Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne wojny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne wojny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 maja 2013

Ach ci naukowcy

W zeszły piątek odbyło się krakowskim Ogrodzie Sztuki odbyło się spotkanie z Jackiem Dukajem. Początkowo wydawało mi się, że będzie to impreza kameralna, wręcz zamknięta, chociaż bez kart wstępu czy bramkarza z listą na wejściu. Z lekkim niepokojem pisałem parę dni wcześniej do agrafka. Niby nikt nie zabronił, ale jeszcze się na mnie organizatorzy obrażą. Ale natychmiast, jak kliknąłem w okienku guzik "wyślij", komunikat o spotkaniu pojawił się na Jawnych Snach. Potem błyskawicznie obiegł cały fantastyczny internet i 26 kwietnia o 17:30 na ulicę Rajską zwalił się niezły tłum. Mistrz też był skonfundowany, bo skalę imprezy wyobrażał sobie podobnie, jak ja. Na szczęście nie przydarzył się żaden niemiły incydent. Towarzystwo było kulturalne, a rozmowa nie odbiegła od zaanonsowanego tematu, czyli światotwórstwa (worldbuildingu) w literaturze, grach i filmie. Dukaja na spotkanie zaprosiło krakowskie koło Polskiego Towarzystwa Badaczy Gier – czyli naukowcy z UJ. A o naukowcach właśnie chcę dzisiaj napisać.

Poważna SF bardzo często opowiada o naukowcach, a nawet jeśli nie, to zawsze znajdzie się miejsce na drugim planie dla jednego lub dwu. W tej bardziej rozrywkowej, nastawionej na strzelanie do kosmitów/mutantów/zombie również muszą się znaleźć jajogłowi dostarczający bohaterowi futurystycznej broni i przeprowadzający badania nad zdobytymi w walce artefaktami. Byłby to koronny argument za ostatecznym przypisaniem Gwiezdnych Wojen do fantasy – nie ma nich naukowców (chyba że gdzieś głęboko w Expanded Universe). Ale to tak na marginesie.
W każdym razie mamy w fantastyce naukowej naukowców. Ewoluowali przez sto kilkadziesiąt lat istnienia gatunku. Teoretycznie jednak przeważający wpływ na ich kreację powinny mieć pozytywistyczne korzenie science fiction. Przekonanie, że świat jest wyjaśnialny rozumem i do ogarnięcia równaniami matematycznymi – czego dokonać mieli właśnie naukowcy. Szczytem takiego myślenia w literaturze była chyba psychohistoria Asimova, fikcyjna dyscyplina łącząca w sobie historię z socjologią i matematyką, zdolna prognozować losy cywilizacji na tysiąclecia do przodu. Pozytywizmowi pomogła jeszcze dominacja jankesów, doprawiając go kultem self-made-mana, którego jedną z inkarnacji (obok przedsiębiorcy) był zaradny inżynier.
Ale potem przestaliśmy wierzyć w naukowców. Wszystko popsuły pieniądze.

Przez światy i wieki
Tak wynika z geografii. Jeśli bowiem zaznaczyć na mapie terytoria, gdzie pozytywistyczny ideał trzymał się najdłużej, odkrylibyśmy, że na wschód od żelaznej kurtyny. Socrealistyczne powieści Lema czy Jefremowa są pochwalnym hymnem ku czci zdobywców wiedzy. Kto Zagubionej przyszłości Borunia i Trepki przewodzi rewolucji? Konstruktor, astronom i filozof. Zresztą w "opozycyjnej" literaturze Zajdla było identycznie. W Paradyzji fizyka niosła Prawdę, w Limes inferior pracownicy instytutu próbowali przechytrzyć system, wreszcie w Wyjściu z cienia naukowcy – podobnie jak w Zagubionej..., partyjnym dziadku fantastyki socjologicznej – stają w pierwszym szeregu ruchu oporu.
W socjalizmie naukowców szanowano. Może dlatego, iż równocześnie brzydzono się mamoną i jej brzydkim dzieckiem – kapitałem.
Na Zachodzie trzeba się liczyć z każdym groszem. Nie przeszkadzało to jeszcze za Wellsa, w ostatnich dniach, kiedy amator mógł jeszcze dokonać czegoś przełomowego. Ekscentrycy w rodzaju bezimiennego podróżnika w czasie, czy doktora Moreau samodzielnie opłacali swoje badania. Później genialni samotnicy poszli w odstawkę. Fantastyczni naukowcy zaczęli pracować zbiorowo, najczęściej w potężnych jednostkach wzorowanych na Los Alamos albo CERN. Wtedy pojawiły się koszty.
Jeżeli ktoś ma jeszcze pierwszego Deus Eksa, może szybko sprawdzić, że w grze ma największe laboratoria mają ci źli. To już nienapisana zasada cyberpunku, że technologiczna przewaga jest po stronie bezwzględnych korporacji. Mrowiącym się w jej budynkach ludziom w białych kitlach jakby w ogóle nie zależało, dla kogo pichcą morderczego wirusa, czy kolejne narzędzie do wzmacniania władzy (podobnie sytuacja ma się wśród naukowców finansowanych – jak mawiają Amerykanie – przez "rząd federalny"). W oczach Zachodu naukowcy przestali być szlachetnymi idealistami, czy chociaż zakochanymi w swojej pracy jajogłowymi.  Autorzy SF wyrośli ze złudzeń. Pieniądz zabił szlachetność i romantyzm nauki, wystawiając ją na łup grupom interesu. Naukowcy się sprzedali.

