Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lem. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 listopada 2017

W poszukiwaniu L-fantastyki (2: stare komuchy)

Drugą część naszego wesołego cyklu miałem zacząć od powtórzenia znanej opowieści o tym, jak w latach 80 fantaści walczyli z systemem. Ponieważ jednak głupio po wiele obiecującym wstępie zacząć powtarzać rzeczy powszechnie znane (nawet jeśli pojawi się parę nowości), trochę pozmieniam kolejność rozdziałów. Dziś niczym wprawny lustrator z IPN przejrzymy archiwa polskiej fantastyki, żeby znaleźć ukrytych komunistów.
Bo trochę ich było.
Nie jest bowiem tak, że nasi autorzy byli jak jeden mąż opozycjonistami (albo przynajmniej siedzieli na emigracji wewnętrznej). Istnieli przecież i byli wydawani w sporych nakładach autorzy o poglądach lewicowych. Sęk w tym, że nie byli opozycjonistami, ale ludźmi popierającymi władzę, bądź uznającymi, że żyją w najlepszej z możliwych z Polsk i buntowanie się byłoby nierozsądne.
Miesięcznik Fantastyka nie powstałby, gdyby nie znalazł się akceptowany przez władze kandydat na redaktora naczelnego. Do tego trwał stan wojenny. Parowski miał zakaz obejmowania stanowisk kierowniczych, Oramus tak samo, a Jęczmyk był ściganym listem gończym bojowcem Solidarności walczącej. Wybrano więc Adama Hollanka, członka partii, dziennikarza Trybuny Ludu i — sensację tę usłyszałem od Andrzeja Pilipiuka — kandydat do Rady Państwa. Poza tym był człowiekiem nad wyraz porządny, nie robił problemów kolegom, pomagał, kiedy mógł i po latach wszyscy, którzy z nim pracowali w F, mieli sobie za złe, że go nie docenili, zamiast tego obmawiając go brzydko za plecami.
Podobną rolę, tylko w fandomie poznańskim, odegrał Czesław Chruszczewski. Dziś jest zapomniany zarówno on, jak i jego twórczość, ale ruch fanowski miałby o wiele trudniejszy start, gdyby nie zaprzyjaźniony fantasta z legitymacją partyjną w kieszeni. Dzięki niemu udało się zorganizować Eurocon '76, oraz rozpoczęto starania o zgodę na powstanie ogólnopolskiego miesięcznika Science Fiction (ostatecznie pierwsi byli warszawiacy z Fantastyką).
Trzecim wreszcie ważnym peerelowkim lewicowcem jest Bohdan Petecki. Jest też najmniej zapomniany, co oznacza tyle, że po latach zapoznania jego książki wznowiono w niskonakładowej serii Solarisu. Powstał też facebookowy profil promujący pisarza. Za życia Peteckiego spotkała kontestacja ze strony nastawionej antypeerelowsko załogi Fantastyki. Mówiąc prościej: Parowski, Oramus i spółka uważali, że bohaterowie Peteckiego, twardzi przedstawiciele Ziemi posyłani tam, gdzie naukowcy znowu natrafili na coś, co ich przerasta, zbyt przypominali kosmicznych ubowców, zamiast pilotów Pirxó. Petecki wiedział o tej niechęci. W wywiadzie udzielonym Markowi Żelkowskiemu powiedział: jestem i zawsze byłem z przekonania lewicowcem (z wszelkimi rozsądnymi zastrzeżeniami), czego nie ukrywałem i nie ukrywam, więc może obecni wydawcy odżegnują się ode mnie jako od reliktu.
Po drugie są jeszcze lata 50. Dla jednych to pewnie martyrologia i grzebanie w przeszłości, ale ja uważam, że nie da się zrozumieć wielu rzeczy w polskiej kulturze bez socrealizmu i Października. Tak samo z fantastyką. Opowiadając na zeszłorocznym o komunistycznych utopiach tamtego czasu tłumaczyłem, że nie wiadomo za bardzo, kiedy brać ich autorów na poważnie, a kiedy nie. Dziś przeważnie uważa się, że pokłony socjalizmowi w powieściach SF z tamtej epoki były wymuszone. Tak też je czytano: zawierający obowiązkowy opis komunistycznej utopii rozdział pierwszy przebiegano wzrokiem — prawdziwa kosmiczna przygoda zaczynała się dopiero od drugiego.
Czy jednak na pewno? Głównonurtowcy po latach przyznawali się, że wierzyli, że dali się porwać magii systemu. Wierzyli. Starzy i młodzi, przedwojenni lewicowcy sympatyzujący z PPS i spółdzielczości oraz przedwojenni narodowcy z RNR Falanga. Spokojnie więc można zastanawiać się, czy nie było to zjawisko spotykane także wśród fantastów. U Lema w Astronautach i Obłoku Magellana komunizm jest dość pretekstowy (przyznawali to nawet krytycy z epoki) ale nie przeszkodziło to jednemu z lewicowych profili na Facebooku cytować je w tonie raczej nie prześmiewczym.
Bardziej interesująco przedstawia się kwestia Zagubionej przeszłości Borunia i Trepki. W wydaniu 1954 możemy znaleźć potępienia nazistowskiej teorii weissmanizmu-morganizmu (czyli genetyki) czy bardzo ostre akcenty antyreligijne (w świecie, w którym żyją bohaterowie Biblia uczy, że Bóg stworzył ludzi na obraz i podobieństwo swoje, aby władzy państwowej, z jego łaski ustanowionej, posłuszni byli i szczęśliwie żyli w Celestii. Aby im ulżyć w pracy, darował im Murzynów w niewolę po wsze czasy).
Po 1956 autorzy złagodzili wiele opisów, zmodyfikowali zakończenie oraz usunęli pochwały łysenkizmu, ale główna oś powieści pozostała niezmienna. Jedna najważniejszych polskich książek SF, prekursorska wobec Non-stop Aldissa i całego nurtu fantastyki socjologicznej lat 80., opowiada o społecznej rewolucji w enklawie amerykańskiego imperializmu. O ludziach cierpiących pod tyranią kapitału (nazwiska celestiańskich potentatów zapożyczono od autentycznych milionerów z przełomu XIX i XX wieku — ale miałem ubaw odnajdując ich na kartach Ludowej historii Stanów Zjednoczonych Zinna). Jest przy tym pod wieloma względami lepsza (mimo pewnych naiwności) od czegokolwiek, co napisał w tym temacie Mieville, a to, co się w niej zestarzało, nabrało klimatu retro. Nic tylko czytać.

P.S.: W międzyczasie swój kamyk do stosiku wrzucił dr Napiórkowski, znany szerzej jako twórca bloga Mitologia współczesna. Dopiszcie go sobie do listy, którą podałem w pierwszym wpisie.

środa, 15 lutego 2017

Lewa ręka ciemności albo arcydzieło

Wpis jest czwartą częścią wyzwania czytelniczego, w którym bierzemy pod lupę powieści Ursuli Le Guin zgromadzone w omnibusie Sześć światów Hain. Szczegóły u pomysłodawczyni.

1. Jak sfilmować Lewą rękę ciemności? Wg. wiki były takie przymiarki. Jak w ogóle pokazać odmienność mieszkańców Gethenu? A trzeba by równolegle pokazać zarówno ich rzeczywistą inność, jak to, ile tego rodzi się w głowie mobila, interpretującego to, co widzi w świetle przyzwyczajeń przywiezionych z Ziemi. Chyba jedynym sposobem byłoby sklonować Davida Bowiego i Tildę Swinton (oglądaliście Orlando?). Nie kojarzę nikogo innego, kto miałby fizyczne warunki jednocześnie grać "w pozycji neutralnej" i wychylać się od niej w kierunku fizycznej kobiecości/męskości. Bez tego zespsulibyśmy film kabaretowymi przebierankami.
Innym rozwiązaniem byłby teatr. Np. Teatr Telewizji. Fantastyka na deskach się udaje, przykładem klasyczna Paradyzja z Opanią, czy niedawne Ascendium poznańskiego Teatru u przyjaciół. Nawet zacząłem sobie układać w głowie własną wizję inscenizacji. Nie przedstawiała się źle.

2. Uchodzi to przeważnie uwadze, ale Lewa ręka ciemności to świetna powieść przygodowa. Taka w starym stylu, kiedy oznaczało to historię ludzi, którzy trafiają w jakieś dzikie, egzotyczne miejsce, w którym muszą zmierzyć się z przeciwnościami losu, przyrodą nieożywioną, wrogami, przejść próba charakteru. Taki rytuał przejścia rozpisany w atrakcyjnej fabule. Warto o tym pamiętać, bo po małej rewolucji, jaką urządziło nam kino nowej przygody, zaczęliśmy ten podgatunek kojarzyć z awanturniczą rozrywką i ciętymi ripostami. W Lewej ręce ciemności nie ma akcji rodem z Indiany Jonesa. Za to cała druga połowa, aresztowanie Genly'ego, obóz, ucieczka, marsza przez lodowiec są w duchu przygodówek z czasów książek Jacka Londona i wyprawy Nansesna. Przy okazji pytanie: czy Le Guin miała dostęp do literatury łagrowej? Archipelag GUŁag ukazał się dopiero w 1973, ale angielskie wydanie Innego świata Herlinga-Grudzińskiego (pod tytułem A World Apart) to lata 50. Zawsze jest możliwość, że Le Guin wymyśliła Kołymę od podstaw, ale miło byłoby mieć świadomość, że literatura polska miała jakiś wpływ na jedno z arcydzieł fantastyki naukowej.

3. Jeśli w ręce wpadnie wam Fantastyka i futurologia, to koniecznie zerknijcie na fragment o Lewej ręce ciemności. Już sam fakt, że Mistrz wspomina o dobrej fantastyce (z książki można wyrobić sobie wrażenie, że Lem celowo wybierał słabe książki i opowiadania, o których dziś nikt już nie pamięta, tylko po to, żeby się popastwić) jest czymś wyjątkowym, a tu jeszcze są dodatkowe kontrowersje. Otóż Lemowi tak bardzo spodobał główny pomysł, że żądał go jeszcze więcej:
Utwór, zasługując na uznanie, zadowala się, niestety, potraktowaniem „innego seksualizmu” Getheńczyków jako zjawiska raczej egzotycznego aniżeli ontologicznego. Tymczasem waga ukazanej intrygi „planetarno-politycznej” jest niewspółmierna z doniosłością „innego seksu” (...) Uczestnictwo Gethenu we Wspólnocie [tj. Ekumienie - przyp. Ziuta] jest, zapewne, zwycięstwem koncepcji pokojowego współistnienia i harmonijnej współpracy nad ideą izolacjonizmu, ale to pozytywne rozwiązanie dylematu stanowi rzecz wprawdzie moralnie zacną, lecz poznawczo banalną. Daleko ciekawsze byłoby prześledzenie wszystkich konsekwencji natury psychologicznej, obyczajowo–kulturowej, socjalnej i wreszcie metafizycznej, wywalanych odmienną niż ludzka płciowością; lecz to zadanie spełnia powieść niedostatecznie.
Lemowe wywody to w moim wydaniu FiF ponad cztery strony maczkiem postulatu, by napisać Lewą rękę... od nowa. Można się zastanawiać, jak wtedy by wyglądała (mnie totalność wizji skojarzyła się z Dukajem). Można pośmiać się z Lema, który w życiu napisał coś ze trzy postaci kobiece (z czego jedna jest męską fantazją, a druga - robotem), że poucza znacznie bardziej doświadczoną koleżankę w tematach, na których się nie zna. Ja zwrócę uwagę na jedno. Lem kwestię pokojowej współpracy, pacyfizmu, równości społecznej itp. przyporządkowuje do kategorii moralnie zacnych, lecz poznawczo banalnych.
Zasadniczo męczy mnie coroczna awantura o Nagrody Hugo (jedno i drugie krótkie streszczenie). Jedną z najstraszniejszych rzeczy, jakie mogłyby się przydarzyć polskiej fantastyce, gdyby ktoś postanowił przenieść konflikt nad Wisłę. Miejmy nadzieję, że nigdy się to nie stanie. Ale wyobraźcie sobie taki zabawny świat, w którym w jednym, obok smutnych i wściekłych szczeniaczków, szeregu stają lemowskie szczeniaczki. Robią minę obrażonego jamnika i oświadczają: drodzy progresywni autorzy. Szanowne i szanowni SJW. Szanujemy książki, które wydaliście w zeszłym roku. To rzemieślniczo sprawna proza. Doceniamy przesłania, które staraliście wyrazić. Są moralnie zacne. Ale wasze książki są jednocześnie poznawczo banalne. Są tą mniej ważną częścią Lewej ręki ciemności. Postulują słuszne rzeczy zamiast być wkładem w empiryczną filozofię człowieka poznającego się w innym wcieleniu, dlatego nie zasługują na najważniejszą fantastyczną nagrodę literacką.
To byłaby dopiero awantura! Tylko jednak o tyle dobra, że dotycząca pryncypiów, a nie tego, że komuś nie podoba się, że SF jest inna niż w starych dobrych czasach (które stare dobre czasy są wytworem wyobraźni, a nie realnym miejscem w czasoprzestrzeni).

