czasu na prawym fandomie nie pojawiło się żadne nowe nazwisko. Ciągle ci sami: Pilipiuk, Grzędowicz, Komuda, Piekara, Ziemkiewicz (honorowo) itd. Był jeszcze Twardoch, on jednak wysiadł z tramwaju prawica na przystanku "śląska melancholia". Wielka szkoda, bo wnosił coś świeżego, a w końcu każde zamknięte towarzystwo zaczyna po pewnym czasie zjadać własny ogon. I to chyba dopadło prawicowych fantastów, którzy od lat nie wymyślili niczego nowego. Powstają kolejne tomy kolejnych książek, ale nie towarzyszy im żadna nowa idea. Świat rodzi nowe wyzwania dla literatury, a Pan lodowego ogrodu pozostaje taki sam, jak w 2005. A już wtedy wyglądał tak, jakby idea w nim tkwiąca istniała już w 1995. Szczęśliwie Jarosław Grzędowicz umie pisać; w przeciwnym razie skończyłoby się jak w opisywanej przed Dukaja książce Kempczyńskiego – repozytorium przeterminowanych pomysłów. Niestety, dobre pióro nie leczy z impregnacji. Wstyd było czytać, gdy Grzędowicz (ja ciągle o nim, bo to chyba najgłośniejszy reprezentant nurtu), konfrontując się z nowym problemem, robi jedno: wyśmiewa.
Drugim felerem fantastycznej prawicy, zamkniętej w niewielkim kręgu podobnych do siebie osób jest pomieszanie akcydensu z atrybutem, czyli spraw przygodnych z jądrem światopoglądu. Po prostu autorzy mimowolnie biorą własne kompletnie aideologiczne upodobania za ich część. Najlepszym przykładem są papierosy. Grzędowicz "uprawicował" je w następujący sposób: władza lewicowych biurokratów chce zmusić ludzi do zdrowego trybu życia, więc zakazuje im palić tytoń. Ergo: fajki są prawicowe.
Tymczasem ja uważam, że odwrót od tytoniu jest zjawiskiem społecznym. Jeszcze sto lat temu w urzędach i miejscach publicznych można było znaleźć spluwaczki (kto czytał Szweja, ten na pewno kojarzy). Spluwanie było czynnością typową dla dorosłych mężczyzn. Kobietom i dzieciom spluwać nie było wolno. Potem jednak spluwaczki zniknęły z życia publicznego. Uznano je za niehigieniczne, gdyż ślina roznosi choroby, oraz nieestetyczne. Obecnie pluje tylko margines społeczny. Identyczny proces zachodzi dzisiaj w przypadku papierosów, a to co fantaści-prawicowcy uważają za próbę wchodzenia władzy w prywatne sprawy obywateli, to po prostu zwykły populizm, sankcjonowanie czegoś, co dzieje się samo przez się.
Czyni mnie taka nieortodoksyjna interpretacja lewicowcem?


Lepszego obrazka nie miałem. Anime, a fe!
W tym miejscu mógłbym zakończyć wpis. Artykuł z Rzeczypospolitej opisywał, jak to prawica rządzi w polskiej fantastyce, ja natomiast spróbowałem pokazać, wcale nie jest tak dobrze, a kolos ma gliniane nogi. Koniec. Na szczęście pozostały jeszcze dwie części eseju Dukaja (2, 3), w których próbował wzmocnić lewą nogę fandomu. Musiał najwyraźniej przeczuwać, że może z tego nic nie wyjść, bo zaproponował też, by z jego koncepcji skorzystała i prawica (absorbując nowe idee, o braku których pisałem wyżej).
Lewicowej fantastyki (jako realnej siły) w Polsce nie ma. Był Pacyński, ale umarł, próbuje się podczepić Sapkowskiego, ale jego przynależność ideowa jest bardziej skomplikowana i zdefiniowanie jej pozostaje poza celami mojego wpisu. Są za to fandomowi lewicowcy, niezdolni (jak mi się na razie wydaje) do stworzenia literatury. Nawet nie takiej, która by coś odkrywała, ale zwykłej odpowiedzi na prawicową dominację.
Zachód przy nas to zupełnie inny świat. Mieville pisze marksistowskie fantasy, Stross przegania ze swojego bloga reakcjonistów – rozumiecie, czytelnicy? Są na świecie miejsca, gdzie słowo "reakcjnista" coś znaczy i nie wywołuje u słuchaczy napadów szyderczego śmiechu. Więcej, każdy może tam dolecieć samolotem!
A u nas nic. Żeby było jeszcze śmieszniej, fandomowi lewicowcy (tutaj disklajmer: piszę o tych, których mogę najłatwiej znaleźć w internecie, żadnych badań nie prowadzę) szczycą się uwielbieniem dla nowoczesnych technologii, ale jednak nie potrafią wykorzystać z Amazon Kindle, aby przetransferować lewoliteraturę nad Wisłę.
Może właśnie o opozycję nowoczeność-tradycjonalizm się rozchodzi. Wyrażanie prawd i intuicji o świecie przy pomocy literackiej fikcji to rzecz dawna, a szczyty osiągnęła w XIX-wiecznej powieści. Dlatego w Polsce literatura fantastyczna jest prawicowa, bo ma korzenie w zanurzonej przeszłości. Zachód natomiast z jego Strossami i Mieville'ami paradoksalnie są na wcześniejszym etapie niż my. Tkwią jeszcze w imperializmie, po nas przeszła już z definicji nieuchronna Rewolucja. Wkrótce Nieuchronna przetoczy się przez syty Londyn i Nowy Jork, a literatura fantastyczna zniknie. Jak ktoś widzi w tym pomysł na futurologiczne opowiadanko, to może pożyczyć – nie zabraniam.