Jedną z drugoplanowych postaci w Nakręcanej dziewczynie Bacigalupiego jest niejaki Gibbons, geniusz, który uciekł spod opieki genetycznej korporacji AgriGen do Tajlandii, gdzie by zostać tajną bronią państewka walczącego z globalnym molochem. Bynajmniej nie jest żadnym aniołem. Uciekł, bo korporacja nie dawała mu dość satysfakcji. Tajowie traktują go niczym niebezpieczne zwierze w klatce, albo diabła, z którym trzeba paktować, ale nie wolno wierzyć. Chociaż sam widzi się jako coś w rodzaju boga, jest raczej demiurgiem, kulawym stwórcą.
Większa niewiara w naukę byłaby już odlotem w luddyzm albo mistycyzm.

Dukajem zacząłem, to i nim skończę. W Czasie fantastyki (polecam, od tego roku za darmo – wstyd nie brać) regularnie publikuje recenzjo-eseje polegające na tym, że bierze jakąś anglojęzyczną książkę z Amazonu, która mu się ostatnio spodobała i pisze tekst zaczynający się jak typowa recenzja, ale po kilku akapitach przechodzącym do rozważań nad jakąś wyjętą spomiędzy kartek myślą. Spróbuję tak samo.
Bowiem nie można zatrzymać się na opisie sytuacji. Degrengolada fantastycznonaukowych uczonych to jeden z wielu objawów kryzysu gatunku, na którego temat wylano tyle atramentu, że czas wreszcie zacząć myśleć nad lekarstwem. Ponieważ zachodni autorzy są światopoglądowo wychyleni na lewo, spróbuję wymyślić lewicowe rozwiązanie. Na pewno dałoby się rozwiązać problem na prawicowo czy liberalnie, ale na razie nie mam ambicji odwracać paradygmatów.

Socjalizm naszą platformą startową
Wydaje mi się mianowicie, że SF doszła do wniosku, że "chciwość mentalna" charakteryzująca naukowców nie różni się wiele od napędzającej kapitalizm chciwości materialnej, tylko boi się wyrazić to wprost.
Kapitaliści mówią: "dajcie nam swobodnie inwestować, handlować, produkować oraz zagarniać. Społeczeństwu też coś skapnie z pańskiego stołu: miejsca pracy, wytworzone dobra. Bądźcie wdzięczni."
Uczeni analogicznie: "dajcie nam swobodnie rozbijać atomy, grzebać w genach, wystrzeliwać rakiety międzyplanetarne. Ludziom też coś skapnie: szczepionki, elektronika jeszcze szybsza niż poprzednia. Bądźcie wdzięczni."
Nie nawołuję do pisania powieści o antyrozumowej rewolucji, palenia podręczników do analizy matematycznej i stawiania profesorów pod ścianą – przedsiębiorców przecież też nikt nie zamierza wieszać na latarniach. Program pozytywny, którego SF tak teraz potrzebuje to – ośmielę się wymyślić nowe słowo – "socjalintelektualizm". Przeniesienie koncepcji zrównoważonego rozwoju na wszelką działalność umysłową. Tyle postępu, ile może w danym monecie być sprawiedliwie zagospodarowane przez społeczeństwo.
W ten sposób nie tylko dotychczasowa science fiction wybrnie z odmętów nihilizmu, ale odrodzi się fantastyka socjologiczna. Trzeba będzie socjalintelektualistyczny porządek opisać i zaprezentować światu. Pokazać, że jak nadmiar energii fizycznej skonsumował sport, tak trzeba będzie okiełznać nadmiar aktywności mózgowej. Może działalnością artystyczną. Albo też potencjalnych uczonych zagospodarują pokrewne dziedziny praktyczne: rolnictwo biologię, reperacja domofonów elektronikę, poezja – astronomię.
Oczywiście nauka nie zaginie całkowicie. Ograniczona do rozsądnych rozmiarów populacja badaczy wróci z korporacyjnych molochów i wojskowych laboratoriów na uniwersytety, gdzie, otrzymawszy rozsądne fundusze, będzie poszerzać wiedzę w kierunku i zakresie wyznaczonym na drodze konsultacji społecznych.
Tyle tematów dla przyszłych Zajdli.
I Żuławskich:

Obywatele!Rząd opiekuńczy, dbały o dobro rzeczy społecznej, staraniom jego powierzonej, wobec niesłychanych i nader ubolewania godnych wypadków ostatnich dni, widzi się zniewolonym raz na zawsze koniec położyć złu, które społeczeństwo na piersi własnej, własną ofiarną krwią, niestety, wyhodowało.

