W majowy długi weekend po raz kolejny bawiłem się na organizowanym w ramach OffCamery SerialConie. SerialCon to taki dziwny ni to konwent, ni to impreza towarzysząca znanemu festiwalowi, na którym mieszają się dwa światy — fanowski i branży filmowo-telewizyjnej. Wciąż wprawdzie daleko do pełnej interakcji między nimi, ale z roku na rok jest coraz lepiej. Czekać tylko, aż wyklują się jakieś konstruktywne wnioski. Być może już zaczęły się wykluwać — kiedy na panelu o miniserialach usłyszałem ze strony profesjonalistów rzeczy, o których nudziłem na każdym panelu, prelekcji i spotkaniu, na którym koordynatorka zrobiła mnie prowadzącym, to chcę wierzyć, że miałem w tym jakąś niewielką zasługę.
Ale przejdźmy do najciekawszego, czyli do fantastyki. Na przykład rok temu na SerialConie były dyrektor TVP wyznał, że były przymiarki do serialu na podstawie Lodu Jacka Dukaja, ale wszystko tradycyjnie rozbiło się o wielki budżet. Branża filmowa okazała się również doskonale zorientowana w polskiej fantastyce, którą ceni, ale niestety uważa za zbyt intelektualną. O, gdyby nasi autorzy napisali coś lekkiego, rozrywkowego, to może dałoby się z tego zrobić scenariusz. Niestety, póki nasi autorzy i autorki tworzą fabularyzowane seminaria filozoficzne, producenci mogą jedynie rozkładać ręce, a aktorzy męczyć się po operach mydlanych i komediach romantycznych.
Jednakże to była chyba tylko prelegencka przesada, bo z polskim filmem fantastycznym nie jest źle. W 2015 premierę miały Demon Marcina Wrony i Córki dancingu Agnieszki Smoczyńskiej. W 2017 — Człowiek z magicznym pudełkiem Bodo Koksa. W tym na ekranach możemy obejrzeć Wieżę. Jasny dzień Jagody Szelc. W ciągu czterech lat mieliśmy w Polsce cztery pełnometrażowe filmy fantastyczne. Nie niezależne, robione przez entuzjastów dla entuzjastów (jak czekające na premierę wiedźmińskie Pół wieku poezji później), ale produkcje powstałe w ramach normalnego przemysłu filmowego i trafiające później do normalnej dystrybucji w kinach. Córki dancingu doczekały się entuzjastycznych opinii za granicą: 88% na Rotten Tomatoes i wydania w ramach Criterion Collection. Horror w planach ma też Łukasz Palkowski, a na SerialConie rok temu Maciej Musiał zachwycał się Człowiekiem z wysokiego zamku i deklarował, że też chciałby w czymś takim zagrać. Życzenie mu się spełniło, bo netfliksowskie 1983 będzie historią alternatywną. Z kolei Wiedźmin powstaje w prawdzie po angielsku, ale udział Bagińskiego i środkowoeuropejskich plenerów (showrunnerka Lauren Hissrich odwiedziła Polskę i obfotografowała Orle Gniazda, co daje cień nadziei, że przynajmniej część zdjęć będzie u nas, a nie tylko w standardowych Pradze i Budapeszcie) pozwala mi zaszufladkować go na potrzeby niniejszego wpisu jako "trochę nasz serial." Zdawałoby się, że żyć, nie umierać.
Z drugiej strony gwiazdą bloku filmowego na Pyrkonie jest tradycyjnie Staszek Mąderek.
A przecież mija dekada od czasów, gdy zdanie Staszek szybki jest było świeżym fandomowym wicem, zaś jego bohater ze swoim szalonym, gwiezdnowojennym projektem występował w Teleexpressie i Uwadze! TVN. Od tamtego czasu Gwiazdy w czerni zestarzały się przeokrutnie, nie tylko pod względem technicznym (wyglądają niczym green screen w Kiepskich), ale i scenariuszowo. Jubileuszowy trailer serwuje masę sucharów, które rozśmieszą chyba tylko ludzi rozmiłowanych w bieżączce przełomu stuleci. Ciężko pisać takie rzeczy o człowieku, który włożył w swoje marzenie dwadzieścia lat i każde zarobione pieniądze, ale dziwi nieustanne robienie z Mąderka głównej gwiazdy, podczas gdy są Bolesto, Kox, Smoczyńska, Szelc.
***
Powyższe akapity zapisałem w maju, zaraz po SerialConie. Wpis pewnie szybko trafiłby do publikacji, gdyby nie jedna, druga, trzecia długotrwała awaria internetu (zakończona zmianą operatora), wyjazdy, konwenty, szkolenie i inne okoliczności życia.