Co robi więc fantasta-lewicowiec, skoro, jak wykazałem, literatura to forma ekspresji przynależąca do prawaków? Żywiołem jego jest teraźniejszość. Przeszłość pomija z powodów już wyjaśnionych wcześniej, przyszłość niebezpiecznie kojarzy się z Wiecznością (albo Chruszczowem zapowiadającym komunizm na za 20 lat). Trollerka, prowokacja, mem (być może za 100 lat będziemy wspominać Dukaja za wprowadzenie tego pojęcia do języka polskiej lewicy internetowej), wielki szyderczy LOL i szybki wjazd na Terlikowskiego.  Czasem przynosi to wspaniałe efekty, w końcu akcję, dzięki której polski satelita będzie nosił imię Lema zainicjował znany w towarzystwie osakana. Niemniej lewica celuje w happeningu i pielęgnowaniu stylu, a literatura do żadnego z obu po zwyczajnie nie pasuje.
Lewicowcy, mimo wszystkich różnic, w niektórych aspektach przypomina prawicę. Dolega im dokładnie takie samo nierozróżnianie atrybutu i akcydensu. Za atrybut uznali brodę. I wąsy. Oraz sandały – koniecznie ze skarpetami. Brodato-sandalasta figura buca, której nienawidzą i której się lękają tak ich opętała, iż nie dostrzegają, że wizerunek zamienił się w swoją karykaturę. Mamy 2012, najbardziej niebezpieczni z prawicowców są na etapie doboru poszetek pod kolor krawata. Jedynym większym skupieniem prawicowców, które hołduje stereotypowi brodacza są zapóźnieni fandomowcy. A i oni do niej nie pasują całkowicie, bo arcywróg Jarosław Grzędowicz goli się gładko. Co więc robię lewicowcy? Zamiast postąpić rozsądnie i porzucić umarłą metaforę, brną w nią dalej.

Fascynująca jest jeszcze u lewicowców-fantastów atencja, jaką darzą Jacka Dukaja. Przed laty na jego tekst zareagował jedynie (negatywnie) Grzędowicz. Powtórzenie jego tez przez dziennikarza Rzeczypospolitej (z podaniem źródła!) od razu wywołuje głosy obruszenia. Że nie, bo Sapkowski, Jabłoński i Pacyński świętej pamięci, że trololo, wybiórcze zestawienie naciąganych faktów, na każdego prawaka znaleźlibyśmy tuzin lewaków, gdyby tylko nam się chciało, a poza tym w zeszłym roku Wojciech Orliński puścił opowiadanie. Dowodzi to, jakiej nietykalności dorobił się Dukaj. Pamiętajmy przecież, że swego czasu Tomasz Piątek zdemaskował go jako neoliberała. Całkiem trafnie, jeżeli pominąć szczegóły oraz styl wrednego donosu. W samej Wyobraźni po prawej stronie można znaleźć kilka kompromitujących autora cytatów: od pochwały Weekendu w Spestreku po stwierdzenie, że obciachowa SF lat 90, strasząca Unią i eutanazją miała silne podstawy w rzeczywistości.
Czyżby więc lewica w fantastyce jest tak słaba, że wspiera neoliba, giełdowego dorobkiewicza, w nadziei, że obroni ich przed Pilipiukiem i Grzędowiczem? Zgroza.
No chyba, że wbrew pozorom z lewakami wszystko okej, a Dukaja lubią za dobrą prozę bez względu na ideologiczne podteksty.

Ale znalazłem! :-* Rainbow Dash!
Wypada kończyć. Co dodać? Prawica powoli wymiera, lewica nigdy się nie rozmnoży. Wygra bezideowość. Polityczne intencje w fantastyce będą niemile widziane, bo "polityka" stanie się przeciwieństwem słowa "normalność", a na nic fandom nie jest tak przeczulony, jak na podkreślaniu swojej normalności.  Odejdą w niepamięć stare spory, nastanie pokój i dobro, a w wypalonych przez wojnę ruinach gniazda uwiją pierwsze jaskółki. Czego wszystkim życzę.


Postscriptum: jeżeli ktoś wybiera się na tegoroczną Avangardę, to będzie miał okazję wysłuchać wystąpienia prawdziwego prawicowca z PiS – Przemysława Wiplera. Nie wiem, czy to będzie osobna prelekcja, panel, czy coś innego, ale myślę, że warto się wybrać. Wipler to nie byle poseł z ostatniego rzędu, dał na wizji kuksańca Hofmanowi. Czyli zrobił coś, na co pozwala sobie tylko Kaczafi. Do tego chyba zna się na fantastyce, w każdym razie głośno złorzeczył na zakończenie trzeciego Mass Efectu.