Uczeni, odkrywcy i wynalazcy byli niegdyś bezsprzecznie błogosławieństwem ludzkości. Im to poniekąd zawdzięczamy dobrobyt, z opanowania sił przyrody płynący, bo chociaż myśmy własnymi, pracowitymi rękami zbudowali fabryki i porządek gospodarczy ugruntowali, to trzeba przyznać, że oni niejednokrotnie wynalazkami swymi dali nam impuls do tej pracy owocnej. I chociaż oświata ogólna jest także zasługą społeczeństwa, które ku wiedzy i ducha podniesieniu się kwapiąc, szkół miliony pobudowało i ujęło nauczanie w swe ręce, to jednak nie da się zaprzeczyć, że mędrcy niemałą tu rolę odegrali, pomagając swymi badaniami do otwarcia nowych dziedzin myśli.

Była to słuszna wypłata społeczeństwu, że im pozwoliło rozwinąć się i stworzyło im pracą swoją konieczne dla spokojnych dociekań warunki.

W końcu jednak wynaleziono już wszystko, czego nam potrzeba, i dowiedziano się daleko więcej, niż możemy potrzebować. Uczeni ci, którzy się dumnie „wszystkowiedzącymi” nazwali, stali się dla nas zbytkiem kosztownym i społeczeństwo jedynie przez pamięć zasług dawnych ich poprzedników cześć im oddawało.

Atoli stała się rzecz straszna. Ci z łaski społeczeństwa żyjący mędrcy sprzysięgli się przeciw niemu i wespół z najciemniejszym motłochem usiłowali dla własnej korzyści zatrząść utwierdzonym od wieków porządkiem na Ziemi.

Obywatele! Mędrców już nie potrzebujemy! Wystarczy nam to, cośmy dotąd zdobyli. Rząd, dobro społeczności ludzkiej mając na oku, położyć tu musi kres rozpanoszonej pysze i wichrzycielstwu.

I przeto:

1. Rozwiązuje się od dzisiaj stowarzyszenie uczonych, pod nazwą Braci wiedzących istniejące.

2. Znosi się wszelkie pensje, dotąd uczonym wypłacane, pozostawiając im wolność zarobkowania ręcznego, jeśli chcą żyć.

3. Takoż znosi się wszelkie zakłady, tak zwanej czystej nauce i badaniom bezpłodnym poświęcone, pozostawiając jedynie instytuty społecznego pożytku i ekonomicznej wartości.

4. Zakazuje się na przyszłość najsurowiej i pod ciężkimi karami utrzymywania prywatnych laboratoriów oraz wydawania dzieł, które by przez osobną cenzuralną komisję w rękopisie za pożyteczne wprost nie były uznane.

5. Utrzymując w mocy i w pełnym uposażeniu istniejące szkoły zawodowe, zamyka się raz na zawsze wszelkie szkoły wyższe, tak zwane filozoficzne, czyli ogólne, a przede wszystkim dotąd kosztem rządu utrzymywaną Szkołę mędrców.

6. Aby uniemożliwić obejście powyższego rozporządzenia, zakazuje się stanowczo wszelkiego prywatnego nauczania, bez względu na to, pod jakim by ono pozorem było prowadzone.

Obywatele! Rząd tuszy, że z wdzięcznością przyjmiecie do wiadomości to rozporządzenie.
(Jerzy Żuławski, Stara Ziemia. Tekst za serwisem Wolne lektury)


