Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 września 2017

Co jest nie tak z netfliksowym Notatnikiem śmierci?

O rety, gdyby nowa wersja Death Note była głównym powodem, dla którego kupiłem abonament Netfliksa, to bym był bardzo zły. Na szczęście z radością oglądam tam inne rzeczy (choć do ideału wciąż daleko — polskim użytkownikom nie dano szansy oglądać na bieżąco 3 sezonu Ricka i Morty'ego, omija nas sporo filmów, a że Brytyjczycy już mają Farcę, a my nie, to mały skandal).
Może przesadzam, ale anime z 2006 było czymś na kształt przeżycia pokoleniowego. Oglądało się je jak Lostów czy Prison Break, przeżywało, omawiało w podgrupach. Robienie po latach amerykańskiej wersji aktorskiej (nie widziałem jeszcze filmów japońskich — a, jak sprawdziłem, były dwie części, spinoff o L oraz miniserial) było ryzykownym przedsięwzięciem. Po ostatnim Ghost in the Shell czy Dragon Ballu sprzed paru lat trudno było o brak sceptycyzmu.
Niemniej zasiadając przed ekranem postanowiłem być wobec filmu i siebie uczciwy. W końcu adaptacja nie polega na powtarzaniu scena po scenie, a oryginalne anime nie było wolne od wad. Ewentualne zmiany postanowiłem brać za dobrą monetę — czasem wręcz warto pójść swoją drogą.
Po godzinie i czterdziestu minutach nie mogłem uwierzyć, jak to zmarali. Ze wszystkich możliwości, jakie dają proste przecież założenia wyjściowe, Amerykanie postanowili nakręcić , sam nie wiem, Koszmar minionego lata? Któryś z tych młodzieżowych thrillerów, które oglądałem wieczorami na Polsacie?
Po pierwsze: wspomniane reguły. W wersji animowanej zasady działania notatnika były proste, a kolejne wypływały niespiesznie i z odpowiednim wyprzedzeniem. A nawet jeśli nie, to wydawało się to naturalne. U Amerykanów mamy wrażenie, że reguły wymyślane są ad hoc, kiedy scenarzyści muszą dać kopniaka fabule.
Po drugie: bohater. Oryginalny Light Yagami był geniuszem. Netfliksowy Light Turner to typowy horrorowy cwaniaczek, który nie wie, z jakimi mocami zadziera. Na początku nawet ma jakieś osiągnięcia, ale szybko sytuacja wymyka mu się z rąk, a to, co miało być super, zamienia się w zagrożenie. W kłopoty wpędza go nie pycha, nie geniusz śledzącego go detektywa (o tym za chwilę), ale własna nieporadność.
Po trzecie: L. Death Note jest kryminałem. Fantastycznym oraz takim, w którym znamy tożsamość sprawcy, ale wciąż kryminałem. Frajdę z oglądania rodziło obserwowanie jak dwóch równorzędnych przeciwników ze sobą walczy. Obserwowanie dedukcji L. Tymczasem w filmie nie ma ani jednego, ani drugiego. L nie błyszczy żadnym specjalnym geniuszem — porównajcie, jak w anime odkrył, gdzie mieszka Kira i jak to zweryfikował, z analogicznym epizodem w filmie.
Po trzecie b: podobnie słabo wyglądają fortele Lighta, z rozpracowaniem agentów FBI na czele. W oryginale była to ryzykowne, ale perfekcyjnie przeprowadzona operacja. Jej wynik, a zwłaszcza epilog definiowały charakter bohatera, a nas, widzów, zostawiały z konstatacją, że kibicowaliśmy (i być może nadal kibicujemy) zimnokrwistemu psychopacie. W wersji netfliksowskiej cały ten fragment zmarnowano w imię twistu.
Po czwarte: twist. Jak już wspominałem, nie miałem nic przeciwko zmianom w fabule. To byłoby nawet ciekawe napisać alternatywny Notatnik śmierci. Inaczej podchodzący do spraw, albo podsuwający takie same sprawy, ale innym ludziom. Nowy Light wcale nie musiał być klonem starego — zwłaszcza, że nadludzcy psychopaci trochę się już przejedli. W filmie nowym pomysłem było dodanie do gry trzeciego gracza (w anime analogiczna postać była tylko niezbyt mądrym fanem Kiry). Taka fabuła miałaby sens (na co dowodem doskonałe Podwójne ubezpieczenia Bily'ego Wildera), gdyby tylko scenarzysta z reżyserem mieli dość pomyślunku i konsekwencji, żeby ją umiejętnie poprowadzić. A tak zamiast precyzyjnej podbudowy pod nieoczekiwany zwrot akcji, dostajemy durnego licealistę i jego wyrywną dziewczynę.
Smutno na coś takiego patrzeć.

Post scriptum: za to netfliksowy IBoy okazał się udanym, niespodziewanie poważnym filmem oartym na najgłupszym pomyśle wyjściowym, jaki mógł przyjść do głowy. Chłopak dostaje cyberpunkowych supermocy po tym, jak do mózgu wbił mu się kawałek telefonu. A mimo to ogląda się z wielką satysfakcją.




