niedziela, 16 września 2012

Gry jak książki

Piszę właśnie notkę o Deus Ex i cyberpunku, kiedy na znanych i lubianych Jawnych snach pojawia się wpis o opłakanym stanie krytyki gier komputerowych. Skąd my to znamy, chciałoby się zapytać. Toż ten tekst dałoby się z łatwością przekonwertować na powracający co rok-dwa lament nad fantastyczną krytyką literatury.
Po raz kolejny okazuje się, że właściwie jesteśmy tacy sami, a z getta do getta niedaleka droga. Ech.

piątek, 14 września 2012

Największa

Odwiedziłem dziś Empik. Wiem, że nie wypada popierać Molocha, ale tak mi jeździ autobus, że każda wyprawa do Krakowa (tylko w języku Nowej Huty istnieje dyskretne rozróżnienie między "do Krakowa" a "na miasto") przebiega obok Empiku w Galerii Krakowskiej. Tak więc popełniłem aż dwa grzechy: Galerię i Empik.
Zacząłem od przeglądania stoisk z prasą. Wpierw przejrzałem pismo, którego od dawna nie czytam i do czytania którego nie zamierzam powracać. Znalazłem potwierdzenie telewizyjnego newsa półrocza, czyli że ludzie od Czasu honoru będą robić dla HBO serial o Jagiellonach. Moja obrażająca braci-racjonalistów wiara w polski serial znalazła kolejną przesłankę za. Następnie zwróciłem się w kierunku tołstych z żurnali. Ten z różowym mózgiem raczej kupię, więc od razu wziąłem się za Znak.
W najnowszym numerze magazynu przeczytać dokończenie dyskusji o kryzysie polskiej powieści. Oprócz "onych" udział biorą znajomi: Szostak. Cetnarowski, Dukaj, Twardoch, Brzezińska, Dunin-Wąsowicz. Tekst pointuje dopisek: w tym roki na dwadzieścia nominacji do Nike przypadają dwie powieści. Dwie.
Wstrząśnięty smutnym faktem powędrowałem ku regałom z prozą krajową. I ku wielkiemu zdziwieniu zobaczyłem najlepszą polską powieść XX wieku. Bez wahania wydałem skandalicznie wielką sumę i oto na biurku, obok laptopa leży teraz ona:


Niestety nie jestem oryginalny. Bodaj Szczepan Twardoch pierwszy nazwał Miasojedowa "największą powieścią". To w ogóle osobny dramat, to zgadzanie się z nim. Bo jeżeli moje nigdy przez mnie nie napisane powieści SF jedną po drugiej pisze Dukaj (bardzo dobrze pisze), tak w różnych przemyśleniach czuję pokrewieństwo z Twardochem. Czasem to zgadzanie się prowadzi do jednostronnej kłótni, ale to temat na inny tekst. Który kiedyś wrzucę, bo szkic już od dobrego roku "się myśli". Wróćmy jednak do Mackiewicza.
Po raz pierwszy przesłuchałem tę powieść w radiowej interpretacji Mariusza Benoit (co też polecam wszystkim czytelnikom, bo nie dość że Benoit świetnie wczuł się w czytaną treść, to ta atrakcja jest za darmo). Wtedy zachwycała. Na papierze dalej zachwyca – przekartkowałem w poszukiwaniu fragmentów, które wtedy wstrząsnęły i wrażenie powróciło. Jest wybitnie.