niedziela, 10 marca 2013

Ta przebrzydła siła


Widmo krąży nad Europą, nad całym sytym i zamożnym Zachodem.
Bestia wypełzła nie wiadomo skąd i już ostrzy zęby na ludzką cywilizację. Jej kultyści niczym masoneria stopniowo opanowują każdą instytucję kultury. Na razie oczywiście większość ignoruje zagrożenie. Jaka bestia, powiadają, zwierzaczek kochany. Chcesz zabronić? A tymczasem bliski jest dzień, kiedy wszyscy obudzimy pod cieniem rzucanym przez jej gargantuiczne cielsko.
Oto ona.
Nostalgia.
Wierzchołek góry lodowej
Doniósł niedawno mój ulubiony serwis o grach, że Torment: Tides of Numenera, duchowy spadkobierca znakomitego Plancescape: Tormanta rozbił banki sfinansował się na kickstarterze w kilka godzin. Zbiórka trwa nadal, twórcy liczą mamonę, ja piszę tekst a propos.
Co sprawiło, że ludzie gotowi są oddać nieraz duże pieniądze na sequel (duchowy) gry sprzed 14 lat? A nie jest to odosobniony przykład. Niedługo czeka nas wysyp staroszkolnych gier, głównie erpegów, które zaczęły się od zbiórki w sieci. Jeśli zaś spojrzeć naprawdę szeroko, okazuje się, że kultura popularne nigdy nie była jeszcze tak wtórna jak kiedyś. W kilku ostatnich latach na ekranach kinowych mogliśmy oglądać: Drużynę A, Policjantów z Miami, G.I. Joe, Indianę Jonesa, Prometeusza (o niebiosa!), Star Treka. Tim Burton po powtórnym ożywieniu Alicji w Krainie Czarów ożywił klasyczną operę mydlaną (Mroczne cienie) oraz własny krótki metraż (Frankenweeniego) . Do tego dochodzą dziesiątki innych dzieł, które zaginęły w piekle niskich budżetów, albo nie przebiły się u nas, bo nie znamy oryginału, na którym się opierają (na którym pasożytują?).

Nie tylko bezpośrednie odwoływanie się do przeszłości świadczy, że z popkalczerem dzieje się coś niedobrego. Kiedy ostatnio została w niej wypracowana nowa jakość, która byłaby w stanie konkurować z poprzednikami? Nie ma niczego, co by chociaż miało szansę w starciu z Gwiezdnymi wojnami w walce o rząd dusz. Trochę lepiej ma ambitniejsze SF, które dorobiło się Moon, Przenicowanego świata, czy Cargo – ale znowu, żadne z nich (niestety) chyba nie stanie się kultowcem na miarę Blade Runnera. Największa jednak tragedia dopadła kino przygodowe, które dosłownie zabili Poszukiwacze zaginionej Arki. Bo ile powstało filmów, które świadomie nie szłyby szlakiem wyznaczonym przez Indianę Jonesa? Właściwie to od dwu dekad konsumujemy dorobek kina nowej przygody, a perełka w rodzaju Pana i władcy: na krańcu  świata zdarza się raz na ileś. I raczej popularnością nie wychodzi poza niszę.
Jedynie słuszny Robin Hood. Lepszego nie będzie
Nikt jeszcze nie znalazł odpowiedzi, czemu tak się stało. Jedni mówią, że to naturalne wyczerpanie, kultura się wyczerpuje i od tej pory po wsze czasy będziemy obracać się w kółko (żeby wyjść na mądrzejszych dodają przy tym, że wszystkie możliwe fabuły spisał Szekspir). Ja podejrzewam demografię. W społeczeństwach rozwiniętych nigdy wcześniej nie było tak dużego odsetka ludzi w średnim wieku ani nigdy nie mieli tyle pieniędzy. Zresztą nie od dziś mówi się, że aby wybuchła rewolucja, w kraju musi być wystarczająco dużo dwudziestolatków niezadowolonych ze status quo – czemu nie miałoby to dotyczyć też sztuki? 
Wydawałoby się więc , że jest źle. Tymczasem da się żyć. Najwięksi (Gwiezdne wojny, Marvel, DC itp.) wiedzą już, że zadbana franczyza, z rozbudowanym uniwersum rozciągniętym w czasie i przestrzeni, spin-offami, wersjami alternatywnymi oraz okazjonalnymi resetami będzie latami zarabiała na siebie bez obawy przed wyeksploatowaniem tematu.
Przenajwspanialsza Towarzyszka. Lepszej nie będzie (i wbijże sobie to do łepetyny, Moffat)
Producenci telewizyjni z kolei operują na kolejnych tematach przy pomocy narzędzi opracowanych w złotej epoce seriali (kiedy się skończyła? Ja umownie ustaliłem sobie datę na gdzieś pomiędzy Pacyfikiem a Grą o tron). Na przykład ostatnio facet od golizny na dworze Tudorów wziął się wikingów. Czy była golizna nie wiem, jeszcze nie oglądałem.
Gry – wiadomo. Wielkie budżety, nostalgia z kickstartera, casuale dostosowujące stare schematy do dotykowego ekranu tableta.
Jedynie słuszni bohaterowie. Dzielniejszych nie będzie.
Lecz najmilszą memu sercu strategię (bo filozoficzną) wypracowaliśmy my, Polacy. Narzekacie może na polskie kino? Kibicujecie drugiej już edycji filmowych węży? Bardzo nieładnie.
Rodzimi twórcy nie masakrują tematu za tematem, bo są głupi, albo liczą na łatwe pieniądze. Oni już wiedzą, że nie będzie komedii śmieszniejszej od Misia, bohatera dzielniejszego niż Janek Kos, dziewica-bohater. Nie będzie romantyczniej niż w Lekarstwie na miłość, bardziej sarmacko niż w Potopie. Żaden mindfuck nie przebije Trzeciej części nocy. Nie ma sensu się starać. All those moment will be lost in rain. Time to die.
Ale wcześniej posłuchajmy sobie piosenki na temat:

czwartek, 7 lutego 2013

Pomyłka przy jedzeniu

Czuję się niejako wywołany przez agrafka. Rzeczywiście przystopowałem z blogiem. Czasu mam mało i, podobnie jak agrafek, słabo ostatnio z tematami. Nic się ciekawego nie wydarzyło, a z książek wydających się wartymi omówienia zdążyłem przeczytać reportaż Konstantego Usenki o muzyce rockowej. No ale napisanie posta wymaga czasu, z którym krucho.
Niemniej spróbuję jakoś otworzyć luty. Wczoraj skorzystałem z ostatniego dnia promocji w Pewnej Znanej Sieci Sklepów i kupiłem dwie książki z Uczty Wyobraźni w cenie jednej. Konkretnie Novą swing i Pustą przestrzeń Harrisona.
Dlaczego akurat te dwie? Z półek wymiotło Atlas chmur i Córkę żelaznego smoka, więc nie miałem czego dołożyć do Portretu pani Charbuque (w kasie kasują droższą, więc opłaca się brać rzeczy równej wartości). Wziąłbym "rosyjską" Valente i Trojkę Chapmana, ale wtedy przypomniałem sobie, że mam przecież Światło. A trylogie lubią stać w komplecie.
Złośliwy powie, że usprawiedliwiam uzależnienie. Tyle razy mówiłem i pisałem o M. Johnie Harrisonie negatywnie, a teraz kupuję dwie jego książki, bo są UW i pasują do pierwszej. Normalny by po prostu tę pierwszą oddał do biblioteki albo spylił na allegro.
Mój sceptycyzm względem M. Johna zaczął się już przy Viriconium. Okładka oglądana na żywo nie była taka ładna, jak obiecywali w Sieci, z rzekomą szaloną oryginalnością też nie było do końca tak (nurt o umierających Ziemiach wymyślił Jack Vance dwie dekady wcześniej), a drugą mikropowieść czyta się wyjątkowo ciężko, jak na rzekomego mistrza frazy (wiem, że takie było założenie formalne, ale co z tego).
Potem było Światło pachnące lekką zrzynką z Dicka (nawet bohaterowie nazywali się bardzo dickowsko).
I teraz wracam do pisarza, na którego twórczości postawiłem krzyżyk.
Chyba źle do niej podchodziłem, jak w ogóle do całej Uczty. Wina oczywiście leży po mojej stronie. Gdybym te książki kupował i czytał w kolejności wydawania, pewnie bym się nie naciął. Czytając Wieki światła, po nich Ślepowidzenie, Accelerando, czy nawet ambergrisiańskie powieści Vandermeera założyłem głupio, że pojęcie "uczta wyobraźni" zawiera w sobie ucztę intelektualną. A tak nie jest.
Będąc jeszcze obrażonym na Harrisona, chciałem dać upust złości przy najbliższej edycjo spodenkowego konkursu na forum SFFiH i napisać szorta pod wszystko mówiącym tytułem Kosmos jest metaforą naszych chorych umysłów. Podróże międzygwiezdne miały się w nim opierać na mocy psi, tym większej, im bardziej nienormalny jest astronauta. Przy wyjątkowo zrypanym życiu seksualnym można by było dolecieć do Mgławicy Andromedy.
Co tam szort, to materiał na opowiadanie, albo powieść! Psychiatryczne planety, kosmoporty pełne dewiantów, dobry autor wycisnąłby trylogię. Ale bobu zadam fanbojom Harrisona. Niestety kolejne edycje nie pasowały tematem, więc o sprawie zapomniałem, żeby przypomnieć sobie teraz.
Tak naprawdę – wydaje mi się – Harrison zwalcza kryzys wyobraźni. Wystarczy spojrzeć na zapowiedzi filmowe, żeby się przekonać, że jest z nią źle. Sequele, rimejki, spin off Gwiezdnych Wojen o młodym Hanie Solo, a szczytem oryginalności są kolaże w rodzaju Abrahama Lincolna pogromcy wampirów i dinozaurów z laserami. W świecie, gdzie uzależnieni od generowanego przez popkulturę OSOM muszą zadowalać się coraz gorszym towarem, surrealiści z Uczty Wyobraźni są prawdziwymi Heisenbergami. Dlatego cieszmy się, że ich mamy, a nie jojczmy, że ten czy drugi "pluje na prawdziwo es-ef".
Takie jest moje stanowisko i zacznę je porónywać ze stanem faktycznym zaraz jak skończę Czarne Anneke.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Achtung Spojler!

– Co czytasz?
– Biografię Napoleona, bardzo interesująca.
– A do Waterloo już doszedłeś?
– Człowieku, błagam, nie spojleruj!