4. Wszystko to jednak tylko drobnostki składające się na fakt, że Lewa ręka ciemności jest arcydziełem. Przede mną jeszcze wiele książek Le Guin, powieści i opowiadań, przede mną Słowo las znaczy świat i Wydziedziczeni, przede mną cały grubaśny Rybak znad morza wewnętrznego, więc powinienem uważać na ostre deklaracje i nisko latające kwantyfikatory, ale i tak jestem przekonany, że nawet samej autorce trudno będzie przeskoczyć poziom Lewej ręki... Czy nawet się z nim zrównać.
Jeszcze większa zadanie stoi przed innymi pisarkami i pisarzami chcącymi pisać fantastykę na tematy płci i seksualności. Mirosław Obarski, redaktor antologii Kroki w nieznane, narzekał kiedyś, że takiej genderowej SF powstaje bardzo dużo, rzadko jednak trafia na tekst, który niósł by ze sobą coś więcej, niż deklarację, że temat leży autorce/autorowi na sercu. Nie wiem czy tak jest faktycznie, aż nie orientuję się w anglosaskim rynku. Jednak jeśli Obarski ma w sercu Lewą rękę... (a na pewno ma), to trudno będzie go zadowolić. Mnie też byłoby trudno. Znajdzie książkę, która tak ciekawy i złożony temat rozpracowuje równie elegancko. Współczesny odpowiednik Le Guin pisałby agresywniej, wręcz krzycząc. A tu mamy prozę cichą, wręcz pod tym względem staroświecką (wielkie dzięki dla Shee za to jedno słówko, nie wymyśliłbym lepszego).

poniedziałek, 11 lipca 2016

Rozczarowania i nadzieje

Po krótkiej przerwie wróćmy do Lema. Jego nie da się załatwić jednym wpisem. Do tego wciąga i po jednej książce masz ochotę na drugą. Wziąłem więc Opowieści o pilocie Pirxie. Ostatnie z opowiadań, Ananke, rozpoczyna się pamiętnym opisaniem rozczarowania. Rozczarowania przez Mars, który zamiast ósmego cudu (wszech)świata, okazał się, jak pisze Lem, uosobieniem strasznych złudzeń. Wręcz symbolem klęsk, straconych nadziei i zwykłego oszustwa, któremu uczeni i marzyciele ulegali od stu kilkudziesięciu lat. Żadnych kanałów, tylko płaska równina, zalana słabym światłem dalekiego Słońca i dwoma mikroskopijnymi księżycami na niebie. W porównaniu z Marsem Księżyc był nawet przytulny, komentuje Lem i dodaje, że Pirx nie znosił Marsa. To wielkie rozczarowanie nie jest, wbrew temu co myśli pilot (w opowiadaniu już komandor), jego osobistym uczuciem. Wpływa również na innych ludzi, doprowadzając do tego, że projekt budowy drugiego portu marsjańskiego jest tym, czym jest: chaotycznym skupiskiem nadmuchiwanych kopuł, stosów pak, kontenerów i zasobników zrzucanych jak popadnie z pasów transportera.
Te minorowe opisy uderzają tym bardziej, że stoją w kontraście do poprzednich opowiadań. Kiedy Pirx jest młodym, niedoświadczonym pilotem, kosmos żyje. Latają małe statki Patrolu i wielkie transgalaktiki. Tłumy turystów, naukowców i pracowników floty przewijają się przez węzeł komunikacyjny na Księżycu. Podbój kosmosu zaszedł tak daleko, że armatorzy ściągają z Pasa stare wraki, żeby załatane i naprawione posłać do obsługi ciągle wołającego o nowe rakiety ruchu towarowego. I jasne, wiem że Lem zostawił w cyklu o Pirxie mnóstwo drobnych nieścisłości, z czego zresztą sobie zdawał sprawę. Ale tak wielka zmiana nie może zostać zbyta wzruszeniem ramion.
Nie wynika ona z przypadku. Lem był poważnym pisarzem SF w starym stylu. Uważał, że jego obowiązkiem jest tworzyć w oparciu o aktualny stan wiedzy i aktualne prognozy (które oczywiście nie muszą się spełnić, ale są stawiane w zgodnie z regułami sztuki). Spójrzcie, że aż trzy jego książki Eden, Solaris i Niezwyciężony – zdają się być umiejscowione w tym samym uniwersum. Ani razu nie pada chociaż jedno słowo mogące je powiązać, ale podobieństw jest sporo. Od strony technicznej lotów międzygwiezdnych, przez fakt używania przez ludzi zaawansowanych automatów, aż po to, że życie w kosmosie jest powszechne, ale kontakt z jego inteligentnymi przedstawicielami zawsze bardzo trudny, jeśli nie niemożliwy. Wprawdzie w równolegle pisanym Powrocie z gwiazd Lem napisał coś innego, lecz jest to świadomie wygłoszone zdanie odrębne – czyli znowu coś mieszczącego się w ramach poważnego projektu intelektualnego.
Dlatego taka nagła zmiana paradygmatu w Ananke zdumiewa. Coś musiało się zdarzyć, że Lem przekreślił podstawy świata nakreślane przez poprzednie 300 stron. Tym czymś był lot sond Mariner 6 i 7. Wprawdzie już Mariner 4 przesłał niepokojące obrazy (bo same kratery), ale marsjańskie dane, które uczeni NASA otrzymali (zresztą kilka dni po triumfalnym lądowaniu Apolla 11 na Księżycu) od szóstki i siódemki były przygnębiające. Otrzymaliśmy znakomite obrazy – wspominał jeden z uczonych znacznie lepsze, niż mogliśmy oczekiwać jeszcze kilka lat temu, ale co na nich widać? Monotonny krajobraz wymarły jak ptak dodo. Nie ma czego szukać.
Podwójna misja Marinerów to 1969,  Ananke ukazała się w 1971. Gdyby Lem zignorował najnowsze odkrycie uczonych i pisał jak po staremu, bo lubił świat Pirxa i jego założenia takimi, jakimi je wymyślał w 1959, albo licząc, że może coś się odmieni, sprzeniewierzyłby się temu, co uważał za obowiązek pisarza fantastyki naukowej.
Dziś autorzy fantastyki do założeń i reguł podchodzą swobodniej. Raczej dobierają je pod myśl, którą chcą wyrazić i opowieść, którą chcą opowiedzieć, niż na odwrót. Nikogo więc nie powinno dziwić, że ktoś skacze od postapo do spece opery, czasem skacze do fantasy, a nade wszystko lubi wszelkie retro. Bo retro to wielkie mrugnięcie okiem na znak, żeby nie brać obrazu świata na poważnie.
Przyczyny takiej zmiany w myśleniu były dwie. Po pierwsze nie sprawdziły się przewidywania futurologów. Oczywiście dobrze, że jeszcze mamy jakieś surowce i nie zamarzliśmy w zimie nuklearnej, ale akurat te prognozy miały być ostrzeżenie. Futurolodzy obiecywali mieli również program pozytywny (od kolonii w kosmosie po pokój na świecie), który się nie spełnił. Nic dziwnego, że światek SF zaczął patrzeć sceptycznie na wszelkie pewniki i oczywistości.
Po drugie – postmodernizm. Potocznie to słowo kojarzy się głównie z humorystycznym fantasy i żonglowaniem cytatami z popkultury, ale naprawdę to nurt w filozofii, z którego wynikają poważne wnioski. Postmodernizm podważył racjonalność dyskursów, stwarzając świat, w którym nie ma dążenia w starym stylu do prawdy, ale gra narracjami (takie wytłumaczenie problemu podawał Tony Judt). Ze świata intelektualistów postmodernizm przeszedł na autorów i autorki SF. Robot czy kosmos przestały być propozycją, ale stały się rozgrywką. Robot bije smoka, smok karetę hakerów.
Należy jednak wspomnieć o czymś jeszcze. Dosłownie rok po tym, jak Lem wyraził swoje rozczarowanie Marsem, na Mariner 9 sfotografował fragmenty planety do tej pory niebadane z bliska. Zamiast kraterów kamera uchwyciła wulkany tarczowe, wielki kanion i ślady płynącej wody. Po Marinerach czerwoną planetę odwiedzały Vikingi, Pathfinder, czy łaziki Spirit i Opportunity. Znaleziono zamarzniętą wodę gruntową i wodę ciekłą. To, co mistrz miał za ponurą, burą równinę, okazało się fascynującym światem. Po latach wróciła moda na SF. Znajomy prawnik specjelizuje się w górnictwie asteroidalnym. Dzieje się.
Morał taki, że nie należy się zrażać, bo wszechświat jest zbyt ciekawy na pesymizm. Jeszcze tam dolecimy.

niedziela, 19 czerwca 2016

Conrad w kosmosie

Fajnie od czasu do czasu wrócić do książek, które czytało się dawno temu. Najlepiej zaklepać dla nich do 10% mocy przerobowej   to chyba w sam raz proporcja, żeby starczyło i na powroty, i na literacki marsz przed siebie. Dla mnie autorem, do którego wracać należy przede wszystkim, jest Lem. Od niego zaczynałem czytanie książek fantastycznych. Chodziłem do szkolnej biblioteki i wybierałem: trylogię Żuławskiego, K jak kosmos Bradbury'ego, Piknik na skraju drogi i Lema właśnie. Oczywiście czytanie takich rzeczy w wieku 12 lat oznacza, że można trafić na treści dla nieco starszych. Astronauci byli w sam raz młodzieżowi (co autor sobie potem wypominał), ale już z Solaris rozumiałem tylko otoczkę, zaś w Pamiętniku znalezionym w wannie rozumiałem tylko wstęp. Od Wizji lokalnej się odbiłem, a Pirxa, jak przystało na lekturę dla klasy szóstej szkoły podstawowej, polubiłem dopiero na studiach. Jest jednak jedna książka Lema, która wtedy wciągnęło mnie bezwarunkowo od pierwszego zdania, a miłość do niej trwa po dziś: Niezwyciężony.
W lemowej bibliografii Niezwyciężony zajmuje specyficzne miejsce. Dość powiedzieć, że jeśli Solaris i Cyberiada to arcydzieła i klasyki, Summa z Golemem są pożywką dla filozofów, Ijon Tichy doczekał się sporej liczby filmów o sobie, a Opowieści o pilocie Pirxie z niewiadomych przyczyn wpadły w oko ministerstwu edukacji, tak dziejom misji największego krążownika, jakim dysponowała baza w konstelacji Liry, przypadło miejsce w ławce rezerwowych. Ot taka książka, która na dźwięk hasła Lem przychodzi na myśl dopiero po chwili. Pomimo tego jednak Niezwyciężony ma oddaną grupę zwolenników, do której mam przyjemność się zaliczać.
Przede wszystkim Niezwyciężony, mimo niewielkiej objętości, to powieść bogata w szczegóły. A wiadomo, że żyjemy w czasach nadmiernego analizowania tekstów. Dotyczy to zarówno naukowców, jak i czytelników. Czytelnicy najczęściej badają tekst słowo po słowie szukając zaczepów pod rozszerzenia. Furtek pod ewentualne kontynuacje, luk, które można uzupełnić fanfikiem albo po prostu poszlak pozwalających na rekonstrukcję tych części świata przedstawionego, których opisu autor poskąpił. W przypadku Lema chyba tylko Opowieści o pilocie Pirxie nadają się do tego typu zbaw lepiej od Niezwyciężonego.
Zastanówmy się, co wiemy o tym świecie. Po pierwsze, eksploracja kosmosu zaszła daleko i przybrała kształt kojarzony ze space oper i military SF, skoro ludzkość umieszcza w odległych systemach bazy, w których stacjonują gwiezdne krążowniki. Przekroczono prędkość światła, skoro dystans jednego parseka dzielący Bazę i Regisa III Niezwyciężony pokonał w rok. Z drugiej strony nie wynaleziono lepszego środka komunikacji bezprzewodowej od fal elektromagnetycznych. (u takiego Peteckiego bohaterowie używali do tego tachionów). Lem umieścił dość danych, by można się było pokusić o naszkicowanie mapki świata. Regis III znajduje się raptem 16 lat świetlnych od Dzety Liry (czy właściwie Lutni, bo taka jest polska nazwa gwiazdozbioru). Są dwie gwiazdy o takiej nazwie: ζ1 Lyrae znajduje się 154 lata świetlne od Ziemi, zaś ζ2 Lyrae nieco bliżej, bo 150 lat świetlnych. Jeśli dodać do tego odległą o sekundę paralaksy (parsek), czyli 3,26 roku świetlnego. Ponadto Rohan był na Delcie Lutni. To znowuż dwie gwiazdy, kolejno i 1079 i 898 lat świetlnych. Razem daje to ogólne wyobrażenie o skali podboju kosmosu, ogromie białych plam (skoro bywają na delcie, a okolice kilkukrotnie bliższej dzety są jeszcze nie do końca poznane). W takim przestworze kosmosu Ziemianie musieli nie raz ścierać się wrogą przyrodą na obcych planetach, skoro Niezwyciężony jest aż tak potężnie uzbrojony. Prawdopodobnie dochodziło również do kontaktów z życiem inteligentnym, skoro fakt istnienia w bliskiej gwiazdowej okolicy śladów po wymarłej cywilizacji Lyran jest czymś, o czym można nie pamiętać od razu.
Każdy inny pisarz zrobiłby z tego cykl.
Tym bardziej, że Niezwyciężony to bardzo akcyjna powieść. Chyba jedyna taka w twórczości Lema. W innych książkach dynamiczne sceny były przeważnie chwilami wytchnienia między jedną, a drugą żywiołową refleksją. Tu proporcje są odwrotne. Cieszy to tym bardziej, że klasyczna powieść przygodowa jest gatunkiem na wymarciu. Podobnie jak przygodowy film. Gdzieś w latach 80 wygrała beztroska awantura w stylu Indiany Jonesa i trudno dziś spotkać na serio napisaną historię o ludziach, którzy gdzieś na odludziu muszą zmierzyć się z ogromem przyrody i własnymi słabościami. Pod tym względem Lem napisał przygodówkę spod znaku Londona i Curwooda.
Oraz Conrada.
I to jest trop, którego nie zdołałem wygluglać, więc jest chyba w miarę oryginalny. Kiedy pyta się o nawiązania do Josepha Conrada w SF, najczęściej padają tytuły Serca mroku Dukaja i Tajemnego gościa Silverberga. Do tego dodać jeszcze nazwy statków – Nostromo i Sulaco – z uniwersum Obcego. O Lemie się nie wspomina.Tymczasem Niezwyciężony to wybitnie conradowska rzecz. Horpach, twardy, ale trochę służbista, to krewniak kapitana McWhirra z Tajfunu. Z kolei Rohan to ten sam młody oficer marynarki przechodzący próbę charakteru, co bohaterowie Tajfunu, Smugi cienia, czy  Lorda Jima. Cała sytuacja wygląda podobnie. Rohana ocala bezmyślność i brak reakcji w obliczu niebezpieczeństwa, więc jeszcze raz musi się się zmierzyć, by dowieść swojej wartości. Wreszcie do kompletu porównań dorzuciłbym Jądro ciemności. W klasycznym tłumaczeniu Zagórskiej to podobno znika, ale – jeśli wierzyć znajomemu angliście, który się ze mną podzielił tym odkryciem – w oryginale kongijska dżungla, dzika, żywa i mroczna bardzo przypomina nekrosferę Regisa III.Tak więc literatura polska zatoczyła małe kółko i dwaj najbardziej znani za granicą polscy autorzy okazali się mieć sporo wspólnego.