niedziela, 18 maja 2014

Córka człowieka o dwudziestu twarzach

Po krótkiej przerwie wracam do anime. Wychodzi na to, że chwilowo odpoczywam od literatury (od pisania o literaturze - bo czytam tyle, co dawniej) i wreszcie realizuję stary plan cyklu wpisów o japońskich animacjach. Nie pamiętam, od kiedy go planuję, oraz nie wiem, dlaczego wreszcie udało mi się go zacząć akurat w maju 2014.
Są animowane klasyki. Dzielimy je na rzeczy klasyczne obiektywnie (na tyle, a ile pozwala właściwa sztuce subiektywność odczuć) oraz takie, którym przydarzyło się trafić na swoje miejsce i czas. Myślę, że 90% animców, którymi zachwycali się małoletni widzowie Polonii 1 nie było specjalnie wybitne, ale ponieważ nie mieliśmy w Polsce niczego innego, stały się naszym krajowym kanonem gatunku. Słyszałem na przykład, że takiego szczęścia doświadczyło Kaiketsu Zorro, które było całkiem przyzwoitą produkcją, ale poległo w walce o popularność z święcącym tryumfy Dragon Ballem. Do nas DB przyszedł trochę później, dając odetchnąć drobnicy.
Czasem zdarzy się jednak produkcja, która przejdzie kompletnie bez echa, choć nie było ku temu żadnych sensownych powodów. Z nikim specjalnym nie konkurowała, nie wyprzedzała trendów, ani nie była pogrobowcem tendów minionych. Po prostu przydarzył się koszmar każdego artysty: nie udało mu się wzbudzić zainteresowania bez żadnych obiektywnych przyczyn.
Taki był los Nijuu mensou no musume, znanej również pod angielskim tytułem The Daughter of Twenty Faces. Nie wiem, dlaczego nikt nie pamięta o przygodowo-kryminalnej serii z 2008, w której interesujący bohaterowie biorą udział w ciekawych intrygach, mierzą się z nieoczekiwanymi zwrotami akcji, a całość spowija większa tajemnica z dodatkiem szczypty dieselpunkowej fantastyki.
Tytułowy Człowiek o dwudziestu twarzach to nie oryginalny pomysł scenarzystów, lecz jeden z klasycznych bohaterów japońskiej popkultury, złodziej-gentleman w typie Arsene Lupina. W tej opowieści towarzyszy Chick, młoda sierota, którą Dwadzieścia twarzy wziął na wychowanie, choć z perspektywy osób postronnych wygląda to raczej na porwanie. Chico jednak wcale nie czuje się ofiarą, gdyż największy złodziej na świecie jest lepszym opiekunem, niż ciotka, która bardziej niż dziewczyną, interesowała się jej majątkiem oraz szukaniem sposobu, jak najszybciej położyć na nim rękę.
Fabuła jest jedną z lepszych stron serialu. Ledwie się przyzwyczajamy do konwencji kryminału o genialnych złodziejach, następuje zwrot akcji (i to taki napraaaawdę solidny zwrot), który całkowicie przetasowuje sytuację. Ledwie ta się wyklaruje, następuje kolejna zmiana, a potem jeszcze jedna i kolejna. Kolejne zagadki wskakują na stos, a widz odkrywa, że do tej pory znał tylko drobny fragment całości. Sensacja łączy się z fantastyką, a thriller z dziewczęca przyjaźnią. Twórcy wprawdzie w drugiej połowie gubią gdzieś energię poprzednich kilkunastu odcinków, a finał aż prosi się o nieco mocniejsze związanie wątków (na szczęście ostatnia, dosłownie ostatnia scena wynagradza częściowo te wady), lecz i tak mamy do czynienia ze zaskakująco dobrze wypadającą mieszanką.
Grafika jest w sam raz, może nie szczyt możliwości japońskich animatorów, ale sprawdza się. Estetyczna i pasująca do klimatu opowieści. Nie uświadczymy przerysowania typowego dla innych anime, więc kreskę można chyba nazwać realistyczną. Opening jest dobrym reprezentantem całości i swego czasu bardzo mi się podobał. Może to kwestia sentymentu, ale spokojnie umieściłbym go w jakimś top 20:




Ale to, co najlepiej pamiętam po kilku latach od pierwszego obejrzenia, to główna bohaterka. Rzadko spotykam się tak dobrze napisaną w ramach "dorosłej" fabuły postacią dziecięcą, a potem dziewczęcą. Inteligentną, ale nie małą mądralą. Zaradną, ale nie będącą w dorosłym przebranym za dziecko (to, jak ostatnio dowodził mi agrafek, jest cechą charakterystyczną nurtu new adult). Może przesadzam i w Chiko nie ma nic aż tak nadzwyczajnego, chciałbym, żeby wszyscy małoletni bohaterowie byli równie bezpretensjonalni i wiarygodni.
Czy The Daughter of Twenty Faces jest jest jakimś must-see anime? Nie, można się bez niego obyć, lecz z drugiej strony, mnóstwo słabszych serii jest o wiele lepiej pamiętanych. Więc chociażby w imię sprawiedliwości wypada chociażby wejść na tubka i dać przygodom Chiko szansę. Jest intryga, sensacja, pogoń za tajemnicą oraz statki powietrzne. Czego więcej potrzeba na niezobowiązujący wieczorny seans?

środa, 7 maja 2014

Legenda o bohaterach galaktyki

Anime, o którym ostatnio pisałem, było w właściwie łatwe w odbiorze. Może fabuła była skomplikowana, narracja nieliniowa, a twórcy woleli piętrzyć przed widzem tajemnice, niż je rozwiązywać, jednak te 13 odcinków obejrzałem w jedną świąteczną (majowoświąteczną) noc. To nic wobec wyzwania, jakie stanowi Legend of the Galactic Heroes, 110-odcinkowa (!) kobyła (nie licząc serii i filmów prequelowych, których nie widziałem), prawdopodobnie jedna z najlepszych space oper, jakie powstały.
W XXV wieku galaktyka podzielona jest między dwa wrogie imperia: mocno wzorowane na szeroko pojętej niemieckości Imperium oraz demokratyczny Sojusz Wolnych Planet. Geopolitycznego (galaktopolitycznego?) pejzażu dopełnia Phezzan, formalnie cesarskie lenno, w praktyce niezależne państewko służące obu stronom w roli strefy neutralnej. Tyle widz dowiaduje się w pierwszym odcinku, opowiadającym o ostatnich chwilach ciszy przed kolejną bitwą toczonej od stu pięćdziesięciu lat wojny. Fabuła oparta jest nie na, jak to bywa w przypadku większości anime, mandze albo grze, ale na cyklu powieści, nagrodzonych zresztą nagrodą Seiun, czyli japońskim odpowiednikiem Zajdla. I tę literackość (choć komiks też powstał) w Legend of the Galactic Heroes wyraźnie widać w rozmachu, głębi, a szczególnie w mnogości bohaterów i wątków, której nie udźwignęłoby inne medium, niż Litera.
LotGH należy do praktycznie wymarłego już gatunku fresku wojennego. Historię poznajemy z perspektywy obu walczących (a wliczając neutralny Phezzan - trzech) stron, z poziomu prostych żołnierzy i głównodowodzących flot, z pola bitwy i głębokich tyłów, na których toczy się polityka oraz żyją cywile. Również zgodnie z kanonami gatunku co jakiś czas kadrom, w których pojawiają się bohaterowie, towarzyszą podpisy. I nie jest to pastisz, ale faktyczna pomoc, bo bohaterów serial ma co niemiara. Lecz głównych jest dwóch.