Koniec roku upływa mi pod znakiem Wielkiego Planu. A wygląda on tak: skończyć Smoka Griaule'a, następnie przeczytać Hobbita i całego Władcę Pierścieni. Potem jeszcze tylko powtórzę trylogię Jacksona i wreszcie będę przygotowany, żeby pójść do kina na Hobbita: niezwykłą podróż. Plan ma wadę - do tego czasu filom może już zejść z ekranu, ale inaczej się nie da: zbyt dawno siedziałem Śródziemiu, żeby wracać doń bez przygotowania. Tolkien nie jazda na rowerze.
Przy okazji Hobbita zwróciłem uwagę na temat spojlerów. Niby książka jest już tak znana, że znalazła się w kanonie wiedzy powszechnej, a jednak internetowe dyskusje o adaptacji pełne są tagów i zaciemnień ukrywających jakieś zaskakujące zwroty akcji. Nawet sławetne/niesławne rozszerzenie filmu do trzech pełnometrażowych odcinków nie wyjaśnia niczego - wszak Peter Jackson uzupełnił fabułę Hobbita o wydarzenia dobrze znane z dodatków do Władcy oraz końcowych fragmentów Silmarilliona.
To prowadzi do pytania: co to jest spojler i dlaczego tak się go boimy? Odpowiedź wydaje się prosta (spojler, co to jest, każdy wie), więc nikt się specjalnie nie zastanawia. A wcale tak łatwo nie jest.
Spoiler to po angielsku (za słownikiem Stanisławskiego) "psota". Ale spojler popkulturowy (popkulturowy, bo nie słyszałem, żeby ktoś komuś zaspojlerował Doktora Faustusa) to zbrodnia cięższej wagi. To spoil znaczy między innymi "psuć", zatem: psuj. Ktoś nam popsuł książkę, komiks, film, grę, wyjawiając istotny szczegół fabuły. Sabotaż nieomal.
W popświecie, w którym trudno o coś godniejszego potępienia niż spojlowanie (może tylko publiczne cieszenie się z kasacji Firefly), walka już wkroczyła na poziom prawdziwej wojny totalnej, gdzie wróg czyha wszędzie. Hobbit nie może niczym zaskoczyć na poziomie sekwencji zdarzeń prowadzących bohaterów od zawiązania akcji do finału, zatem tajemnicą, którą trzeba ukryć stają się zabiegi reżysera. Nie CO zrobił, ale JAK. Jak powtykał w krótką powieść przypisy z Władcy, jak przedstawił to a tamto.
Czy gdybym napisał gdzieś, że w Dobrym, złym i brzydkim mamy do czynienia z konfliktem trzech świetnie napisanych charakterów, czemu towarzyszy znakomita muzyka Morricone, to czy ktoś zakrzyknąłby: "chłopie, nie spojleruj"? Może jeszcze gorzej: czy spojlerem będzie napisanie "nie zdradzę wam zakończenia filmu"? Wtedy przecież od razu zaczynamy się zastanawiać, że w zakończeniu musi coś być (inaczej nikt by o nim nie wspominał) i psujemy sobie odbiór, bo zamiast spokojnie oglądać i być zaskoczonym, usilnie zastanawiamy się, co to może być: bohater jest duchem, szkielet domniemanej zabójczyni leży w piwnicy zaś mordercą jest jej syn, policyjny kapuś to Wielki Boss etc.
Strach przed spojlerem paraliżuje dyskusję o kulturze, ograniczając ją do wymiany prostych okrzyków zachwytu bądź niezadowolenia.
Glosa:  może o to chodzi i popkultura, jeśli wstrzymamy się na chwilę z jej apoteozą, okazuje się służyć niczemu poza aplikowaniu poczucia awesomness. Avengersi byli awesome, dinozaury na statku kosmicznym byli awesome, Hobbit też musi być awesome, bo po nic innego go nie potrzebujemy. 
Czego właściwie obawiamy się ze strony spojlera? Samodzielne odtwarzanie opowieści zapisanej w słowach i obrazach jest istotną rzeczą (niektórzy uważają, że poniekąd w ten sposób czytelnik/widz/gracz bierze udział w akcie twórczym), więc nic dziwnego, że odbieranie tej przyjemności uważa się za coś złego. Takich spojlerów chyba nikt nie pochwali. Ale, już pisałem wcześniej, lęk i odraza nie są już zdrowe, tylko wyrodziły się do postaci obsesji.
Totalna wojna ze spojlerami sugeruje przerażającą jednorazowość dzieła. Wiesz już kto zabił? Zatem do kosza, bo na nic innego ten film ci się nie przyda. Podobnie z książkami oraz grami. Szepniesz komuś do ucha "would you kindly?" i zostaje mu tylko odinstalować Bioshocka.
Owszem, są dzieła jednorazowe. Chociażby Szósty zmysł, który ogląda się drugi raz chyba tylko po to, żeby sprawdzić, czy reżyser naprawdę tak sprytnie poprowadził historię, jak to wyjawił w finale. Czy jednak popkultura jest skazana na takie opowieści? Fight Club – dzieło lepsze i ważniejsze od Zmysłu – można oglądać sto razy pod rząd z niezmienionym poziomem zainteresowania, mimo że znamy jego nieoczekiwane zakończenie.
Wreszcie jest przykład ostateczny, bodaj największe osiągnięcie dwudziestowiecznego popu, czyli Gwiezdne wojny. W finałowej Imperium kontratakuje zostaje ujawniona tajemnica z przeszłości bohaterów. Scena ta obrosła tysiącami dowcipów, cytatów, parodii, aluzji, odniesień i memów,  czyli została po wielokroć haniebnie zaspojlerowana. A jednak wciąż oglądamy Gwiezdne wojny. Więcej, nie słyszałem, żeby ktokolwiek stracił na przyjemności seansu, kiedy wie już, iż [...] jest [...][...].
Nie wiem, szczerze mówiąc, jak zakończyć ten post inaczej, niż prostym stwierdzeniem, że nieładnie jest wypaplać komuś fabułę, ale też nie róbmy z tego nie wiadomo jakiej zbrodni. Ja w każdym razie jeszcze w tym roku kalendarzowym zabieram się za psucie seansu Hobbita. Z wrodzonego lenistwa ograniczę się do dwóch podstawowych książek, bo dalsza praca wymagałaby wizyty w bibliotece, a nawet czytania po angielsku. Może więc jednak coś mnie zaskoczy?