Coś się od tego czasu zmieniło? Bagiński nie jest już reżyserem serialowego Wiedźmina, bo Netflix jednak postawił na fachowców, a nie człowieka, który na koncie ma tylko filmy reklamowe i kilka krótkometrażowych animacji. TVN przymierza się do fantastycznego sitcomu 2050 (tego, który miała robić TVP 2, ale się rozmyśliła). Jakaś anonimowa platforma streamingowa (można podejrzewać Showmax) planuje serial fantastyczno-komediowy o księdzu walczącym z demonami gdzieś na prowincji. Młody reżyser i scenarzysta* Brunon Hawryluk przymierza się na poważnie do ekranizacji Cierpienia hrabiego Mortena. W tytułowej roli wystąpić ma nie kto inny a sam Jerzy Nasierowski.
Dzieje się nie tylko w fantastyce. Zeszłoroczny serial kryminalny stacji AXN, Ultraviolet, trafił na międzynarodowego Netfliksa, co zaowocowało ocenami i recenzjami z zagranicy. Wybaczcie, że nie będę się chwilowo nad nimi pochylał, bo zamierzam w niedalekiej oprzeć na nich całą prelekcję, a tak byłyby spojlery.
Dzieje się więc naprawdę wiele w serialowo-filmowym światku. Daleko jeszcze do optimum, ale chyba jeszcze nigdy nie było tyle dobrej woli ze strony decydentów. Żal byłby, gdyby zawiodła widownia.
Bo wydaje mi się, że jest to niepokojąco możliwe. Skoro my, fantaści, przegapiliśmy Córki dancingu i Człowieka z magicznym pudełkiem, to przegapimy i inne tytuły. Być może jesteśmy zbyt uprzedzeni (myślałem, że Córki... to zwykła polska bzdura), nie wiemy, czego właściwie chcemy (niesamowite, ile negatywnych recenzji polega na zarzucie, że filmowi brakowało bliżej nieokreślonego tego czegoś). A może po prostu za bardzo wyczekujemy krajowej kopii blocbustera zza oceanu i przegapiamy rzeczy dobre i oryginalne?
Ciężko stwierdzić, co bardziej. Może zdążę z jakimiś konstruktywnymi wnioskami na przyszłoroczny SerialCon. Na pewno jednak ucieszyłbym się, gdyby ktoś zaprosił na Polcon albo inny duży konwent Bodo Koksa, Agnieszkę Smoczyńską, Roberta Bolesto czy Jagodę Szelc, którzy coś robią, zamiast jak Staszek Mąderek czy Tomek Bagiński, od dwóch dekad dobrze się zapowiadać.
*Ciekawostka: mało co tak denerwuje zawodowych i dopiero stawiających pierwsze kroki w zawodzie scenarzystów, jak piszący reżyser. Odbiera im chleb.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SerialCon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SerialCon. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 11 września 2018
czwartek, 22 marca 2018
Pół dużej bańki
Przez internet przemknęła wstrząsająca wieść — amazonowski serial oparty na legendarium Tolkiena ma mieć budżet wynoszący 500 milionów dolarów. Pierwsza filmowa trylogia Jacksona kosztowała 280 milionów, druga — 620. Najnowsze sezony Gry o tron pochłaniają po 100 milionów. Stówkę przekroczył drugi sezon Człowieka z wysokiego zamku, jak do tej pory największego hitu Amazona.
To oczywiście jedynie dziennikarskie ustalenia. O samym serialu wiemy niewiele. Nie wiadomo o czym będzie serial (Tolkien Estate sprzedało prawa jedynie do części materiału, ale nie ogłoszono konkretów). Znamy tylko orientacyjną, nieoficjalną, bo jedynie ustaloną przez dziennikarzy zawrotną sumę pół miliarda.
To oczywiście jedynie dziennikarskie ustalenia. O samym serialu wiemy niewiele. Nie wiadomo o czym będzie serial (Tolkien Estate sprzedało prawa jedynie do części materiału, ale nie ogłoszono konkretów). Znamy tylko orientacyjną, nieoficjalną, bo jedynie ustaloną przez dziennikarzy zawrotną sumę pół miliarda.
Giganci streamingu ewidentnie próbują wytoczyć sobie bitwę na serialowe lewiatany. Jednym z przyczółków do decydującego ataku upatrują w niszy fantasy , którą niedługo opróżni finiszująca Gra o tron. Netflix chce zawojować świat Wiedźminem, Amazon Śródziemiem. Kablowe HBO też nie zasypia gruszek w popiele i przygotowuje całą serię spinoffów sagi Martina.
[5] Nie jestem analitykiem, ale nie będę daleko od prawdy, jeśli napiszę, że polskie telewizje same sobie zaszkodziły dziadowskimi oszczędnościami, niezrozumieniem, że widz się zmienia, przegapieniem koniunktury. Na oko mają 10 lat w plecy.
Ten urodzaj ma ciemne strony. Po pierwsze, nie gwarantuje jakości. Od pewnego czasu z przekąsem mówi się o zjawisku bad quality TV, seriali, które nie spełniają oczekiwań, mimo że w produkcję włożono dziesiątki milionów i pracowali nad nim najlepsi fachowcy. Świeżym przykładem byłby tu Modyfikowany węgiel Netfliksa (na Pulpozaurze wylałem nad nim morze łez rozczarowania).