czwartek, 17 września 2015

Na Pulpozaurze o Lemie

Prelekcję o filmowych i telewizyjnych adaptacjach utworów Lema wygłosiłem dwukrotnie:w maju na Smokonie i w sierpniu na Polconie. Teraz, jak obiecałem, jej spisana wersja pojawiła się na Pulpozaurze.
Na blogu zaś wrzucę dwa bonusy – krótkometrażowe animacje, o których nie wspominałem na Serialkonie, dodałem je do poznańskiej wersji prelekcji i znowuż usunąłem z pulpozurowej, bo trochę kłóciła mi się z porządkiem tekstu.

  1. Maszyna Trurla (1975, reż. Jerzy Zitman)
  2. Z dzienników Ijona Tichego. Wyprawa na Enteropię (1986, reż. Giennadij Tiszczenko) – niniejszym czyniąc Dzienniki gwiazdowe ulubioną lemowską pozycją filmowców. Bo patrzcie: dwa sezony niemieckiego serialu (plus dwie studenckie krótkometrażówki, których nie widziałem), Kongres Folmana oraz cała masa widowisk telewizyjnych, polskich radzieckich oraz niemieckich, do których nie miałem jak dotrzeć. Jest więc co oglądać.

wtorek, 4 marca 2014

Gus Fring i android Calder, czyli o nie-ludziach

Przedwczoraj pisałem na przykładzie Detektywa o tym, jak w miejsce Zorro, Robin Hooda i Janosika stał się cynik-nihilista. Nawet jeden z zarzutów stawianych nieudanym Muszkieterom BBC jest taki, że trzej bohaterowie są zbyt mili i szlachetni, a nie jak Pan Bóg przykazał, mroczni, brudni i źli. Wszystkie te filmy i seriale przekazują nam następującą prawdę: pozbawiony złudzeń i uczuć (poza uczuciem odrazy do posiadających uczucia) to nadczłowiek. Pan sytuacji, król świata. Genialny strateg, który – kiedy inni pozwalali, by decydowały za nich sentymenty i emocje – opracował Plan.
Zaś jeśli miałbym wybierać, to mistrzem planowania był Gustavo Fring z Breaking Bad. Wiem, że BB skończyło się dawno temu i nikt o nim pewnie już nie pamięta, ale postać Gusa jest bardzo ważna. Był bowiem zgodnie z wyłuszczoną powyżej teorią nie do pokonania. Rozgrywał wszystkich na pięć ruchów do przodu, a kiedy pod koniec czwartego sezonu Walter z Jessem próbowali się od niego uwolnić, nie mieli szans. Choć Walter był ponadprzeciętnie inteligentny i potrafił kłamać jak z nut, dawał się ponosić emocjom i to rozbrajało podczas konfrontacji z nie-człowiekiem.
Jedynym, jak się okazało w finale sezonu, sposobem na pokonanie Gusa było znalezienie u niego chociaż jednego ludzkiego odruchu. I miał taki. W dawnych czasach bowiem był całkiem ludzki, ale zmienił się, gdy Salamankowie zabili jego pierwszego chemika (i – jak się delikatnie sugeruje widzowi – kochanka). I jedynym ludzką emocją Fringa jest nienawiść do starego Salamanki. Po odpowiedź, jak to Walter White wykorzystał, odsyłam do serialu. Ważniejsze jest to, iż koncepcja popkulturowego cynika-nihilisty skłąda się z dwóch założeń:
a) absolutny cynizm-nihilizm jest nie do pokonania;
b) człowieczeństwo prowadzi do porażki.
Konflikt rodem ze współczesnej popkultury możemy znaleźć w Rozprawie Lema. Podczas lotu do pierścieni Saturna przeciw Pirxowi (przyzwoitemu aż do poczciwości) staje chłodny i logiczny Calder. Postać jeszcze niebezpieczniejsza niż Fring, bo jako stworzony w laboratorium, android nie ma żadnych ludzkich atawizmów (humanizmów?). Jest stuprocentowo racjonalny. Ale Lem daje ludziom szansę. Calder przegrywa. Nie docenia "poczciwości ludzkiej, którą bezgranicznie gardził".
Może to polski mistrz fantastyki naukowej miał rację, nie amerykańscy scenarzyści. Może jest jeszcze nadzieja dla człowieka.

czwartek, 27 lutego 2014

Wyzwanie trzydziestodniowe (29)

A book everyone hated but you liked

Myślałem przez chwilę o Opowieści o prawdziwym człowieku Polewoja. Otoczona nimbem strasznej propagandówki jest nią w istocie, ale, tu niespodzianka, dała się przeczytać. Gdyby nieco zmienić realia, na Amerykańskie, na przykład, wyszedłby z Opowieści... mocno hollywoodzki scenariusz o chłopaku z Oklahomy, który zawsze chciał latać i nie poddał się nawet mimo kalectwa.
Lecz kto dziś czyta Polewoja? Ja tylko. Więc ostrzej: Bajki robotów. Wiem, że nie tylko ja je lubię, ale niechęć do nich jest na tyle powszechna, że nadają się do wyzwaniowego wpisu.
To, że bardzo lubię Bajki robotów, to nic ciekawego. Zasługują. Skąd tylu ich nie cierpi? To wina systemu edukacji, który postanawiając zauważyć Lema, wyświadczył mu niedźwiedzią przysługę, dając jako lekturę dla szóstoklasistów. Chyba przez słowo "Bajki" w tytule, decydentom skojarzyło się z tematami dziecięcymi. Gorzej chyba nie można było wybrać.

wtorek, 11 lutego 2014

Wyzwanie trzydziestodniowe (13) oraz jak zdemaskowałem Lema

Your favourite writer

Jestem zmienny w gustach. Daję się porwać fascynacjom i nigdy nie wiadomo, jaki zbieg okoliczności, wyczytane gdzieś zdanie, czy gra skojarzeń sprawi, że moim aktualnym ulubionym pisarzem stanie się N.N. Dziś ten, jutro tamten. Więc nie dziwcie się, jeśli jutro przeczytacie u mnie coś innego, ale dziś moich ulubionych pisarzy sponsoruje literka M jak Mackiewicz, Márai, McCarthy i Mishima.

Józef Mackiewicz to pisarz niezmiernie pechowy. Nie mógł sobie wybrać (a właściwie wdowa po nim nie mogła) gorszego opiekuna spuścizny, chyba że znalazłby się ktoś, kto by wrzucił wszystkie papiery po nim do pieca i spalił. Więc jeśli chcecie posiąść książkę autora Kontry, musicie uzbroić się w cierpliwość. Zaglądać do księgarni, wchodzić regularnie na strony książnic internetowych. Nie znasz dnia, ani godziny, kiedy niespodziewanie rzucą na rynek trzy egzemplarze Lewej wolnej i jeden Nie trzeba głośno mówić. Będzie drogo, bo kto u licha wydaje książki w Londynie, a na ebooki nie ma na razie szans. Może w połowie przyszłej dekady. Po drugie, na Mackiewiczu ciąży, wydaje mi się, odium autora prawicowego. Takiego, którego da radę przeczytać tylko inny prawicowiec. Nieprawda, bo, jeśli już jesteśmy przy polityce, Mackiewicz był prędzej liberałem. Do prawicy spadł przez radykalny antykomunizm. Trzecim zaś nieszczęściem jest jego emigracja. Za granicą był odcięty od czytelników, pieniędzy oraz redaktorów z prawdziwego stworzenia. Przez to jego powieści są pęknięte. Gubią rytm, a fabuła nieraz przegrywa z rozprawą historyczną. Mackiewicz to niestety nie Steinbeck, który perfekcyjne wyważał partie fabularne i eseistyczne w swoich książkach. Co zatem czytać? Na pewno Sprawę pułkownika Miasojedowa. Tę jedną napisał w stu procentach tak, jak było trzeba. A niedługo wydawnictwo Czarne wyda antologię 100 lat reportażu polskiego pod redakcją Marcina Szczygła, w którym ma się znaleźć tekst Mackiewicza-przedwojennego dziennikarza. Nie polecam w ciemno, bo nie wiem, co tam będzie, ale na pewno warto czekać.

Sándor Márai to kolejna postać wybitnie dwudziestowieczna. Przedtem pisarze byli artystami, rzemieślnikami, buntownikami, mędrcami, historykami. XX wiek dodał do tego spisu jeszcze jedną profesją, najtrudniejszą - Świadka. Bycie świadkiem historii to nieustanne lawirowanie między komorą gazową, a dołem z wapnem, między więziennymi kratami, a murem. Najlepszy los to skończyć jako wygnaniec. Márai, nim znalazł śmierć w San Diego, dwa razy widział, jak kończy się świat, a nieskończenie razy więcej widział, jak świat chyli się ku upadkowi. I pisał. Mackiewicz przed wojną zdążył zaledwie być dziennikarzem wileńskiego Słowa i autorem kilku opowiadań, starszy o dwa lata Márai osiągnął status literackiej gwiazdy, jego opowiadanie i wiersze czytano w radio, a powieścią Sindbad powraca do domu przywrócił pamięć o swoim zapomnianym mistrzu, Gyuli Krúdym. Po wojnie nie przestał publikować, choć życie emigracyjnego pisarza węgierskiego musiało być jeszcze smutniejsze niż polskiego. Co zatem czytać? Dziennik, dla głębi myśli, celności obserwacji i ostatniego zdania. Pierwszą miłość, żeby wanna-be pisarze mieli komu zazdrościć debiutu. Żar, bo to jego najsłynniejsza powieść. Nawet na angielski przetłumaczyli.

O Cormaku McCarthym powiem tyle, że to jedyny żyjący pisarz z mojej czwórki na M. Nie wiem, czy to dobrze, żywy pisarz to coś jak żywy student - dziki problem. Nigdy nie można być pewnym, czy nie wywinie jakiegoś brzydkiego numeru. McCarthy na razie zachowuje się porządnie, aczkolwiek jeszcze nie oglądałem Adwokata, do którego napisał scenariusz. W porównaniu do poprzedników, McCarthy ma nudną biografię. Szczęście życia w Ameryce. Urodził się, parę razy ożenił się i rozwiódł, kilkukrotnie był za granicą, dostał parę nagród. Jest pisarzem ze szkoły Faulknera. Kiedyś pisywał o swoim rodzinnym Tennessee, a po przeprowadzce o pograniczu Meksyku z USA. Co czytać? Krwawy południk, bo długi i sędzia Holden na końcu tańczy. Dziecię Boże, bo każdy zasługuje za współczucie. Całą resztę, bo zwyczajnie jest tego warto.

I wreszcie Yukio Mishima, niedoszły noblista (komisja wolała mniej kontrowersyjnego Kawabatę), który w 1970 popełnił rytualne samobójstwo po nieudanej próbie przywrócenia władzy cesarzowi. Podobno nie było w tym geście tyle polityki, ile się wydaje na pierwszy rzut oka. Mishima miał skłonności autodestrukcyjne i chciał stylowo umrzeć (prawdziwą czystość można osiągnąć tylko wtedy, kiedy uczyni się swoje życie wersem wiersza napisanym krwią – powiedział kiedyś). Jak samuraj. Na szczęście Mishima to nie tylko biografia, ale i świetna literatura. Napisał ponad czterdzieści powieści, ponad setkę opowiadań i wierszy, pięćdziesiąt sztuk (w stylu europejskim i tradycyjnych japońskich), eseje. O czym pisał? Głównie o miłości i śmierci. Co czytać? Polscy czytelnicy nie mają dużego wyboru. W Polsce ukazały się do tej pory cztery jego książki (w tym jedna, zbiór dramatów, może zmylić, bo okładka i dwoje polskich autorek sugeruje biografię) plus kilka drobiazgów w antologiach i czasopismach literackich. Najlepiej nabyć na allegro Zimny płomień. To zbiór ośmiu reprezentatywnych dla twórczości Mishimy opowiadań. Czytelnicy anglojęzyczni mogą sięgnąć po tetralogię The Sea of Fertility. Czytelnicy japońskojęzyczni niech się pukną za karę, że jeszcze o Mishimie nie słyszeli. A wcześniej wszyscy mogą dla rozgrzewki obejrzeć film Paula Shradera Mishima: A Life in Four Chapters z muzyka Philipa Glassa.