***
Nie starczy już czasu na oddzielny wpis, więc pozwolę sobie na małe podsumowanie. W trzecim roku blogowania straciłem tempo i nie wyrobiłem planowanej średniej jednego posta na tydzień. Szkoda, ale sam nie wiem, czemu tak. Może przez lenistwo, może po prostu nie miałem o czym pisać.
Tak czy inaczej życzę wszystkim czytelnikom samego najlepszego w 2013. Niech się wam szczęści, a i mnie coś z waszej radości skapnie. Do przeczytania!

środa, 15 sierpnia 2012

Jak jedna gra okazała się lepsza od trzech filmów

Uwaga: poniższy wpis zawiera istotne spoilery dotyczące fabuły dwu kultowych serii. Czujcie się ostrzeżeni.

***
Jakoś tak wyszło, że znowu wkręciłem się w gry komputerowe. I w związku z tym zacząłem wspominać różne produkcje, w które grałem kiedyś, ale do dziś je pamiętam. Jedną z nich był Warcraft 3. Jak wszyscy pewnie pamiętają, oprócz rewelacyjnych przerywników filmowych, ta odsłona cyklu miała bardzo dobrze poprowadzoną fabułę. Nie żeby jakoś specjalnie wybitną, ale sprawiającą, iż rozgrywka przestawała być prostym RTS-em typu "wznieś bazę, zwerbuj żołnierzy i hajże na wroga".
Jedną z kluczowych postaci w opowieści był następca tronu, książę Arthas. Ten dzielny rycerz przez całą kampanię ludzi tak usilnie pragnął zwycięstwa dobra, że w jakiś sekretny sposób obudził ciemne strony swojej osobowości i wylądował po stronie mroku, do tego jako najwyższy wódz armii Zła. Powtarzam, nie była to żadna wyrafinowana intryga. Po prostu trzymała się psychologicznego prawdopodobieństwa w stopniu wystarczającym dla gry komputerowej.
Zadziwiające za to jest to, że właśnie tego samego oczekiwaliśmy po nowej trylogii Gwiezdnych Wojen. Wszystko jest identyczne: młody paladyn, największa nadzieja jasnej strony (Anakin) ostatecznie ląduje po ciemnej stronie. Projektanci z Blizzarda powtórzyli nawet sztandarowy element GW, czyli fizyczną przemianę postaci. Był książę na koniu, jest mroczny król lisz. Jedyna różnica polega na tym, że artyści najmłodszej ze sztuk okazali się sprawniejszymi opowiadaczami historii od artysty najważniejszej ze sztuk. Przemiana Anakin-Vader załatwiono byle jak kilkoma scenami, przez co jest zwyczajnie niewiarygodna. Warcraftowi 3, mimo dużo prostszej historyjki, udało się wybrnąć.