Pierwszy to Reinhard von Lohengramm, najmłodszy z admirałów floty, który zawrotną karierę w równym stopniu zawdzięcza autentycznemu geniuszowi, co faktowi, że jego starsza siostra jest aktualną faworytą kajzera. Jego antagonistą jest Yang Wen Li, wcale nie rozmiłowany w wojaczce historyk, którego na pozycję jednego z najlepszych dowódców Sojuszu Wolnych Planet wyniósł nie wrodzony talent, a nabyta wiedza. I choć (przynajmniej na początku serii) jeden jest tylko poddanym monarchy, drugi zaś służy demokratycznie wybranej władzy, to nie ulega wątpliwości, że to oni dwaj są najważniejszymi ludźmi galaktyce, reprezentantami dwóch walczących na śmierć i życie porządków.
Jednakże nie da się tym porządkom łatwo przypisać ról tego złego i tego dobrego. Łatwo sympatyzować z dziarskimi wojakami Sojuszu (wątki Imperium przeważnie toczą się wśród klas wyższych), ale nie minie wiele odcinków, by widzowi pokazane były najgorsze rzeczy, jakie mogą wyrosnąć w demokracji. I na odwrót, nie ma serca ten, kogo nie wzruszą losy pewnego monarchity-wygnańca, figury jak z powieści Raspaila.
A skoro jesteśmy już przy wzruszeniach. Unikam wnikania w szczegóły  fabuły nie tylko z powodu jej niemożliwego do szybkiego streszczenia ogromu. Twórcy kilka lat przed G.R.R. Martinem potrafili zabijać postacie, których śmierci nikt by się nie spodziewał. I są pod tym względem subtelniejsi od chyba coraz bardziej uzależnionego od przemocy autora Pieśni lodu i ognia. W LotGH kostucha uderza rzadziej, ale jak już to zrobi, widz zbiera szczękę z podłogi. Przynajmniej mnie się tak przydarzyło. Wiecie, mogli zabić jego, i jego, i jego, ale żeby JEGO i to jeszcze w takim momencie... ale nie spojlujmy. To trzeba zobaczyć na własne oczy.
Legend of the Galactic Heroes miało premierę w 1988, lecz, wydaje mi się, pod względem graficznym zestarzało się niewiele Oczywiście na pierwszy rzut oka można poznać, w jakiej epoce powstało, lecz to bardziej estetyka, niż jakieś niedopuszczalne braki, a niektóre sceny batalistyczne i dziś wyglądają niesamowicie.  Jak w przypadku Mouryou no hako poniżej wklejam opening. Towarzyszy mu ending, gdyż każdy odcinek otwiera temat Imperium, a kończy – Sojuszu. Łącznie są ich ich cztery pary.


Co jednak najbardziej (obok niebanalnej fabuły, ładnej grafiki i bohaterów, którym 110 odcinków pozwala rozwinąć się, tak jak na to zasługują) uwiodło mnie w LotGH? Jej japońskość. Może Imperium jest teutonokształtne, a populacja Sojuszu Wolnych Planet jest bardzo multikulturowa, to jednak w Galaktyka przepojona jest myśleniem, które dla mnie, jako Europejczyka, jest obce i egzotyczne. Nihilizm i kołowa koncepcja czasu, jak z jakiegoś bardzo starego stereotypu na temat kultur Azji jest nam podana już w pierwszych minutach pierwszego odcinka (cały serial, wraz z wspominanymi już dodatkami, których nie widziałem, jest do znalezienia na youtubie, i to w bardzo dobrej jakości). Wciągnięty w wir intryg, sympatyzując z bohaterami, zapomniałem, że morał podano mi już na starcie. Kiedy wreszcie sobie o nim przypomniałem, gdzieś między najbardziej wstrząsającą śmiercią w całym serialu, a jego końcem, przez długi czas nie mogłem przejść nad nim do porządku dziennego. Nasza koncepcja dziejów, zarówno w wersji chrześcijańskiej, jak i świeckiej liniowa i optymistyczna, zdejmuje nam z barków odrobinę ciężaru. Jeśli jednak chcecie się przekonać, że i z dużym obciążeniem nie tylko da się żyć, ale i zdobyć kosmos i prowadzić w nim intergalaktyczną wojnę, wtedy szczerze polecam lekturę Legendy o bohaterach galaktyki.