A TERAZ NADEJSZŁA WIEKOPOMNA CHWILA:

Czytam sobie, całkowicie poza wyzwaniem, a z racji innych projektów, książkę Joanny Siedleckiej Obława, która opisuje represje spadające na polskich literatów w czasach PRL. Rzecz ciekawa nie tylko dla miłośników historii, gdyż czyta się ją jak thriller albo kryminał. Na przykład w rozdziale opisującym literaturę dziecięcą Siedlecka wylicza książki, które w latach 50 przeznaczono do wycofania z bibliotek i zniszczenia ze względu na nieprawomyślny charakter. Zrozumiałe jest (z punktu widzenia władzy) posłanie na przemiał książek o Piłsudskim, Kamieni na szaniec oraz Pożogi Zofii Kossak. Można zrozumieć, że ze względu na antyniemiecki kurs na liście znalazł się Winnetou. Ale chłód przebiega po karku, kiedy zobaczy się też wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza, Małego księcia, Pollyannę, czy Tajemniczy ogród. Stalinizm był straszny, ale ja znalazłem coś jeszcze ciekawszego. Wśród pozycji, które nie podobały się cenzorom, znajduje się książeczka Bohaterski miś Bronisławy Ostrowskiej.
Główny bohater jest pluszową maskotką, która przynosiła szczęście naszym żołnierzom bijącym bolszewików – i pewnie przez to Ostrowska trafiła na indeks. Na szczęście już można ją czytać. A wręcz trzeba, chociażby dla samego początku, jak na książeczkę dla dzieci wręcz awangardowego, w którym miś opowiada w pierwszej osobie, jak go uszyto:
Na początku był zgrzyt i błyskanie nożyc w skrawkach brązowego pluszu i sukna, brzęk szklanych czarnych paciorków, szykowanych na oczy, pisk i mruczenie sprężynek, zawijanych skrzętnie w brzuszki pakuł i gałganków. Był stukot maszyny po formach oddzielnych łap, łbów i korpusów, i skrzyp igieł, haftujących jedwabiem dowcipne nosy i wdzięczne pazury. A nad tym wszystkim unosił się nieprzerwany gwar wesołych głosów kobiecych i śpiew zawieszonego w klatce u okna kanarka.  Robotnice śpiewały: tralala! tralala! kanarek wtórował: tirli! tirli! tiur! tiur! tiur!, a dwie maszyny odpowiadały sobie wzajem: Ło-mot! ło-mot! tak! tak! tak!
Kiedy i jak przestałem być tym wszystkim naraz, a stałem się ostatecznie doskonałym, artystycznie wykończonym Misiem?  Czuję jeszcze, jak przebierają, skubią i szczypią bez końca oddzielne części mojej rodzącej się postaci. Gniotą je, przybijają, szyją. Sprężynka pomimo woli mruczy: — Czy to tak będzie zawsze? — Nie. Skończyło się. Ktoś mówi nade mną tonem głębokiego zadowolenia: — No! ten mi się udał. I oto jestem już porwany i podniesiony wysoko w górę.
Przez jedno mgnienie oka widzę z bliska zadarty nos i błyszczące oczy mojej życiodawczyni, potem cały szereg podniesionych w moją stronę, szeroko roześmianych twarzy innych robotnic; stukot maszyny i trele kanarka zagłusza donośne hahaha! hihihi! śmiechu ludzkiego i — nareszcie! — zostaję tryumfalnie umieszczony na najwyższej półeczce tuż przed lustrem.  Tak. Wtedy właśnie — dokonało się. W lustrze zobaczyłem sam siebie, poznałem i odczułem siebie i jednocześnie stałem się sobą ostatecznie i nieodwołalnie, sobą, Misiem, pluszowym niedźwiedziem z artystycznej krajowej wytwórni zabawek — bohaterem mego własnego pamiętnika.
— Jesteśmy sami! — oznajmił uprzejmym zgrzytem klucz, zamykając wieczorem drzwi za ostatnią odchodzącą robotnicą.
A teraz pierwsze strony dużo bardziej znanego tekstu, czyli Maski Lema:
Na początku była ciemność i zimne płomienie, i huk przeciągły, a w długich sznurach iskier czarno osmalone haki wieloczłonkowe. które podawały mnie dalej, i pełzające metalowe węże, co dotykały mię ryjkowato spłaszczonymi łbami, a każde takie dotknięcie budziło dreszcz błyskawiczny, ostry i rozkoszny prawie. Zza szkieł okrągłych patrzał we mnie wzrok niezmiernie głęboki, nieruchomy i oddalał się, ale to chybam ja się przesuwało dalej i wchodziło w krąg następnego spojrzenia, budzącego drętwotę, szacunek i lęk. Ta wędrówka moja na wznak trwała czas niewiadomy, a w miarę jej postępów powiększałom się i rozpoznawałem siebie, doświadczając własnych granic i nie potrafię wyjawić, kiedym mogło już dokładnie ogarnąć własny kształt, rozpoznać każde miejsce, gdziem ustawało. Tam się świat zaczynał, huczący, płomienny, ciemny, a potem ustał ruch i cienkie trzpienie stawonogie, co podawały mię sobie, unosiły lekko w górę, oddawały cęgowym garściom, podsuwały płaskim ustom w otoku iskier, znikły, i leżałom jeszcze bezwładne, choć zdolne już do własnego ruchu, lecz w pełni wiadomości, że jeszcze nie czas i w tym zmartwiałym przechyle — bom spoczywało wtedy na skośnej równi — ostatni prąd, wiatyk bez tchu, pocałunek rozedrgany sprężył mnie i to był znak, żeby zerwać się i wpełznąć w okrągły otwór bezświetlny i już bez wszelkiego przynaglania dotknęłom zimnych, gładkich, wklęsłych płyt. aby spocząć na nich z kamienną ulgą. Lecz może był to sen. O przebudzeniu nic nie wiem. Szelesty niezrozumiałe pamiętam i półmrok chłodny i siebie w nim. świat otworzył mi się światłem szerokim, połyskliwością rozbitą w barwy, i to jeszcze, jak wiele zdumienia było w mym ruchu, gdym przekraczało próg. Silne blaski spływały z góry na barwny zamęt pionowych kadłubów, widziałem ich kule, obracające ku mnie lśniące wodą guziki, powszechny gwar zamarł i w powstałej ciszy uczyniłem jeszcze jeden mały krok.  Wtedy z nieposłyszanym. odczutym tylko dźwiękiem cieniutkiej struny, co pękła we mnie. uczułam napływ płci tak gwałtowny, że chwycił mnie zawrót głowy i przymknęłam powieki. A gdy stałam tak, z zamkniętymi oczami, dobiegły mnie ze wszech stron słowa, bo razem z płcią wszedł we mnie język. Otwarłam oczy i uśmiechnęłam się, i ruszyłam przed siebie, a moje suknie szły ze mną. 
Czy to możliwe, że Lem, pisząc jedno ze swoich najlepszych opowiadań, inspirował się, świadomie bądź nie, lekturą z dzieciństwa? Nie mnie wyrokować, ale hipoteza jest intrygująca.
Bohaterskiego misia można przeczytać na Wolnych lekturach.

piątek, 31 stycznia 2014

Wyzwanie trzydziestodniowe (2)

A book that you've read more than 3 times

To proste. Eden Lema.
Czytałem go minimum czterokrotnie, ostatni raz skończyłem w tym tygodniu. Po raz pierwszy zaś gdzieś w 1998-99. Miałem u szkolnej bibliotekarki przywilej samodzielnego przeszukiwania regałów. Między innymi tego z fantastyką, który znajdował się po lewej stronie w głębi, zaraz obok okna. Niejasno przypominam sobie, jakie tam inne książki oprócz Edenu były – miłośnik starej fantastyki dostałby palpitacji na widok skarbów, jakie kryła podstawówka na nowohuckim osiedlu. Klasyka, klasyka i klasyka, mnóstwo pierwszych wydań oraz pozycji niewznawianych od lat. Warte włamu, na pewno.
Ale wróćmy do Edenu. To akurat nie było pierwsze wydanie, ale egzemplarz niedokończonych Dzieł z lat 1982-89. Z lektury zapamiętałem głównie pierwsze rozdziały. I tak zresztą zostało mi do dzisiaj – teraz też kojarzyłem katastrofę rakiety, załogantów odliczających się w ciemnościach, kopanie tunelu, ekspedycję do rozregulowanej fabryki oraz dubelta, który w międzyczasie zakradł się do wnętrza rakiety tylko po to, żeby głupio zginąć. Całą resztę czytałem, jakbym nigdy Edenu w rękach nie miał, i pewnie będzie tak za kilka lat, kiedy znów się zań zabiorę.
W posłowiu Jerzy Jarzębski napisał, że Eden otwiera dojrzały etap w twórczości największego polskiego autora SF. To widać, jeśli porówna się go chociażby z Astronautami. Jedyne, co jeszcze tli się z młodego Lema w dojrzałym, to resztki wiary w kontakt. Ile czasu zajęło bohaterom porozumienie się z pierwszym dubeltem, który tego chciał? Kilka godzin najwyżej. Można mówić, że Lem nie miał innego wyjścia, jeśli chciał wybrnąć z edeńskich tajemnic, a sam kontakt jest fragmentaryczny, bo uzupełniany hipotezami i analogiami do sytuacji ziemskich. Ale w porównaniu do późniejszego o rok Solaris – niesłychana optymizm. Nie poznaję tego Lema.

poniedziałek, 28 października 2013

Wstyd literacki

Wszyscy (bo zwykłe wyrzucenie telewizora, czy niescyfryzowanie go tunerem DVB-T nie jest tu wystarczającą formą izolacji) słyszeliśmy o ludziach z parciem na szkło. Może nawet kojarzymy jakieś nazwiska. W świecie słowa pisanego analogiem takiego osobnika jest grafoman, czyli, jak zgrabnie ujął Kisiel, niekoniecznie ten, co źle pisze, ale  przede wszystkim ten, co za wszelką cenę musi drukować. Przeważnie grafomanię kojarzy się z pisarzami marnymi, nieudanymi, wydaje mi się jednak, że istnieje jej odmiana, na którą zapadają autorzy całkiem dobrzy, a nawet wybitni. To grafomania wieku młodzieńczego.
Określenia "wiek młodzieńczy" nie należy brać ściśle. Schorzenie to może przydarzyć się w różnym wieku. po prostu potrzebowałem odróżnienia od grafomanii przewlekłej.
Grafomania wieku młodzieńczego polega na tym, że przyszły dobry, a nawet wybitny pisarz odczuwa potrzebę wydawania, chociaż jeszcze nie nie nadszedł jego czas. Albo czas nadszedł, ale razem z nim przyszła też Wielka Historia i ustami swoich przedstawicieli zaczęła stawiać autorowi dodatkowe warunki. Młodzieniec pokusie uległ, opublikował. Potem, po latach, wybryk odbił się kacem (okej, nigdy to mi się nie przydarzyło i raczej nie przydarzy, ale czuję instynktownie, że jest to rodzaj intelektualnego kaca) i wrócił wstydem.
Literacki wstyd jest zjawiskiem spotykanym bardzo często. Szczepan Twardoch wyznał w wywiadzie, że nie podpisuje Obłędu rotmistrza von Egern, kiedy ktoś przynosi z prośbą o autograf, a najchętniej spaliłby cały nakład w piecu. Lem miał bardzo sceptyczne nastawienie do całej swojej wczesnej twórczości, a że w okres twórczości dojrzałej wkroczył po 35 roku życia, daje to sześć powieści i kilkadziesiąt opowiadań. Sezamu i Czasu nieutraconego wstydził się tak, że skazał je na banicję, los Obłoku Magellana jest niepewny (przez lata niewznawiany, pojawił się w Dziełach WL-u, ale w Dziełach Agory już nie). Na konwentach często widziałam, jak fandomowi weterani wspominali geniusz Złotą galerę, ale sam Dukaj zdaje się uważać, że jego debiutem było W kraju niewiernych. Ostatnio nie zgodził się, kiedy Bookrage (swoją drogą polecam, zacna inicjatywa) chciał umieścić w ebookowym pakiecie Zanim noc. Przynajmniej, inaczej niż Twardoch, podpisał mi stare wydanie, kiedy mu podetknąłem na jakimś spotkaniu. Ale to było w 2009, czyli wieki temu, mógł od tamtego czasu zradykalizować się w samokrytyce. Albo jest hipsterem i podpisał Xawrasa Wyżryna, Zanim noc traktując ironicznie.
O problemach z historią, czyli o wyborach moralnych pisarza, któremu debiut przypadł na czas socrealizmu, nawet nie ma co pisać. Wszyscy wiemy.
No i co z takimi robić?
Argument "kiedyś będziesz się tego wstydził" nie zadziała na młodego człowieka. Kto był młody ten wie. A do tego młodość pisarza może trwać i do czterdziestki. Mało kto będzie też miał ochotę latami cyzelować teksty, by wreszcie zyskać w pełni zasłużoną, lecz pośmiertną sławę - jak Giuseppe Tomasi di Lampedusa. Drugim problemem jest nacisk rodziny. Łatwiej rodzinie wytłumaczyć, że stukanie w klawiaturę tudzież skrobanie w kajecie nie jest marnowaniem czasu, jeżeli się udało wydać książkę, jakby słaba nie była.
Po długich namysłach znalazłem jednak rozwiązanie kompromisowe. Jest proste i zgrabne, mogłoby trafić do jakiegoś amerykańskiego poradnika. Pisarz powinien, położywszy na biurku ulubioną książę, postanowić, że to jest jego poziom docelowy. Słabszego nie publikuje. Oczywiście teraz rzecz będzie polegała na wybraniu odpowiedniej, nie za głupiej i nie za mądrej, ale to ma być lek na grafomanię młodzieńczą, a nie przewlekłą.
Ja na przykład mam na biurku położyłem Krwawy południk i jeszcze ani razu nie skompromitowałem się żadną powieścią. Wprawdzie zamiast tego pisuję bloga, ale na to jeszcze nie ma lekarstwa.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bardzo Niefandomowo