Po drugie, ważniejsze od jakichś pojedynczych wpadek, wysyp superprodukcji może oznaczać przeniesienie na rynek serialowy problemów znanych z kina. A co się dzieje w kinach? W skrócie: zaczyna brakować miejsca dla średnich budżetów. Wytwórnie wszystkie siły koncentrują na blockbusterach, które muszą zgromadzić olbrzymią widownię, żeby się zwrócić. W związku z tym na inne filmy nie tylko nie ma pieniędzy — one są wręcz niemile widziane w kinach, gdyż stanową cichą acz niebezpieczną konkurencję dla superprodukcji. Dlatego Allen pojechał robić filmy do Europy, a Soderbergh podzielił swój czas między Hollywood i seriale[1].
W przypadku przeniesienia powyższego procesu oznaczałby koniec tego, co budowało złotą epokę telewizji. Różnorodności. Pamiętacie kasację Sense8 przez nowe szefostwo Netfliksa? A niedawny pogrom, jaki urządził swoim tytułom Amazon? Te cięcia są gromadzeniem środków pojedyncze wielkie tytuły, które mają być końmi pociągowymi platform.
Cicha wojna na budżety toczy się również w kraju. Telewizja Polska realizuje właśnie zdjęcia do kostiumowych Dróg wolności. Przebąkuje się o koszcie 20 milionów złotych[2], co czyni je najdroższym polskim serialem po 1989 jeśli nie w ogóle (zresztą księżycowa gospodarka PRL skutecznie uniemożliwia jakiekolwiek sensowne porównania). Równolegle Agnieszka Holland tworzy dla Netfliksa tajemnicze political fiction 1983, również z domniemanym dwudziestomilionowym budżetem (tyle że w dolarach[3]). Będziemy mieć więc ciekawą serialową jesień tego roku[4].
Polsce oczywiście nie grozi wyjałowienie rynku przez blockbustery. Wręcz przeciwnie, rodzimy rynek jest wyjałowiony i zachwaszczony (że pociągnę tę uroczą metaforę), a pojawienie się prawdziwych pieniędzy to szansa na zakup worka nawozu[5].
Po drugie, ważniejsze od jakichś pojedynczych wpadek, wysyp superprodukcji może oznaczać przeniesienie na rynek serialowy problemów znanych z kina. A co się dzieje w kinach? W skrócie: zaczyna brakować miejsca dla średnich budżetów. Wytwórnie wszystkie siły koncentrują na blockbusterach, które muszą zgromadzić olbrzymią widownię, żeby się zwrócić. W związku z tym na inne filmy nie tylko nie ma pieniędzy — one są wręcz niemile widziane w kinach, gdyż stanową cichą acz niebezpieczną konkurencję dla superprodukcji. Dlatego Allen pojechał robić filmy do Europy, a Soderbergh podzielił swój czas między Hollywood i seriale[1].
W przypadku przeniesienia powyższego procesu oznaczałby koniec tego, co budowało złotą epokę telewizji. Różnorodności. Pamiętacie kasację Sense8 przez nowe szefostwo Netfliksa? A niedawny pogrom, jaki urządził swoim tytułom Amazon? Te cięcia są gromadzeniem środków pojedyncze wielkie tytuły, które mają być końmi pociągowymi platform.
Cicha wojna na budżety toczy się również w kraju. Telewizja Polska realizuje właśnie zdjęcia do kostiumowych Dróg wolności. Przebąkuje się o koszcie 20 milionów złotych[2], co czyni je najdroższym polskim serialem po 1989 jeśli nie w ogóle (zresztą księżycowa gospodarka PRL skutecznie uniemożliwia jakiekolwiek sensowne porównania). Równolegle Agnieszka Holland tworzy dla Netfliksa tajemnicze political fiction 1983, również z domniemanym dwudziestomilionowym budżetem (tyle że w dolarach[3]). Będziemy mieć więc ciekawą serialową jesień tego roku[4].
Polsce oczywiście nie grozi wyjałowienie rynku przez blockbustery. Wręcz przeciwnie, rodzimy rynek jest wyjałowiony i zachwaszczony (że pociągnę tę uroczą metaforę), a pojawienie się prawdziwych pieniędzy to szansa na zakup worka nawozu[5].
Mamy więc powody do globalnego niepokoju i lokalnej radości? Niekoniecznie. Co do globu możemy powiedzieć, że jakoś to będzie. Seriali powstaje z roku na rok coraz więcej i Wiedźmin z kumplami wszystkich nie wykończą. W Polsce natomiast pieniądze nie są gwarantem powodzenia. Bodo był drogi, a się nie udał. TVN pogrążyła Belle epoque zachowawczym scenariuszem. TVP chce na pewno popisać się Drogami wolności, ale potrzeba dużo pracy, samodyscypliny i samowiedzy, żeby uniknąć powtórzenia poprzednich błędów.
Co do zaś Netfliksa... Rok temu na SerialConie producenci widzieli w wejściu na nasz rynek serwisów streamingowych wielkiej szansy. Że przyjdą nie tylko pieniądze, ale i jakość oraz standardy. Tymczasem małą, stanowcza za małą aferą było ujawnienie niskich stawek wypłacanym statystującym na planie 1983. Wyjaśnienie sprawy (zwalenie wszystkiego na firmę zewnętrzną) było tak arcypolskie, aż nieprawdopodobne, skoro showrunnerem jest Amerykanin, a reżyserka, choć Polka, większą część życia zawodowego spędziła na Zachodzie.
Co do zaś Netfliksa... Rok temu na SerialConie producenci widzieli w wejściu na nasz rynek serwisów streamingowych wielkiej szansy. Że przyjdą nie tylko pieniądze, ale i jakość oraz standardy. Tymczasem małą, stanowcza za małą aferą było ujawnienie niskich stawek wypłacanym statystującym na planie 1983. Wyjaśnienie sprawy (zwalenie wszystkiego na firmę zewnętrzną) było tak arcypolskie, aż nieprawdopodobne, skoro showrunnerem jest Amerykanin, a reżyserka, choć Polka, większą część życia zawodowego spędziła na Zachodzie.
Chyba my ich zdeprawujemy, zanim oni nas ucywilizują.
[1] Problemy dzisiejszego Hollywoodu ciekawie opisuje ten esej z GQ Magazine.
[2] Dobrą dekadę temu, przy okazji oglądania habeowskiego Rzymu, usłyszałem o zasadzie, żeby porównywać koszt sezonu serialu do analogicznego filmu kinowego. W przypadku pary Rzym-Gladiator wychodzi niemal równo (ok. 110 mln $). Z kolei Kompania braci (125 mln $) okazuje się prawie dwa razy większa od Szeregowca Ryana (70 mln). Nie wiem czy ta zasada dalej obowiązuje i jak ma się do specyficznego rynku polskiego, ale jeśli powiemy dwa razy tak, to Drogi wolności będą wyglądały ciut biedniej niż Miasto 44 (25 mln pln).
[3] Tu chyba nie ma porównania z niczym.
[4] Canal+ nie chwali się wydatkami, ale też ma ambitne plany. Właśnie emituje kryminalnego Kruka, na jesień szykuje Nielegalnych na podstawie Severskiego, a w przyszłym roku możemy się spodziewać Króla (scenariusz na podstawie własnej powieści pisze Twardoch). Ciekawe, czy Król podoła porównaniom z niemieckim Babylon Berlin — który sam w sobie wygląda jak adaptacja zaginionej książki Twardocha. Sami zobaczcie).[2] Dobrą dekadę temu, przy okazji oglądania habeowskiego Rzymu, usłyszałem o zasadzie, żeby porównywać koszt sezonu serialu do analogicznego filmu kinowego. W przypadku pary Rzym-Gladiator wychodzi niemal równo (ok. 110 mln $). Z kolei Kompania braci (125 mln $) okazuje się prawie dwa razy większa od Szeregowca Ryana (70 mln). Nie wiem czy ta zasada dalej obowiązuje i jak ma się do specyficznego rynku polskiego, ale jeśli powiemy dwa razy tak, to Drogi wolności będą wyglądały ciut biedniej niż Miasto 44 (25 mln pln).
[3] Tu chyba nie ma porównania z niczym.
[5] Nie jestem analitykiem, ale nie będę daleko od prawdy, jeśli napiszę, że polskie telewizje same sobie zaszkodziły dziadowskimi oszczędnościami, niezrozumieniem, że widz się zmienia, przegapieniem koniunktury. Na oko mają 10 lat w plecy.
sobota, 25 czerwca 2016
Szczęście w nieszczęściu, albo świt popkultury kontynentalnej
Przepraszam za pisanie o polityce. Staram się, żeby to był blog o kulturze (z przewagą fantastyki), a nie trybuna, z której przemawiałbym na każdy możliwy temat. W takich sytuacjach powinno się chyba głośno ostrzegać przed TRIGGER WARNINGIEM.
W piątek rano światem wstrząsnęła wieść: czwartkowe referendum na Wyspach wygrali eurosceptycy. Wielka Brytania wychodzi z Unii. Oczywiście nie stanie się to z dnia na dzień, a może w ogóle nie (Guardian, bądź co bądź dziennik poważny, donosi że referendum nie wiąże w żaden sposób parlamentu, który może całą sprawę wyrzucić do kosza – jeśli się odważy). Babki na troje wróżą i prognoz na temat tego, co się stanie, przekraczają wszelkie wyobrażenia. Z jednej strony rozpad całej Wspólnoty, z drugiej – jeszcze mocniejsze związanie państw. Zdominowanie kontynentu przez Niemcy, wpadnięcie jego wschodniej części przez Rosję, a nawet takie radosne szaleństwo jak to, że całe finansowe City przeniesie się z Londynu do Warszawy (serio, słyszałem coś takiego). Do tego w tle majaczy niepodległość Szkocji (która woli być w Unii), zjednoczenie Irlandii i hiszpańska flaga na Gibraltarze. Wielka Brytania uwalnia się od gnijącej Europy, albo zamienia w biedną, zmarginalizowaną, toczoną recesją Anglię. Autorzy political fiction mają chyba zawroty głowy od ogromu możliwości.
Je się nie znam, więc mniejsza. Za to ciekawą rzecz czytałem w kontekście popkultury. Otóż okazuje się podobno, że prężny brytyjski przemysł filmowo telewizyjny, swoją prężność zawdzięcza perfekcyjnie bilansowanemu modelowi finansowemu. I odejście z Unii zburzy tę konstrukcję. Twórcy to wiedzą i dlatego głosowali za pozostaniem. Boją się utraty olbrzymiego rynku wartego 376 milionów funtów.
Głębsza lektura zalinkowanego artykułu przynosi dalsze rewelacje. Lubicie Baranka Shauna? Albo kojarzycie serial kryminalny Hinterland, znany również pod walijskim tytułem Y Gwyll)? Oba powstały przy dofinansowaniu z UE. Nawet Gra o tron była kręcona w Irlandii Północnej dzięki dotacjom (na szczęście HBO dementuje pogłoski, że ich ewentualny brak zagrozi produkcji).
Co to wszystko oznacza? Po pierwsze, zachwiał się mit, że dofinansowanie dotyczy artystycznych produkcji, których nikt normalny nie chce oglądać. Po drugie, chyba zrobiliśmy sobie, my Europejczycy, małą krzywdę.
Tomasz Gabiś spekulował przed laty, że jednym z fundamentów anglosaskiej dominacji w świecie jest ich kultura. Jest to twierdzenie odwrotne od powszechnego (najpierw ekonomiczna baza, dopiero potem kulturowa nadbudowa), ale może być od pewnego momentu prawdziwe. To film upowszechnił angielszczyznę jako język międzynarodowy. Z kręgu anglosaskiego wywodzą się największe narracje popkultury, od Szekspira po Gwiezdne Wojny. Wprawdzie w Europie kontynentalnej również tworzono wielkie postaci i wielkie opowieści, ale Anglosasi nie mieli problemu z wchłanianiem ich do swojej przestrzeni kulturowej. Jak jakiś Borg. Nawet zastanawiałem się, czy ostatniej Wojny i pokoju BBC albo Muszkieterów nie powinno się uznać za jakąś formę cultural appropriation.
Żeby to jeszcze dotyczyło jakichś starych książek z domeny publicznej. Anglosasi zawłaszczają, co tylko im nawinie się w ręce. W ten sposób Hollywood pożarł całą falę nowego hiszpańskiego horroru (potem ci reżyserzy przepadli w trybach machiny; podobny los spotkał Węgra Nimróda Antala, autora Kontrolerów). Seriale z różnych też poznajemy nie w wersji oryginalnej, ale jako w postaci remake'u. Czasem prowadzi to do niesamowitych sytuacji – wiecie że kanał Ale Kino tytułował duńskie Forbrydelsen tak samo, jak jego amerykańską wersję, The Killing?
Doszło do sytuacji, gdzie USA i Wielka Brytania stały się węzłem przez który przechodzi cała wymiana kulturalna świata. W tym węźle jest bufor, arsenał filtrów oraz jednostka logiczna decydująca, co przepuścić, a co skompilować na nowo. Połączenia omijające węzeł nie istnieją. Alternatywne węzły dawno już padły.
Ba, doszło do tego, że czasem podłączamy się tylko do centralnego węzła, zapominając o własnej, lokalnej sieci kulturowej. Dlatego widzimy fanów fantastyki, szukających alternatywy dla linii Grzędowicza-Ćwieka poprzez import narracji zachodnich, a zapominających chociażby Peteckiego, czy Borunia. Zaś już najciekawsze jest wynarodowianie, które można obserwować podczas oglądania filmów. Tak bardzo weszliśmy w ich tematykę, ich język, ich obyczajowość oraz formy ekspresji uczuć, że nasze własne wydają się obce, czy wręcz źle zagrane. Obejrzeć polski film to jak obejrzeć coś z dalekiej Azji – odrębność kulturowa tak wielka, że nie wiemy, czy to wszystko na poważnie, czy jakaś kpina. Na blogu Zwierza Popkulturalnego mignął mi komentarz, że kiedy Fassbender w ostatnich X-Menach odezwał się po polsku, to temu komuś Fassbender momentalnie zbrzydł. Tak działa na nas kraj najbardziej obcy i egzotyczny ze wszystkich – własna ojczyzna.
Tak się złożyło, że obierając ziemniaki, oglądałem starą francuską komedię na dwójce. Wystąpili: Belmondo jako cwaniak, Bourvil jako gamoń, Niven jako gentleman oraz Wallach jako nerwowy południowiec. Czyli klasyka. Kiedyś Francuzi potrafili przebić się poza bańkę ze swoją popkulturą: komiksami, komediami, kryminałami (Melville), muzyką. Nie gorsi byli Włosi, którzy stworzyli niepowtarzalny koktajl seksu, campu i przemocy. Potem jednak przyszła Ameryka i zagoniła wszystkich z powrotem do kąta.
Czy skoro jedna z dwóch nóg, na której opiera się anglosaska dominacja w filmowo-telewizyjnej popkulturze, zaczyna się chwiać, nie jest to okazją dla nas? Przecież już coś z wolna się dzieje. Dobrą robotę odwalają Skandynawowie – choć na razie Imperium wciąż pochłania im i aktorów (po listę zajrzyjcie do Zwierza), i fabuły (Forbrydelsen, Broen, Äkta människor, chodzą też słuchy, że HBO chce robić własną wersję Borgen). Włosi zainteresowali Gomorrą. Hiszpanie może nie potrafią jeszcze kończyć seriali (każdy, który oglądałem, miał fatalną końcówkę), ale robią ich bardzo dużo. Niemcy jak to Niemcy – nie patrzą na świat i konsekwentnie robią swoje (na Pulsie leci dziewiętnasty sezon Kobry, a ja sam lubię zabawnego Ostatniego gliniarza). Rosyjska telewizja to gigant i na każdy Serialcon/Serialkon mogę przygotować prelekcję-przegląd i żaden tytuł się nie powtórzy.
Wreszcie jesteśmy my. Wciąż zagubieni i dezorientowani, ale z potencjałem. HBO-wską Watahę (wkrótce drugi sezon) emituje brytyjski Channel 4. Tytuł The Border dowodzi, że nie tylko my nie tłumaczymy tytułów dosłownie. Czas honoru otarł się o BBC, które jednak przestraszyło się siedmiu sezonów. Koniec końców serial kupiła lokalna stacja z Glasgow oraz telewizja kurdyjskojęzyczna (!).
Czy szansa rzeczywiście istnieje? Nie mnie osądzać. Na pewno nie należy jej z góry skreślać, a już w ogóle nie wolno wyobrażać sobie (często słyszałem głosy), że produkcje spoza kręgu angielskojęzycznego nie przebiją się, bo są odmienne kulturowo i opowiadają o rzeczach, które ludzie nie znają, ani się nie interesują. Dylematy Amerykanina czy Brytyjczyka też były abstrakcyjne dla świata – póki nie trafiły na ekrany.
W świecie kryje się wielkie bogactwo. Nie powinno się z niego rezygnować. Kto wie, może za kilkanaście lat okaże się, że fanki nie będą już wzdychać do Toma Hardy'ego, ale do, dajmy na to, Jewgienija Cyganowa. Czemu nie?
Post scriptum: fala europejskich (i nie tylko) seriali oraz filmów mogłaby rozstrzygnąć odwieczny spór napisy kontra lektor kontra dubbing. Zawsze podejrzewałem, że ludzie najbardziej protestujący przeciwko lektorowi i dubbingowi tak naprawdę oglądają produkcje z krajów, których język znają na tyle, żeby napisy pełniły wyłącznie funkcję pomocniczą. Ciekawe jak sobie poradzą z jednoczesnym zerkaniem w dół ekranu i śledzeniem akcji Kryminalnych zagadek Budapesztu. :-P
W piątek rano światem wstrząsnęła wieść: czwartkowe referendum na Wyspach wygrali eurosceptycy. Wielka Brytania wychodzi z Unii. Oczywiście nie stanie się to z dnia na dzień, a może w ogóle nie (Guardian, bądź co bądź dziennik poważny, donosi że referendum nie wiąże w żaden sposób parlamentu, który może całą sprawę wyrzucić do kosza – jeśli się odważy). Babki na troje wróżą i prognoz na temat tego, co się stanie, przekraczają wszelkie wyobrażenia. Z jednej strony rozpad całej Wspólnoty, z drugiej – jeszcze mocniejsze związanie państw. Zdominowanie kontynentu przez Niemcy, wpadnięcie jego wschodniej części przez Rosję, a nawet takie radosne szaleństwo jak to, że całe finansowe City przeniesie się z Londynu do Warszawy (serio, słyszałem coś takiego). Do tego w tle majaczy niepodległość Szkocji (która woli być w Unii), zjednoczenie Irlandii i hiszpańska flaga na Gibraltarze. Wielka Brytania uwalnia się od gnijącej Europy, albo zamienia w biedną, zmarginalizowaną, toczoną recesją Anglię. Autorzy political fiction mają chyba zawroty głowy od ogromu możliwości.
Je się nie znam, więc mniejsza. Za to ciekawą rzecz czytałem w kontekście popkultury. Otóż okazuje się podobno, że prężny brytyjski przemysł filmowo telewizyjny, swoją prężność zawdzięcza perfekcyjnie bilansowanemu modelowi finansowemu. I odejście z Unii zburzy tę konstrukcję. Twórcy to wiedzą i dlatego głosowali za pozostaniem. Boją się utraty olbrzymiego rynku wartego 376 milionów funtów.
Głębsza lektura zalinkowanego artykułu przynosi dalsze rewelacje. Lubicie Baranka Shauna? Albo kojarzycie serial kryminalny Hinterland, znany również pod walijskim tytułem Y Gwyll)? Oba powstały przy dofinansowaniu z UE. Nawet Gra o tron była kręcona w Irlandii Północnej dzięki dotacjom (na szczęście HBO dementuje pogłoski, że ich ewentualny brak zagrozi produkcji).
Co to wszystko oznacza? Po pierwsze, zachwiał się mit, że dofinansowanie dotyczy artystycznych produkcji, których nikt normalny nie chce oglądać. Po drugie, chyba zrobiliśmy sobie, my Europejczycy, małą krzywdę.
Tomasz Gabiś spekulował przed laty, że jednym z fundamentów anglosaskiej dominacji w świecie jest ich kultura. Jest to twierdzenie odwrotne od powszechnego (najpierw ekonomiczna baza, dopiero potem kulturowa nadbudowa), ale może być od pewnego momentu prawdziwe. To film upowszechnił angielszczyznę jako język międzynarodowy. Z kręgu anglosaskiego wywodzą się największe narracje popkultury, od Szekspira po Gwiezdne Wojny. Wprawdzie w Europie kontynentalnej również tworzono wielkie postaci i wielkie opowieści, ale Anglosasi nie mieli problemu z wchłanianiem ich do swojej przestrzeni kulturowej. Jak jakiś Borg. Nawet zastanawiałem się, czy ostatniej Wojny i pokoju BBC albo Muszkieterów nie powinno się uznać za jakąś formę cultural appropriation.
Żeby to jeszcze dotyczyło jakichś starych książek z domeny publicznej. Anglosasi zawłaszczają, co tylko im nawinie się w ręce. W ten sposób Hollywood pożarł całą falę nowego hiszpańskiego horroru (potem ci reżyserzy przepadli w trybach machiny; podobny los spotkał Węgra Nimróda Antala, autora Kontrolerów). Seriale z różnych też poznajemy nie w wersji oryginalnej, ale jako w postaci remake'u. Czasem prowadzi to do niesamowitych sytuacji – wiecie że kanał Ale Kino tytułował duńskie Forbrydelsen tak samo, jak jego amerykańską wersję, The Killing?
Doszło do sytuacji, gdzie USA i Wielka Brytania stały się węzłem przez który przechodzi cała wymiana kulturalna świata. W tym węźle jest bufor, arsenał filtrów oraz jednostka logiczna decydująca, co przepuścić, a co skompilować na nowo. Połączenia omijające węzeł nie istnieją. Alternatywne węzły dawno już padły.
Ba, doszło do tego, że czasem podłączamy się tylko do centralnego węzła, zapominając o własnej, lokalnej sieci kulturowej. Dlatego widzimy fanów fantastyki, szukających alternatywy dla linii Grzędowicza-Ćwieka poprzez import narracji zachodnich, a zapominających chociażby Peteckiego, czy Borunia. Zaś już najciekawsze jest wynarodowianie, które można obserwować podczas oglądania filmów. Tak bardzo weszliśmy w ich tematykę, ich język, ich obyczajowość oraz formy ekspresji uczuć, że nasze własne wydają się obce, czy wręcz źle zagrane. Obejrzeć polski film to jak obejrzeć coś z dalekiej Azji – odrębność kulturowa tak wielka, że nie wiemy, czy to wszystko na poważnie, czy jakaś kpina. Na blogu Zwierza Popkulturalnego mignął mi komentarz, że kiedy Fassbender w ostatnich X-Menach odezwał się po polsku, to temu komuś Fassbender momentalnie zbrzydł. Tak działa na nas kraj najbardziej obcy i egzotyczny ze wszystkich – własna ojczyzna.
Tak się złożyło, że obierając ziemniaki, oglądałem starą francuską komedię na dwójce. Wystąpili: Belmondo jako cwaniak, Bourvil jako gamoń, Niven jako gentleman oraz Wallach jako nerwowy południowiec. Czyli klasyka. Kiedyś Francuzi potrafili przebić się poza bańkę ze swoją popkulturą: komiksami, komediami, kryminałami (Melville), muzyką. Nie gorsi byli Włosi, którzy stworzyli niepowtarzalny koktajl seksu, campu i przemocy. Potem jednak przyszła Ameryka i zagoniła wszystkich z powrotem do kąta.
Czy skoro jedna z dwóch nóg, na której opiera się anglosaska dominacja w filmowo-telewizyjnej popkulturze, zaczyna się chwiać, nie jest to okazją dla nas? Przecież już coś z wolna się dzieje. Dobrą robotę odwalają Skandynawowie – choć na razie Imperium wciąż pochłania im i aktorów (po listę zajrzyjcie do Zwierza), i fabuły (Forbrydelsen, Broen, Äkta människor, chodzą też słuchy, że HBO chce robić własną wersję Borgen). Włosi zainteresowali Gomorrą. Hiszpanie może nie potrafią jeszcze kończyć seriali (każdy, który oglądałem, miał fatalną końcówkę), ale robią ich bardzo dużo. Niemcy jak to Niemcy – nie patrzą na świat i konsekwentnie robią swoje (na Pulsie leci dziewiętnasty sezon Kobry, a ja sam lubię zabawnego Ostatniego gliniarza). Rosyjska telewizja to gigant i na każdy Serialcon/Serialkon mogę przygotować prelekcję-przegląd i żaden tytuł się nie powtórzy.