niedziela, 4 maja 2014

Pudełka w pudełkach

Mam problem z anime. W ogóle mógłbym zainspirować się Mistycyzmem popkulturowym i machnąć wpis pod tytułem "Mój problem z anime". Bo jak inaczej, jak nie problemem, nazwać następujący paradoks: szanuję, doceniam, dostrzegam, ale nie jestem w stanie oglądać.
Nie dotyczy to klasyków. Produkcje studia Ghibli, czy świętej pamięci Satoshiego Kona (jaka strata dla światowego kina) bardzo lubię. Klasyką, którą trzeba znać, jeśli uważa się za miłośnika fantastyki naukowej, jest Ghost in The Shell w którejkolwiek z inkarnacji (wersję serialową mam na półce obok Ergo Proxy, Millenium Actress i Akiry – ach te w sumie nieodległe czasy, kiedy naprawdę sporo japońskich produkcji doczekało się oficjalnej i szerokiej dystrybucji w Polsce). Więcej, jeszcze parę lat temu wydawało mi się, że anime będą stanowiły spory odsetek oglądanych przeze mnie filmów i seriali.
I nagle się skończyło.
Mógłbym przypuszczać, że to moja wina. Że dorosłem, gusta mi się zmieniły. Ale przecież anime, które widziałem już wcześniej, dalej mi się podobają – i na pewno nie dlatego, że darzę je nostalgią. Były dobre i są dalej dobre. Co się więc stało? Prawdopodobnie gatunek się ze mną rozminął. Spotkaliśmy się kiedyś na drodze, jechaliśmy w tym samym kierunku, lecz nadeszły rozstaje i ja w lewo, anime w prawo. Być może rozminąłem się również ze społecznością. Próbując znaleźć coś ciekawego, zaglądałem na fora i serwisy fandomu m&a. Kierując się ich opiniami, trafiałem przeważnie na szkolne komedie romantyczne. I nie pomyślcie proszę, że dałem się ponieść uprzedzeniom. Wcale nie. Do lubię romantyczne historie, a szkołę wspominam bardzo dobrze. Jednak ile razy można oglądać to samo. Fandom natomiast na odwrót.Kiedy ja w ramach konwencji szukam czegoś, co mi podpasuje, on ceni sobie właśnie konwencję. "Animowatość" jest dla fandomu celem samym w sobie.
I wiem, że prawdopodobnie to fandom ma rację, a ja jestem dziwakiem obrażonym na fakt, że w commedia dell'te występują te same postacie, a limeryk ma ściśle określoną budowę.
Byłbym kończył ten wpis minorowym tonem, gdyby nie fakt, że po kilku latach przerwy wreszcie znalazłem coś dla siebie. Ma tytuł Mouryou no hako, jest trzynastoodcinkowym mrocznym kryminałem i powstało w 2008, czyli trafia w przedział czasowy, w którym Japonii i mnie zdarzyło się mieć podobne gusta.

Już od pierwszego odcinka (szybko stwierdziłem, że rzecz warta jest tekstu) zastanawiałem się, ile mogę zdradzić z fabuły bez psucia widzom zabawy. Nikt nie lubi, jeśli mu się zdradzi za dużo szczegółów kryminału, a w dodatku Mouryou no hako to jedna z tych produkcji, gdzie samodzielnie złożenie opowieści w całość stanowi wyzwanie równie interesujące, co typowanie mordercy. Kilkoro głównych bohaterów, kilka punktów widzenia. Niejasna chronologia – twórcy raz wyprzedzają pewne zdarzenia, innym razem stosują retrospekcje. Niekiedy nie wiadomo, czy wątek, który akurat oglądamy, jest częścią akcji, czy raczej dygresją, która może o najwyżej może posłużyć jako analogia. Wreszcie jest sporo niepokojących momentów, które mogą być wglądem w schorowaną wyobraźnię postaci, ale równie dobrze mogą oznaczać, że Moryou no hako jest horrorem i właśnie Zły postanowił objawić swoją obecność. Dlatego pozwolę sobie podlinkować opening. Chyba jest w nim maksimum informacji, które można przekazać bez ryzyka spojlera.



A tak serio? Serial ma kilka wątków, więc można napisać po zdaniu o każdym z nich. W ten sposób raczej nie wyjawię żadnej tajemnicy. Z drugiej strony będziecie musieli mi na słowo uwierzyć, że to wszystko łączy się w jedną całość.
Akcja Moryou no hako dzieje się w czasach powojennej odbudowy Japonii. Niezamożna, wychowywana przez samotną matkę nastoletnia dziewczyna zaczyna fascynować się bogatą, ładną i inteligentną koleżanką z klasy. Ta odwzajemnia fascynację, a związek, który między nimi powstaje, przybiera bardzo niepokojącą formę.
Pod pociąg, którym podróżował inspektor tokijskiej policji, wpada człowiek. Nie wiadomo, czy był to wypadek, próba zabójstwa, czy samobójstwo, a jedyny świadek jest w szoku i nie można zeń wyciągnąć zeznań. Choć policjant nie ma jurysdykcji w tym rejonie, zostaje po znajomości włączony do śledztwa.
Jednocześnie dochodzi do serii morderstw kobiet, których fragmenty ciał są odnajdywane w różnych miejscach. Sprawę śledzi, trochę obsesyjnie, młody literat. Pomaga mu w tym znajomy redaktor.
Tyle wiemy mniej więcej na początku trzynastoodcinkowej serii. W dalszej kolejności pojawiają się: prywatny detektyw, wybitny lekarz i jego niepokojąco przypominający kostkę LeMarchanda szpital, skomplikowana sprawa spadkowa, szczera i niepozbawiona podstaw wiara w pewien gatunek japońskich demonów (tytułowe mouryou), oraz tajemnicze pudełka, w których zamknąć można wyegzorcyzmowane z opętanych ludzi diabły, ale również poćwiartowane ciała.
Wszystko to razem daje jeden z moich ulubionych rodzajów historii. Której nie da się streścić jednym zdaniem, ale jednak nie jest chaotyczna, bo wszystko do siebie pasuje. W której sam sposób opowiadania wynika z natury opowieści i stanowi wartość samą w sobie. Która wystawia cierpliwość odbiory na próbę, zbliżając się niebezpiecznie do granicy przekombinowania, ale ani razu jej nie przekracza. W której nie ma nie ma zbędnych elementów, czy scen wstawionych dla robienia klimatu, bo wszystko pracuje jak w szwajcarskim zegarku.
Uwielbiam taką złożoność. W dobrych kryminałach między bohaterami istnieje skomplikowana siatka relacji. Można ją rozrysować jak mapę małego świata, po którym grasuje zbrodniarz. Często w trakcie akcji okazuje się, że te zależności nie są dokładnie takie, jak by się wydawało na pierwszy rzut oka. Na tym opierało się Twin Peaks czy niedawne Broadchurch. Dlatego autorzy lubią małe miasteczka i zamknięte społeczności - one taki graf łączący ludzi mają wpisane w definicję. Mourou no hako nie wystarcza jedna siatka relacji. Na jedną nakłada się druga, a na drugą trzecia.I widz i każdy z bohaterów z osobna może sobie taką rozrysować na kartce papieru. Każda będzie inna, ale jednocześnie poprawna. Wszystkie razem prowadzą do finału. Który również pokazuje, że równania z jednym rozwiązaniem i jedną metodą dotarcia do niego, to zajęcie dla początkujących.
Spośród wielu podgatunków thrillera i kryminały istnieje gałąź "mistyczna", taka, których nastrój i wypadki zdarzające się bohaterom poddają odbiorcę w nieustanną wątpliwość, czy jeszcze doświadcza opowieści realistycznej, czy już zaczyna się fantastyka. Czasem twórcy decydują się popuścić wodze wyobraźni, a czasem twardo trzymają się w ziemi, by w finale, że wszystko można logicznie wytłumaczyć. Którą ścieżką podążyło Mouryou no hako? Obiema. Najpierw jesteśmy w stanie uwierzyć jakaś mroczna siła zstąpiła na ziemię siać śmierć, by zaraz potem jakiś sceptyk znalazł racjonalne wyjaśnienie, które wcale nie jest odległe od interpretacji mistycznej, bo demon nie musi istnieć, żeby działać, sama warstwa symboliczna wystarczy(pozdrowienia dla sympatyków memetyki), zaś na końcu, kiedy mętlik w głowie mamy taki, że żaden Sherlock go nie uporządkuje, odkrywamy, że jesteśmy w gabinecie doktora Frankensteina. Brzmi to bez ładu i składu, ale Moryou no hako można rozrysować na kartce papieru jak instrukcje montażu mebli z Ikei. Wszystko pasuje.
Jak do tej  pory same superlatywy. Czy Mouryou no hako ma jakieś wady? Tak, doliczyłem się dwóch. Po pierwsze jest za krótkie. W 13 odcinków ledwo starczyło twórcom, który tu i ówdzie musieli się naprawdę streszczać. Oczywiście wiem, że łopatologia też jest zła, ale w finale okazało się, że jednak za mało czasu poświęcono mordercy. A nie był randomowym killerem z nożem, ale całkiem ciekawym psychopatą. Na szczęście jednak tę wadę widać dopiero po seansie, przedtem wydaje się, że pokazane jest dokładnie tyle, ile potrzeba. Drugą wadą jest – ciekawa rzecz, jak na kryminał – o jeden trup za dużo. Ta historia miała być okrutna, miała być bez łatwego happy endu, w którym wszyscy żyją długo i szczęśliwie, ale dużo lepiej byłoby, gdyby jedna z postaci dożyła finałowej konfrontacji (która jest niczym z powieści Agaty Christie – wszyscy bohaterowie spotykają się w jednym pomieszczeniu, a cała intryga zostaje wyjawiona) i mogła, jak to mawiają, stanąć w prawdzie przed sobą. Więcej konkretów oznaczałoby konieczność spojlowania, ale uwierzcie, jak obejrzycie, będziecie wiedzieć, o co i kogo chodzi. Pomimo jednak paru drobnych wad warto poświęcić sześć godzin życia (około) na Moryou no hako. Kto nie lubi anime, niech wie, że to akurat jedna z tych pozycji, które wychodzą poza konwencje. Kto lubi, też niech się niech nie zniechęca odmiennością od nippońskiego mainstreamu. Kto, jak ja, stracił wiarę w Japończyków, ma szansę ją choć na chwilę odzyskać. Niektóre pudełka warto otworzyć.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Dziwna śmierć fandomowej fantastyki