W fantastyce są podobno dwa typy pisarskie – brytyjski i amerykański. Brytyjczyk to intelektualista, wykształcony, często pracujący na uniwersytecie, dla niego fantastyka to sposób na pisanie, który sobie wybrał, choć wcale nie musiał. Wzorcowymi "Brytyjczykami" byliby Wells, Tolkien, Lewis, czy Lem. Typ amerykański to pisarz wyrosły z fandomu. Czytać się nauczył z pulpowych pism z kolorowymi okładkami. Zamiast "Ala ma Asa", jego pierwsze literki układały się w "Conan ma miecz". Fantastyki nie wybrał, w fantastyce się wychował i taką narodowość ma wypisaną w paszporcie.
To oczywiście teoretyczne modele wymyślone przed kilkoma dekadami. Obecnie wszystko się pomieszało, odkąd nerdzi zaczęli się doktoryzować, doktorzy habilitować z nerdozy, a od paru lat niemal wszystkie blockbustery są fantastyką. Brytyjczycy dali się zamerykanizować i wchłonąć.
Gdzieś w cieniu tych dwóch jest jeszcze typ trzeci, kojarzony bardziej z głównym nurtem: naturszczyk. Naturszczyk wpada w literaturę jak meteor, znikąd i robiąc straszliwe zamieszanie. Na uniwersytecie nie był, nikt nie kojarzy go z jakimś praktykującym czytanie środowiskiem. Najbliżej mu do marginesu. Do literatury wnosi parę obserwacji z życia, jedną czy dwie prywatne obsesje, język, jakiego nie pomyślałby nikt, komu mózg sformatowały książki. I jak meteor szybko się spala. W głównym nurcie to byliby Hłasko, Brycht, Iredyński. W fantastyce typ rzadko spotykany, może Snerg. Chciałoby się zaliczyć do naturszczyków Dicka (samouk trawiony jedną myślą), ale to klasyczny Amerykanin.

Jak już wspominałem, Brytyjczycy byli, ale fandom ich zjadł. Z reguły przedstawia się to jako zwycięstwo popkultury – nie ma już podziału na lepszych i gorszych, dawni wykluczeni i wyalienowani bawią się wspólnie z normalsami na Comic-Conie i nikt już nie jest w stanie rozpoznać, kto jest kto.
Czy aby na pewno? Fandom nie jest pozbawiony własnych problemów. Na Zachodzie się nie znam, mimo że Sieć mnie do niego zbliżyła, skupię się więc na Polsce. Na pewno zasługą polskiej fandomowej fantastyki jest fabularność. Kiedy główny nurt kojarzył się ze wszystkim, tylko nie z opowieścią, my opowieść pielęgnowaliśmy i kiedy zaczęła wreszcie doń wracać, do głównego nurtu wdarli się autorzy, którzy pierwsze kroki stawiali u nas. Z drugiej strony dopadło nas (wskazówka, że się z fandomem utożsamiam) skostnienie. Jesteśmy my, fandomowi fantaści, jak wojsko, które lata całe nie walcząc, siedziało tylko w koszarach, ćwiczyło musztrę, trochę od tego siedzenia dziwaczało i samo już nie wie, kiedy wypełnia regulamin, a kiedy ulega prywatnym szajbom kadry oficerskiej (Klub Tfurców). No jeszcze z takim bezczynnym, choć uwijającym się w koszarach, wyobcowanym wojem łączy nas pogarda dla cywilbandy.

Ale właśnie – "fandomowa fantastyka". Czy jest możliwa niefandomowa? Dawniej i owszem. Niefandomowy był Tolkien, ale nie dość, że się przebił do dobrze funkcjonującego bez jego pomocy gatunku, to jeszcze popchnął go na nowe wody, po których pływa do dziś. Po naszej stronie żelaznej kurtyny SF od podstaw wymyślali intelektualiści (Lem, Jefremow), którzy jeśli już czegoś czerpali, to z intelektualisty Wellsa, a nie pulpy.
Dziś to już bardzo trudne, jeśli nie nieprawdopodobne. Potencjalnych autorów fandom sformatuje samym faktem swojego istnienia, Człowiek jeszcze nie nauczy się dobrze czytać, a już zobaczy Gwiezdne wojny i Władcę pierścieni.  Co ciekawe, z drugiej strony coraz więcej pisarzy głównonurtowych pisze jawną fantastykę. Nagradzane Balladyny i romanse Karpowicza to tacy nasi Amerykańscy bogowie, Houellebecq napisał powieść o klonach, McCarthy zmiażdżył postapo Drogą. Pragnę dorwać w najbliższym czasie książki z wydawnictwa Karakter, które podobno (Dukaj mówił w wywiadzie) publikuje właśnie sporo głównonurtowej fantastyki z różnych stron świata. Ta literatura żyje jednak swoim życiem jednego ze strumyków wpadających do mainstreamu, nie zainteresowana przetoczeniem części swoich wód w dorzecze fantastyki. W Polsce wciąż egzystuje mała, starzejąca się z wolna grupka fanów, wciąż czekająca dnia, w którym na Polcon przyjedzie Olga Tokarczuk. Reszta zdaje się mieć to gdzieś, a sama autorka najprawdopodobniej nie pamięta już, że napisała przed laty list do Fantastyki.

Najlepiej w tym wszystkim fantasy, wzmocnione wiadomym serialem HBO, pozwalające sobie na brewerie, których nauczył ją New Weird. Najgorzej zaś ma SF, zapatrzone we własną przeszłość, trapione niemocą, proszące się o przetoczenie krwi. O jakiegoś profesora Jefremowa, intelektualistę Lema, reformatora społecznego Wellsa. To jednak raczej nie nastąpi. Biada nam, oj biada.

piątek, 29 czerwca 2012

Zajdlodylematy

Jakoś znów się rozleniwiłem z pisaniem blogowym. Na szczęście wczoraj ogłoszono nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, a one zawsze były dobrym tematem do ponarzekania. Wpierw jednak podam tytuły (za Esensją, niech ma, a co).
Powieści:
Jacek Dukaj „Science fiction” (w antologii „Science Fiction”, Powergraph)
Maja Lidia Kossakowska „Grillbar Galaktyka” (Fabryka Słów)
Jakub Małecki „Dżozef” (W.A.B.)
Paweł Matuszek „Kamienna Ćma” (Wydawnictwo MAG)
Krzysztof Piskorski „Krawędź czasu” (Agencja Wydawnicza RUNA)
Wit Szostak „Dumanowski” (Lampa i Iskra Boża)
Opowiadania:
Anna Brzezińska „Żar” („Fantastyka Wydanie Specjalne” 4/2011)
Jakub Ćwiek „Bajka o trybach i powrotach” (w antologii „Księga wojny”, Agencja Wydawnicza Runa)
Stefan Darda „Spójrz na to z drugiej strony” (w antologii „15 blizn”, Replika)
Magdalena Kozak „Strasznie mi się podobasz” (w antologii „Strasznie mi się podobasz”, Fabryka Słów)
Marceli Szpak „Obcy” (blog „Masowa Konsumpcja Kultury Masowej")
Podawszy nominantów, można zacząć bawić się w interpretacje. Ja też wysyłałem swoje propozycje (pochwaliłem się nimi na forum ś.p. SFFiH). Mogę poczuć się dumny, bo z powieściami trafiłem 4/6. Jako że co roku wybuchają spory, dlaczego wybrano tego, a a nie innego, wytłumaczę pokrótce moją metodologię. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek to robił publicznie, może więc warto zacząć.
Powieść Dukaja to poczwórne SF: powieść fantastycznonaukowa o fantastyce naukowej, której bohater jest pisarzem powieści SF, a całość nosi tytuł Science Fiction. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, różniącej się od naszych czasów mniej więcej tyle, ile Nokia 3310 od Samsunga HTC. Do tego akcję przeplatają rozdziały wyjątkowo ambitnej powieści pisanej przez bohatera, całość zaś wieńczy mocna pointa (prawdopodobnie powidok tego, że Dukaj pierwotnie planował opowiadanie, ale jak zwykle mu się rozrosło). Wątek "realistyczny" to kapitalna powieść fandomowa (termin ukułem na wzór powieści akademickiej)  z akcją toczącą się na konwentach i w półświatku pisarzy SF lawirujących między wiernością sobie, a kuszącą komercją. Poczytałoby się coś takiego o Polakach (Dukaj tego zrobić nie mógł, bo raz że nie ma u nas środowiska pisarzy hard SF, najwyżej pojedyncze wyjątki, poza tym za bohatera potrzebował archetypu, takiego miksu Stephensona z Eganem). Wadą Science Fiction jest nadmierna skrótowość, która utrudnia ogarnięcie idei (czy JD umie jeszcze pisać krótkie formy? chyba nie). Niemniej powiesć jest godna nominacji.
Wit Szostak w Dumanowskim pozornie odszedł od tego, czym popisywał się w Chochołach. Jest krószy od poprzednika, nie ma tej zmysłowości, a pełną introspekcji fabułę zastąpił ciąg anegdot. A jednak w tym wszystkim pobrzmiewają stałe tematy Szostaka obecne przynajmniej od Oberków (cyklu smoczogóskiego nie znam dostatecznie by móc się wypowiadać). Wszystko to napisane jest eleganckim językiem, a że miałem jeszcze niesamowity ubaw jako znający jako tako literaturę Krakus, dopisałem Dumanowskiego do moich nominacji.
Kubę Małeckiego kiedyś, na początku jego kariery, niesłusznie oceniliśmy jako naśladowcę "menelskich" opowiadań Orbitowskiego. Niesłusznie. Małecki pisze dużo radośniej od starszego kolegi. Dużo dobrego się po nim spodziewam, a Dżozef jest chyba, koncepcyjnie, jego najambitniejszą powieścią. Trochę sobie pokomplikował sytuację, publikując jednego roku i Dżozefa, i W odbiciu (przez co przepadł w nominacjach do Żuławskiego), ale tym razem miał szczęście. I dobrze.
O Kamiennej ćmie ex-redaktora NF i F&SF (chociaż o tym drugim w momencie premiery powieści jeszcze nie wiedział). To taki literacki koncept album, gdzie treść ma być równie ważna, co warstwa estetyczna. Sporo negatywnych opinii, jakie na temat Ćmy można poczytać w sieci wzięła się chyba z nadmiernych oczekiwań ludzi, którzy zapomnieli, że jest to debiut. Ale ambitny, a jak już pewnie wszyscy P.T. czytelnicy zauważyli, takie rzeczy mają u mnie +5 do statystyk. Więc nominowałem.
Piątą i jedyną moją nominacją, którą nie utrafiłem, jest Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego. Dobra powieść, Uznański odszedł od freudowskiego new weirdu, w którym się specjalizuje, czym zyskał szansę trafienia do nowych czytelników. Jednym z nich okazał się sam Paweł Dunin Wąsowicz, pochlebnie recenzując Herrenvolk w Lampie i Polityce. Ja zaś prowadziłem z Autorem spotkanie na zeszłorocznym Krakonie ( tym z blokiem literackim w sypialni), więc można założyć, że ten jeden raz nominowałem po znajomości. Nawet tak nieskazitelni mężowie jak ja czasem grzeszą.
Zostały jeszcze dwie powieści: Grillbar Galaktyka oraz Krawędź czasu. Jeszcze ich nie czytałem, więc się nie wypowiadam. Oboje to dobrzy autorzy, rozpoznawalni i popularni (Maja Lidia Kossakowska nawet bardziej).

Porażkę absolutną poniosłem przy opowiadaniach. Gdyby był bukmacher przyjmujący zakłady zajdlowskie, utopiłbym w jego kantorku spore pieniądze. Obstawiałem dwie fenomenalne antologie Powergraphu i jednego Twardocha. Popularniejsze okazały się antologie Runy i Fabryki.
Miałem szansę trafić Brzezińską, bo kupiłem ten numer NFWS, ale wyznam szczerze, że
Żary nie przeczytałem, bo bardziej interesowały mnie teksty Szostaka i Bacigalupiego. A potem jakoś zapomniałem, pojawiły się kolejne książki do czytania. O Dardzie i Szpaku za chwilę.