poniedziałek, 28 maja 2012

Uwięzieni w uniwersum

Czerwcowa NF przypomina o bliskiej premierze Prometeusza – filmu Ridleya Scotta osadzonego w uniwersum cyklu Obcy. Jak powiedział mi jeden kolega – cały fandom czeka na ten film. Czy to dobrze?
Mam mieszane uczucia. Powrót do starych serii/franczyz generuje dwa problemy. O pierwszym – technicznym – pisał kiedyś Watts, ale warto rzecz przypominać. Każdy film SF jest dzieckiem swojej epoki i przenosząc go do innej, narażamy się na anachronizmy. Oczywiście po steampunku każdy wie, że anachronizm może być celowy, ale z drugiej strony wymaga od odbiorcy (i twórcy) przymrużenia oka i zaakceptowania przerysowanej konwencji. A to jest trudne, jeśli nie niemożliwe, kiedy poprzednia część była robiona na poważnie. Akcja pierwszego Obcego toczyła się w uniwersum, w którym komputery są wielkimi szafami z mrowiem migających lampek, zaś w sterowni straszą szklane kineskopy. Prometeusz – może trailery zawierają odpowiedź, ale ich jeszcze nie oglądałem – albo będzie kontynuował estetykę poprzedników, przeskakując gatunkowo z SF do jakiegoś rocketpunku, albo zaakceptuje postęp i będzie miał na pokładzie płaskie ekrany i smartfony dla załogi. Co wywoła dysonans. Bodaj najsłynniejszym przykładem niekonsekwencji jest uniwersum Gwiezdnych wojen, gdzie pomiędzy Zemstą Sithów a Nową nadzieją nastąpił totalny cywilizacyjny regres. Książki i komiksy z Expanded Universe tłumaczyły to degrengoladą imperium, ale kto by dawał wiarę słowom Geroge'a Lucasa. Tak czy inaczej – ciężko z tego wybrnąć.
Drugi problem (czy też drugie zdziwienie – żebym był wierny tytułowi bloga) jest taki, że o wiele bardziej niż na Prometeusza czekam, aby Scott sfilmował wreszcie Wieczną wojnę. Tymczasem kiedy dobił jeszcze zapowiedzią nowego Łowcy androidów, poczułem że coś tu jest nie tak.
Kinem rozrywkowym ciągle rządzą lata 80. Wystarczy sobie policzyć, ile produkcji powstałych między Nową nadzieją a Ostatnią krucjatą (wcale dobrze dobrane tytuły) wciąż rządzi w temacie i jest dalej oglądana – w tym przez kolejne pokolenia. Właściwie nie pamiętam, żeby później zdarzyły się filmy mogące konkurować poprzednikami z czasów kina nowej przygody. Matriksa, jak zauważył Łukasz Orbitowski w tej samej NF, która zainicjowała wpis – mało kto ogląda drugi raz. Lubię Władcę pierścieni, ale najlepiej próbę czasu przetrwa chyba tylko Drużyna pierścienia (najbardziej spójna część, no i pozbawiona wtrętów reżysera, tak psujących dwie pozostałe). Pan i władca: na krańcu świata świata próbował odzyskać od Indiany Jonesa konwencję przygodówki, ale został filmem niszowym. Hype na Piratów z Karaibów okazał się przesadzony, Burton kręci filmy podobne do siebie jak dwie krople wody, reżyser Riddicka chyba się pogubił. Dokonania dwudziestolecia bledną przy porównaniu z latami 80.
Skąd to się bierze? Czemu nie potrafimy skutecznie wymyślić nowej jakości, tylko cały czas żerujemy na przeszłych osiągnięciach? Dariusz Domagalski (coś dziś często odwołuję się do cudzych myśli) stwierdził w jednej rozmowie, że po kilku tysiącach lat rozwoju sztuki pomysły się wyczerpały. Jak ropa w raporcie rzymskim. Nowa przygoda była ostatnią, nam został już tylko kulturalny Mad Max, czyli budowa z resztek postmodernistycznych wozów, w których będziemy się bić z innymi o władztwo nad gruzami. Koniec.
Z góry odrzucam takie katastrofizmy. Wierzę, że ludzkość ma przed sobą parę tysięcy lat rozwoju i nie ma mowy o końcu człowieka, sztuki, czy czegokolwiek innego. Przyczyna, czemu jest większa szansa na nowy film z uniwersum Obcego, niż nowy film z jeszcze nowszego uniwersum, jest jedna – demografia.
Rozwój i zmianę w kulturze wymuszały dwie rzeczy: nowe pokolenia było liczniejsze od starego i miało więcej pieniędzy. Więc najbardziej spetryfikowany system, nastawiony na produkowanie kolejnych Czerwonych autobusów musiał się ugiąć przed bigbitem.
Dziś natomiast, na skutek zahamowania przyrostu naturalnego, piramida wieku zamieniła się w pękatą beczułkę z tendencją do zamiany w piramidę odwróconą. Finansowo jest różnie, ale model w którym nachapani starzy dominują nad młodymi na śmieciówkach nie jest znowu taki niemożliwy, przynajmniej na Zachodzie.
Tak więc polityka kulturalna zazębiła się z polityką prorodzinną. Wyjściem jest chyba fundowanie becikowego z jakiegoś podatku od starych filmów.