Kiedy znów będę miał 14 la,t nie popełnię tego samego błędu co za pierwszym razem, i kiedy rodzice zapytają mnie, co chcę pod choinkę, zamiast kompletu książek Sapkowskiego o Wiedźminie poproszę o komplet tomików jakiejś popularnej mangi. Przystanę do fandomu mangowo-animistycznego, który jest kolorowy, optymistyczny i zawiera więcej dziewcząt. Takie mam wnioski po tegorocznym Krakonie.
Do wpisu o konwentach zabrałem się już po Avangardzie, ale tamto półtorej strony w Wordzie okazało się li tylko teoretyzowaniem na temat, który znam ze słyszenia. Wczoraj, przedwczoraj i przed-przedwczoraj ujrzałem tendencje w działaniu. W ogóle to był ciąg wydarzeń, który jak kolejnymi piknięciami ekran radaru pokazywał, gdzie zmierza fandom: sześciotysięczny Pyrkon, zaproszenie Daenikena na Polcon, nominacje do Zajdla, Avangarda, teraz Krakon, a w międzyczasie artykuł Marcina Zwierzchowskiego w NF, w którym to malakh wieszczy nadejście ery konwentów 2.0.
Nie wierzę w umasowienie fandomu. Kiedyś Pilipiuk apelował, żeby wykorzystać popularność Harry'ego Pottera, zacząć znowu pisać polską fantastykę przygodową i  w ten sposób wychować nowe szeregi dorosłych bywalców zjazdów i czytelników. Żeby to było takie proste. Nie pomylę się chyba pisząc, że już teraz więcej niż połowa kultury (a popkultury na pewno) to fantastyka. W telewizji lecą Gra o tron i Żywe trupy. Gry, prócz wojennych strzelanek i historycznych strategii, są samą fantastyką. W literaturze bywa różnie, ale olbrzymie nakłady Pilipiuka, Sapkowskiego, czy nawet Igrzysk śmierci są na pewno wykupywane przez "cywilów". Przypomina to trochę sytuację rekonstruktorów historycznych. Już nikt się nie puka w czoło na wieść, że dorosłe chłopy przebierają się w mundury pierwszej kadrowej i ganiają z replikami karabinów po wynajętym poligonie. Więcej, inscenizacje bitew stały się atrakcją świąt państwowych, rozmaitych festynów czy obchodów. Ale wcale nie oznacza to, że naród nagle rzuci się działać w grupach rekonstrukcyjnych.  I tak samo te tłumy, które żyją w fantastyce, ale wcale nie chcą uczestniczyć w aktywnym fandomowym życiu, z wielką ochotą przyjdą na konwent 2.0.
Oczywiście nie każdy konwent może upgrade'ować do wersji 2.0. Na pewno udaje się to Pyrkonowi, który przeniósł się w prestiżową lokalizację (targi poznańskie), a poza tym do tej pory odnosił same sukcesy. Jedno z drugim pozwala mu stać się poważną miejską imprezą. Czy jakieś inne kony mają szanse? To się dopiero okaże.
Z takimi oto przemyśleniami w piątkowy poranek pospieszyłem na kampus Akademii Górniczo-Hutniczej, gdzie odbyć się miał Krakon. Szedłem od strony szkoły, w której mieściły się sale sypialne. To bardzo ważny szczegół, gdyż wyszedł z niej Harry Potter.
Z kocimi uszami.
Kiedyś próbowałem oglądać anime (osobna historia, jak to wyglądało) i wiem, że połowa bohaterek m&a ma takowe. To japoński sposób na oznaczenie, że postać nie przynależy do naszego świata. Nam do tego służą uszy elfie, im – kiciusiowe. Rozumiem więc, że opaski z trójkątnymi uszkami są popularnym gadżetem otaku. Ale widząc Harry'ego Pottera z takimi poczułem, że ktoś coś niemiłego robi z moim dzieciństwem.
Ale mniejsza z tym. Że Krakon opanowali mangowcy, wiadomo było od zeszłorocznej reaktywacji konwentu. Wtedy jednak można było powiedzieć: gracze i fantaści nie zmobilizowali się odpowiednio, za rok zaklepiemy przyzwoitą salę na blok literacki, zaprosimy więcej gości, zrobimy jakiś panel albo prelekcję, a graczami obstawimy kluczowe punkty budynku. Będzie o!
Nadzieje okazały się płonne, japońszczyzna przysłoniła nawet główny temat konwentu, którym były przygoda i podróże. Zamiast więc Indianów Jonesów czy Allanów Quatermainów widać było kimona. Kojarzę jedną prelekcję o Czarnym lądzie, z której koleżanka wyszła po kwadransie. I tyle tego.