Na forum drugiego obiegu Adon, czyli Marcin Pągowski (autor wydanej w zeszłym roku książki Zima mej duszy) dziwił się z rozbieżności między nominacjami a tym, o czym się przez zeszły rok mówiło w środowisku. Rzecz warta przemyślenia.
Wszelkie kontrowersje i obrazy związane z Nagrodą, tak nominacje, jak i ostateczne wyniki, ludzie rozsądni, niechętni pyskówkom, zwykli zbywać stwierdzeniem, że Nagroda jest demokratyczna i co robić, panie dzieju. Ja natomiast, przyszła mi myśl wczoraj, kiedym wrócił z egzaminu, nie winiłbym demokracji, chociaż wcale nie jestem jej bezwarunkowym piewcą. W zajdlowskiej demokracji są teoretycznie dwa mechanizmy kryzysogenne:
  1.  Głosy na nominacje i statuetki oddaje mała zamknięta grupa fandomowych intelektualistów, przez co nagroda nie ma żadnej korelacji z realną popularnością czy sprzedażą książek; 
  2.  Głosy oddają fandomowe "doły" z kompletnym pominięciem opinii kreowanych przez intelektualistów; burzy to kompletnie jakąkolwiek ideę pracy u podstaw czy tworzenie fantastycznej krytyki literackiej. 
Obie narracje nie pasują jednak do faktów. Powieści intelektualiści i masy (tu wyjaśniam, że określenie jest czysto robocze i nie zamierzam w jakikolwiek sposób dzielić fandom na lepszy i gorszy) rozłożyli się po równo. W opowiadaniach chyba żadnego mechanizmu nie ma. Ambasadorem intelektualistów (oraz wymierającej prasy papierowej) jest Brzezińska (chociaż z drugiej strony masy też ją lubią). Ćwiek i Kozak  zawsze mogą liczyć na wiernych fanów. Są w końcu opowiadania Dardy i Szpaka, wisienka zagłady na bitej śmietanie chaosu, którą obficie polano zajdlowskie ciasteczko.
Zaczęło się jakieś trzy lata temu, kiedy Darda (czy też jego wydawca) wykazał podstawową wadę systemu – przy zmobilizowaniu fanów z łatwością przepchniesz swój typ. W tym roku aż dwa opowiadania przeszły w ten sposób.
Jeżeli ktoś boi się, że niegodni autorzy ukradną nam (nam!) zajdle, może w tym momencie przestać. Procedura jest dwustopniowa i po to finałowe głosowanie wymaga wniesienia opłaty akredytacyjnej, aby przesiać elektorat, który następnie przesieje nominacje. Czy to jest jednak takie dobre?
W fantastyce obowiązuje panuje nieciekawa odmiana konserwatyzmu polegająca nie tyle na wierności nieprzemijającym ideałom i wartościom, ile wierności nazwiskom oraz rytuałom. Po prostu: jeżeli nie opublikujesz w branżowym wydawnictwie albo nie jesteś osobą znaną w fandomie, twoje szanse spadają. Nagłe złamanie zasady, czyli wtargnięcie Dardy, uznano za nieomal zamach stanu. Wkrótce naruszanie uświęconego porządku samo stało się zasadą, pojawił się naśladowca.
Nie uważam, żeby było w tym coś złego. Lobbing nie jest nielegalny. Pada czasem zarzut, że tłumy przepychające Dardę nie czytały go, a głos oddały, bo to nic nie kosztuje. Może i to prawda, ale czym jest lepszy od tego tradycyjny "Dukaj roku"?
Padł też na dniach pomysł "legalizacji" zajdlowskiego lobbingu. Pierwszym krokiem ku temu ma być Obcy Szpaka. A więc tak (żródło 1, źródło 2) :
  1. Kandydatura musi być wysunięta przez osoby z autorytetem uznawanym przez fandom;
  2. Apel o nominowanie musi być uzupełniony wymogiem wcześniejszego przeczytania tekstu;
  3. Musi być zasugerowana furtka awaryjna, że nie należy niczego brać na poważnie, to błyskotliwa ironia, #mem z #memosfera.
Pytanie, czy mechanizm wypali w przyszłości. Myślę, że jak nie ten, to będzie musiał się pojawić inny. W tym roku padły już dwa fantastyczne pisma (mniejsza o konkretne przyczyny, kryzys prasy to jednak fakt), nie daj Boże upadnie trzecie i ostatnie (ciarki mi przeszły po plecach na wieść, że redakcja NF zmienia adres).
Do historii przechodzi tradycyjna ścieżka kariery fantasty. Zna ją chyba każdy: młody autor debiutuje w magazynie, ćwiczy arkana sztuki (albo warsztat rzemieślnika), pisze coraz lepsze opowiadania, które zostają zauważone. Potem zostaje zaproszony do antologii, do której pisze się na specjalne zamówienie. Wreszcie następuje stadium finalne, czyli własna powieść. Zdarzały się oczywiście wyjątki za sprawą konkursów albo gwałtownej kariery, ale system sprawnie funkcjonował dopóki nie zaczął się proces zwany upadkiem prasy papierowej.
Same antologie nie wystarczą. Krótka forma, żeby nie wyginąć, musi się przenieść na nowe tereny – czyli do Sieci. Oczywiście nie należy oczekiwać, że internet złotym środkiem na wszystkie zajdlowskie bolączki. Pojawi się nowy problem: jak ogarnąć wszystkie miejsca, w których może pojawić się proza (kłania się lemowski demon drugiego rodzaju). Zwłaszcza jeżeli ktoś wrzucać będzie teksty gdzie indziej, niż na Esensję czy Fahrenheita. W dodatku wartościowe teksty, i tak już niełatwe do znalezienia, znikną pod falą sieciowej grafomanii.
To prowadzi do podstawowych argumentów ludzi przeciwnych "internetyzacji" fantastyki. Po pierwsze, sieciowe opka są darmowe, nie można ich traktować poważnie. Akurat z płatnościami w pismach też bywało różnie, ale jest coś na rzeczy. Na Zachodzie webziny się sprofesjonalizowały i już płacą (jak Clarkesworld, którego mam w linkach po prawej). U nas rynek wydaje się na to za płytki, ale ja wyjdę na optymistę i zaproponuję, żeby ktoś oszacował progi opłacalności. Bo może nie dziś, ale jutro taka inicjatywa może mieć sens (ach, żeby DOF stał się czymś takim...).
Po drugie zaś sam fakt, że pisane przez osobę z aspiracjami opowiadanie zostanie zrównane z fanfikami i inną pozbawioną ambicji szmirą. Temu przeciwstawić się może jedynie promowanie "własnych" autorów, takie jakie w tym roku pomogło Dardzie i Szpakowi.

Jeśli za zaistniałą sytuację trzeba kogoś winić to nie tajemną Grupę Trzymającą Władzę albo zmanipulowane masy. Winni są fandomowi intelektualiści (przypominam, że nie wartościuję, tylko wskazuję na temperament tej grupy ludzi), którzy nie potrafią zadbać o to, co uważają za ważne. Żałują, że przepadły dwie antologie oraz etatowy przegrany Twardoch, kiedy tymczasem wydawnictwo Kasi i Rafała Kosików przyjęło dokładnie tę samą strategię, co stronnictwa Dardy i Szpaka. Wskazali swoje typy – Amnezjak i  Gerda. Intelektualiści albo więc nie pojęli aluzji (fakt, że dyskretnej, ale po to są intelektualistami, aby się połapać, kiedy trzeba), albo nie potrafili zachęcić innych, co jest wstydem absolutnym, bo po to nasza cywilizacja wykształciła inteligentów, żeby wskazywali kierunek.

I tak przeszedłem płynnie od Nagrody imienia Janusza A. Zajdla do lamentu nad zmarnieniem polskiego inteligenta. Ale ponieważ nie mam do powiedzenia nic ponad to, co można obejrzeć w Dniu świra, zakończę ten wpis. Wnioski są jasne: Nagroda upadnie, albo i nie upadnie, podobnie jak krótkie formy literackie. Być może za parę lat sama idea opowiadania będzie trollowana przez światlejszą część fandomu, tak jak dzisiaj robią to posiadacze Kindla z miłośnikami papieru. Tako rzecze Stross we wstępie do Wireless:
To nie jest powieść. To zbiór opowiadań. To nie jest opowiadanie. To jest wstęp do zbioru opowiadań. To nie jest proza. To ciąg idei, które przekazuję do twojej świadomości za pomocą medium , jakim są słowa (...). Opowiadania są martwą formą w większości gatunków. (...) Nie zawsze tak było.
Ale tak już będzie zawsze.

P.S.: Wygrają Dukaj i Brzezińska.
P.P.S: Powieści kryzys prasy dotknie słabiej i dużo później, bo jest wystarczająco dobrych autorów i są dość młodzi, żebyśmy nie musieli szybko potrzebować zmiany pokoleniowej. Do tego czasu będzie cykl: Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz, Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz. A jak się znudzi to to samo, tylko na odwrót.

czwartek, 1 grudnia 2011

Żyje ten Lem, czy nie żyje?

Jedną ze zmór studiów technicznych są tzw przedmioty humanizujące. Wzięły się z przekonania, że przyszli inżynierowi to społeczno-kulturalni analfabeci, więc trzeba ich douczać z tak egzotycznych przedmiotów jak globalizacja, filozofia miłości, albo podstawy prawa autorskiego. To ostatnie przydarzyło się i mnie. Do tego wykłady (obowiązkowe!) wypadały w środę wieczorem, więc zawsze brałem na nie jakąś książkę. Podobnie robili koledzy i koleżanki, jeżeli nie brali laptopów do oglądania seriali. Ogólnie na wykładach ludzie połowa czytała, połowa oglądała Dextera/Californication. Ponieważ z serialami byłem wtedy na bieżąco, bardziej ciekawiło mnie, jakiej lekturze oddają się osoby z najbliższej okolicy. Przypominam, że to był kierunek techniczny, na którym studiują stereotypowi nerdzi.
Otóż nerdzi czytali różne rzeczy. Koleżanka Summę teologiczną, kolega skandynawski kryminał. Nagle patrzę, a kolega dwa siedzenia ode mnie trzyma na pulpicie Solaris. O, Solaris – mówię. I naraz wybuchła dyskusja, bo okazało, że Lema czytują wszyscy w promieniu czterech rzędów.
Przypomniała mi się ta anegdota przez dyskusję na temat odbioru książek Lema, jaka przeszła przez fantastyczny światek ostatnimi dniami. Zaczęło się od recenzji Marka Oramusa, odpowiedział mu Wawrzyniec Podrzucki, na inny, ale bardzo bliski temat pisali Wojtek Sedeńko i Agrafek. Właściwie to Agrafek nawet mnie wyprzedził, bo chciałem napisać coś podobnego, ale również otworzył kilka nowych furtek.
Lem stał się symbolem, okrętem flakowym grupy pisarzy, których młódź nie czyta, a starzy nie mogą pojąć, dlaczego. Skoro jest najbardziej znanym przypadkiem, przyjrzyjmy się niemu.
Ludzie poniżej trzydziestki najczęściej mówią, że przyczyną nieczytania Lema ma być trauma, jakiej doświadczyli w szkole, podczas omawiania Opowieści o pilocie Pirxie albo Bajek robotów (w polskiej szkole lista lektur to raczej lista pisarzy, bo książki się zmieniają – w tym roku Makbet, w następnym Hamlet; teraz Lord Jim, kiedy indziej Jądro ciemności). Brzmi to poważnie, bo każdy z nas miał jakąś znienawidzoną, obrzydzoną przez system lekturę. Więc czemu nie i Lem? Ale po przemyśleniu sprawy na chłodno, że argument jest niepoważny. Też miałem Lema w klasie 6 szkoły podstawowej. W bloku tematów dotyczących baśni znalazło się opowiadanie Trzej elektrycerze. Zajmowało 3 strony i było omawiane na jednej lekcji pod kątem odwoływania się do klasycznych baśni oraz legend. I tyle. Nie wierzę, żeby przez 45 minut dało się obrzydzić Lema całemu pokoleniu. Zostaje opcja, że ktoś naprawdę załapał się na całego Pirxa. Rzeczywiście, książka, której bohaterem jest introwertyk wchodzący w wiek dojrzały, może nie spasować dwunastolatkom. A jeżeli trafi się nauczyciel, a częściej jednak nauczycielka nie rozumiejąca fantastyki naukowej, to efekt będzie opłakany. Młodzież się zrazi. Ale całą książkę mogło mieć może 5 roczników. Wcześniej w szkole na Lema było, hmm, za wcześnie, później przyszło czytanie tekstów we fragmentach. Chyba więc zaistniał jakiś "antamarketing" wirusowy. Te bazowe 5 roczników jest jak nosiciele. Chodzą po świecie, infekując młodszych powtarzaniem, że Lem jest STRASZNY! Bo jest NUDNY. I przerabia się go NA LEKCJACH!
Na marginesie: w ogóle nie wierzę, że szkoła może cokolwiek obrzydzić, jeżeli uczeń się na starcie nie nastawi negatywnie (pomijam ekstrema typu nauczyciel-wariat itp.). Samego siebie uważam za dowód, bo w szkole podstawowej, w podręczniku do polskiego miałem naprawdę sporo fantastyki. Niekończącą się historię i Władcę pierścieni. Fragment komiksu z Supermanem. Lektura fragmentu Pikniku na skraju drogi zagoniła mnie natychmiast do biblioteki, po jedną z najlepszych książek, jakie w życiu przeczytałem. Po przeczytaniu opowiadania Bradbury'ego Łagodne spadną deszcze kupiłem (rodzice kupili, kiedy byliśmy w hipermarkecie) Kroniki marsjańskie (a do wspomnianej wcześniej biblioteki pobiegłem po zbiór K jak kosmos – niech go ktoś wznowi!). Wniosek jest taki, że gdyby szkoła automatycznie obrzydzała,  nie pisałbym tego bloga.
Młodzież (co za brzydkie słowo, jak ja go nie lubię) odbija się od stylu Lema. Nawet nie ze względu na neologizmy albo długie akapity. Są książki z naprawdę koszmarnym stylem, nie do czytania, a zostają bestsellerami. Niewspółczesny u Lema jest bohater i fabuła. Teraz czytuje się nie o snujących się introwertykach w rodzaju Pirxa, ale o bohaterach dynamicznych i fabułach o strukturze jak w Pieśni lodu i ognia.
Innym nieszczęściem Lema jest wyobcowanie. Większość prozy pisał w próżni. Można powiedzieć, że sam sobie wymyślił fantastykę naukową, mając za punkt wyjścia Wellsa i Żuławskiego. Przez to nie zaistniał na siatce odwołań kulturalnych stworzonej przez anglosaską fantastykę. Kiedy z tej siatki, jak w hydroponicznej hodowli, wyrosła współczesna popkultura, on znalazł się poza nią. A teraz popkultura jest wszystkim. Co ciekawe, intelektualizm prozy Lema nie stanowiłby problemu, gdyby Lem pokonał barierę osamotnienia. Proza Dicka to większej mierze ciężkie filozoficzno-gnostyckie pisanie ewidentnego wariata, ale Dick jest w popkulturze, bo mieszkał w Berkeley i publikował w pulpowych magazynach.
Inny, ciekawszy problem, jaki staje przed utworami Lema przedstawił Michał Cetnarowski podczas Krakowskich Targów Książki. Otóż pisarza SF charakteryzują dwie cechy: materialistyczne, ateistyczne wręcz podejście do świata oraz wiara w naukę. Teraz pasuje do tego Greg Egan. Z klasyków Asimov, Clarke i właśnie Lem. Tyle, że w oczach czytelnika prozy głównego nurtu takie widzenie świata wydaje się naiwne. Lem pisał, że Boga nie ma, ale jest sens. Literatura współczesna mówi natomiast, że nie ma i Boga, i sensu. No, można się od biedy zgodzić na istnienie Boga, bo byłoby wtedy komu wygarnąć, że nie stworzył sensu. Michel Houellebecq jest takim samym wrogiem Stanisława Lema, co kapitan Kirk.
Dlatego Lem został autorytetem piszącym felietony do Tygodnika Powszechnego i Gazety Wyborczej kiedy był już tym "późnym Lemem", przychylającym się do braku sensu, Lemem, nad którym my fantaści wolimy dyskretnie milczeć, słusznie uważając, że każdego z nas dopadnie starość.
Chyba najlepszą pozycją dla Lema jest zostać pisarzem kultowym. Jak Jaroslav Hašek, którego nie ma i nie będzie na topce Empiku, ale stale istnieje liczna grupa ludzi przerzucających się cytatami ze Szwejka. Scena z wykładu, którą opisałem, pokazuje że Solaris i Dzienniki gwiazdowe mają wiernych czytelników. A w zeszłą środę, 23 listopada, w 60 rocznicę publikacji Astronautów, Google wyświetlało na stronie startowej uroczyste logo. I nie jakiś byle obrazek, ale mini-grę opartą na Cyberiadzie i ilustracjach Daniela Mroza. Zrobioną z sercem przez entuzjastę, bo ma nawet różne wersje językowe (żeby końcowa scena była rozumiana w różnych językach – doodle można było oglądać w całej Europie). Według wyszukiwarki popularniejsze były tylko logo z gitarą (96 rocznica urodzin Lesa Paula) oraz logo na 65 urodziny Freddiego Mercury'ego. Są więc ludzie, dla których wpływ Stanisław Lema jest tego rzędu, co Mercury'ego i gitary elektrycznej.
A George R.R. Martin musi się zadowolić listą bestselerów.

