Poniższy tekst który napisałem rok temu . Ukazał się w zredagowanym przez Bartka Biedrzyckiego Roczniku Fantastycznym 2020 i jest próbą uporządkowania przynajmniej części czarnych myśli, które kotłowały mi się w głowie po Komudagate. Czy od tego czasu coś bym zmienił, dopisał, skreślił? Chyba jeszcze nie. Na razie konflikt uległ wygaszeniu i czeka na kolejny zapalny impuls, siłą rzeczy trudno więc o podsumowania i wyciąganie wniosków.
To część pierwsza, za parę dni wrzucę drugą. Całość można przeczytać na papierze, który kupicie u Wojtka Sedeńki. Polecam, bo są tam też naprawdę bardzo dobre opowiadania.
1.
Historycy będą pewnie mówić, że wszystko było przesądzone, a
jedynym niepewnym – komu pierwszemu puszczą nerwy i zaatakuje. Padło na Jacka
Komudę i opowiadanie Dalian, będziesz
ćwiartowany zamieszczone w Nowej Fantastyce 7/2020. Pozwolę sobie
przytoczyć podstawowe fakty. Umiejscowione w tym samym świecie, co wydawany w
Fabryce Słów cykl fantasy Jaksa, opowiadanie
dość powszechnie uznano za homofobiczne, a sprawa wypłynęła poza fandom, kiedy
w serwisach społecznościowych zaczęło krążyć dosadne streszczenie fabuły
autorstwa Piotra Tarczyńskiego, tłumacza literatury amerykańskiej, a prywatnie
męża Jacka Dehnela[i].
Niedługo potem pisarka fantasy Karolina Fedyk zamieściła na twitterze krótki
opis afery w języku angielskim, który przeczytali pisarze zagraniczni - w tym wpływowy na anglosaskim rynku autor i
redaktor, Jeff Vandermeer. Kilka osób (Usman T. Malik, Karl Schroeder, John
Chu, Indrapramit Das, Desirina Boskovich, Kelly Robinson, Keffy R.M. Kehrli
oras sam Vandermeer) zagroziło bojkotem działu zagranicznego pisma. To oraz atmosfera
na facebookowym profilu (najazd prawdziwych i mniemanych trolli, agresja,
liczba usuniętych komentarzy i użytkowników idąca w dziesiątki, jeśli nie
setki) zmusiło redakcję do kroków. Uzupełniono ekipę adminów fanpejdża oraz
wydano specjalne ogłoszenie, najpierw w sieci, potem drukiem w numerze
sierpniowym. Redakcja odcięła się od aktów i mowy nienawiści, podkreśliła
własne otwarcie na różnorodność oraz zapowiedziała, że jeden z numerów
jesiennych będzie numerem tematycznym, w którym zaprezentują się nienormatywne
osoby autorskie.
Sprawa jednak na tym nie ucichła. Po powrocie z urlopu
redaktor działu zagranicznego, Marcin Zwierzchowski zapowiedział, że na
początku 2021 odchodzi z czasopisma[ii].
Jackowi Komudzie odkryto jeszcze bardziej kontrowersyjne opowiadanie Mowa nienawiści pokutnika Duki do tej
pory skryte przed oczami mas na łamach internetowego periodyku Nowy Napis. A 5
sierpnia został upubliczniony list otwarty w obronie wolności słowa, podpisany
m.in. kolegów Komudy z Klubu Tfurców, szefa Fabryki Słów, Eryka Górskiego, Konrada
T. Lewandowskiego, Wojciecha Szydę, Krzysztofa Sokołowskiego oraz – co było
największym zaskoczeniem – Jacka Dukaja[iii].
2.
Napięcie między szeroko pojętym starym a nowym fandomem
narastało od dłuższego czasu. Upraszając rzeczy, „stary fandom” wywodzi sie jeszcze z lat 80, jeśli nie
wcześniejszych. Jego struktury, formalne i towarzyskie, powstawały w czasach
analogowych. Światopoglądowo jest kojarzony z prawicą, a jego ikonami,
prawdziwymi poster boyami, są autorzy Klubu Tfurców, Jarosław Grzędowicz,
Andrzej Pilipiuk, czy (teraz już rzadziej, bo jako fantasta od lat nieaktywny)
Rafał Ziemkiewicz. „Nowy fandom” z kolei powstał już w warunkach oplecenia
świata już nie tyle przez internet, ale serwisy społecznościowe. Jest
metrykalnie młody, światopoglądowo progresywny i nie będzie chyb ryzykiem
stwierdzić, że jest bardziej polskojęzycznym odgałęzieniem fandomu globalnego (czyli
anglojęzycznego) niż tworem lokalnym.