Literatura się w tym wszystkim męczy. Zauważył to zresztą parę miesięcy temu Jewgienij Olejniczak. Konwenty, tak te 2.0 jak i prototypy, są festynami i dyskutowanie na nich o wyższych ideach mija się z celem. Zwłaszcza kiedy fantaści pragną być docenieni przez "poważny" światek kulturalny. Może czas wreszcie dokonać rozdziału fantastyki od konwentów, a może nawet od zorganizowanemu fandomu. Żaden z tych związków nie był sakramentalny, więc jest szansa na bezkonfliktowe rozstanie. Zostańmy przyjaciółmi. Wiem, że to najbardziej bezsensowny tekst ever, ale w tym przypadku może się udać. Nie chodzi też o udawanie, że się nie znamy. Dalej będzie łączyć nas wspólna historia i podobieństwo zainteresowań, więc nie widzę problemów, żeby jedno środowisko od czasu do czasu pokazywało się z drugim, choćby na zasadzie zaproszenia jakiegoś autora na dziesięciotysięczny Pyrkon. Ale trwać w przekonaniu, że stary model fantastycznej społeczności jest wiecznotrwały – to bez sensu.

czwartek, 12 lipca 2012

Nie wie lewica, co czyni prawica. I na odwrót.

Obiecywałem, że na moim blogu (raczej) nie będzie polityki. Nadszedł czas, ażeby wykorzystać możliwość zrobienia wyjątku, jaką daje mi "raczej". Zresztą wpis dojrzewał miesiącami.
Główna inspiracja pojawiła się jednak niedawno. Chodzi o artykuł Wyobraźnia po prawej stronie, który ukazał się w weekendowej rzepie. Zbieżność tytułu ze znanym tekstem Dukaja nieprzypadkowa.
Dominacja prawicowców w polskiej fantastyce to temat stary jak świat i trudno wymyślić cokolwiek nowego. Artykuł jest taki sobie, ot średnie stany Rzepy. Ale może posłużyć jako podkładka pod nieco szersze rozważania. W tym celu zalinkuję jeszcze Drugi obieg, gdzie jak zwykle pojawiły się głosy wybijające ponad przeciętny poziom dyskursu w fandomie. Jak chociażby teza agrafka, że prawoskrętność dotyka również wydawnictw (zwłaszcza teraz, kiedy po kolejnej ofensywie kryzysu wydaje się, że przeżyły już tylko Fabryka, Powergraph i NCK). Nie chcę tu oczywiście brutalnie wmawiać ludziom poglądy, z którymi się nie utożsamiają, więc z góry proszę o wybaczenie.
Już spojrzenie na najgłośniejsze nazwiska udowadnia pewien przechył w prawo. Ma on przyczyny historyczne znane chyba większości. Z jednej strony zaczytana w Zajdlu stara gwardia w rodzaju Parowskiego, Oramusa i Wolskiego (tego ostatniego nigdy nie rozumiałem), z drugiej strony młodsza o 10-20 lat ekipa Klubu tfurców, nie lubiąca wszelkiej komuny i zakochana w kapitalizmie.
Z drugiej strony od dłuższego czasu na prawym fandomie nie pojawiło się żadne nowe nazwisko. Ciągle ci sami: Pilipiuk, Grzędowicz, Komuda, Piekara, Ziemkiewicz (honorowo) itd. Był jeszcze Twardoch, on jednak wysiadł z tramwaju prawica na przystanku "śląska melancholia". Wielka szkoda, bo wnosił coś świeżego, a w końcu każde zamknięte towarzystwo zaczyna po pewnym czasie zjadać własny ogon. I to chyba dopadło prawicowych fantastów, którzy od lat nie wymyślili niczego nowego. Powstają kolejne tomy kolejnych książek, ale nie towarzyszy im żadna nowa idea. Świat rodzi nowe wyzwania dla literatury, a Pan lodowego ogrodu pozostaje taki sam, jak w 2005. A już wtedy wyglądał tak, jakby idea w nim tkwiąca istniała już w 1995. Szczęśliwie Jarosław Grzędowicz umie pisać; w przeciwnym razie skończyłoby się jak w opisywanej przed Dukaja książce Kempczyńskiego – repozytorium przeterminowanych pomysłów. Niestety, dobre pióro nie leczy z impregnacji. Wstyd było czytać, gdy Grzędowicz (ja ciągle o nim, bo to chyba najgłośniejszy reprezentant nurtu), konfrontując się z nowym problemem, robi jedno: wyśmiewa.
Drugim felerem fantastycznej prawicy, zamkniętej w niewielkim kręgu podobnych do siebie osób jest pomieszanie akcydensu z atrybutem, czyli spraw przygodnych z jądrem światopoglądu. Po prostu autorzy mimowolnie biorą własne kompletnie aideologiczne upodobania za ich część. Najlepszym przykładem są papierosy. Grzędowicz "uprawicował" je w następujący sposób: władza lewicowych biurokratów chce zmusić ludzi do zdrowego trybu życia, więc zakazuje im palić tytoń. Ergo: fajki są prawicowe.
Tymczasem ja uważam, że odwrót od tytoniu jest zjawiskiem społecznym. Jeszcze sto lat temu w urzędach i miejscach publicznych można było znaleźć spluwaczki (kto czytał Szweja, ten na pewno kojarzy). Spluwanie było czynnością typową dla dorosłych mężczyzn. Kobietom i dzieciom spluwać nie było wolno. Potem jednak spluwaczki zniknęły z życia publicznego. Uznano je za niehigieniczne, gdyż ślina roznosi choroby, oraz nieestetyczne. Obecnie pluje tylko margines społeczny. Identyczny proces zachodzi dzisiaj w przypadku papierosów, a to co fantaści-prawicowcy uważają za próbę wchodzenia władzy w prywatne sprawy obywateli, to po prostu zwykły populizm, sankcjonowanie czegoś, co dzieje się samo przez się.
Czyni mnie taka nieortodoksyjna interpretacja lewicowcem?