wtorek, 1 listopada 2011

Głosy Lema

Amerykańscy pisarze lubią cykle. Im dłuższe, tym lepsze. Sięga to czasów klasycznych. Asimov (któego ciągle obiecuję sobie odświeżyć) napisał powieści-łączniki, konstruujące z jego 3 słynnych cykli (Robotów, Imperium oraz Fundacji) całość opisującą losy ludzkości na przestrzeni tysięcy lat. Heinlein wprost zatytułował swój cykl Historią przyszłości.
Wzorując się na powyższych, wymyśliłem zabawę z twórczością Stanisława Lema. Punkt wyjścia jest taki, że, wzorem twórczości swych amerykańskich kolegów, większość dzieł Lema stanowi jeden cykl, a poszczególne dzieła opisują zdarzenia rozgrywające się w różnych miejscach i momentach tego samego świata przedstawionego. Zadanie polega zaś na tym, żeby stworzyć (w miarę) spójną chronologię. Wygrywa najdłuższa.

***
Powyższy wstęp dał mi pretekst (chociaż sama zabawa w "lemowe uniwersum" jest prawdziwa), żeby napisać coś o antologii Głos Lema, którą właśnie skończyłem czytać. W ogóle to rzecz jak na mnie ekspresowa: w jeden piątek trafiła do księgarń, w następny ją kupiłem, do poniedziałku przeczytałem. Powergraphowi należy się nagroda za przełamanie u mnie jesiennego kryzysu czytelniczego.
Wstęp Jacka Dukaja ma pełnić rolę deklaracji programowej dla całej antologii. Przynajmniej Dukaj napisał go w takim tonie.  Definiuje miejsce Lema w kulturze, rolę antologii oraz zakres lemowej twórczości, z której autorzy powinni czerpać i sposób, w jaki powinni to robić. W skrócie: Lem nigdy nie był i nie będzie pisarzem masowym, ale ma stałą grupę miłośników (klasyczny autor kultowy, prosto z definicji Eco); autorzy antologii nie powinni iść w retro, ale pisać tak, jakby Lem żył i właśnie przeżywał szczyt twórczości; punktem odniesienia jest "średni Lem", czyli powieści z lat 60. Amen.
Po lekturze książki wydaje mi się, że Dukaj pisał wstęp bez znajomości opowiadań, a autorzy opowiadań nie wiedzieli, co ponawygaduje Dukaj.
Bo jest sporo retro. Czym bym się nie martwił, bo Bajki robotów też są mariażem fantastyki naukowej z pozaprzeszłą konwencją. Podobnie jak marynistyka w cyklu o pilocie Pirxie, grube księgi dzienników pokładowych, mosiężne zegary, klucze do nadawania morsem. A antenat Ijona, k.u.k. cyberleutnant Adalbert Tichy mógłby posłużyć za naciągany dowód, że Mistrz wymyślił steampunk. Oprócz archaizowania w Głosie Lema znajdują się fanfiki, implementacje koncepcji lemowskich w cudzy literacki software, kilka kawałków trudnych do prostego zdefiniowana i bodaj jeden jedyny, który spełnia postulaty Dukaja.

***
Pisząc "fanfiki" trochę obrażam p.t. autorów. Czy Lotta w Weimarze to fanfiction? Albo Czas apokalipsy? Chyba nie ma zbiorczego określenia na utwór, w którym profesjonalny pisarz sięga do utworów i biografii drugiego pisarza, ażeby złożyć mu hołd i odkryć w jego dziełach nowe myśli.
Andrzej Miszczak zrobił to, czego próbował już opowiadaniem Inwazja (NF 9(348)/2011). W Porywie dopisuje drugie dno jednej z opowieści o pilocie Pirxie. Do tego zacieśnia więzy wewnątrzcyklowe, czyniąc go bardziej spójnym (czego brak Lem sobie wypominał). Samo szukanie nawiązań do pirxowego kanonu sprawi czystą radość, a i fabuła jest bardzo dobra. Zresztą, że Miszczak jest zdolnym pisarzem wiadomo od dawna. Właściwie jedyną większą wadą Porywu jest to, że raczej nie da sobie rady poza lemowskim kontekstem. Na samodzielny tekst, albo "wstęp do Lema" się nie nadaje. Czytelnik musi najpierw znać pirxy.
Za to Zakres widzialny Wawrzyńca Podrzuckiego można czytać bez "obciążenia" (jeżeli wśród czytelników znajdą się takie ananasy, które Lema nie czytały). Ale duch jest. I retro, jeśli za za takowe uznamy wszystkie ekstrapolacje przyszłości bez postludzkich świadomości zamkniętych w mózgach-matrioszkach. I tak: grupa kosmonautów ląduje na jałowej planecie, na której jednak zdają się istnieć jakieś ślady cywilizacji. Niemożność kontaktu, eksploracja niezbadanego, nawet górskie krajobrazy – bardzo lemowo.
Lalka Aleksa Gütschego czerpie z Lema w podobny sposób. Też nie jest to bezpośrednie wykorzystanie konkretnych postaci i miejsc, ale niezależna historia. Bardzo bliska duchowi mistrza. Problemem jest tylko motto brzydko spojlerujące całość. Trzeba było je przenieść na koniec.
Jednym z najbardziej problematycznych opowiadań antologii napisał Janusz Cyran. Ożywiwszy Słońcem królem jeden z bardziej znanych apokryfów z Doskonałej próżni, dodał do realistycznego pomysłu Lema science fiction. I stworzył zagadkę. Nie chcę spojlerować, ale zabrzmiało mi w tym echo Solaris. Jakby oceaniczne fantomy trwały dalej po odejściu ludzi, niczym widma.
Fanfiction totalnym są Opowieści kosmobotyczne Dominika Vidmara Filipa Haki. Kiedy parę lat temu Haka zadebiutował w NF spodobały mi się jego hasła z niby-leksykonów. Ale zaraz potem pomyślałem, że Haka w nadmiarze może być nie do wytrzymania. Teraz właśnie balansuje na granicy. Najdłuższe opowiadanie antologii, prawie sto stron. I naprawdę totalne: w 13 hasłach ze Słownika postaci literatury nieznanej znaleźć można strawestowane: Dzienniki gwiazdowe, Kongres futurologiczny, Golema XIV, Sumę technologiczną, Fantastykę i futurologię, Mój pogląd na literaturę i pewnie parę innych, które mi umknęło. I pewnie bym się cieszył piórem autora, gdyby Haka nie umieścił ilustracji do swojej Totalnej Teorii Literatury fantastycznej, którą wkłada w usta (głośniki?) jednego z bohaterów. Są to uproszczone wykresy ludzkiej literatury. Przykładowy wykres na ramionach znanego złudzenia optycznego opierają się trzy trójkąty Sierpińskiego. Z rogów trójkątów wyrastają krzywe Kocha. Wewnątrz tej konstrukcji znajduje się współśrodkowy okrąg. Przecinające się pod kątem 60 stopni trzy średnice są cięciwami trzech większych okręgów. Ich (tych okręgów) środki są wierzchołkami trójkąta równoramiennego współśrodkowego z wymienionym wcześniej okręgiem centralnym. Całość jest stylizowaną gwiazdą Dawida. Co za efekciarstwo.
Od wielkości do śmieszności tylko jeden krok. Haka kiwa się na krawędzi i zastanawia, czy nie skoczyć na główkę. Jeżeli następnym bohaterem jego Słownika będzie ktoś w rodzaju "Omleta, arcyksięcia duńskiego" (robiłem wcześniej wyrzuty Miszczakowi? Przepraszam, Haka w ogóle nie istnieje bez literatury, które trawestuje), to znaczy że skoczył.
Być może Haka chce pokazać swoją znajomość konwencji, mrugnąć okiem, że on wysoko ponad tym ale w epoce hipsterów ironia przestałą być cokolwiek warta. I jeszcze maniera skrótów "(...)". Czasem Haka cytuje dłuższe fragmenty nieistniejących dzieł Dominika Vidmara, zaznaczając te pominięte wielokropkiem w nawiasie.  To ucieczka przed literaturą. W "Omlecie, arcyksięciu..." to będzie wyglądało pewnie tak:
Słowa, słowa, słowa (...) być albo nie być (...) jest milczeniem.

***
Po fanfikach czas na nieco inne teksty.
Jednym z najlżejszych kawałków antologii, a na pewno najmniej pretensjonalnym jest Stanlemian Wojciecha Orlińskiego. Krótka, rzeczowa historia o hazardzie i rzeczywistościach wirtualnych. Trochę popkultury i Lem w roli patriotycznego okrzyku "nasi tu byli!". Orliński wcześniej puścił dwa opowiadania w NF. Nawet podobne tematycznie: też było VR i popkalczer. Ale dopiero Lem dodał lekkości, której wcześniej brakowało.
Wraz z Orlińskim w wadze lekkiej bije się Rafał W. Orkan. Księcia Kordiana księżycowych przypadków część pierwsza i najprawdopodobniej ostatnia leży gdzieś między Bajkami robotów a Dziennikami gwiazdowymi, obśmiewając przebrane za kosmitów ludzkie przywary. Śmieszno, retro i w duchu Lema.
Odmiennym w tonie opowiadaniem jest Telefon Rafała Kosika. Też nie trzymał się wytycznych Dukaja. Lemowskie motywy (gdzieś wpół drogi między skrzyniami Corcorana a robotem Terminusem) rozegrał po swojemu. Napisał przejmującą opowieść o śmierci, powrocie zza grobu w technologicznej otoczce i z wybitnie kosikowym zakończeniem. Jeden z najlepszych tekstów w zbiorze.
Jeśli ktoś z autorów w ogóle przejął się wstępem, to był to Krzysztof Piskorski. Trzynaście interwałów Iorri jest chyba najbliższe temu, co by pisał Lem, gdyby żył. I był młody. Kres ewolucji, kres fizyki, kres Wszechświata. Na pewno by o tym pisał. Może nie w ten sposób, może postosobliwościowe cywilizacje nie byłyby tak ludzkie w swoich zamierzeniach (chociaż osobiście uważam, że więcej niż człowiek to tylko zwierzę, a po drugiej stronie TO jest kolejna małpa), ale i tak – w tym jest Lem. A do tej pory nie kojarzyłem Piskorskiego z SF. Myliłem się.
Jak Piskorski zbliżył się najbardziej, tak Joanna Skalska najbardziej oddaliła. Nie wiem, co ma do Lema Płomieniem jestem ja. Kosmos nielemowski, zagadka nielemowska, nielemowskie emocje. I zakończenie też z innej bajki.