Siłą więc rzeczy oba fandomy żyły razem, ale jednak osobno
(czy nie jest symptomatyczne, że wojna wybuchła w 2020, roku bez konwentów?).
Młodzi otwarcie gardzą starymi; wystarczy poczytać, jaką mają opinię o Grzędowiczu
czy Pilipiuku. Nie muszą ich nawet czytać, bo to już wiedza ogólna, że z
polskiej fantastyki szanować można Lema, Sapkowskiego, potem długo, długo nic,
i dopiero Martę Kisiel. Starzy zaś zdają się zatrzymać mentalnie w połowie lat
dwutysięcznych, w epoce wysokich nakładów Wędrowyczów
i Zajdli dla Pana lodowego ogrodu, i
zmian w fandomie zwyczajnie nie zauważają, póki nie dojdzie do kolizji. A
miejscem kolizji okazała się Nowa Fantastyka, czasopismo nie tak silne, jak niegdyś,
ale wciąż symbolicznie ważne, bo będące jedynym „prawdziwym” (tj, nie będącym
niskonakładowym prawie-że-zinem skierowanym do ludzi z bańki[iv])
tytułem poświęconym naszemu ulubionymi gatunkowi. I jest na to dowód: żaden
inny magazyn literacki w ostatnich latach nie zwrócił na siebie uwagi
mainstreamowych mediów. To oczywiście iluzoryczna potęga. Nakład jest
kilkutysięczny, a redakcja w ramach oszczędności przeszła na pracę zdalną już
kilka lat temu. Trudno wyobrazić też sobie, że zawarte w środku teksty miałyby
najmniejszy wpływ na klimat społeczny w Polsce. Niemniej, jak wyżej
wspomnieliśmy, kapitał symboliczny NF jest wciąż na tyle duży dla fandomu, żeby
gra stała się warta świeczki.
Niektórzy mogliby powiedzieć, że to tylko powtórka z lat 90.
Wtedy też Maciek Parowski wykłócał się z autorami dekadę-dwie młodszymi o niego
o linie programową pisma i to, jaka literatura powinna ukazywać się na łamach.
Wówczas sytuacja byłaby nawet zabawna: Cetnarowski wszedł bezwiednie w buty
poprzednika, dawni buntownicy z Klubu Tfurców zostali sytymi obrońcami status
quo, nowy fandom miesza natomiast szczytne hasła z marzeniami o zobaczeniu
własnych, lepszych oczywiście, opowiadań w miejsce pupilów redaktora prozy
polskiej. Pooburzamy się, pośmiejemy, a za jakiś czas sprawa sama wygaśnie.
Nie jest jednak tak prosto. Rok po śmierci Parowskiego
rozgorzał konflikt znacznie poważniejszy od tych, w których on brał udział. Jakie
złośliwości nie wylewałyby się z tamtych polemik, ich uczestnicy jeździli na te
same imprezy, mieli podobne lektury formacyjne, dzielili ten sam światopogląd.
Nie angażował się w nie nikt spoza światka polskiej fantastyki. Wreszcie tamten
spór w fandomie nie był przedłużeniem niebezpiecznego, potencjalnie krwawego
konfliktu społecznego.
3.