Lepszego obrazka nie miałem. Anime, a fe!
W tym miejscu mógłbym zakończyć wpis. Artykuł z Rzeczypospolitej opisywał, jak to prawica rządzi w polskiej fantastyce, ja natomiast spróbowałem pokazać, wcale nie jest tak dobrze, a kolos ma gliniane nogi. Koniec. Na szczęście pozostały jeszcze dwie części eseju Dukaja (2, 3), w których próbował wzmocnić lewą nogę fandomu. Musiał najwyraźniej przeczuwać, że może z tego nic nie wyjść, bo zaproponował też, by z jego koncepcji skorzystała i prawica (absorbując nowe idee, o braku których pisałem wyżej).
Lewicowej fantastyki (jako realnej siły) w Polsce nie ma. Był Pacyński, ale umarł, próbuje się podczepić Sapkowskiego, ale jego przynależność ideowa jest bardziej skomplikowana i zdefiniowanie jej pozostaje poza celami mojego wpisu. Są za to fandomowi lewicowcy, niezdolni (jak mi się na razie wydaje) do stworzenia literatury. Nawet nie takiej, która by coś odkrywała, ale zwykłej odpowiedzi na prawicową dominację.
Zachód przy nas to zupełnie inny świat. Mieville pisze marksistowskie fantasy, Stross przegania ze swojego bloga reakcjonistów – rozumiecie, czytelnicy? Są na świecie miejsca, gdzie słowo "reakcjnista" coś znaczy i nie wywołuje u słuchaczy napadów szyderczego śmiechu. Więcej, każdy może tam dolecieć samolotem!
A u nas nic. Żeby było jeszcze śmieszniej, fandomowi lewicowcy (tutaj disklajmer: piszę o tych, których mogę najłatwiej znaleźć w internecie, żadnych badań nie prowadzę) szczycą się uwielbieniem dla nowoczesnych technologii, ale jednak nie potrafią wykorzystać z Amazon Kindle, aby przetransferować lewoliteraturę nad Wisłę.
Może właśnie o opozycję nowoczeność-tradycjonalizm się rozchodzi. Wyrażanie prawd i intuicji o świecie przy pomocy literackiej fikcji to rzecz dawna, a szczyty osiągnęła w XIX-wiecznej powieści. Dlatego w Polsce literatura fantastyczna jest prawicowa, bo ma korzenie w zanurzonej przeszłości. Zachód natomiast z jego Strossami i Mieville'ami paradoksalnie są na wcześniejszym etapie niż my. Tkwią jeszcze w imperializmie, po nas przeszła już z definicji nieuchronna Rewolucja. Wkrótce Nieuchronna przetoczy się przez syty Londyn i Nowy Jork, a literatura fantastyczna zniknie. Jak ktoś widzi w tym pomysł na futurologiczne opowiadanko, to może pożyczyć – nie zabraniam.

Co robi więc fantasta-lewicowiec, skoro, jak wykazałem, literatura to forma ekspresji przynależąca do prawaków? Żywiołem jego jest teraźniejszość. Przeszłość pomija z powodów już wyjaśnionych wcześniej, przyszłość niebezpiecznie kojarzy się z Wiecznością (albo Chruszczowem zapowiadającym komunizm na za 20 lat). Trollerka, prowokacja, mem (być może za 100 lat będziemy wspominać Dukaja za wprowadzenie tego pojęcia do języka polskiej lewicy internetowej), wielki szyderczy LOL i szybki wjazd na Terlikowskiego.  Czasem przynosi to wspaniałe efekty, w końcu akcję, dzięki której polski satelita będzie nosił imię Lema zainicjował znany w towarzystwie osakana. Niemniej lewica celuje w happeningu i pielęgnowaniu stylu, a literatura do żadnego z obu po zwyczajnie nie pasuje.
Lewicowcy, mimo wszystkich różnic, w niektórych aspektach przypomina prawicę. Dolega im dokładnie takie samo nierozróżnianie atrybutu i akcydensu. Za atrybut uznali brodę. I wąsy. Oraz sandały – koniecznie ze skarpetami. Brodato-sandalasta figura buca, której nienawidzą i której się lękają tak ich opętała, iż nie dostrzegają, że wizerunek zamienił się w swoją karykaturę. Mamy 2012, najbardziej niebezpieczni z prawicowców są na etapie doboru poszetek pod kolor krawata. Jedynym większym skupieniem prawicowców, które hołduje stereotypowi brodacza są zapóźnieni fandomowcy. A i oni do niej nie pasują całkowicie, bo arcywróg Jarosław Grzędowicz goli się gładko. Co więc robię lewicowcy? Zamiast postąpić rozsądnie i porzucić umarłą metaforę, brną w nią dalej.