***
Zostały jeszcze dwa opowiadania – te "dziwne".
Rychu Jakuba Nowaka to fantazja na temat lemowskiego epizodu z życia Philipa K. Dicka. Tytułowy Rychu, niewierny mąż, lekoman, paranoik i ewidentny wariat wplątuje się w dziwną aferę z KGB, CIA, Stanisławem Lemem, SLEM-em i Głosem Pana. Więcej rozpisywać się nie będę – może poza jednym. Agenci FBI z opowiadania, Slattery i Hamm, nazywają się jak aktorzy z serialu Man Men. Nawet wyglądają podobnie. Taka ciekawostka.
I wreszcie Blask Pawła Palińskiego. Z początku można odnieść wrażenie, że znowu będzie dickowato, bo bohatera trafia promień światła z niebios. Ale zaraz potem zaczyna się Lem. We wstępie Dukaj napisał, że "nie istnieje tu [u Lema] sfera emocji związanych z seksualnością człowieka". A Paliński jak na złość wziął się za cielesność i (co za tym idzie) seksualność. Bo one w twórczości Lema istnieją, na boku i zamaskowane (bo pisał cokolwiek pruderyjnie, po staroświecku uważając, że powieści mogą przecież leżeć nie zamknięte na klucz i trafić w ręce nieletnich panien). Być może są ważniejsze niżby się na pierwszy rzut oka wydawało. Dziwię się nawet, że twórczość Lema nie wpadła jeszcze w ręce ludzi od gender studies. Być może Lem jest za mądry i natychmiast obnażyłby miałkość tych szarlatanów.

***
I na koniec coś osobistego. Ostatnią swoją powieść – Fiasko – Stanisław Lem wydał w 1987 roku. Lem "zakończył się" dokładnie wtedy, kiedy się urodziłem. Pamiętam tylko starego Lema i jego śmierć. Czyli tak jak papieża. Obaj jeszcze żyli, ale byli dla mnie już postaciami historycznymi (takich jest nawet więcej: żyją, oddychają, przemawiają do narodu nie wiedząc, że są już tylko figurami z kart podręczników; ale to już nie ten format co SL i JP2). Czy to coś znaczy, nie wiem.

Długi ten tekst. Niedługo premiera kolejnej antologii Powergraphu — Science Fiction. Też pewnie coś o niej napiszę. I pewnie jeszcze obszerniej, bo będzie dłuższa o jakieś 250 stron. Złota jesień dla miłośników SF tego roku.

czwartek, 16 czerwca 2011

Jesteśmy lepsi (jak zawsze)

Guardian, którego nie za bardzo lubię, poświęca od pewnego czasu sporo miejsca fantastyce. Ostatnio pisali o nowym tłumaczeniu Solaris. Na razie w ebooku i audiobooku, gdyż na razie rękę na wydaniu książkowym trzyma właściciel praw autorskich poprzedniego tłumaczenia, złego i pełnego luk.
Ale, jak to często bywa, od artykułu ciekawsze są komentarze. W tym taki oto:
Świetne wieści. Właśnie myślałem o tym w zeszłym tygodniu.

Długo zwlekałem z czytaniem Solaris z powodu złych opinii o tłumaczeniu Czekałem, aż mój polski bedzie dość dobry.

Przy okazju, moja żona nienawidzi Solaris, gdyż jest lekturą obowiązkową w polskich szkołach i musiała uczyć się o niej do upadłego.(mam to samo z Zabić drozda). Zastanawiam się, czy kiedykolwiek dożyjemy czasów, gdy coś jak Gwiazdy moim przeznaczeniem albo Koniec dzieciństwa będą lekturami w Wielkiej Brytanii?

No pięknie. Nie dość, że facet uczy się polskiego bo chce przeczytać Solaris (okej, ma jeszcze polską żonę, ale przecież mógłby zatrzymać znajomość języka na poziomie pogawędki z połowicą, a nie celować w Lema), to jeszcze chwali nas, że powieść SF może być w Polsce lekturą.
A my żalimy się, że mamy getto.

sobota, 28 maja 2011

Poetyka krzemu

Zasłyszana krytyka Władcy pierścieni – tam są opisy przyrody!
To jest zarzut. Opisami przyrody u nas się straszy. Przez nie mało kto zdzierżył Nad Niemnem. Biada temu, któremu trafiła się Orzeszkowa na maturze. Na szczęście żadne fantasy nie jest lekturą obowiązkową, więc kto nie lubi, może zamiast Tolkiena poczytać Martina. Jest obecnie modny (ha! pamiętam jak przed seansem Dwóch wież zaszliśmy z kumplem do Empiku by policzyć różne wydania Władcy: było ich koło dwudziestu) i w przeciwieństwie do nudziarza Tolkiena nie cacka się, tylko przechodzi od razu do akcji. Zaletą Pieśni lodu i ognia jest bycie czystym literackim mięchem. Pure literary flesh.
Ale zastanawiające jest, dlaczego tak nie lubimy (my to znaczy ogół, niejednoznaczne machnięcie ręką) sążnistych opisów przyrody. Bo chyba dawni mistrzowie nie pisali ich ze złośliwości. Ktoś je lubił. Dopiero potem straciliśmy kontakt ze środowiskiem naturalnym, a jego opisy stały się dla nas abstrakcyjne. Ja do opisów przyrody przekonałem się dopiero dzięki McCarthy'emu. Siedziałem nad Dziecięciem bożym i wreszcie rozumiałem, że one mogą być piękne.
Nie jest to zbyt finezyjne wytłumaczenie, ale z grubsza pasuje.
Chesterton naśmiewał się w Napoleonie z Notting Hill naśmiewał się z poetów piszących o wiejskim krajobrazie, którzy w rzeczywistości nigdy nie wyściubili nosa z miasta. I miał rację, nie wyobrażam sobie, że ktoś weźmie Encyklopedię tatrzańską i wyciągnie z niej Na skalnym Podhalu, bowiem pewne rzeczy należy znać, żeby o nich pisać. No chyba, że trafi się skończony geniusz.
Wielki Gilbert, oprócz krytykowania nieudacznego powrotu do natury, apelował by pisać wiersze o mieście i w mieście szukać poezji. To niełatwa sprawa. Można brzydzić się Orzeszkową, ale dalej w głowach tkwią nam "stary" język. "Nowy" próbowali wymyślić futuryści, ale nie udało się i funkcjonują dziś jako ciekawostka z lat 20. W tym samym czasie nowych form dla nowego świata szukali Rosjanie, którym przydarzył się cały nowy świat z nieznanym porządkiem. W noweli Drzazga Władimir Zazubrin pisał tak: ścianka bielała na granicy jasnego ramienia i nieoświetlonej odnogi. Pięcioro drzwi, zdjętych z zawiasów, przystawiono do ceglanej skały. Obok pięciu czekistów. W rękach ogromne rewolwery. Kurki — jak czarne znaki zapytania — odwiedzione...
Mają te słowa moc. Ale co po tym, jeżeli całą awangardę zmieciono z powierzchni ziemi, zastępując socrealizmem? Pisarze opiewali traktory językiem niezamierzenie śmiesznym, dowodząc tylko ile wart jest system, który im to karze. Byli wśród nich i nasi, który by teraz chcieli pewnie, żeby im o tym zapomniano.
Czy jest więc jakaś poetyka krzemu? Nie awangardowy eksperyment, ale coś, co mogłóby stać się językiem potocznym? Pewne nadzieje daje wejście subkultury geeków w mainstream. Oczywiście nikt jeszcze nie dostanie Kościelskich za opiewanie kibici kochance "jak BGPv4 potrzebnej", ale serce rośnie, gdy ktoś zamiast wybuchnąć śmiechem mówi "LOL".
No i zawsze mamy Science Fiction, które stoi od zawsze na styku literatury z formami przyszłości. Oczywiście, większość autorów idzie po łatwiźnie, pisząc najprostszym raportowym językiem, ale już taki Lem —
"Niezwyciężony", krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru...
Piękne, prawda?

czwartek, 2 grudnia 2010

Prawdziwe losy Krisa Kelvina

Napisał Agrafek o konwencjach i brzytwie Lema. Wpasował się tym mój niedawny wpis (a ja wpasowałem się w jego), co wnet poniosło mnie na ku rozmyślaniom.
Przypomnę, że brzytwa Lema to narzędzie sprytniejsze od skrobaczki do kartofli i służy do fantastyki. Wycinamy nią wszelką nierealność z utworu, a następnie sprawdzamy, czy trzyma się kupy. Jeśli tak, to nie jest fantastyka, tylko dekoracja. Rakieta nie służy treści, tylko fajnie wygląda. Magia nie determinuje Neverlandu, tylko kolorowo błyska. Jak widać, brzytwa Lema to krwawe narzędzie okrutnych czynów.
Ale, pomyślałem, co gdyby działaniu brzytwy poddać samego Lema? Wezmę Solaris, numero uno polskiego SF i dokonam weryfikacji.

Od razu, gdy tylko usunąć kosmos, Solaris traci sporą część znaczenia. Bo o inteligencji pozaziemskiej można pisać tylko w SF i pracach naukowych. Niemniej Solaris jeszcze się trzyma.
Planetę można spokojnie wymienić na wyspę gdzieś na tropikalnych wodach (w drugą stronę działają Space Opery przenoszące w przestrzeń 2 wojnę). To dodatkowo sugeruje, że czas akcji przypada na epokę kolonialną, kiedy wyspa na Pacyfiku była dla Europejczyka obcą planetą. Narracja Kelvina pełna jest psychodelicznych obrazów i zdarzeń – narkotyki? To by sugerowało belle epoque, kiedy bohema raczyła się opium, zapijając absyntem. Zatem Solaris przeniosło się w bardzo realną czasoprzestrzeń. Przed 1914 rokiem, gdzieś na Oceanie Spokojnym.
Kris Kelvin (zostańmy przy nazwiskach powieściowych), spełniając prośbę Gibariana, przybywa na wyspę Solaris. Co ma tam robić? To samo, co wersji SF – prowadzić badania. Dlaczego opuścił Europę? Przyczyną mogły być wyrzuty sumienia, jakie toczyły go po samobójstwie Harey. List od Gibariana stał się pretekstem do ucieczki.
Zatem pewnego słonecznego dnia w 19.. roku, Kris Kelvin opuszcza kolonialną kanonierkę Prometeusz (dowódca: kapitan Moddard, trasa: Singapur – Port Moresby), po czym ląduje samotnie na brzegu wyspy Solaris. Nikt go nie wita. Zdziwiony, maszeruje wgłąb dżungli. Tam spotyka go "czas okrutnych cudów".
W tym miejscu trochę oszukam, bo zastosuję wybieg. Założę, że podczas pobytu w tropikach Kelvin eksperymentuje z halucynogenami bardziej niż w Europie. To tłumaczy wizje solaryjskich tworów (mimoidy, długonie...), podrażnienie zmysłów ("błonoskrzydłe pianoobłoki"), a wreszcie i Harey. Kim jest? Halucynacją? Tubylczą kochanką, w której naćpany Kelvin widzi twarz narzeczone? Być może jednym i drugim. Że na wyspie było wesoło dowodzi zachowanie pozostałych członków ekspedycji – Gibariana, Snauta, Sartoriusa. Nie zdziwiłbym się, gdyby w rzeczywistości byli tylko Gibarian i Kelvin – jeden ze swoją tłustą murzynką, drugi z wyhalucynowaną Harey u boku – reszta zaś ludzi i zdarzeń była efektem seksualnej swobody tubylców i ich liberalnego podejścia do narkotyków.
Taka interpretacja Solaris, naciągana pod tezę (że Lem nie pisał SF, lub przynajmniej rzadziej, niż nam to się wydaje), ma jedną niezaprzeczalną zaletę. Można się pokusić o kontynuację. Kelvin odnajduje w końcu spokój. Duchy wracają do zaświatów. Może wracać do domu.
Trzymam się dalej chronologii, jest więc duża szansa, że w międzyczasie wybuchła Wielka Wojna. Kelvin, śladem wielu innych, zaciąga się. Walczy na którymś z frontów. W końcu, po wielu latach wraca do ojczyzny. Co robi? Nie sądzę, że zajmuje się psychologią, nie jest typem Zygmunta Freuda. Jego język (który poznajemy poprzez pierwszoosobową narrację) oraz bogata wyobraźnia sugerują niemały artystyczny talent. Kris Kelvin zostaje artystą. Pisze, maluje, bawi się w kręgu bohemy lat 20 i 30. Znajduje sobie kolejną kochankę, tyle że już bez wyrzutów sumienia. Opisy solaryjskich krajobrazów sugerują, jak mogą wyglądać jego obrazy.
Stabilizacja kończy się wraz z pokojem. Kelvin, podobnie jak tysiące innych uciekinierów, próbuje umknąć przed niemieckimi czołgami. Wyobrażam sobie, jak z kochanką idą przed siebie polna drogą. No ale dokąd, jeśli po dwóch tygodniach wojna jest przegrana? Na wieść o wejściu Sowietów Kris Kelvin podcina sobie żyły.


Na usprawiedliwienie szaleńczej teorii, którą przed chwilą zaprezentowałem – na swoje usprawiedliwienie – przypomnę, że Solaris Lem napisał w Zakopanem, na natchnieniu, więc niebiosa wiedzą co i o kim tak naprawdę pisał.