Józef Mackiewicz to nieszczęśliwy pisarz. Za życia stracił swoją małą ojczyznę, z której musiał uciekać wiosną 1945. Klepał biedę w Monachium, z taką samą zaciętością gnoiła go komuna i Radio Wolna Europa, ciążył na nim fałszywy zarzut kolaboracji, zabrakło mu czterech lat do dożycia wolności. Po śmierci zaś jeszcze gorzej, wpadł w getto tak małe i zamknięte, że moje kochane getto fantastyczne wydaje się nieogarnioną przestrzenią swobody i wolnej myśli.
O czym jest Sprawa pułkownika Miasojedowa? To fabularyzacja autentycznych wydarzeń. Sergiusz Miasojedow, pułkownik carskiej żandarmerii został w 1915 skazany w ukartowanym procesie o szpiegostwo i rozstrzelany. Jego żonę karnie przesiedlono pod Ałtaj.
Najpowszechniejszą praktyką jest odczytywanie Mackiewicza przez pryzmat polityki. A dokładniej: antykomunizmu, bo był antykomunistą totalnym, nieprzejednanym, autorem zdania "z komunistami nie można rozmawiać, ich trzeba zabijać". Ostro, zwłaszcza z perspektywy kraju, gdzie większość z 3 milionów członków PZPR zapisało się do partii w celu zdobycia posady majstra albo talonu na małego fiata. Kraju, w którym Kościół był w latach 1944-89 niezłomny, ale nie odważył się ogłosić decyzji Watykanu z 1949 o ekskomunice z automatu dla wszystkich komunistów. W takiej sytuacji z Mackiewicza łatwo zrobić ekstremistę. Siedzi dziadek w Monachium i gada bzdury. Życia nie zna!
W Miasojedowie komunizmu i komunistów jest wyjątkowo mało. To nie Droga donikąd (pokazująca sowietyzm z bliska), ani Kontra (opowiadająca o przegranej walce z nim). W kategoriach powieści politycznej Sprawa pułkownika Miasojedowa opowiada o podłości, z której wkrótce zrodzi się zło. Po części jest też próbą zrozumienia przez rusofila dlaczego państwo i naród, które kocha, wyczyniły tyle złego.
Liberałowie nie bronią Miasojedowa, bo jest funkcjonariuszem znienawidzonej żandarmerii, a liberalizm ma przecież jakieś granice. Nacjonaliści z czarnej sotni może by i pomogli, ale nie zapomną mu interesów z Żydami. Policja potrafi już tylko organizować prowokacje. Sztab przegrywa wojnę na własne życzenie. Wielki książę gra przeciwko ministrowi i na odwrót. Komunizm będzie karą, która spadnie na wszystkich.
A to wszystko jest zarazem wspaniałą, epicką powieścią, z galerią bohaterów, akcją pociągniętą na półwiecze, od rogatek Wilna, po bombardowane Drezno. Połączeniem chłodnego realizmu z symbolizmem. Zaskakującą zmianą perspektywy z męskiej na kobiecą (Klara, wdowa po Miasojedowie staje się dziedziczką fatum). Wreszcie przepiękną prozą:

Pocisk runął w to właśnie miejsce i zasłonił je w strasznym huku, wulkanem torfu i kłakami darni! Zabił trzysta komarów, dwie myszy polne, dwie glisty, tuzin czarnych żuczków, Michała Łukaszewicza, szeregowca 105-go Orenburskiego pułku piechoty, oraz sikorkę czarnogłówkę, którą strącił wybuchem z gałązki pobliskiej brzózki. Łukaszewiczowi odłamek nie strzaskał nawet czaszki, ledwo wyłamał nasadę nosa, wbił się przez lewe oko wprost w mózg i ostrymi kantami rozpalonego żelaza rozszarpał wszystko, co było wewnątrz głowy. Padając w trawę, ostatnim skurczem palców rozdusił żywą jeszcze biedronkę. Zginęli wszyscy. - Niech im ziemia lekką będzie! - I odlatywał już Anioł Stróż, zwolniony ze swego ziemskiego obowiązku... Gdyby jednak w ostatniej jeszcze chwili zdążył go Łukaszewicz przetrzymać za za koniec szaty i krzyknąć: "Stój! Ale ja, powiedz, o Aniele Boży, cóż mam wspólnego z garścią owadów i jednym ptaszkiem?!", usłyszałby zapewne w odpowiedzi: "Prawie wszystko. Stworzeni zostaliście przez jednego Boga"...
W rachunku ogólnym to tylko liczba skróconych dni. To tylko kwestia czasu.

Czytać, to, czytać, i jeszcze raz czytać.