Redakcja przeprosiła, konserwatyści odpowiedzieli apelem o
obronę wolności słowa. Po pierwszych wystrzałach i pierwszej zdobyczy zaczęła
się wojna pozycyjna. Stary konserwatywny fandom wydaje się być silniejszy. Jest
bardziej doświadczony, książki jego autorów dobrze się sprzedają, ma swój
bastion, Fabrykę Słów, dla której Pilipiuk, Piekara, Grzędowicz czy Ziemkiewicz
to konie pociągowe. Mając swoich autorów, swoich czytelników i swoje
wydawnictwa, konserwatyści nie muszą bać się ewentualnego bojkotu. Pytanie jednak, czy mogą zdziałać coś ponad
to. Podpis Dukaja pod listem otwartym dziesięć lat temu miałby siłę rażenia
bomby atomowej. Dziś to raczej jednorazowa salwa na pokaz. Dukaj nie jest już bogiem fantastyki, zamiast
dać nam Rekursję czy Drugą tercję progresu, rozdrabnia się,
pisze drobnicę, na którą zwracają uwagę tylko najwierniejsi (stąd nominacja do
Żuławskiego za Imperium chmur) i angażuje w projekty transmedialne, w które
wierzy chyba już tylko on sam (przykładem brutalna ocena Serca ciemności ze strony zawodowych tłumaczy oraz chłodne recenzje
Po piśmie). Progresywni fantaści
szanowali go za formy niebinarne w Perfekcyjnej niedoskonałości, teraz jednak
mają nowych bohaterów.
Nowy fandom z kolei stoi na pozycji rewolucjonisty, który
wywalczył więcej, niż potrafi utrzymać. Wizja queerowego numeru, czy nawet
więcej, całej nowej linii programowej, w której selekcja tekstów będzie się
opierać na paradygmacie otwierania się na perspektywy nieuprzywilejowanych
mniejszości, a stałą praktyką przy ich ocenie będzie sensivity reading.
Pytanie, czy progresywiści są to w stanie udźwignąć i jak zareagują czytelnicy.
Teraz dopiero bowiem zaczyna się czas na prawdziwy bojkot konsumencki. Byłoby
gorzką ironią, gdyby ludzie, którym redakcja przyznała rację, przeprosiła ich,
oraz wprowadziła interesujące ich treści, nie zostali czytelnikami, natomiast
faktyczni czytelnicy zgodzili się z sygnatariuszami listu otwartego i
zwyczajnie zrezygnowali z pisma.
Najbliższe miesiące będą zatem czasem próby, kiedy dowiemy
się, jaka jest realna siła nowego fandomu, czy lojalność starego względem NF
wygra z obrazą na fakt, że nie są jego wyłącznymi dysponentami. Wreszcie
redakcja zweryfikuje słuszność wybranej strategii.
4.
Po przedstawieniu sytuacji, pierwszym pytaniem, jakie powinno
się nasunąć, to jaka jest właściwie ta nowofandomowa fantastyka? O
„hermeneutyce zerwania” z tym, co i o czym pisał stary fandom, już
wspomnieliśmy. Nie jest to lokalny
wynalazek, na zachodzie też właśnie wykuwają się nowe hierarchie wartości, czego
wyrazem jest odrzucenie patronatów H.P. Lovecrafta i Johna W. Campbella,
dwóch niewątpliwych rasistów i seksistów, nad dwiema ważnymi branżowymi
nagrodami: World Fantasy Award (statuetkę przedstawiającą popiersie HPL-a
zastąpiono drzewkiem i księżycem w pełni) i J.W. Campbell Award (którą
przemianowano na Astounding). W dalszej kolejności odpadają inni autorzy,
którzy nie przystają do gustów nowego fandomu nie tylko biografią, ale poziomem
literackim (umówmy się, Asimov nie był mistrzem pióra), czy tonem, który
Jeanette Ng określiła jako sterylny,
męski, biały, wywyższający ambicje kolonialistów i przemysłowców[v].
Kanon się zmienia i nie należy drzeć szat nad faktem, że
hołubione w pokoleniu dziadków arcydzieło dla wnuków będzie nieznośną ramotą.
Ot, sławy ze złotego i srebrnego wieku odejdą tam, gdzie główny nurt posłał
przed laty Eugeniusza Sue. Zagadkowy jest jedynie kształt nowego kanonu.
Anglosasi mają progresywne gwiazdy, Le Guin, Delany’ego, Brackett, Butler,
Discha, oraz multum zapomnianych postaci, które egzystowały na marginesie świata
urządzonego przez białych redaktorów pokroju Gernsbacka i Campbella, i teraz
zostaną tryumfalnie odkryte na nowo. W Polsce, jak już wspomnieliśmy, jest Lem,
gwiazda pierwszej wielkości, jest Sapkowski, pionierki kobiecej fantasy, czyli
Brzezińska i Białołęcka. Na tym polski nowy kanon się urywa, a zaczyna
pokolenie pretendentek i pretendentów do wielkości.
Chyba zaś najważniejszą nowością w nowofandomowym podejściu
do literatury pięknej, jest potrzeba identyfikacji bohatera z czytelnikiem,
który powinien (a powodzenie w znacznym stopniu decyduje o ocenie) odnaleźć
swoją tożsamość w tekście. Poniekąd dotyczy to osoby autorskiej, która staje
się reprezentantem swojej tożsamości na fandom. Stara szkoła pisania (i czytania
również) była koncepcyjna. Liczył się oryginalny pomysł, w który wrzucono
pretekstowego bohatera, który był funkcją tekstu. I oczywiście, można pokazywać
palcem na Campbella, któremu nie podobały się postaci kobiecie, bo jego zdaniem
nie o tym chciał czytać trzynastoletni fan fantastyki naukowej, albo
zastanawiać się, na ile Conan był projekcją kompleksów swojego twórcy, ale
nigdy nie było to otwarcie zadeklarowane. Młoda fantastyka woli odwrotnie:
pisać w ramach ustandaryzowanej konwencji (pomimo chociażby ciekawego
worldbuildingu Nory K. Jemisin[vi]),
oddając głos bohaterom reprezentującym tożsamości wcześniej marginalizowane.
Wreszcie zmiana mniej fundamentalna, choć ważna. Stopniowe
przenikanie do „dorosłej” i „poważnej”
fantastyki chwytów literackich znanych z literatury Young Adult i
fanfików. Pierwsze jest łatwiejsze do zauważenia i stąd wywołuje oburzenie
czytelników starej daty. Poetyka YA ma jednak jedną zaletę: pisząc młodzieżowo
(choć czytelnikiem docelowym jest dorosły) uwalniamy się od toczącej w ostatnim
dwudziestoleciu kulturę popularną zarazy cynizmu i ironicznej samoświadomości.
Drugie, czyli fanfikoza, jest trudniejsze do wychwycenia rozumowego komuś, kto
nie siedzi w świecie fan fiction, ale wyczuwalne. Chociażby czytając nominowane
do Nebuli Amberlough Lany Eleny
Donnely ciężko uciec od wrażenia, że to nie fantasy, nie historia alternatywna,
nie dieselpunk, ale fanfik dwudziestolecia międzywojennego.
[i] W
wywiadzie dla Do rzeczy Komuda
przyznał się, że opowiadanie od samego początku miało być przeciwko Dehnelowi
(co słychać choćby w brzmieniu imienia Dalian), który kiedyś ostro jego
skrytykował prozę historyczną. Wplątywanie nieznającej kontekstu redakcji w
prywatne wojenki z popularnym i wpływowym prozaikiem słabo świadczy o Komudzie.
[ii]
Wprawdzie na swoim oficjalnym profilu na Facebooku Kulturalny człowiek tłumaczył to zmęczeniem i szukaniem nowych
wyzwań zawodowych, o których zaczął myśleć już wcześniej, trudno jednak nie
zauważyć, że on, całą swoją karierę opierającym na kontaktach z zachodnimi
pisarzami, najboleśniej odczuł skutki afery.
[iii] Który
chyba najwięcej ryzykuje z tego grona
(obok Kołodziejczaka, zajmującego menedżerskie stanowisko w polskiej filii
duńskiego wydawnictwa). Jeśli progresywny świat kultury weźmie sobie to do
serca, to skończą się wywiady, debaty, projekty i współpraca z Netfliksem.
[iv] Choć
sukces (magazyn przestał się ukazywać w wyniku rozpadu redakcji) reaktywowanego
Feniksa, powrót Wojtka Sedeńki do Sfinksa oraz, rzecz jasna Rocznik fantastyczny, to obiecujący
pomysł na wybrnięcie z kryzysu prasy i ominięcie dystrybucyjnych gigantów.
[v] Nie było
to pierwsze obalenie przemożnego wpływu Campbella na fantastykę. Założone w
1950 pismo Galaxy Science Fiction skupiło autorów, których proza nie mieściła
się w linii programowej Astounding. Do Galaxy pisali m. in. Pohl (który został
potem redaktorem naczelnym), Bradbury, Heinlein, Cordwainer Smith, Ellison,
Silverberg.
[vi] W
Polsce pierwszą jaskółką takiej nowej, zapatrzonej w nagradzane na zachodzie
tytuły fantasy są Skrzydła Fedyk.