Wreszcie jesteśmy my. Wciąż zagubieni i dezorientowani, ale z potencjałem. HBO-wską Watahę (wkrótce drugi sezon) emituje brytyjski Channel 4. Tytuł The Border dowodzi, że nie tylko my nie tłumaczymy tytułów dosłownie. Czas honoru otarł się o BBC, które jednak przestraszyło się siedmiu sezonów. Koniec końców serial kupiła lokalna stacja z Glasgow oraz telewizja kurdyjskojęzyczna (!).
Czy szansa rzeczywiście istnieje? Nie mnie osądzać. Na pewno nie należy jej z góry skreślać, a już w ogóle nie wolno wyobrażać sobie (często słyszałem głosy), że produkcje spoza kręgu angielskojęzycznego nie przebiją się, bo są odmienne kulturowo i opowiadają o rzeczach, które ludzie nie znają, ani się nie interesują. Dylematy Amerykanina czy Brytyjczyka też były abstrakcyjne dla świata – póki nie trafiły na ekrany.
W świecie kryje się wielkie bogactwo. Nie powinno się z niego rezygnować. Kto wie, może za kilkanaście lat okaże się, że fanki nie będą już wzdychać do Toma Hardy'ego, ale do, dajmy na to, Jewgienija Cyganowa. Czemu nie?
Post scriptum: fala europejskich (i nie tylko) seriali oraz filmów mogłaby rozstrzygnąć odwieczny spór napisy kontra lektor kontra dubbing. Zawsze podejrzewałem, że ludzie najbardziej protestujący przeciwko lektorowi i dubbingowi tak naprawdę oglądają produkcje z krajów, których język znają na tyle, żeby napisy pełniły wyłącznie funkcję pomocniczą. Ciekawe jak sobie poradzą z jednoczesnym zerkaniem w dół ekranu i śledzeniem akcji Kryminalnych zagadek Budapesztu. :-P
poniedziałek, 23 maja 2016
7 grzechów głównych seriali. Polskich.
Pycha, chciwość, gniew, nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, zazdrość, lenistwo – tak to wygląda w Katechizmie i znanym filmie Davida Finchera. W publicystyce formułę 7 grzechów wykorzystywał chociażby Marek Oramus. Uznałem więc, że i ja mogę.
Przygotowanie 7 grzechów głównych polskich seriali dało mi w kość. Jak objąć tak szeroki materiał w godzinnym wystąpieniu (plus pytania publiczności)? Jak być zabawnym, a jednocześnie rzeczowym, nie wpadając ani razu w pułapkę malkontenctwa, ironii i hipsterskiego nihilizmu? Jak wreszcie przygotować się psychicznie na fakt, że konwent nie jest konwentem, a festiwalem i na sali pojawią się zawodowcy? Gdybym widział to ostatnie wcześniej, to bym się nie odważył robić takiej prelekcji. Na szczęście dowiedziałem się dopiero kilka godzin przed.
Przy okazji okazuje się, że kondycja polskich seriali to nie tylko mój prywatny feblik. Rozmawiano też o nich na festiwalu w Warszawie. Jak opinie ludzi z branży mają się do moich prywatnych opinii – oceńcie sami.
Przygotowanie 7 grzechów głównych polskich seriali dało mi w kość. Jak objąć tak szeroki materiał w godzinnym wystąpieniu (plus pytania publiczności)? Jak być zabawnym, a jednocześnie rzeczowym, nie wpadając ani razu w pułapkę malkontenctwa, ironii i hipsterskiego nihilizmu? Jak wreszcie przygotować się psychicznie na fakt, że konwent nie jest konwentem, a festiwalem i na sali pojawią się zawodowcy? Gdybym widział to ostatnie wcześniej, to bym się nie odważył robić takiej prelekcji. Na szczęście dowiedziałem się dopiero kilka godzin przed.
Przy okazji okazuje się, że kondycja polskich seriali to nie tylko mój prywatny feblik. Rozmawiano też o nich na festiwalu w Warszawie. Jak opinie ludzi z branży mają się do moich prywatnych opinii – oceńcie sami.
Etykiety:
Czas honoru,
Detektyw,
Doctor Who,
Downton Abbey,
Dygat,
film,
Glina,
HBO,
konwenty,
Moffat,
Paradoks,
Polska,
recenzje,
relacja,
Ripper Street,
Russel T Davies,
SerialCon,
seriale,
Serialkon,
Żulczyk
Subskrybuj:
Posty (Atom)