niedziela, 2 września 2012

Panie Moffat, pan się nie boi

Wczoraj na Wyspach odbyła się premiera nowego, siódmego już po reaktywacji sezonu Doctora Who. To oznacza, że niedługo obejrzę go i ja. Zaś w międzyczasie tradycyjnie już się podziwię.
Telewizyjnym życiem Doctora zdają się rządzić nie często omawiane i porównywane aktorskie inkarnacje (chociaż one też mają wspływ), ale kolejni showrunnerzy. Dlatego najdramatyczniejszą doctorową datą po reaktywacji jest 2010, kiedy kierownicę od Russela T. Daviesa przejął Steven Moffat. I dobrze, że zmiana miała miejsce, bo jak by nie chwalić RTD osiągnięcia, to jednak jego koncepcja byłą na wyczerpaniu. Rozumiem znajomego, który lubił tkwiący gdzieś we wnętrzu Doctora mrok (najlepiej pokazywała to dziewiątka), ale jednak emo Tennant prosił się o restart. No i restart przyszedł, dzieląc whovianowy fandom.
Najczęściej krytykowano brak odniesień do poprzednich serii. Fakt, za Moffata nie ma znanych z poprzednich sezonów odwiedzin u byłych towarzyszy. To jednak nie jest takie złe, trzba iść do przodu, a nie tylko patrzeć się do tyłu. Moffat poległ na dwóch rzeczach.
Po pierwsze, postanowił napędzać całą, trzynastoodcinkową serię tym samym paliwem, które dawało kopa jego scenariuszom pojedynczych odcinków (był autorem bodaj najlepszych odcinków z epoki RTD): czyli ma być mrocznie i z dużą ilością maksymalnie pokręconego wibbly wobley timey wimey... stuffu. Zrobił więc ten sam błąd, co wielu autorów nowelek przechodząc do pisania powieści. Przez to wszystkie szwy w króciakach niewidoczne, tu trzeszczą wyzierają z każdego kąta. I jeśli za Daviesa technobełkot był fajny, bo z nim nie przesadzał, to Moffat stanowczo przesadza. Finał sezonu trzeciego aż się trząsł od paradoksów czasowych, ale jako konstrukcja wytrzymywał. W przypadku tych nowych ciągle czas "się rodzi", albo "umiera", znaczy zaś to tyle, że w jakiś magiczny i debeściarski sposób Doctor wyratuje siebie, Amy i Wszechświat. I w żadnym wypadku nie chodzi o to, że domagam się od serialu hard esefowego podejścia do nauki. Po prostu nawet w pokręconej konwencji Doctowa Who piąty i szósty sezon przesadzają, co odbija się niekorzystnie na przyjemności z oglądania.
Napisałem powyżej o Amy. Ona jest drugą rzeczą, która nie wyszła Moffatowi. Dotychczasowe towarzyszki były najróżniejsza: od wielkiej miłości (Rose!) przez dziewczynę w cieniu poprzedniej (Martha) po kumpelę (Donna!!!). Amy zaś to klasyczna Mary Sue. Jest piękna, mądra, zaradna, zbuntowana, opiekuńcza, całe multiwersum kręci się wokół niej. I chociaż są ludzie, którym to się podoba (znalazłem jednego takiego na Zaginionej bibliotece), to ja dziękuję. W tym serialu jest miejsce tylko na jednego megawymiatacza o nieodpartym uroku.
W tym momencie odkryłem via google, że Amy Pond jako Mary Sue to nie jest mój oryginalny pomysł. Więc wspomnę jeszcze, aby utrzymać na blogu średnią zawartość original contentu, że za Moffata pojawiły się dwa najgorsze epizody od czasu reaktywacji serii: jeden z największą ever dziurą logiczną (ten o piratach) i jeden zwyczajnie zły, bo napisany na kolanie (ten o hotelu-pułapce).
Mimo tego wszystkiego obejrzę nowe odcinki. Bo chociaż Steven Moffat raz przypomina spełnionego fanboja (bo dorwał się do rządzenia ukochaną produkcją), a raz wyrafinowanym marketingowcem (dobrze to widać w Sherlocku, od chyba początku planowanym jako najbardziej kultowa seria dekady), to jednak pośród tych wszystkich pirackich statków i hoteli dla ateistów w Gabinecie Owalnym czasem zapada Cisza. Albo pojawia się Van Gogh i odpłaca stokrotnie za poprzednie głupotki. Więc może i w siódmym sezonie tak będzie?
Aha. I kupiłem sobie bordową muchę. Pół roku temu, ale teraz jest okazja, żeby się pochwalić. Tak Doctor zmienia ludzi.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Heca większa, niż Daniken na Polconie

Jest takie francuskie wyrażenie l’esprit de l’escalier, a oznacza spóźnioną ripostę. Wszystkie cięte teksty, wszystkie genialne pomysły pomyślane poniewczasie są owym duchem schodów (bo tak to się tłumaczy na polski). Ja swojego l'espirita zaliczyłem przed momentem. Jaka szkoda, błysnąłbym geniuszem.
Chodzi o Polcon. Ptaszki ćwierkają, ze aktualny, ten z Danikenem i ambasadorem Davida Icke na Polskę, ma być ostatnim. Przyszłoroczny się nie odbędzie, bo organizująca go ekipa z Torunia wykruszyła się, a o jeszcze następnym lepiej nie mówić. To znaczy: nikt nic nie mówi, więc chyba jest bardzo źle.
Przepadł przez to mój pomysł, który stopniem kontrowersyjności przerósłby największą nawet aktywność reptilian i Otchłani we Wrocławiu.
Jak pewnie pamiętają P.T. czytelnicy, po Krakonie narzekałem, że fandom się kończy, a współegzystencja z fandomem mangowym, growym i innymi, w imię wiary we wspólne wartości, moja się z celem. Zarzuciła wtedy Czereśnia (streszczam rozmowę z komentarzy, bo nie każdy się w takie rzeczy wczytuje) dyskursem kolonialno-imigranckim. Że niby jestem jak ci, co każą emigrantom wynieść się z ich kraju. Nie lubię tego toku rozumowania, bo rzadko kiedy co wyjaśnia, raczej tylko zaciemnia. Mnie chodziło o coś innego. Związek literatury fantastycznej z grami, anime, komiksem euroatlantyckim itp. to takie młodzieńcze małżeństwo, zawarte ze względu na to, że razem miło nam było ("ty jeździsz na brudstock, ja jeżdżę na brudstock, lubimy się... pobierzmy się!").  Z biegiem czasu zaczyna to coraz bardziej przypominać małżeństwo z rozsądku (z kim, jak nie z tobą, w innej wsi baby/chłopa szukać nie będę). Ja proponuję iść z duchem postępu i wprowadzić do fandomu związki partnerskie. Nieprzesadne w składaniu sobie zobowiązań. Tylko tyle i aż tyle.
Bo skoro możemy poużywać wreszcie swobody, czemu fantastyka nie mogłaby trochę zaszaleć, otworzyć się na nowe przeżycia, zamiast ciągle powtarzać te same pozycje z tymi samymi partnerami? Dlatego proponuję co następuje:
  • zaprosić na Polcon głównonurtowców;
  • zrobić cały głównonurtowy blok programowy.
Czas wreszcie zwinąć front tej bratobójczej wojny, wywiesić białe flagi i przestać się wzajemnie wykluczać, bowiem lepiej mówić o tym, co nas łączy, niż co nas dzieli. Zacząć należy od gości. Łatwo złożyć konstruktywny skład:
  • Olga Tokarczuk – niespełnione marzenie fandomu. Tyle nasłuchałem się głosów, co by to nie było, gdyby była "nasza". Czas wreszcie zapytać ją o to osobiście.
  • Dorota Masłowska. Główny nurt wyniósł ją na piedestał, zaś fandom krytykował od najgorszych za właściwie to samo – miała była Woją polsko-ruską otworzyć literaturę na falę młodych awangardowych debiutów. Tymczasem raczej była epigonem tego nurtu i sam Paweł Dunin-Wąsowicz przyznał, że rządzą dwaj panowie D, Dukaj z Dehnelem. Poza tym Dorota Masłowska bywa czasami nieziemsko staroświecka i wbrew faktom, że dzisiaj każdy ma styczność z fantastyką, zdaje się nie mieć o niej większej wiedzy. A może jest na odwrót? Trzeba się dowiedzieć.
  • Jacek Dehnel – grał za młodu w Magię i miecz, w małym palcu ma steampunkowy cosplay i przeżył bliskie spotkanie z Przewodasem. To już właściwie nasz człowiek.
  • Jakub Żulczyk. Głównonurtowiec, ale publikował w NF. Zna fantastykę. Nie spotkałem go jeszcze osobiście, więc stąd ma propozycja.
Taka ekipa pozwoliłaby rozruszać fantastyczny światek. Dowiedzielibyśmy się wreszcie, gdzie są większe pieniądze i uznanie czytelników, czy oni tam rzeczywiście nurzają się w paraliterackim bełkocie i dlaczego Dukaj znowu nie dostał Nike. Oni w zamian poznaliby nowych ludzi, zrewidowali uprzedzenia (jeśli takowe mają), a kto wie, może Tokarczuk szepnęłaby słówko Sierakowskiemu, aby zrobić numer Krytyki politycznej o SF, fantasy i horrorze. Wreszcie zajaśniałoby światełko dla tak wyczekiwanej lewicowej fantastyki. Fantastyka prawicowa z kolei poznałaby nowe trendy w modzie męskiej, czyli cokolwiek innego niż kamizelka wędkarska. Tu liczę na dyskretne słówko Dehnela.
Fantastyczna kultura wzmocniłaby się, jakby Żulczyk zarzucił nutę pokazując, że muzyka to nie tylko metal i rock progresywny. Jeszcze nie wiem, co mogłaby zrobić dobrego Dorota Masłowska, ale prelekcja pt. Nieprzezroczysta narracja i inne szklanki literackie może być tu ode mnie luźną propozycją.

sobota, 18 sierpnia 2012

Sellers, serial i martyrologia

W czwartek program drugi Telewizji Polskiej pokazał film Peter Sellers – życie & śmierć z Geoffreyem Rushem w roli głównej.
Film jest naprawdę bardzo dobry. Reżyser, zdając sobie sprawę, że w dwóch godzinach trudno zmieścić niebagatelną biografię, postanowił zrobić film postmodernistyczny. W efekcie często jest burzona czwarta ściana, co chwila przypomina się nam, że oglądamy inscenizację, aktorzy co rusz zwracają się wprost do kamery, Rush zaś nawiązuje do sztandarowej umiejętności swojego bohatera, zastępując niekiedy partnerujących sobie autorów.
Peter Sellers to zagmatwany temat. Reghed, czyli Emil Strzeszewski, napisał kiedyś, że Sellers był dużo lepszym aktorem od de Funesa, który grał na jedno kopyto. Coś w tym jest, fakt. Właściwie jedyne co ich łączy, to sława i lata działalności. Reszta to same różnice. De Funes miewał słabsze filmy, ale nigdy nie spadały one poniżej jakiegoś poziomu. Sellers potrafił grać w najstraszniejszych knotach. De Funes, poza nieudanym młodzieńczym ożenkiem, prowadził spokojne życie osobiste, Sellers zaś zmarnował cztery małżeństwa. Brytyjczyk miał hopla na punkcie wróżbitów i mediów, Francuz był skromny i pobożny. Czyli ludzie kompletnie odmienny. I może rzeczywiście de Funes był gorszym aktorem, ale przynajmniej nie rozmienił swojego talentu na drobne. Peter Sellers zaś to jedno wielkie smutne niespełnienie. Przykro.
Odfajkowawszy kwestię Różowej pantery, przechodzę do seriali. Jak wiadomo – mój konik. Serial to rzeczywiście inna kategoria sztuki niż film. Mimo wielu podobieństw. Miałem autentyczne problemy z ogarnięciem Petera Sellersa. A przecież to fajny film z wybitną kreacją Rusha. Po prostu oduczyłem się rozumienia tej formy. Przedtem wiedziałem, że odbioru dzieł kultury trzeba się uczyć. Dopiero po sołuchaniu się jazzu, metalu czy rapu będziemy potrafili doceniać i uczciwie oceniać niuanse gatunków. Teraz natomiast odkryłem, że sztuka nie jest jak jazda na rowerze, ale raczej jak taniec – po dłuższym odstawieniu zaczynasz zapominać.
I wreszcie trzeci temat, czyli martyrologia. Najnowszy (3/2012) numer Czasu fantastyki przynosi artykuł Rafała Kosika Jak zrobić film w Polsce? Kosik wie, co pisze, jesienią premiera obrazu Felix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwie katastrofa, którego produkcji przyglądał się uważnie (w końcu na podstawie jego powieści) na każdym etapie, od pierwszych zmian w scenariuszu po ostatnie minuty postprodukcji. Artykuł ważny, rzeczowy, pisany z bliska ale przez osobę z zewnątrz. Bardzo dobrze, że się ukazał, szkoda tylko, że w niszowym CzF. Niemniej jest jedno zdanie z którym się nie zgadzam. Pisze Kosik:
Według polskiej szkoły filmowej w kinie ma dominować patos, smutek, cierpienie, poświęcenie, patos, bohaterstwo, patos, patriotyzm, patos, patos i patos. Kto oglądał Katyń, ten wie, mam na myśli. [dorzuciłem to drugie zdanie, bo też jest ważne – Ziuta]
Termin "polska szkoła filmowa" może mieć dwa znaczenia. W węższym jest to konkretny kierunek w kinematografii, mający swój czas, przedstawicieli i sztandarowe dzieła. W znaczeniu ogólniejszym – to po prostu ogólne wrażenie widza "jak się robi filmy w tym kraju".
Ta klasyczna, prawdziwa polska szkoła filmowa, która trafiła do podręczników, i którą zachwycali się Scorsese z Tarantino, ma z definicją Kosika wspólne bodaj tylko cierpienie. Bo fakt, cierpienia w tym filmie jest sporo. Ale to po prostu kino europejskie, włoski neorealizm czy Ingmar Bergman to też nie było opiewanie popkulturowej radości. Po prawdzie Rafał zarzuca tym filmom posiadania dokładnie tego, czego brak im wypominano, kiedy powstawały. W Kanale nie ma patosu, w Zezowatym szczęściu poświęcenia, a w Eroice jeśli któreś się znajdzie, po po to, żeby je (paskudne słowo, nie lubię) zdemitologizować. Tak więc pudło.
Jeszcze ciekawiej wygląda sprawa szkoły polskiej jeśli przyjmiemy szerszą definicję. Bo z ogólnymi, tkwiącymi zbiorowej świadomości wyobrażeniami jest tak, że niby każdy wie, o co chodzi, ale już ich detale, czy zwłaszcza geneza są niejasne i nikt właściwie nie potrafi wskazać, skąd się wzięły. Tu muszę wprowadzić jeszcze jedno mądre słowo, które zresztą Kosik użył w innym fragmencie artykułu: martyrologia.
Słowo to wraca przy każdej rozmowie o polskim kinie, zazwyczaj w zdaniach typu "a bo polskie filmy to tylko komedie romantyczne i martyrologia". W rzeczywistości zaś przypomina to trochę "Brunner ty świnio" ze Stawki większej niż życie. Chociaż w żadnym z odcinków serialu słowa te nie padły, jakoś każdy je pamięta. Podobnie jest z martyrologią. Rzadko kiedy się objawia, poza kanałem Kino Polska na kablówce bodaj prawie nigdy, ale jednak wszyscy czują jej straszliwy ciężar na karku. Jest w tym kraju pokolenie całe, które pod przysięgą zezna, że święta narodowe mamy ponure i deszczowe, a w telewizji trwa festiwal martyrologii. Jeżeli jednak spojrzeć na sprawę uczciwie, to deszczowe i ponure święto zamienia się w orkiestrę wojskową w słoneczny trzeci maja, zaś martyrologia oznacza piętnastą tego roku powtórkę Pancernych. Chociaż tu bym się zgodził, oglądać po raz piętnasty tego głupawego knota jest straszne i może wywołać urojenia.
W końcu wreszcie ostatnia uwaga. Specjalnie powiedziałem, że nie zgadzam się z jednym zdaniem Rafała, żeby zacytować dwa, w tym "kto oglądał Katyń, ten wie co mam na myśli". Ten Katyń jest ważny, bowiem prowadzi do największej ofiary cierpiętniczo-martyrologicznego myślenia o polskim filmie, czyli Andrzeja Wajdy. Mało kto był równie krytyczny wokół polskich tradycji, co Wajda. Może Munk, ale zginął tragicznie, zanim rozwinął skrzydła. Wajda utopił Powstanie w ścieku, zastrzelił Maćka Chełmnickiego na śmietniku, nawet ostatni mit narodowy, czyli powojenną odbudowę, pokazał jako niszczenie życia biednemu Mateuszowi Birkutowi. Nawet wyborami pozaartystycznymi pokazuje wyraźnie, gdzie chce być usytuowany: kandydaci na prezydenta, których popiera, czy redaktorzy gazet, z którymi się przyjaźni nie są kojarzeni z opcją narodowo-patriotyczną. A pomimo tego Wajda przez potomnych zostanie zapamiętany jako twórca łzawych, patriotycznych, pełnych patosu opowieści. Jako postać nieomal radiomaryjna i gazetopolska. Całkowicie wbrew swojej drodze artystycznej i wyborom życiowym. Oto, jaka jest siła fałszywego stereotypu.