Fascynująca jest jeszcze u lewicowców-fantastów atencja, jaką darzą Jacka Dukaja. Przed laty na jego tekst zareagował jedynie (negatywnie) Grzędowicz. Powtórzenie jego tez przez dziennikarza Rzeczypospolitej (z podaniem źródła!) od razu wywołuje głosy obruszenia. Że nie, bo Sapkowski, Jabłoński i Pacyński świętej pamięci, że trololo, wybiórcze zestawienie naciąganych faktów, na każdego prawaka znaleźlibyśmy tuzin lewaków, gdyby tylko nam się chciało, a poza tym w zeszłym roku Wojciech Orliński puścił opowiadanie. Dowodzi to, jakiej nietykalności dorobił się Dukaj. Pamiętajmy przecież, że swego czasu Tomasz Piątek zdemaskował go jako neoliberała. Całkiem trafnie, jeżeli pominąć szczegóły oraz styl wrednego donosu. W samej Wyobraźni po prawej stronie można znaleźć kilka kompromitujących autora cytatów: od pochwały Weekendu w Spestreku po stwierdzenie, że obciachowa SF lat 90, strasząca Unią i eutanazją miała silne podstawy w rzeczywistości.
Czyżby więc lewica w fantastyce jest tak słaba, że wspiera neoliba, giełdowego dorobkiewicza, w nadziei, że obroni ich przed Pilipiukiem i Grzędowiczem? Zgroza.
No chyba, że wbrew pozorom z lewakami wszystko okej, a Dukaja lubią za dobrą prozę bez względu na ideologiczne podteksty.

Ale znalazłem! :-* Rainbow Dash!
Wypada kończyć. Co dodać? Prawica powoli wymiera, lewica nigdy się nie rozmnoży. Wygra bezideowość. Polityczne intencje w fantastyce będą niemile widziane, bo "polityka" stanie się przeciwieństwem słowa "normalność", a na nic fandom nie jest tak przeczulony, jak na podkreślaniu swojej normalności.  Odejdą w niepamięć stare spory, nastanie pokój i dobro, a w wypalonych przez wojnę ruinach gniazda uwiją pierwsze jaskółki. Czego wszystkim życzę.


Postscriptum: jeżeli ktoś wybiera się na tegoroczną Avangardę, to będzie miał okazję wysłuchać wystąpienia prawdziwego prawicowca z PiS – Przemysława Wiplera. Nie wiem, czy to będzie osobna prelekcja, panel, czy coś innego, ale myślę, że warto się wybrać. Wipler to nie byle poseł z ostatniego rzędu, dał na wizji kuksańca Hofmanowi. Czyli zrobił coś, na co pozwala sobie tylko Kaczafi. Do tego chyba zna się na fantastyce, w każdym razie głośno złorzeczył na zakończenie trzeciego Mass Efectu.

sobota, 30 lipca 2011

Zombie zombie zombie

Lektura zamieszczonej w najnowszym Creatio Fantastica relacji z ostatniego Krakonu — tego, na którym otaku i zdominowali graczy (nie powiem, że nie czułem perwersyjnej satysfakcji) — przypomniała mi, że dawno nie miałem kontaktu z kulturą zwycięzców. Tak więc luknąłem poprzez internetowy lufcik, co tam w anime słychać. Ano słychać. Może nie od razu to, czego bym chciał, ale coś zawsze się znajdzie.
I znalazłem High School of the Dead. Nie jest to nic na miarę moich ulubionych Monstera czy Legend of the Galactic Heroes, ale świetnie nadaje się na wakacyjny odmóżdżacz.
Fabuła wychodzi z klasycznego dla gatunku założenia, że pewnego ranka Ziemię opanowują hordy nieumarłych. Przy życiu zostaje garstka, w tym bohaterowie serialu. Hmm, bohaterowie. Główny bohater to nieszczęśliwie zakochany licealista, którego wybranka wolała innego. Na szczęście innego z miejsca zjadają żywe trupy, co dowodzi, że nawet z tego gatunku można wycisnąć odrobinę romantyzmu. Drugą postacią męską jest klasowa ofiara, gruby okularnik zaświrowany na punkcie broni palnej (co, jak wiadomo, w obliczu apokalipsy zombie jest przydatną cechą). Do tego dochodzi całe stadko dziewcząt, w postaci wybranki serca głównego bohatera, klasowej kujonki z przerostem ego, lekko zwieszonej pielęgniarki oraz mistrzyni miecza ze szkolnej drużyny szermierczej. Tutaj muszę wyjaśnić coś tym czytelnikom, którzy nie oglądali japońskich kreskówek. Twórcy mangi i anime mają japoński typ urody kobiecej za mało atrakcyjny dla kreski, więc z uparcie rysują dziewczyny będące antypodami stereotypu nisko zawieszonej, płaskiej i ciemnowłosej (przepraszam, że tak wprost, ale taki jest archetyp).
Mamy zatem drużynę składającą z dwu herosów i czterech biuściastych heroin, którzy siłą przebijają się przez hordy żywych trupów, próbując znaleźć bezpieczne miejsce.
Nie da się High School of the Dead oglądać na poważnie, choć niektóre motywy (zatłukłem bejsbolem chłopaka mojej potencjalnej, innego kolesia zostawiłem ranego na pastwię zombie, w pewnym socjopacie apokalipsa obudziła najniższe instynkty i chce teraz zaspokoić żądzę władzy) zbliżają go do tej formy kina przygodowego, której mi tak bardzo brakuje (patrz któryś z poprzednich wpisów). Na szczęście twórcy nie udają, że chcą być poważni. Do tego są świetni warsztatowo (wiadomo, studio Madhouse): pełno w HOTD bullet time'ów i slo-mo, pociski pistoletowe malowniczo przekraczają barierę dźwięku, mózgi się rozbryzgują, biusty sprężynują, spódniczki powiewają. Nic tylko oglądać. Wreszcie odmiana od głębokich dramatów. Girls, Guns & the Dead. Na zachętę opening: