środa, 27 sierpnia 2025

O "Czwartej epoce" Kobo Abe

Czego się spodziewałem, sięgając po Czwartą epokę? Kojarzyłem autora ze sfilmowanej Kobiety z wydm, a notka na okładce opisuje jako kogoś kroczącego szlakiem Kafki i Camusa. Do tego fama pierwszej nowoczesnej japońskiej powieści science-fiction... Wyobraziłem sobie więc, że albo to będzie coś bardzo staromodnego, w rodzaju przedwojennych europejskich dystopii oraz opowieści o cudownym wynalazku, albo też jeden z tych przypadków, kiedy za tematy bliskie miłośnikom fantastyki bierze się ktoś spoza niej i przepuszcza przez filtr własnych, niefantastycznonaukowych fascynacji. Nie mogłem się bardziej mylić.

Czwarta epoka to hard SF pełną gębą, wyprzedzająca swoją, nomen omen, epokę o kilka długości, rzucająca koncepcję za koncepcją w tempie, którego nie powstydziłby się Dukaj w swoich najlepszych momentach, i ponadto za nic mająca sobie oczekiwania oraz przyzwyczajenia czytelnika.

Dzieje się tak chociażby dlatego, że Abe, pisząc o nauce i technice, umiejętnie unika rzucania szczegółami, które mogłyby się zdezaktualizować (raz może pada staromodne określenie „mózg elektronowy”, ale nie wiem, czy nie jest to inwencja tłumacza) i jednocześnie, kiedy formułuje różne dylematy, które rodzą nauka i technika, robi to tak, że nie mamy wrażenie słuchania dziadka przestrzegającego przed automobilem, ale kto jest bardzo na bieżąco z sytuacją i dostrzega dalekie konsekwencje. To poziom Lema (ciekawe, czy czytał,rosyjski przekład pióra samego Arkadija Strugackiego wyszedł już w 1965), a może nawet wyższy, bo nasz rodak był wierny swojej przedwojennej polszczyźnie, a Abe jest w tłumaczeniu tak przezroczysty, że nieodróżnialny od współczesnego.

Na przykład przewidujący (czy raczej prognozujący) przyszłość superkomputer, od którego zaczyna się powieściowa intryga, do złudzenia przypomina działaniem współczesne sztuczne inteligencje w rodzaju Chata GPT. Zadaje mu się pytanie (czyli po naszemu prompt), które następnie analizuje w oparciu o gigantyczną, nieogarnialną dla ludzkiego zespołu ilość danych. Jedyna różnica w tym, że u Abego nie ma Internetu, więc materiał do obróbki (informacje statystyczne, socjologiczne, naukowe itd.) trzeba podać maszynie ręcznie, poprzez karty perforowane. Przeciętnemu autorowi SF spokojnie wystarczyłby taki nadludzki mózg. A Abe potrafi od niechcenia zapytać, czy komputer nie halucynuje, wymyślając odpowiedzi tak, by podobały się odbiorcom. I czy ludzie nie zgłupieli, ślepo wierząc maszynie tylko dlatego, że trafnie prognozowała w kilku ściśle określonych przypadkach. Czy to nie współczesny problem, tylko zdefiniowany już 70 lat temu?

A ja tylko opisałem pokrótce i nie do końca tylko jeden z wątków Czwartej epoki, która zaczyna się jak literatura akademicka, żeby przejść w (proto)cyberpunkową fabułę o rekonstruowaniu świadomości żywych i umarłych w komputerze, kafkowski kryminał o niewinnym człowieku zagubionym świecie-zagadce, technothriller o tajemniczej korporacji/organizacji, biopunk o manipulacjach genetycznych (czy może epigenetycznych; kolega z klubu fantastyki, biotechnolog z wykształcenie, stwierdził, że Abe, mimo kilku wpadek, ma bardzo sensowne pomysły na takie manipulacje, a na pewno lepsze niż wielu współczesnych autorów SF), climate fiction, powieść katastroficzną — i to wszystko na 260 stronach. Szczególnie widać to, jeśli sięgnąć po pierwsze polskie wydanie z lat 90 (nowe Karakteru ma gruby papier, który je optycznie powiększa). Naprawdę cienka książka naładowana treściami, z których kto inny zrobiłby cały cykl. Albo chociaż trylogię.

Tak się robi Science Fiction.

wtorek, 26 sierpnia 2025

O "Wszystkie drogi prowadzą" Łukasza Kucharczyka

Po pierwsze: Łukasz Kucharczyk napisał powieść przede wszystkim postmodernistyczną.

Po drugie: Wszystkie drogi prowadzą jest również powieścią humorystyczną, wypada więc wytłumaczyć się z żartu w pierwszym zdaniu. Otóż kiedy Andrzej Sapkowski zaczął zawojowywać rynek Wiedźminem, czytelnicy czuli niejaką konsternację, dostając w tej znakomitej prozie masę rzeczy dziwnych często i do siebie niepasujących. Parafrazy popularnych baśni, mniej lub bardziej ukryte cytaty z innych dzieł kultury, kilka stylizacji językowych na raz, (pozorne) anachronizmu, skakanie od liryczności po rubaszność, czy kwestionowanie tradycyjnych narracji, osobliwie heroicznych, połączone z mało dyskretnym wprowadzaniem heroizmów własnych. Maciek Parowski, próbując ogarnąć to wszystko i wyjaśnić ludziom przyzwyczajonym, że fantastyka to klasyczna SF, znalazł słowo „postmodernizm.” Odtąd na długie lata przyjęło nazywać się AS-a postmodernistą. Z drugiej strony — zauważył to  w jakimś artykule Dukaj — w oczach przeciętnego fantasty „postmodernizm” zaczął po prostu oznaczać dużo nawiązań do książek i filmów, zwłaszcza humorystycznych. I właśnie w tej dukajowskiej optyce Wszystkie drogi prowadzą jest postmodernistyczne.

Ale jest też inna technika diagnostyczna. Rysownik Grant Snider stworzył kiedyś jednostronicowy komiks, w którym rozrysował najpopularniejsze rodzaje konfliktów fabularnych w zależności od epoki literackiej. Nie trzeba długo rozmyślać nad tymi dziewięcioma panelami, żeby spostrzec, że postmodernizm to wymarzone środowisko dla fantastyki. W tym dla powieści Kucharczyka (przez wzgląd na spojlery nie zdradzę, gdzie u Snidera umieścić Wszystkie drogi...).

Tyle — na razie — mojego kulawego literaturoznawstwa. Przejdźmy do fabuły. Wszystkie drogi prowadzą są bezpośrednią kontynuacją debiutanckiego zbioru p.t. Granty i smoki (wkrótce na papierze nakładem dziewiątek). Znów trafiamy na Uniwersytet Wielkobohaterski im. Kelta Niezwyciężonego, gdzie znany już Cilgeran, młody uczony tyleż obeznany w teorii życia w świecie heroic fantasy, co nieobeznany w praktyce, właśnie kończy doktorat. Niestety, na skutek znanego z komedyj splotu nieszczęśliwych przypadków, rękopis zostaje pomylony z tajemniczym grimuarem i skradziony przez szpiegów ościennego imperium zła. Cilgeran, chcąc zdobyć wymarzony tytuł (choć nie wie za bardzo, co potem ze sobą robić), musi się udać na klasyczny fantastyczny quest: zebrać drużynę, przemierzyć szereg niebezpiecznych krain, poznać świat i samego siebie, słowem, zrobić wszystko to, co poznawał i analizował od strony naukowej przez ostatnie lata. W rezultacie czytelnik otrzymuje to, czego oczekuje od humorystycznej fantasy, czyli zabawne przygody bohaterów oraz złośliwości wymierzone w absurdy naszego świata, krytycy zaś mogą roztrząsać najbardziej gorące pytanie, jakie zrodziło się wokół Grantów i smoków oraz Wszystkie drogi prowadzą:

Czy Łukasz Kucharczyk to polski Terry Pratchett?

A jeśli — to który?

Dowód, że dyskutować z Pratchettem, to rozmawiać z olbrzymem, ale starać się trzeba
(za najnowszą wersję pliku dziękuję Krzysztofowi Kietzmanowi)

Dawno nie czytałem Świata dysku (a wypadałoby wrócić), pamiętam jednak, że ś.p. sir Terry odkrywał tam trzy oblicza. Parodysty, moralisty oraz dekonstruktora. Pierwszego kojarzymy chyba najbardziej z pierwszych tomów, choć prześmiewczy ton przetrwał do samego końca cyklu. Moralistą na pełnej parze Pratchett został po pewnym czasie i chyba to wcielenie zapewniło mu nieśmiertelność — przestał być po prostu obśmiewaczem fantasy, a dołączył do grona Wielkich Satyryków Społecznych, z których słynie literatura brytyjska. Dekonstruktora dostrzegamy zaś w nim chyba najrzadziej, ale zastanówmy się, ile razy na kartach Dysków, ktoś jest świadomy mniejszych i większych konwencji fabularnych, próbuje je wyzyskać na swoją korzyść, zaaranżować, jeśli jest ku temu sposobność, albo kontestować, bo nie każdy wybraniec słucha ślepo przepowiedni albo chce zasiąść na tronie.

Łukasz Kucharczyk na pewno jest dekonstruktorem. Nie chcę tu sadzić spojlerów, powiem więc tylko, że fabuła Wszystkich dróg... nie odstaje od podobnych wyczynów u Pratchetta. Podróż bohatera, redemption arc i inne uczone pojęcia są w świecie Mądroborzy jak prawa natury, a igranie z nimi w każdej przyzwoitej fantastyce oznacza kłopoty. 

Znajdziemy też na stronach Wszystkie drogi prowadzą znaną z Dysku parodię i kpinę, przypisy ironicznie pointujące główną narrację, cytaty i z kultury (za Brzechwę autor ma u mnie dodatkowego plusa do oceny końcowej), i z bieżączki (choćby znany show kulinarny), folkloru, mód czy samego faktu, że powieść fantasy ma pewne, zabawne dla obserwatora z zewnątrz obowiązki.

Jedynie, czego zabrakło Kucharczykowi, żeby dostać tytuł krajowego przedstawiciela pratchettyzmu, to społeczny moralizm. We Wszystkie drogi prowadzą bywa poważnie choćby wtedy, kiedy postać pisana przez większość czasu jako funkcja dowcipu może finałowo zostać psychologicznie umotywowana — na tyle, żeby całość nie przestała być komedią. Nie ma jednak tego, co Świat Dysku w pewnym momencie zdominowało i chyba nawet przytłoczyło, czyli refleksji o naturze człowieka i społeczeństwa. Z początku mogło się wydawać, że powieść pójdzie tym tropem. Otóż w Mądroborzy wszyscy myślą o nadciągającej wojnie. Czuć grozę i wszyscy, od stróżów prawa (patrolujących głównie knajpy), po małe dzieci, zadają sobie fundamentalne pytanie — wejdą, czy nie wejdą? Temat ważny, na czasie, pozwalający na opowiedzenie go z trochę innej strony, niż przeważnie widzimy w fantastyce. Żeby nie sięgać daleko, Bogowie, honor i Ankh Morpork to świetna powieść, ale mocno osadzono w brytyjskim, czy wręcz zachodnioeuropejskim przeżyciu wojny, czyli albo kolonialnej ekspedycji, albo absurdalnej okopowej rzezi, jak w 1914. Mógłby Łukasz Kucharczyk i potępić, i pokazać, jak to się przedstawia poza anglosferą, postanowił jednak poświęcić uwagę czemuś innemu. Też ciekawemu, ale szkoda straconej okazji.

W ogóle, pomijając kilka cytatów, które by znikły w tłumaczeniu (sir Terry’emu, mimo starań Piotra W. Cholewy, też znikały), Wszystkie drogi prowadzą to bardzo uniwersalny rodzaj humoru. Nie tylko międzynarodowo: myślę, że wiele fragmentów mogłoby przypaść do gustu osobom nie czytującym fantastyki. Po prawdzie, to w polskiej literaturze jest mało śmiechu i satyry, nie licząc może nurtu kryminalno-obyczajowego, który też przecież wyszedł z fantastyki (konkretniej: od Marty Kisiel). To zastanawiające, bo nawet u arcypoważnego i dostojnego Tomasza Manna znajdzie się kilka okazji do śmiechu. Polacy tymczasem zdają się uważać, że istotność jest nierozłączna z powagą (widać to szczególnie po krajowych serialach premium). Byłoby niezmiernie miło, gdyby sukces Łukasza Kucharczyka pociągnął nie tylko rozkwit zabawnej fantastyki, ale przydał poczucia humoru innym sektorom kultury. Bo nie da się powiedzieć uczciwie o człowieku, jeśli zapomina się o tak ważnym aspekcie człowieczeństwa, jak śmiech.

niedziela, 6 lipca 2025

O "Dzieciach jednej pajęczycy" Olgi Niziołek

Przestrzelony debiut — pomyślałem, odkładając Dzieci jednej pajęczycy. Co gorsza, wydawca nie pomógł sprawiając, że już zajawka z tyłu okładki robi książce pod górkę.  Dostajemy obietnice czegoś, co będzie się czytać niczym pełną napięcia postapokaliptyczną powieść akcji, a tymczasem nic z tego. Dzieci to spokojna fantastyka, do pewnego momentu wręcz obyczajowa, ostentacyjnie lekceważąc święte zasady literatury przygodowej i sensacyjnej. Od prologu, który potem nie wraca i nie splata wątków i postaci, po zakończenie, przypominające metodą zakończenie zajdlowskiego Limes inferior (ale z innym sensem, o czym potem).

Co więc dostajemy? Bezimienną Aglomerację zarządzaną przez autorytarny reżim, o którym chciałoby się powiedzieć z angielska the regime, bo ciężko powiedzieć o tej władzy coś konkretnego, skąd się wzięła, jak działa, kogo reprezentuje i jakie ma cele, poza tym, że włada w sposób szkodliwy dla mas. Możemy dodać, że Aglomeracji brakuje wody, jest otoczona przez pustynię i hałdy toksycznych odpadów oraz, że musza istnieć jeszcze jakieś inne aglomeracje, bo ta powieściowa eksportuje do nich wodę (z chciwości, krótkowzrocznie i ze szkodą dla społeczeństwa), lecz i tak poziomem umowności wróciliśmy do wczesnego etapu polskiej fantastyki socjologicznej. Sęk w tym, że tamte utwory z połowy lat 70 opowiadały może o Miastach i Zarządach, ale były opowiadaniami. Olga Nizołek natomiast skwapliwie unika konkretu przez blisko trzysta stron. Może to problem wynikły z wcześniejszego specjalizowania się w weird fiction? To gatunek, w którym powstało wiele znakomitych opowiadań, ale trudny do realizacji w długiej formie. Bo albo mnożysz niesamowitości (przez co tracą moc), albo zaczynasz wszystko wyjaśniać (co jest dla weirdu zabójcze), albo, jak w Dzieciach..., masz materiału na opowiadanie, ale i tak piszesz.

Ofiarą tej pisarskiej strategii jest nawet tytułowa pajęczyca. Jest ona bóstwem, kult jej ma najwyraźniej status oficjalnego, skoro jednego z bohaterów, kiedy w młodości zwątpił, poddano reedukacji niedwuznacznie przypominającej niesławne terapie konwersyjne. Z drugiej strony poza tym konkretnym wątkiem konkretnej postaci cała sfera publiczna aglomeracji jest raczej agnostyczna. Nie tego spodziewałbym się po jakimkolwiek autorytaryzmie, czy szczerym w swym fanatyzmie, czy też takim używającym religii jako narzędzia do utrzymania społeczeństwa dyscyplinie i wysokim morale. A nawet jeśli przejdziemy do porządku dziennego nad takimi dziurami w świecie, to autorka serwuje kolejne. Co sprawiło, że w naszym świecie w niedługim czasie (góra dwa pokolenia, najstarsi pamiętają współczesność) zaszły takie diametralne zmiany? Nawet nie katastrofa klimatyczna jest tu problemem, ale co musiało się zdarzyć, że poznikały poprzednie struktury społeczne, od państw po tradycyjne religie? Skąd to rozedrganie między realizmem, a rozwiązaniami rodem z kreskówki (gąbki, o rety!), czy między bardzo dobrym piórem autorki (chociażby portretowania tych samych osób i wydarzeń z różnych perspektyw), a schematami z rodem tuzinkowego YA? Naprawdę, nie trzeba być ortodoksem hard SF, czy skwapliwym analizatorem każdego wątku fabuły,  żeby spostrzec, jak prują się szwy.

Tu sobie pozwolę wrócić do Zajdla. Limes inferior ma — w przeciwieństwie do Dzieci jednej pajęczycy — bardzo precyzyjnie skonstruowany świat, w którym nawet rzeczy nie wyjaśnione przez autora wprost okazują się pasować do reszty układanki. Z wyjątkiem kompletnie zaskakującego finału, który jest dosłownie jak z innej bajki. Ale jednocześnie stanowi doskonałą pointę. Przeturlawszy bohaterów przez wszystkie kręgi piekła, jakim jest dystopijna aglomeracja, rzuca im Zajdel do rąk iskierkę nadziei. Niziołek podobnie. Jej wyprawa przez aglomerację też prowadzi nas przez cały przekrój społeczny do ostatnich stron, gdzie beznadziejną sytuację rozwiązuje nieoczekiwana interwencja. Tyle, że u Klasyka dowiadujemy się, że na szukanie lepszego świata nigdy nie jest za późno, Debiutantka natomiast próbuje nas przekonać, że na wszystkie problemy postaci i ich świata (nieważne, że słabo zarysowane) receptą jest panteistyczne zlanie wszystkiego w jedną masę, z której bogowie ulepię świat na nowo. Żadna pociecha dla bohaterów, ja natomiast, kiedy przypomniałem sobie, że wszystkie totalizmy gardziły indywidualizmem i chciały swoich poddanych do budującego nowy, wspanialszy świat kolektywu, zadałem sobie pytanie, czy Olga Niziołek dobrze wybrała szwarccharakter swojej opowieści.

wtorek, 17 czerwca 2025

O "Czeluści" Anny Kańtoch

Chyba już wiem, dlaczego rozmijam się z kolejnymi książkami Anny Kańtoch. Długo próbowałem zebrać swoje niedwuznaczne odczucia w jakąś spójną myśl i teraz ta myśl wreszcie się objawiła.

A jeszcze wchodząc na finisz Czeluści, chciałem tę recenzję rozpocząć inaczej. Złośliwie. Na przykład: oho, Kańtoch znowu napisała tę samą książkę. Sporo za taką opinię przemawia. Mamy bohaterkę w szeroko pojętym średnim wieku i pogrążoną w egzystencjalnej apatii, być może depresji,, która zdaje się udzielać światu wokół. Dodajmy do tego tajemnicę z przeszłości (jedyną rzecz, która jest w stanie poderwać bohaterkę do bądź, co bądź niespiesznego i niekonsekwentnego działania), delikatnie zarysowany motyw seksualnej lub płciowej nienormatywności, rozpadającą się rzeczywistość oraz może parę drobniejszych motywów i mamy klocki, z których można skonstruować właściwie wszystkie jej książki począwszy od Czarnego z 2012. Nie byłoby to jednak uczciwe. Wielu wybitnych autorek i autorów trzyma się swoich obsesji i nigdy nie miałem im tego za złe.

Nie mogę też podawać w wątpliwość jej talentu. Kańtoch pisze znakomicie, ma oszczędny styl, a fabuły jej powieści — zarówno kryminalne, jak i fantastyczne — chociaż  skomplikowane i aż do finału pełne niejasność, zawsze dają się ostatecznie zrozumieć. A ostatnie zdanie w Czeluści jest w swej zimnej precyzji wybitne.

Może kluczem jest chłód? Bo jakbym nie wysilił dobrej woli, nie potrafię się nigdy przekonać do jej bohaterów. Zawsze widzę w nich nie ludzi, ale konstrukty. Roboty z kosmosu udające nieporadnie żywe istoty, kiedy ktoś patrzy (jak w Czarnym), pretekst (w Niepełni), pokaz, jak bardzo można prozę wyprać z emocji (w Łasce), czy literackie koncepty (w Czeluści) . No ale sam często psioczę na modę przesadnego identyfikowania się z bohaterami, mrucząc, ze przecież są tylko funkcją fabuły. Podoba mi się też, jak w Czarodziejskiej górze (nota bene pełniącej w Czeluści ważną rolę) Mann podkreśla, że nie Hans Castorp, chociaż sympatyczny, jest tam ważny, a historia, która mu się przydarzyła. Zatem nie ten trop.

W końcu przypomniała mi się, wyczytana w jakimś artykule marginalna wzmianka o Stanley Kubricku: że był to wybitny reżyser, któremu do pełni geniuszu brakowało duszy.

I tak, chociaż dusza to pojęcie mgliste i dla wielu pozbawione desygnatu, ale jej brak to główna bolączka każdej książki Kańtoch, którą czytałem. A bez tego czegoś, co powinien posiadać każdy człowiek i każde jego dzieło, nie ma mowy ani o radosnej rozrywce , ani o przeszywającym katharsis. Przez to Czeluść (ale i Czarne, Łaska i pozostałe) jest, mimo że pozornie wszystko je różni,  jak wysokobudżetowy hollywoodzki blockbuster napisany przez algorytm. Perfekcyjny z zewnątrz, pusty w środku.


wtorek, 13 maja 2025

O "Wrześniu" Tomasza Pacyńskiego

Sięgnąłem po Wrzesień z dwóch powodów. Po pierwsze, poczułem zmęczenia wałkowanym od kilku lat w publicystyce prawoskrętem polskiej fantastyki. Żeby jeszcze coś ciekawego z tego wynikało, a nie wałkowanie po raz n-ty trzech książek. Pacyński był tam czasem wspominany na marginesie jako ten, który stał w opozycji do hurrapatriotycznej, wolnorynkowej, religianckiej większości, ale żeby skorzystać z okazji i przypomnieć, co właściwie pisał — na to lewicowym koryfeuszom brakowało jakoś czasu. Zbyt zajęci są kolejnym demaskowaniem Achai.

Drugi zaś powód jest taki, że bardzo chciałem sprawdzić jak się czyta Wrzesień w drugim roku wojny na wschodzie. Rosja w najbrutalniejszy ze sposobów postanowiła powiedzieć „sprawdzam” wizjom płynącym z fantastycznych bojewików, a miałem niejasne wspomnienia sprzed dwudziestu blisko lat, że powypisywał w swoim opus magnum rzeczy proszące się o taką konfrontację.

Zacznijmy od tego, że Pacyński ewidentnie fazował na Sapkowskiego.
Wrzesień ma podobną strukturę, jak dwa ostatnie cyklu wiedźmińskiego. Zasadnicza akcja jest przepleciona z szeregiem retrospekcji i zmian perspektywy, które zapętlają się coraz bardziej i bardziej. Pod koniec mamy wręcz tak (nie rozrysowywałem dokładnie), że główny wątek nieoczekiwanie staje się kolejną retrospekcją, tym razem finału, który z kolei został poszatkowany w sposób, który przypomina narrację filmową. Nie mam nic przeciwko takim zagrywkom, ale Sapkowski (którego i tak sporo czytelników krytykowało) zaczął się bawić formą dopiero kiedy całą resztę, od motywacji bohaterów po geopolitykę, wyłożył w sposób tradycyjny. Pacyński natomiast, mając ledwo 280 stron, wrzuca na karuzelę bez ostrzeżenia. Wyjątek stanową prolog i epilog, które mogłyby się obronić jako samodzielne opowiadania. Zwłaszcza prolog, który aż do ostatnich słów całkiem skutecznie utrzymuje w przeświadczeniu, że mamy do czynienia z rozrachunkowym utworem o 1939. Takim, jaki mógł powstać w Polsce tuż przed albo tuż po socrealizmie. Jednym zdaniem: przydałby się tu asertywny redaktor, nie zniechęcajmy się jednak, bo siłą Pacyńskiego nie są słowa, ale emocje, które wpakował na karty Września.

Fabularnie — to jest chyba podszyty goryczą retelling Komu bije dzwon, z Robertem Jordanem rozpisanym na dwóch bohaterów i właściwą mieszkańcowi naszej części świata konstatacją, że beznadziejnej akcji nie wystarczy bycie beznadziejną. Ona musi być jeszcze prowokacją.

Al przejdźmy do szczegółów, bo one są najciekawsze. Na przykład: kiedy toczy się akcja? Tropów mamy sporo: wspomniani z nazwiska jako żyjący są Łukaszenka i Ozzy Osbourne, a urodzony w 1970 Paweł vel Frodo nie jest staruszkiem, tylko sprawnym mężczyzną, więc nasze czasy, połowa trzeciej dekady, to raczej górna granica przedziału, który Pacyński obmyślił. Dolna granica jest jeszcze ciekawsza: polska agresja na Litwę zbiega się z Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie. Więc albo 2022 i porażająco trafna zbieżność z rosyjską agresją na Ukrainę, albo 2008, o których to igrzyskach Pacyński wiedział, bo ich organizację ogłoszono w 2001, czyli akurat wtedy, kiedy pisał powieść. Ta data jednak rodzi jednak pewien problem socjologiczny, bo oznacza, że Pacyński w środku rządów Leszka Millera zakładał, że tylko chwila wystarczy, by Polska zamieniła się w bojkotowaną przez świat narodowo-katolicką dyktaturę.

I chyba jest parę tropów, które tę chronologię potwierdza. Frodo mówi, że nas wypieprzyli z NATO i przedsionka Brukseli, a były minister, brodaty staruszek z fajeczką, którego spotyka w obozie dla internowanych to ani chybi Bronisław Geremek (pytanie dodatkowe: kim jest zatem były prezenter telewizyjny, sługus reżimu, który popadł w niełaskę i wygrzebano mu nieprawomyślne pochodzenie? Domyślam, że też ktoś realny, ale nie potrafię wydedukować). To by jednak znaczyło, że autor w swojej ocenie rzeczywistości był bardzo radykalny, nawet jak na dzisiejsze standardy.

Chyba dlatego właśnie młoda fantastyczna lewica nie kwapi się mianowania Pacyńskiego swoim patronem, albo chociaż prekursorem. To jest radykalizm, ale w swej zawziętości bardzo staromodny. Prawicowym fantastom zarzuca się, że są archaiczni w każdej koncepcji, która im się nie podoba (Unia, ekologia, feminizm itp.) widzą PRL w przebraniu. Pacyński podobnie, kiedy pisze o antysemickiej czystce w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, po prostu przepisuje marzec 1968, tylko portret Gomułki zastępuje krucyfiksem. Młody fandom zapewnie skupiłby się na systemowej homo- i transfobii faszystowskiego reżimu, starszy kolega tę istotną sprawą zamyka jednym zdaniem (w którym nota bene wrzuca kryptocytat z tytułu katolickiego czasopisma Powściągliwość i praca). Nie ma u niego właściwie wcale o kapitalizmie, korporacjach czy wyzysku. Polskę do rozruchów głodowych doprowadziły pielgrzymki i etaty dla kapelanów.

Na marginesie: między słowami ukrył się jeszcze jeden rozdźwięk między nowym, lewicowym fandomem fantastyki, a fantastycznymi lewicowcami średnio-starszego pokolenia (do którego zaliczyłbym Sapkowskiego oraz... Ziemiańskiego). Starzy nie ufają społeczeństwu. Społeczeństwo u nich jest z reguły ciemne, gnuśne, a jak się powie na jakiś wysiłek, to przeważnie chodzi o pogrom. Stoją po stronie jednostki i to bardzo konkretnej: inteligenta, który długo stał z boku wydarzeń, ale w końcu sięga po miecz albo karabin pokazuje czynem, że ma moralną rację. Młodzi fantaści pokładają nadzieję w zbiorowości. Tym, co według nich ocali przed kapitalizmem, fanatykami i zmianą klimatu jest wspólnota (byle nie Kościół ani rodzina; te są na cenzurowanym). W wiedźminopodobnych samotnikach widzą raczej przykry spadek po dziadocenie.

Wszystko to jednak blednie przy najbardziej problematycznym aspekcie „Września”, który można sprowadzić do jednego słowa: Rosja. W słynnej negatywnej recenzji[1] z Nowej Fantastyki 05/2003 Maciej Parowski zauważa z niechęcią, że Pacyński najgorsze przypisuje Polakom, a dla Rosjan znalazł ciepłe słowa. W jeszcze bardziej słynnej Wyobraźni po prawej stronie (2010) Jacek Dukaj komentuje, że wg. Pacyńskiego (...) a zarzewia wolności i braterstwa szukać trzeba na Wschodzie. To wszystko jednak głosy dość stare, a nam wszystko przewartościował poranek 24 lutego 2022.

I cóż, odpowiadając na pytanie zadane na początku, „Wrzesień” dzisiaj czyta się co najmniej dziwnie. I nie chodzi o oburzenie nikczemną rolą, jaką pełni w książce Polska, podczas gdy w realu, mimo wszystkich swoich wad, stanęliśmy po stronie demokracji, wolności, obronie słabszego i miłości bliźniego. To drobiazg, który wypominać mogą jedynie ludzie małostkowi. Naprawdę boli to, co Pacyński robi z Rosją. Kiedy powieściowa Rosja wchłania Krym i wasalizuje Ukrainę z Białorusią, jest to podane bez komentarza, jak naturalna kolej rzeczy, powieściowych Amerykanów za ich imperializm i żądzę ropy nienawidzą wszyscy łącznie z Izraelem (sic). W skali mikro podobnie: nierówności, grodzone osiedla dla nowej elity, czy kolaboracyjna przemoc z zabijaniem bezprizornych rumuńskich dzieci włącznie to domena amerykańskiej strefy okupacyjnej. Po rosyjskiej stronie Bugu natomiast, oddajmy głos autorowi: swojski bałagan i nieudolność, z którymi dawało się żyć. Żadnego przywracania demokracji, reedukacji, śledztw i sądów. Sprawiedliwie rozłożona bieda, nie większa i nie mniejsza niż w całej Rosji, Wszyscy jednakowo wygłodzeni, rosyjscy żołnierze, litewscy osadnicy i miejscowi. Brak kontrastów jak w centralnej Polsce, ogrodzonych drutem dzielnic dla tych, którzy załapali się do nowej władzy, ochotniczych oddziałów policji, brak represji. Tylko wspólna bieda i wspólne złodziejstwo (...) Wybrałeś jednego okupanta, uważając, że jest lepszy. Bo jest…

Dziwnie się to czyta, kiedy wiemy już, jak wygląda rosyjska sztuka wojenne w XXI wieku. Po Buczy, po Mariupolu, po bombach spadających na Kijów, Charków, Kramatorsk. Po rozstrzeliwaniu rannych jeńców w ruinach Awdiejówki. We „Wrześniu” Tomasza Pacyńskiego jedynych zbrodni wojennych dopuszczają się Amerykanie. Rosjanie są na to zbyt bałaganiarscy i pragmatyczni.

Przez tę gloryfikację Pacyński potyka się nawet tam, gdzie coś trafnie przewidział. Kończąca powieść wojna opiera się na podobnych założeniach, co agresja 2022 roku. Chcąc wywołać efekt zaskoczenia, Rosjanie pomijają podręcznikowe zasady, nie podciągają pod granicę składów paliwa i amunicji, a koncentrację ukrywają przedłużającą się zimową wymianą jednostek. Jak w prawdziwym życiu, tylko, że powieści tylko Bradleye i Ambramsy nie mają szans w starciu najnowszymi osiągnięciami moskiewskiej techniki wojskowej, a co przeżyło, przemieli artyleria.

To też dziwnie się czyta w 2025.

Jaki jest więc Wrzesień? Na pewno wart lektury, choć pewnie nie z powodów, jakie wyobrażał sobie przedwcześnie zmarły autor. Na pewno jest powieścią szczerą i niewyrachowaną. Na pewno całkowicie osobną na tle polskiej fantastyki i przez to pomijaną. Publicyści od grzebania w szczegółach wolą proste diagnozy i jeszcze prostsze recepty. Być może lepiej się będzie Wrzesień czytać fandomowym konserwatystom (jeśli przetrawią początkowe oburzenia) niż fandomowym progresistom (którym, po początkowej aprobacie, zaczną się nasuwać niewygodne pytani). Pozostali natomiast mogą się zastanowić, gdzie literacko i światopoglądowo byłby Tomasz Pacyński, gdybyśmy nie stracili go u progu wielkiej kariery.

1Recenzja Września dzieła stronę z ambiwalentnym przyjęciem „Achai” przez samego Jacka Dukaja. Ciekawe rzeczy działy się wtedy w światku SF/F.

czwartek, 8 maja 2025

O "Mieście zero" Rafała Matyi

Rafał Matyja napisał książkę o Krakowie. Czy raczej po Krakowie widzianym z perspektywy jego głównej nekropolii. Spaceruje po Cmentarzu Rakowickim i próbuje z nagrobków wyczytać społeczną historię miasta. Kto był ważny i rządził, a czyj los przebiegał na uboczu. Co było siłą miasta, a co jego słabością. Jak przebiegała dystrybucja prestiżu. I wreszcie: czy z biografii mniej lub bardziej zasłużonych Krakowian nie wynurza się jakaś prawda, która została przez oficjalny obieg niezauważona, czy wręcz wyparta? To ostatnie sugeruje, że kroi się skandal. Przyjeżdża profesor z Warszawy, nie respektuje lokalnych zasad i węszy.

Czy tak jest w istocie? Na pewno nie poszedł Matyja drogą niesławnego Marcina Kąckiego i nie demaskuje mieszczańskiej hipokryzji. Nie rozprawia się też z lokalnymi układami — Miasto zero to literatura cmentarna i z definicji współczesności jest w niej niewiele. Nie ma też obaw, że poszedł drogą ludowych historyków Polski i portretuje miasto jako akt nieustannej klasowej i płciowej przemocy. To subtelniejsza literatura.

Zacznijmy od tego, co się Matyi udało. Tak, Kraków ma sporo z mentalności małego miasteczko, przez co nie radzi sobie ze swoją wielkością i nie potrafi wykrzesać pomysłu nad siebie innego niż trwanie i celebrowanie przeszłości. Prawdą jest, że miejskie elity żyją rytuałami i hierarchiami, których geneza sięga Rzeczypospolitej Krakowskiej, a które trwają, choć wszystko inne poszło w zapomnienie. Wreszcie faktycznie w każdej epoce politycznej Kraków pragnął przede wszystkim autonomii, a jeśli jej nie dostał, to elity próbowały udawać przed sobą, że są trochę obok systemu. Jest tu też wielki kompleks Warszawy.

Widać też jednak, że aby ta wielka synteza krakoskości się udała, musi Matyja sporo podciągnąć pod tezę, a jeśli się to nie uda, to zbyć jako sytuację wyjątkową (a zatem nie zaburzającą głównej tezy).

Zaczyna się to już od obranej metody. Wprawdzie autor doskonale wie, że to, czy komuś na miejsce spoczynku przypadły Rakowice, czy może Salwator, Tyniec, o zgrozo Grębałów, czy wręcz cmentarz w jakiejś innej miejscowości, od dawna nie decydują ani przepisy, ani wola jakiejś „grupy trzymającej miasto”, to i tak fakt, gdzie kto leży, uznaje emanację sytuacji społecznej. Ba, Matyja pisze otwarcie, że przez trzymanie się Rakowic, umyka mu żydowska część tożsamości miasta — ale cóż, on idzie dalej, a czytelnik musi z tym żyć.

Nieco podobne problemy stwarza okres PRL. Najpierw czytamy zarzut, że tę epokę Krakowianie wyparli z pamięci, jakby poza budową Nowej Huty i wyborem papieża-Polaka nie wydarzyło się tu nic istotnego, po czym treści wynika, że tak w istocie było. W mieście pozbawionym samorządności, oddanym w zarząd partyjniaków z drugiego czy nawet trzeciego rzędu, w którym decyzje przychodziły w kopercie z Warszawy, albo podejmowała je anonimowo biurokracja, niewiele jest do zapamiętania. Ktoś się upomni może o Piwnicę pod baranami, Tygodnik powszechny albo Tadeusza Kantora, ale te elementy krakowskiej tożsamości Matyję nie interesują, bo albo twórców pogrzebano na innym cmentarzu, albo wpadają w szeroką kategorię rzeczy pomijalnych, albo Matyja twierdzi, że skoro miasto dba o coś tylko symbolicznie, na papierze, to i on nie musi (choćby Kantorowi zbudowano olbrzymie muzeum nad Wisłą, a Wydawnictwo Literackie wespół z Michałem Rusinkiem dbali o podtrzymywanie publicznego kultu Wisławy Szymborskiej).

Ponadto dostaje się też legendzie Krakowa jako miasta opozycyjnego. Na przykładzie dzienników Karola Estreichera książka dowodzi, że sprzeciw wobec znienawidzonej komuny był z reguły prywatny, a w publicznie dbano o poziom życia, należyte dochody i święty spokój. To niewątpliwie prawda, ale dotyczą nie jednego miasta i nawet nie PRL, ale każdego narodu żyjącego pod dyktaturą. Można oczywiście żądać bezwzględnego oporu i bojkotu, ale to dalekie od temperamentu autora.

Różnych przemilczeń i niekonsekwencji w tej przecież dobrej faktograficznie książce jest bez liku. Nie sposób ich wymienić po kolei. Skończę więc na tym, które najlepiej pokazuje, dlaczego mam z Miastem zero taki problem. Na stronie 162 Matyja na przykładzie nowohuckich dzieci zaprzecza słowom Andrzeja Chwalby, jakoby przyjezdni łatwo się w Krakowie asymilowali. Czyli Kraków miastem zamkniętym na przyjezdnych. Ale już na stronie 238, kiedy mowa o akceptowaniu obcych, Matyja stwierdza, że pod tym względem Kraków radzi sobie całkiem nieźle. Która teza o mieście jest w końcu prawdziwa?

Żeby nie było, że otrzymaliśmy tylko serię wzajemnie sprzecznych zarzutów i pretensji, książkę kończy skromna propozycja programu pozytywnego. Oto Kraków jest w punkcie zerowym, może wreszcie zdefiniować się na nowo, porzucić przeszłość i małomiasteczkowość, a wyruszyć w drogę ku metropolitarnej, światowej przyszłości, dostrzec treść kapitalistycznego wyzwania. Jeśli dodać do tego zamieszczony w rozdziale drugim cytat z Agaty Bielik-Robson współczesność wydaje się znużona historią (...) pragnie ahistoryczności, wychodzą z tego szczere, ale jednak dobre rady pana dziadka. Człowieka, którego pomysły były może dobre w zamierzchłych latach 90. Dziś w modzie jest celebrować dziedzictwo i tożsamość, a nie wierzyć, że wystarczy eksperckość i import specjalistów z peryferiów, a odniesiemy sukces.

Dlaczego to piszę? Dlaczego tak piszę? Jestem z Krakowa, konkretnie z Nowej Huty. To drugie lubię podkreślać w ramach celebrowania własnej autonomii. Zresztą większe uprzedzenia do Huty widziałem u przyjezdnych, niż zasiedziałych Krakowian. Kiedy Matyja wyrzuca poczucie wyższości Estreicherowi (szczęśliwie jeden jedyny raz, kiedy zniża się do roli ludowego historyka Polski), porównując jego luksusy ze znojem Nowohucian, wzruszam ramionami. My mieliśmy przynajmniej centralne ogrzewanie i łazienki w mieszkaniach, rzeczy w kamienicznym Śródmieściu nie takie oczywiste. A jeśli chodzi o infrastrukturę, to wciąż pobijamy wszystko, co w Krakowie powstało, od Bolesława Wstydliwego, po współczesną deweloperkę. Z drugiej strony jakby nas Kraków nie lubił, jego bliskość uratowała w latach 90 od losu Bytomia, Wałbrzycha i innych przemysłowych miast zaoranych przez transformację. Wreszcie z trzeciej strony: ja też mam rodzinę na Cmentarzu Rakowickim, konkretnie krewnych babci, której rodzina od dawien dawna krążyła między miastem, a wsią, zależy gdzie akurat była praca. Nigdy nie byłem na ich grobach. Prawdziwi bliscy, ci, których pamiętam, leżą na Grębałowie i Batowicach. Lubię to miasto, ale nieraz złorzeczę na jego niedookreśloność i bezwładność. Tak jak Matyja. Inaczej jednak widzę krakowską siłę i słabości. Może dlatego, że on, wbrew deklarowanemu poszukiwaniu ogółu, skupił się na szczególe, jednym reprezentacyjnym, ale wcale nie reprezentatywnym zbiorze mogił i postanowił wysnuć z niego jakąś „ogólną teorię miasta.”

niedziela, 4 maja 2025

O "Mgle" Anny Brzezińskiej

Szkoda, że Wodę na sicie czytałem tak dawno i nie mam czasu na ponowną lekturę pod kątem komparatystyczny, bo we Mgle Brzezińska nie tylko wraca do swojego pseudowłoskiego świata, ale wchodzi na podobne ścieżki, jeśli chodzi i tematy czy formę. Na szczęście nie są to powieści na tyle podobne, żeby mieć nieprzyjemne poczucie powtórki. Po prostu autorka znowu pisze wariację na ulubiony temat oraz instrument.

Według wielokrotnie powtarzanej opowieści, kiedy Brzezińska otrzymała Zagrodę Zajdla za opowiadanie „A kochał ją, że strach”, miała zakrzyknąć „niech żyje fantastyka rozrywkowa!.” To tylko anegdota (choć nigdy nie zdementowana przez bohaterkę), ale nieźle podkreśla kontrast, jaką drogę artystyczną Brzezińska przebyła i dlaczego od jej ostatnich powieści odbija się wielu czytelników fantastyki pisanej „po bożemu.” Długie zdania, brak dialogów, fabuła składając się w większości z samych dygresji, a zamiast świętej w literaturze popularnej zasady, że akcja ma pierwszeństwo przed opisem, połowę tego, co czytamy, trzeba odczytywać jako zapis stanów psychicznych niewiarygodnego ( nieprzyjemnego narratora).

Ale ma to wszystko sens. Często w fandomowych dyskusjach pada opinia, że dawna fantastyka potrafiła być zwięzła. Najlepsze jej przedstawicielki były często opowiadaniami na kilka-kilkanaście stron, a i powieści rzadko przekraczały 250. I to potrafiło pomieścić bohaterów, świat, fabułę i pointy, które zapamiętywało się na lata. Dziś natomiast mamy powieściowe kobyły, które w pierwszym tomie potrafią ledwo zarysować sytuację fabularną, bo na akcję trzeba poczekać do drugiego. Gdyby konspekt Mgły dać koryfeuszom współczesnej fantasy, wyszłoby coś takiego właśnie. A wyobrażanie sobie, jak wyglądałaby hipotetyczna The Mist takiej Rebekki Kuang (przepraszam, bardziej od godzin spędzonych nad Babelem żałuję, że powinienem go dokończyć) to rodzaj perwersyjnej zabawy. Brzezińska natomiast sięgnęła po narzędzia rzadziej stosowane w fantasy, żeby wrócić do korzeni.

Nie tylko formą Mgła idzie pod prąd. Z pozoru to powieść inspirowana autentycznym rozkładem społecznym włoskich miast z przełomu średniowiecza i renesansu, podczas której  czytelnik powinien raz co raz łapać się za głowę z okrzykiem „to jest jak u nas!” Brzezińska w kilku wywiadach rzuca nawet tropy w rodzaju kryzysu demograficznego, czy chciwych mistrzów cechowych, kompensujących sobie kryzys gospodarczy koncentrowaniem kurczącego się kapitału. O wątku uchodźców czy nadciągającej wojny nawet się nie będę rozpisywał. Można pomyśleć, że mamy do czynienia z książką napisaną pod potrzeby młodofantastycznego  czytelnika. Z antytezą wyklinanego dziaderstwa spod znaku autorów z Fabryki Słów, czy tego, co w latach 90. puszczała na swoich łamach Nowa Fantastyka. Tymczasem Anna Brzezińska wykręca wszystkim wpychającym ją w rolę ciotki rewolucji taki numer, że potwierdza wszystkie diagnozy, czy świat jest zły i dlaczego, by opowiedzieć historię skalibrowaną na doprowadzenie wszystkich rewolucjonistów do białej gorączki. Z narratora/narratorów żaden buntownik, tylko ktoś motywowany prywatą, a pogarda do możnych nie wyrównuje mu się empatią wobec wykluczonych, nie ma tu nadziei na przełamanie zaklętego kręgu przemocy i ze świecą szukać postaci kobiecej sprawczej czy podmiotowej. Jednym słowem: reakcjonizm, tylko ukwiecony elementami fantastyki wyjętymi z folkloru.

O ironio, Mgła niebywale przypomina pod tym względem Baśń o wężowym sercu Radka Raka, książkę, która nie przypadła progresywnemu czytelnikowi do gustu właśnie za powyższe odstępstwa od założeń programowych. Ciekawe, czy wybaczy Brzezińskiej.

czwartek, 9 grudnia 2021

W przyszłości niech Polskę zobaczę

W przyszłym roku, jeśli czasu starczy, chyba wrócę do Nakręcanej dziewczyny Bacigalupiego. Od pierwszej lektury minęła dekada, więc w sam raz czas zobaczyć, czy rzeczywiście godna była wszystkich laurów, które dostała, Hugo, Nebuli, Locusa, Campbella (dziś Astounding) i entuzjastycznego felietonu Dukaja. Co więcej, jest w niej jedno słowo, które intryguje, i na które chcę już teraz spojrzeć uważniej.

Ale zacznijmy od początku. Akcja Nakręcanej toczy się w XXIII wieku. Zmiany klimatycznej zdemolowały biosferę, niemal ostatecznie wyczerpały się paliwa kopalne. W wyniku wynikłej z jednego i drugiego zapaści w transporcie (dziś nazywamy to pięknie zerwaniem łańcucha dostaw) globalizacja cofnęła się do poziomu połowy XIX wieku. Z tym, że rolę dawnych mocarstw kolonialnych przejęły korporacje biotechnologiczne. W środku tego wszystkiego tkwi zaś Królestwo Tajlandii, próbujące zachować niepodległość i swój największy skarb - bank nasion. Na bezcenne DNA z banku czyhają korporacje, które traktują je tak, jak dziś traktuje się pole naftowe pod cofającym się lodowcem.

Nie miała ta powieść samych zwolenników. Świętej pamięci Wawrzyniec Podrzucki czepiał się,[1], że pomysły Bacugalupiego na biologiczne źródła energii przypominają bardziej Flintstone'ów, niż poważna alternatywa dla węgla i ropy, a już zupełnego ignorowania w powieściowym świecie energetyki jądrowej czy fotowoltaiki nie próbował nawet zrozumieć. Zwolennicy odpowiadali, że biosprężyny to tylko taka metafora[2] (dość niebezpieczny argument w przypadku hard sf) oraz że autor nie zajmuje się problemem globalnie, a jedynie perspektywą gracza z trzeciej ligi, który desperacko próbuje przetrwać mimo braku środków. Inny problem rodzą szwarccharektery, czyli korporacje. Napędza je bowiem nie tylko chciwość, ale pisana wielką literą Nauka. Podobnie jest w przypadku świata za oknem: jak krytykować pewne wypaczenia słusznej rzeczy, nie przechodząc na pozycje szura bojącego się Big Pharmy i czipów  w szczepionkach.

To ciekawe rzeczy, mnie jednak od lat gra w duszy co innego. W powieści korporacje nie rozpychają się brutalnie jedynie w Azji, Afryce, czy Ameryce Południowej. Rozmawia dwóch białych ludzi:

Yates się zaśmiał.

– Nie gadaj mi tu o ratowaniu życia. Widziałem, co się stało z bankiem nasion w Finlandii.

– Nie my wysadziliśmy skarbce. Nikt nie miał pojęcia, że Finowie to tacy fanatycy.

– Każdy głupi by to przewidział. Firmy kaloryczne mają taką reputację, jaką mają.

– To nie była moja operacja.

 i kilka rozdziałów później:

Tak się stało w Finlandii: Peters i Ley, z pętlami na szyi, kopiący nogami powietrze, wysoko nad zgromadzonym tłumem.

Finlandia. Bacigalupi, chcąc nastraszyć futurystycznych korpoludków obawą, że nawet najmniejsi, gdy się ich dociśnie do ściany, potrafią się desperacko i skutecznie bronić. A Finowie są dobrą propozycją. Udało im się w 1940 z Sowietami, może się udać w 2240 z AgriGenem czy innym SoyPro. Zaś kilkaset kilometrów na południe, na drugim brzegu Bałtyku leży nasza Polska.

Na dwie krótkie chwile Paolo Bacigalupi przypomina, że w jego powieści świat to nie tylko Azja południowo-wschodnia + amerykańskie korporacje. Oczywiście powieść zapadła by się pod własnym ciężarem, gdyby zechciał tam wrzucić jeszcze obrazki z innych regionów. Ale co szkodzi pofantazjować nam, czytelników. Zwłaszcza odkąd żyjemy w epoce, kiedy nie tylko fanfiki są wydawane drukiem, ale i samodzielne książki czyta się jak fanfik do czegoś. Globalne zmiany klimaty są, jak sama nazwa wskazuje, globalne. Każdemu się dostanie, może nie po równo, ale na pewno każdemu na swój sposób. Nam również. Jak wyglądałoby rolnictwo po Katastrofie? Czym zastąpilibyśmy szereg surowców, których się u nas nie pozyskuje, i szereg towarów, których samodzielnie nie produkujemy, kiedy do portów przestaną wpływać kontenerowce, a na przejściach granicznych kolejek TIR-ów? Wreszcie jak zachowalibyśmy się, gdyby jacyś uprzejmi, odziani w garnitury i garsonki panowie i panie z zagranicy poprosili grzecznie o klucze do  banku nasion w Powsinie?

W jednym z publicystycznych tekstów dołączonych do antologii Tęczowe i fantastyczne znajdziemy dość pompatyczne zdanie, że większości z nas łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu[3]. Nie do końca się zgadzam (przeczą temu chociaż liczne powieści i opowiadania fantastycznonaukowe z krajów demokracji ludowej, które miałem czytać w mijającym roku), ale już niektóre przypadki szczególne powyższej tezy i jej parafrazy są warte uwagi. Dziś bym na przykład nieśmiało powiedział: większości z nas łatwiej wyobrazić sobie przyszłość świata niż przyszłość Polski.

Byli o tym przekonani autorzy z klasycznego okresu polskiej SF, stąd tak chętnie unikali geograficznych i językowych konkretów. Czasem oczywiście przyczyną była cenzura (pierwsza wersja Wiru pamięci Wnuka-Lipińskiego toczyła się w futurystycznej Warszawie, którą na żądanie wydawcy przerobił na fikcyjny Apostezjon), czasem jednak za decyzją stało szczere przekonanie. W latach 80 młodzi autorzy nie wierzyli, że Polska ma jakąkolwiek przyszłość, a jedyną zmianą może być, mówił bodaj Grzędowicz, elektryczne pałki dla zomowców.

Na pierwszy rzut oka dawno już wybrnięto z tej ślepej plami wyobraźni. Jednak te kilka zdań wyrwanych z Nakręcanej dziewczyny sprawiło, żem zaczął wątpić. Bo przyszłość w wersji buffo, jak w Weselu w Atomicach, to wykpienie się z problemu. Innym wystarczy w międzynarodową scenerię wrzucić pojedynczych Polaków. Celowali w tym autorzy lat 50/60, ale współcześnie mamy Algorytmy wojny Michała Cholewy z identycznie rozegranymi postaciami Wierzbowskiego i Falejczyka. Ba, taki Vuko z Pana lodowego ogrodu to też klasyczny przypadek paprotki - tokenowego (pół-)Polaka w świecie przyszłości, w którym Polska i Polacy istnieją w jakiejś formie, ale jest ona na wszelki wypadek schowana przed wzrokiem. Jest też chwyt luźno postulowany kiedyś przez Dukaja, a zastosowany w Strukturze Michała Prostasiuka: wycinamy wszelką lokalność, uwarunkowania historyczne, kulturowe itp., i opisujemy jak stockowy Zachód. Wada tego rozwiązania jest oczywista: tak możemy pisać tylko o Warszawie, tylko SF bliskiego zasięgu, tylko w wąskim zakresie postcyberpunkowej stabilizacji.

Wreszcie nie sposób wspomnieć o tym, co stanowi największą przeszkodę dla mojego wywodu: cały nurt fantastyki mocarstwowej, który około 2000 dał siłę naszemu ulubionemu gatunkowi wyrwać się z marazmu lat transformacji. Wszak chwalił Dukaj tę deobciachizację Polski. A u Ziemiańskiego Wrocław był supermocarstwowym graczem równym Chinom i Ameryce[4]. Pamiętajmy też, iż pierwszy numer miesięcznika Science Fiction zdobiła okładka z kosmolotem z biało-czerwoną szachownicą na kadłubie. Czyżbym przeoczył coś tak ważnego? Nie, po prostu z perspektywy 20 lat myślę, że nurt mocarstwowy szybko wygasł i teraz egzystuje głównie u epigonów ze stajni wydawnictwa Warbook. Czyli kolejna ślepa uliczka.

Zdawałoby się, że to rzecz oczywista. Nie jesteśmy naukowo-technicznym potentatem, ale przyszłość przyjdzie też do nas. Jeśli kosmici podbiją Ziemię, to i Polskę też. Jeśli pęknie Osobliwość, to i nas zechce przerobić na komputronium. Wszystkie zagrożenia i nadzieje, wszystkie niesamowistości i spełnione proroctwa spadną też na populację żyjącą między Bugiem a Odrą-Nysą łużycką. Trochę gorzej sprawa ma się ze scenariuszami space operowymi, ale można chyba liczyć, że do cylindrów O'Neille'a będziemy emigrować równie tłumnie, co do Chicago. Jednak wszystkie te wizje spowija mrok. Komu pierwszemu się to uda, i nie popadnie w śmieszność, groteskowy nacjonalizm, albo przeciwnie, w kserowanie zachodu, ten ma szansę napisać coś wyjątkowego.

Nie jesteśmy na szczęście samotni z tym dylematem. Cykl Dave'a Hutchinsona jeszcze przede mną, ale pragnący czytać o przyszłych wizjach Zjednoczonej Europy chyba mają ten sam problem...

 


[1] http://www.blog.podrzucki.eu/?p=96

[2] tak sprawę ujął Ł na Zaginionej bibliotece: nie jest to naukowość spod znaku "jakie źródło energii jest najefektywniejsze" tylko refleksja na temat globalnego systemu politycznego, gdzie wyznacznikiem władzy jest posiadanie praw własności intelektualnej.(...) Jestem globalną korporacją z świata "Nakręcanej". Mój dochód jest generowany w oparciu o GMO stanowiące podstawę gospodarki żywieniowej, energetycznej i tak dalej. Wykupuje z góry patenty na alternatywne źródła energii i zamiatam je pod dywam. Jeśli jakieś państwo nie respektuje praw własności intelektualnej i łamie je (np korzystając z tych technologii) doprowadzam do jego ekonomicznego upadku, głodu, zsyłam plagę ale wprost - swoją armię. W ten sposób utrzymuje swoje postkolonialne monopolistyczne królestwo. I się kręci mimo iż teoretycznie te techonologie są na wyciągnięcie ręki.

[3] antologię możecie pobrać stąd. Polecam też Rzecz niepospolitą, która bierze się za tematykę polską, ale w konwencji weird fiction, folk horroru i pokrewnych. Na razie tylko w .pdf, ale po przekonwertowaniu w Calibre daje radę.

[4] zaryzykuję, że Autobahn nach Poznań to taka nasza Nakręcana dziewczyna minus powaga plus machismo plus ta dziwna breslauerska fascynacja niemieckością.


PS: niestety, mimo szumnych zapowiedzi, nie udało mi się wrzucić żadnego wpisu w listopadzie. Cóż, nie jest łatwo, kiedy prosty temat zaczyna nagle domagać się reserczu, bibliografii, czegoś więcej, niż luźne dywagacje. Tak zacząłem i zamroziłem teksty o Dukaju z Twardochem, roku Józefa Mackewicza i opowiadaniach Julii Nideckiej. Ale co się odwlecze, to nie uciecze.

piątek, 29 października 2021

Brzuch i podbrzusze. Konserwatywna fantastyka w pierwszych dniach wojny domowej (2/2)

A oto i obiecana druga część artykułu o Komudagate. Pierwszą znajdziecie tutaj. Zachęcam również do zakupu papierowej wersji Rocznika fantastycznego (to z kolei tu). To dobra publikacja, chociażby dzięki opowiadaniu Emmy Popik, które jest jednym z czołowych osiągnięć w postapo.

Widzicie też pewnie, że Brzuch i podbrzusze (podobnie zresztą jak wcześniejsza recenzja Kajsia) nie jest szczytem blogowej elegancji edytorskiej. Po prostu na razie jaram się samym powrotem do regularnego pisania. Kiedy już poczuję grunt pod stopami, zacznę się bawić całym arsenałem, jaki daje mi html ;-)


5.

Tyle ambitna młodość. Przyjrzyjmy się teraz ich okopanym na polu fantastyki adwersarzom.

By wytłumaczyć, dlaczego polska fantastyka jest tak zauważalnie konserwatywna (prawicowa, konserwatywno-liberalna, centroprawicowa, jak zwał, tak zwał) wylano już morze papieru i trudno dodać cokolwiek nowego[1]. Ważniejsze wydaje się stwierdzenie, że nurt prawicowej światopoglądowo polskiej fantastyki już dawno się wyczerpał, tracąc moc i ambicje tworzenia dzieł dojrzałych, oryginalnych i poszukujących. Łatwo nawet wskazać, które tytuły były tego nurtu osiągnięciami szczytowymi: Walc stulecia Rafała Ziemkiewicza (w kategorii fantastyki problemowej) i pierwszy tom Pana lodowego ogrodu Jarosława Grzędowicza (w kategorii fantastyki rozrywkowej). Od tego momentu trudno znaleźć tytuł, który porwałby czytelników. Mamy za to multum niezamierzonych autoparodii w rodzaju Requiem dla Europy Kempczyńskiego i Ucieczki z kraju kobiet Wanga[2], tekstów pisanych, jakby osoby autorskie straciły zainteresowanie rozwojem swojej twórczości w latach 90. (Hel-3 Grzędowicza i większa część antologii Przedmurze), osób autorskich odcinających kupony od starych sukcesów (niemal cała twórczość Jacka Piekary i topiący talent w nadprodukcji Pilipiuk), wreszcie publicystów nierozumiejących, że tu potrzeba precyzji fechtmistrza, a nie siły sejmikowego rębajły (to o Komudzie)[3].

 Lecz jeszcze poważniejsze jest oskarżenie o uwiąd, umysłowe lenistwo niegodne ludzi z pretensjami do dziedzictwa po Lemie i Zajdlu. Konserwatyzm bowiem to poważna tradycja intelektualna, o bogatej tradycji, różnorodności podejść i wcale nie wyczerpanym potencjale. Rzucając dowolnym ważnym w danym momencie tematem można odkryć, jak wiele konserwatyści maja w nim do powiedzenia. Choćby ekologia: mamy Zieloną filozofię Scrutona, Jana Gwalberta Pawlikowskiego, jungerowską figurę leśnego wędrowca, ekologiczny anarchizm Tolkiena i encykliki papieskie.

Tymczasem polska fantastyka zredukowała konserwatyzm do radości z jedzenia kiełbasy i kopcenia szlugów pomieszanego z lękiem, że przyjdą feministki i muzułmanie, by nam tego zakazać.  Zapytaj ich o bioetykę, redefinicję rodziny[4], automatyzację produkcji, transhumanizm, rozpad narodów na cyfrowe plemiona, kryzys klimatyczny, rakietę marsjańską Elona Muska, a wzruszą ramionami, że to wszystko pic na wodę fotomontaż. Najważniejsze, by można było kupić u znajomego rolnika kiełbasę ze szwarcszlachtungu i flaszkę śliwowicy. To myślenie pokolenia, którego wczesna młodość miała nieszczęście przypaść na rozpadający się PRL, pokolenia, któremu wolność utożsamiła się z możliwością napchania brzucha deficytowym mięsem[5].

I ten płytki konsumpcjonizm połączony z odrazą wobec wszystkich, którzy chcą go ograniczyć, stał się obsesją literatury starofandomowej.

Była okazja wybrnąć z tych umysłowego bagna. Szczepan Twardoch, zanim odszedł do głównego nurtu, wyrastał powoli na kogoś, kto wprawdzie dzieli ze starymi światopogląd, ale będąc młodszy o dekadę, inaczej wykształcony, z innego środowiska, potrafił wyjść poza wyświechtane tematy. Niestety (dla fantastyki, bo sam chyba sobie chwali) napisał Morfinę.

 

6.

Wszystko to sugerowałoby, że konserwatywną fantastykę czeka już tylko powolny uwiąd. Finansowo gwiazdom długo nic nie zaszkodzi, inni mogą liczyć na boomerskie orbitowanie wokół festiwalu w Nidzicy/Mierkach, jednak trudno oczekiwać, żeby ich powieści i opowiadania miały jakiś wpływ na fantastykę w Polsce. Chyba, że tak jak Komuda, wywołując awanturę, która przyspieszy progresywny marsz przez dusze i instytucje. Trudno oczekiwać też, że nurt uratuje pojawienie się nowego pokolenia.  Raz, że trudno byłoby takim autorom zmieścić się na rynku rozgrywanym przez stronnictwa, z których jedno odrzuci ich za światopogląd, a drugie jest zamkniętym klubem, a dwa, że taki brylant jak Twardoch zdarza się raz na wiele lat.

Trudno też uwierzyć, że ci starzy generałowie, którzy od lat są przygotowani na poprzednią wojnę, nagle przysiądą fałd i zaczną poszukiwać nowych środków wyrazu i świeżych myśli. Zbytnio zgnuśnieli. Całą inicjatywę przejął nowy fandom.

Nie oznacza to jednak jego zwycięstwa, bo zanim gruby schudnie, chudy umrze z głodu. Zbudowanie własnych i kanonów oraz bazy konsumenckiej, gotowej za to zapłacić zajmuje czas. Na razie więc nowy fandom istnieje w rzeczywistości, którą stworzył  stary. Jeżeli ten się wycofa – fandom czeka zapaść.

A kolorowa flaga powiewająca nad zdobytymi ruinami to nie wygląda dumnie.

 

Nie wiem, czy to warte wspomnienia, ale w polskim ruchu SF wielką rolę odegrali na początku homoseksualiści. (...) kluby SF były, zwłaszcza na początku, miejscem, gdzie się zbierali ludzie w jakiś sposób wyobcowani, samotni, mający kłopoty z bliskimi, z nawiązywaniem kontaktów przyjacielskich. klub dla wielu był protezą rodziny. Zresztą to jest chyba światowa tendencja. Lem w „Fantastyce i futurologii” straszne gromy miotał na Fandom, zwłaszcza amerykański, że to banda dziwadeł i odmieńców. Sam fakt pisania science fiction czynił z człowieka odmieńca, a w ruchu aktywistów odnajdywali się jeszcze bardziej „odmieńcowaci odmieńcy”.

Rafał A. Ziemkiewicz i Rafał Geremek, Wkurzam salon, 2011



[1] Nieodmiennie polecamy eseje Kilkunastu Hamletów Parowskiego, Inżynierski etos Ziemkiewicza i Wyobraźnię po prawej stronie Dukaja, które wyczerpująco to wyjaśniają. Ostatni tekst ma jeszcze ciekawy aspekt: możemy zobaczyć, jak pisarz SF starej szkoły podpowiada tematy (wtedy słabo aktywnej) lewicy i kompletnie rozmija się z tym, co porwie ją już za kilka lat.

[2] Nie jest to żaden bestseller, ale w progresywnym fandomie stał się jednym z argumentów w temacie „dlaczego nie czytam polskiej fantastyki.”

[3] Zważywszy, że Komuda w wywiadzie dla Do rzeczy nie wiedział, kto to jest Jeff Vandermeer, zasadne jest pytanie, czy starzy fantaści nie zamknęli się w świecie młodzieńczych lektur i przestali już śledzić nowości.

[4] Rodzina to jedna z największych trosk konserwatyzmu, więc trudno zrozumieć, dlaczego nasi konserwatywni fantaści tak słabo interesują się tematem. Jeden Grzędowicz dwa razy sygnalizował (w Księdze jesiennych demonów i niedocenionym Popiele i kurzu), że ma coś ciekawego powiedzenia o rodzinie, ale szybko wrócił do pisania komiksów prozą. W zamian mamy patchworkowe familie Marty Kisiel i Anety Jadowskiej.

[5] Są też inne obsesje. Nie sposób na przykład policzyć, ile razy Pilipiuk pisał o paszporcie leżącym w szufladzie.

poniedziałek, 25 października 2021

Brzuch i podbrzusze. Konserwatywna fantastyka w pierwszych dniach wojny domowej (1/2)

Poniższy tekst który napisałem rok temu . Ukazał się w zredagowanym przez Bartka Biedrzyckiego Roczniku Fantastycznym 2020 i jest próbą uporządkowania przynajmniej części czarnych myśli, które kotłowały mi się w głowie po Komudagate. Czy od tego czasu coś bym zmienił, dopisał, skreślił? Chyba jeszcze nie. Na razie konflikt uległ wygaszeniu i czeka na kolejny zapalny impuls, siłą rzeczy trudno więc o podsumowania i wyciąganie wniosków.

To część pierwsza, za parę dni wrzucę drugą. Całość można przeczytać na papierze, który kupicie u Wojtka Sedeńki. Polecam, bo są tam też naprawdę bardzo dobre opowiadania.


1.

Historycy będą pewnie mówić, że wszystko było przesądzone, a jedynym niepewnym – komu pierwszemu puszczą nerwy i zaatakuje. Padło na Jacka Komudę i opowiadanie Dalian, będziesz ćwiartowany zamieszczone w Nowej Fantastyce 7/2020. Pozwolę sobie przytoczyć podstawowe fakty. Umiejscowione w tym samym świecie, co wydawany w Fabryce Słów cykl fantasy Jaksa, opowiadanie dość powszechnie uznano za homofobiczne, a sprawa wypłynęła poza fandom, kiedy w serwisach społecznościowych zaczęło krążyć dosadne streszczenie fabuły autorstwa Piotra Tarczyńskiego, tłumacza literatury amerykańskiej, a prywatnie męża Jacka Dehnela[i]. Niedługo potem pisarka fantasy Karolina Fedyk zamieściła na twitterze krótki opis afery w języku angielskim, który przeczytali pisarze zagraniczni  - w tym wpływowy na anglosaskim rynku autor i redaktor, Jeff Vandermeer. Kilka osób (Usman T. Malik, Karl Schroeder, John Chu, Indrapramit Das, Desirina Boskovich, Kelly Robinson, Keffy R.M. Kehrli oras sam Vandermeer) zagroziło bojkotem działu zagranicznego pisma. To oraz atmosfera na facebookowym profilu (najazd prawdziwych i mniemanych trolli, agresja, liczba usuniętych komentarzy i użytkowników idąca w dziesiątki, jeśli nie setki) zmusiło redakcję do kroków. Uzupełniono ekipę adminów fanpejdża oraz wydano specjalne ogłoszenie, najpierw w sieci, potem drukiem w numerze sierpniowym. Redakcja odcięła się od aktów i mowy nienawiści, podkreśliła własne otwarcie na różnorodność oraz zapowiedziała, że jeden z numerów jesiennych będzie numerem tematycznym, w którym zaprezentują się nienormatywne osoby autorskie.

Sprawa jednak na tym nie ucichła. Po powrocie z urlopu redaktor działu zagranicznego, Marcin Zwierzchowski zapowiedział, że na początku 2021 odchodzi z czasopisma[ii]. Jackowi Komudzie odkryto jeszcze bardziej kontrowersyjne opowiadanie Mowa nienawiści pokutnika Duki do tej pory skryte przed oczami mas na łamach internetowego periodyku Nowy Napis. A 5 sierpnia został upubliczniony list otwarty w obronie wolności słowa, podpisany m.in. kolegów Komudy z Klubu Tfurców, szefa Fabryki Słów, Eryka Górskiego, Konrada T. Lewandowskiego, Wojciecha Szydę, Krzysztofa Sokołowskiego oraz – co było największym zaskoczeniem – Jacka Dukaja[iii]

 

2.

Napięcie między szeroko pojętym starym a nowym fandomem narastało od dłuższego czasu. Upraszając rzeczy, „stary fandom”  wywodzi sie jeszcze z lat 80, jeśli nie wcześniejszych. Jego struktury, formalne i towarzyskie, powstawały w czasach analogowych. Światopoglądowo jest kojarzony z prawicą, a jego ikonami, prawdziwymi poster boyami, są autorzy Klubu Tfurców, Jarosław Grzędowicz, Andrzej Pilipiuk, czy (teraz już rzadziej, bo jako fantasta od lat nieaktywny) Rafał Ziemkiewicz. „Nowy fandom” z kolei powstał już w warunkach oplecenia świata już nie tyle przez internet, ale serwisy społecznościowe. Jest metrykalnie młody, światopoglądowo progresywny i nie będzie chyb ryzykiem stwierdzić, że jest bardziej polskojęzycznym odgałęzieniem fandomu globalnego (czyli anglojęzycznego) niż tworem lokalnym.

Siłą więc rzeczy oba fandomy żyły razem, ale jednak osobno (czy nie jest symptomatyczne, że wojna wybuchła w 2020, roku bez konwentów?). Młodzi otwarcie gardzą starymi; wystarczy poczytać, jaką mają opinię o Grzędowiczu czy Pilipiuku. Nie muszą ich nawet czytać, bo to już wiedza ogólna, że z polskiej fantastyki szanować można Lema, Sapkowskiego, potem długo, długo nic, i dopiero Martę Kisiel. Starzy zaś zdają się zatrzymać mentalnie w połowie lat dwutysięcznych, w epoce wysokich nakładów Wędrowyczów i Zajdli dla Pana lodowego ogrodu, i zmian w fandomie zwyczajnie nie zauważają, póki nie dojdzie do kolizji. A miejscem kolizji okazała się Nowa Fantastyka, czasopismo nie tak silne, jak niegdyś, ale wciąż symbolicznie ważne, bo będące jedynym „prawdziwym” (tj, nie będącym niskonakładowym prawie-że-zinem skierowanym do ludzi z bańki[iv]) tytułem poświęconym naszemu ulubionymi gatunkowi. I jest na to dowód: żaden inny magazyn literacki w ostatnich latach nie zwrócił na siebie uwagi mainstreamowych mediów. To oczywiście iluzoryczna potęga. Nakład jest kilkutysięczny, a redakcja w ramach oszczędności przeszła na pracę zdalną już kilka lat temu. Trudno wyobrazić też sobie, że zawarte w środku teksty miałyby najmniejszy wpływ na klimat społeczny w Polsce. Niemniej, jak wyżej wspomnieliśmy, kapitał symboliczny NF jest wciąż na tyle duży dla fandomu, żeby gra stała się warta świeczki.

Niektórzy mogliby powiedzieć, że to tylko powtórka z lat 90. Wtedy też Maciek Parowski wykłócał się z autorami dekadę-dwie młodszymi o niego o linie programową pisma i to, jaka literatura powinna ukazywać się na łamach. Wówczas sytuacja byłaby nawet zabawna: Cetnarowski wszedł bezwiednie w buty poprzednika, dawni buntownicy z Klubu Tfurców zostali sytymi obrońcami status quo, nowy fandom miesza natomiast szczytne hasła z marzeniami o zobaczeniu własnych, lepszych oczywiście, opowiadań w miejsce pupilów redaktora prozy polskiej. Pooburzamy się, pośmiejemy, a za jakiś czas sprawa sama wygaśnie.

Nie jest jednak tak prosto. Rok po śmierci Parowskiego rozgorzał konflikt znacznie poważniejszy od tych, w których on brał udział. Jakie złośliwości nie wylewałyby się z tamtych polemik, ich uczestnicy jeździli na te same imprezy, mieli podobne lektury formacyjne, dzielili ten sam światopogląd. Nie angażował się w nie nikt spoza światka polskiej fantastyki. Wreszcie tamten spór w fandomie nie był przedłużeniem niebezpiecznego, potencjalnie krwawego konfliktu społecznego.

 

3.

Redakcja przeprosiła, konserwatyści odpowiedzieli apelem o obronę wolności słowa. Po pierwszych wystrzałach i pierwszej zdobyczy zaczęła się wojna pozycyjna. Stary konserwatywny fandom wydaje się być silniejszy. Jest bardziej doświadczony, książki jego autorów dobrze się sprzedają, ma swój bastion, Fabrykę Słów, dla której Pilipiuk, Piekara, Grzędowicz czy Ziemkiewicz to konie pociągowe. Mając swoich autorów, swoich czytelników i swoje wydawnictwa, konserwatyści nie muszą bać się ewentualnego bojkotu.  Pytanie jednak, czy mogą zdziałać coś ponad to. Podpis Dukaja pod listem otwartym dziesięć lat temu miałby siłę rażenia bomby atomowej. Dziś to raczej jednorazowa salwa na pokaz.  Dukaj nie jest już bogiem fantastyki, zamiast dać nam Rekursję czy Drugą tercję progresu, rozdrabnia się, pisze drobnicę, na którą zwracają uwagę tylko najwierniejsi (stąd nominacja do Żuławskiego za Imperium chmur) i angażuje w projekty transmedialne, w które wierzy chyba już tylko on sam (przykładem brutalna ocena Serca ciemności ze strony zawodowych tłumaczy oraz chłodne recenzje Po piśmie). Progresywni fantaści szanowali go za formy niebinarne w Perfekcyjnej niedoskonałości, teraz jednak mają nowych bohaterów.

Nowy fandom z kolei stoi na pozycji rewolucjonisty, który wywalczył więcej, niż potrafi utrzymać. Wizja queerowego numeru, czy nawet więcej, całej nowej linii programowej, w której selekcja tekstów będzie się opierać na paradygmacie otwierania się na perspektywy nieuprzywilejowanych mniejszości, a stałą praktyką przy ich ocenie będzie sensivity reading. Pytanie, czy progresywiści są to w stanie udźwignąć i jak zareagują czytelnicy. Teraz dopiero bowiem zaczyna się czas na prawdziwy bojkot konsumencki. Byłoby gorzką ironią, gdyby ludzie, którym redakcja przyznała rację, przeprosiła ich, oraz wprowadziła interesujące ich treści, nie zostali czytelnikami, natomiast faktyczni czytelnicy zgodzili się z sygnatariuszami listu otwartego i zwyczajnie zrezygnowali z pisma.

Najbliższe miesiące będą zatem czasem próby, kiedy dowiemy się, jaka jest realna siła nowego fandomu, czy lojalność starego względem NF wygra z obrazą na fakt, że nie są jego wyłącznymi dysponentami. Wreszcie redakcja zweryfikuje słuszność wybranej strategii.

 

4.

Po przedstawieniu sytuacji, pierwszym pytaniem, jakie powinno się nasunąć, to jaka jest właściwie ta nowofandomowa fantastyka? O „hermeneutyce zerwania” z tym, co i o czym pisał stary fandom, już wspomnieliśmy.  Nie jest to lokalny wynalazek, na zachodzie też właśnie wykuwają się nowe hierarchie wartości, czego wyrazem jest odrzucenie patronatów H.P. Lovecrafta i Johna W. Campbella, dwóch niewątpliwych rasistów i seksistów, nad dwiema ważnymi branżowymi nagrodami: World Fantasy Award (statuetkę przedstawiającą popiersie HPL-a zastąpiono drzewkiem i księżycem w pełni) i J.W. Campbell Award (którą przemianowano na Astounding). W dalszej kolejności odpadają inni autorzy, którzy nie przystają do gustów nowego fandomu nie tylko biografią, ale poziomem literackim (umówmy się, Asimov nie był mistrzem pióra), czy tonem, który Jeanette Ng określiła jako sterylny, męski, biały, wywyższający ambicje kolonialistów i przemysłowców[v].

Kanon się zmienia i nie należy drzeć szat nad faktem, że hołubione w pokoleniu dziadków arcydzieło dla wnuków będzie nieznośną ramotą. Ot, sławy ze złotego i srebrnego wieku odejdą tam, gdzie główny nurt posłał przed laty Eugeniusza Sue. Zagadkowy jest jedynie kształt nowego kanonu. Anglosasi mają progresywne gwiazdy, Le Guin, Delany’ego, Brackett, Butler, Discha, oraz multum zapomnianych postaci, które egzystowały na marginesie świata urządzonego przez białych redaktorów pokroju Gernsbacka i Campbella, i teraz zostaną tryumfalnie odkryte na nowo. W Polsce, jak już wspomnieliśmy, jest Lem, gwiazda pierwszej wielkości, jest Sapkowski, pionierki kobiecej fantasy, czyli Brzezińska i Białołęcka. Na tym polski nowy kanon się urywa, a zaczyna pokolenie pretendentek i pretendentów do wielkości.

Chyba zaś najważniejszą nowością w nowofandomowym podejściu do literatury pięknej, jest potrzeba identyfikacji bohatera z czytelnikiem, który powinien (a powodzenie w znacznym stopniu decyduje o ocenie) odnaleźć swoją tożsamość w tekście. Poniekąd dotyczy to osoby autorskiej, która staje się reprezentantem swojej tożsamości na fandom. Stara szkoła pisania (i czytania również) była koncepcyjna. Liczył się oryginalny pomysł, w który wrzucono pretekstowego bohatera, który był funkcją tekstu. I oczywiście, można pokazywać palcem na Campbella, któremu nie podobały się postaci kobiecie, bo jego zdaniem nie o tym chciał czytać trzynastoletni fan fantastyki naukowej, albo zastanawiać się, na ile Conan był projekcją kompleksów swojego twórcy, ale nigdy nie było to otwarcie zadeklarowane. Młoda fantastyka woli odwrotnie: pisać w ramach ustandaryzowanej konwencji (pomimo chociażby ciekawego worldbuildingu Nory K. Jemisin[vi]), oddając głos bohaterom reprezentującym tożsamości wcześniej marginalizowane.

Wreszcie zmiana mniej fundamentalna, choć ważna. Stopniowe przenikanie do „dorosłej” i „poważnej”  fantastyki chwytów literackich znanych z literatury Young Adult i fanfików. Pierwsze jest łatwiejsze do zauważenia i stąd wywołuje oburzenie czytelników starej daty. Poetyka YA ma jednak jedną zaletę: pisząc młodzieżowo (choć czytelnikiem docelowym jest dorosły) uwalniamy się od toczącej w ostatnim dwudziestoleciu kulturę popularną zarazy cynizmu i ironicznej samoświadomości. Drugie, czyli fanfikoza, jest trudniejsze do wychwycenia rozumowego komuś, kto nie siedzi w świecie fan fiction, ale wyczuwalne. Chociażby czytając nominowane do Nebuli Amberlough Lany Eleny Donnely ciężko uciec od wrażenia, że to nie fantasy, nie historia alternatywna, nie dieselpunk, ale fanfik dwudziestolecia międzywojennego.



[i] W wywiadzie dla Do rzeczy Komuda przyznał się, że opowiadanie od samego początku miało być przeciwko Dehnelowi (co słychać choćby w brzmieniu imienia Dalian), który kiedyś ostro jego skrytykował prozę historyczną. Wplątywanie nieznającej kontekstu redakcji w prywatne wojenki z popularnym i wpływowym prozaikiem słabo świadczy o Komudzie.

[ii] Wprawdzie na swoim oficjalnym profilu na Facebooku Kulturalny człowiek tłumaczył to zmęczeniem i szukaniem nowych wyzwań zawodowych, o których zaczął myśleć już wcześniej, trudno jednak nie zauważyć, że on, całą swoją karierę opierającym na kontaktach z zachodnimi pisarzami, najboleśniej odczuł skutki afery.

[iii] Który chyba najwięcej ryzykuje  z tego grona (obok Kołodziejczaka, zajmującego menedżerskie stanowisko w polskiej filii duńskiego wydawnictwa). Jeśli progresywny świat kultury weźmie sobie to do serca, to skończą się wywiady, debaty, projekty i współpraca z Netfliksem.

[iv] Choć sukces (magazyn przestał się ukazywać w wyniku rozpadu redakcji) reaktywowanego Feniksa, powrót Wojtka Sedeńki do Sfinksa oraz, rzecz jasna Rocznik fantastyczny, to obiecujący pomysł na wybrnięcie z kryzysu prasy i ominięcie dystrybucyjnych gigantów.

[v] Nie było to pierwsze obalenie przemożnego wpływu Campbella na fantastykę. Założone w 1950 pismo Galaxy Science Fiction skupiło autorów, których proza nie mieściła się w linii programowej Astounding. Do Galaxy pisali m. in. Pohl (który został potem redaktorem naczelnym), Bradbury, Heinlein, Cordwainer Smith, Ellison, Silverberg.

[vi] W Polsce pierwszą jaskółką takiej nowej, zapatrzonej w nagradzane na zachodzie tytuły fantasy są Skrzydła Fedyk.

czwartek, 21 października 2021

Kaj idzes? Na Śląsk.

 

Mamy modę na mikrotożsamości, postanowiłem się więc wyoutować: moja rodzina po kądzieli pochodzi z Korytarza Radwanickiego. Co to? Otóż w 1278 książę krakowski Bolesław Wstydliwy wydzielił ze swych włości kasztelanie Zatorską i Oświęcimską, po czym przekazał swemu krewniakowi, Władysławowi opolskiemu. Granica między księstwami przesunęła się daleko na wschód, aż pod mury opactwa benedyktynów w Tyńcu. Można powiedzieć, że na ponad dwa stulecia (ostatecznie całe terytorium wróciło za Jana Olbrachta) zachodnia Małopolska była pod panowaniem Śląska.

Ale czy cała?

Była bowiem jedna wioska, która...

Dobra, przesadzam. Wsi było kilkanaście, należały do rycerskiego rodu Radwanitów, który Bolesław pozostawił pod swoją zwierzchnością, pewnie jako rodzaj zabezpieczenia tyłów. Magicznego napoju nie mieliśmy, chociaż w ostatnich latach na południowym zboczu Masywu Draboża (zwykłe pagórki, ale ludzie z północy kraju czują się jak w Beskidach) bardzo ładnie rośnie winorośl. Na mapie byłby to szeroki na kilka kilometrów pas ziemi ciągnący się od Zebrzydowic do Wisły. Nie sugerujcie się Wikipedią, bo coś na niej namotali – na przykład komora celna dzieliła Brzeznicę na pół, a tymczasem wiki całą ją oddaje Śląskowi. Być może pamiątką po tamtych radwanickich czasach sprzed 700 lat jest siemionka: wigilijna zupa z siemienia konopnego, podobna do śląskiej siemieniotki.

A przypomniałem sobie to wszystko czytając nagrodzoną Nike książkę Kajś Zbigniewa Rokity. Jest to połączenie prywatnej opowieści o losach własnej rodziny w XX wieku z szerszym reportażem, w którym autor objeżdża Śląsk, prezentując nam jego przeszłość i teraźniejszość, rzeczy, których gorolski umysł nie ogarnia i takie zaskakująco znajome.

Większość tekstów o Kajsiu  skupia się na tym, co odmienne (strach pomyśleć: egzotyczne) i nieznane. A ja o dziwo sporo kojarzyłem. Może nie na poziomie szczegółu, ale ogółu. Trochę dlatego, że z zachodniej Małopolski na Śląsk jest zwyczajnie blisko, może dlatego, że mam jeszcze tożsamość nowohucką, a Huta ma z Hanysami pewne zadry, może dlatego, że czytałem Twardocha[1] od debiutu, więc wiem, a może zwyczajnie nie ma niczego nowego pod słońcem.

Znajomy jest już tytuł. Kajś, tak mówimy w gwarze krakowskiej. Czy raczej w krakoską gådce, bo już do tego ekstremum sprawę doprowadzili ludzie od poświęconego jej festiwalu odbywającego się w Modlnicy. Kaj idzes, klarnecie bosy. Podobnie jak Ślązacy, pochylamy samogłoski (przez co mamy ich w porywach do szesnastu:  a, ą, å, ă, e, ę, ē, ĕ, i, ï, o, ó, ô, õ, u, y ) i zdarza nam się akcentować na ostatnią sylabę. Zdarza się, bo, podobnie jak w hajmacie Rokity, mało komu się chce i lokalny język zamienia się z żywej mowy w humorystyczny skansem. Chociaż też, jak Rokita, mam nadzieję: pewien student z Ukrainy mówił mi, że mówimy inaczej, niż się uczy i musi się przyzwyczaić.

Wiele z relacjonowanych w Kajsiu przypadków komentowałem podczas lektury pełnym zaskoczenia pomieszanego z radością „o, to wy też!” My pękamy z dumy, że przed Francuzów nauczyliśmy używać noża i widelca. Wy, że już sto lat temu mieliście wasserklozet na każdym piętrze. Podobnie kochamy się w historiach alternatywnych. Ta śląska to marzenie, że byłoby lepiej, gdyby zamiast robienia plebiscytu, utworzono po Wielkiej Wojnie terytorium mandatowe jak w Syrii czy Palestynie, które z wolna przekształciłoby się w niepodległe państwo wielkości Litwy, za to z przemysłem jak w Belgii. My, Polacy, historii alternatywnych mamy bez liku. Ja ostatnio, po lekturze Cata-Mackiewicza doszedłem do wniosku, że najlepsza w długiej perspektywie byłaby restytucja Polski z jakimś Habsburgiem na tronie. Uniknęlibyśmy całej tej rzeźni zwanej XX wiekiem, a i Ślązacy mogliby się dochrapać dla siebie kraju koronnego: rządzącego się samodzielnie, ale funkcjonującego w ramach federacji chroniącej przed łapami ościennych imperiów.

Poważni historycy te marzenie kwitują tak samo, jak poważni ludzie chwalenie się sztućcami i spłuczkami: śmiechem.

Znajomo przebiegło śląskie odrodzenie narodowe w latach nastych naszego stulecia: błyskawiczna jazda od euforii po głęboką depresję, a śląska reprezentacja polityczna w samorządzie ledwie weszła do koalicji, żeby się rozpaść na milion frakcji i przepaść w następnych wyborach. Jakbym czytał opis dowolnego procesu społecznego w Polsce. Kiedy wódz autonomistów, Jorg Gorzelik, opowiada, jak obcy dla śląskich dzieci jest Sienkiewicz, to ja mu mówię, że dla mnie też. Może poza Potopem, który wreszcie dzieje się w Polsce, którą znam, bo reszta trylogii to jakieś azjatyckie awantury. Podobnie, jak polscy politycy, Gorzelik jest inteligentem, który próbuje w wiece, ale mu nie wychodzi. Ten słynny cytat z Lloyda George’a o małpie i zegarku bardziej uwłacza Ślązakom, niż Polakom. Ma arsenał dobrze wykutych tekstów, ale robi się zmieszany, gdy go przyłapią, jak na marszu autonomistów biega między straganami  i bezskutecznie każe handlarzom pochować krzyże żelazne ze swastykami.

Ale to nie tak, że łączy nas, Śląsk i Polskę, tylko ogólna humpfowość. Dramatyczne momenty również. Moi krewni też mieliby problem, gdyby za komuny nadgorliwa nauczycielka kazała napisać wypracowanie o tym, co dziadek robił na wojnie. Dziadkowi wygodniej było dwadzieścia lat udawać sierotę, niż chwalić się zdjęciem ojca w amerykańskim mundurze z orzełkiem w koronie na furażerce. Albo kuzynem, który wyruszył z Podkarpacia na odsiecz powstańcom w stolicy i wrócił gdzieś w 56. Wyzwolenie, jak je jeden jedyny raz zrelacjonowała moja babcia po mieczu, bardzo przypomina koszmar opisywany przez Rokitę. W ogóle ta część pamięci jest niespakietowana, idzie w poprzek polityki. Styczeń 1945 jest w oczach Ślązaków w dużej mierze tym samym, czym dla polskiej prawicy. Z kolei liberalna lewica, życzliwa językowi śląskiemu i idei autonomii, trzyma się narracji, że to było zwycięstwo nad faszyzmem, którego waga przyćmiewa wszelkie drobne wypaczenia, które i tak ubrdali sobie jacyś oenerowcy.  

W ogóle Rokita to swój człowiek, jeśli chodzi o wielkie słowami. Jak Polak-inteligent znalazł złoty środek między rzucaniem nimi bez namysłu, a żelazną dyscypliną w pilnowaniu, gdzie użyć jakiego przymiotnika. Jego dziadek w zajętej przez nazistów Rabce jest niemieckim żołnierzem. Rabunkowa eksploatacja złóż węgla pod Bytomiem dowodzi, że dla Polski Śląsk był wewnętrzną kolonią, ale w projektowanym kraju autonomicznym znajdzie się nieśląskie Zagłębie, bo konieczny dodatek, i bo zbyt się już ze Śląskiem zrosło i rozumieją to nawet miejscowi nacjonaliści. Kontekst nie pozwala wyłapać, o których nacjonalistów chodzi, śląskich czy polskich. Nieco wcześniej Rokita referuje nadmiar śląskości w województwie, które w ponad połowie składa się z Małopolski: śląski herb, nazwy instytucji, spółka Tramwaje Śląskie, której wozy hulają po Będzinie, i Koleje Śląskie, której tabor obsługuje Częstochowę. Góralskie dzieci spod Żywca, które zapytane przez nauczycielkę, gdzie żyją, odpowiadają, że na Śląsku. Jest to jednak wszystko pełne ze strony Ślązaków, cytuję, swego rodzaju czułości.

Trochę się zagalopowałem i jeszcze wyjdzie, że się nad Kajsiem i jego autorem znęcam. Może po prostu jest tak, że specjalnie kręcę nosem na siłę. Rok temu cieszyłem się z Nike dla Baśni o wężowym sercu, ale syczałem na robienie z Szeli polskiego Machny. Nie robi się z poważnych spraw, jakimi są lokalne dzieje, mitu dla progresywnej Warszawy (to, że dla Rokity „Warszawa” jest często synonimem „Polski” też o czymś świadczy). Dla konserwatywnej zresztą też.

Czy to dobrze, że Kajś dostało Nike? Oczywiście. Chociaż nie wiem, za co dostało. Ja bym ją przyznał za rodzinną historię autora (nie przyglądajcie się zamieszczonemu z książce drzewu genealogicznemu, bo to spoiler), los przełamany tragedią i uratowany przed mrokiem miłością, ale wahałbym się przed honorowaniem części „powszechnej”, bo to po prostu przewodnik po temacie ujęty w wygodną formę „reportażu z Czarnego”[2].

 

Zbigniew Rokita, Kajś, wyd. Czarne Wołowiec 2020


[1] Wielkiego nieobecnego tej książki. Przewija się tylko gdzieś w tle oraz dał inspirację dla pierwszego zdania Kajsia, które brzmi jak pastisz Dracha.

[2] Rozdział o wspinaczce na szczyt hałdy Szarlota brzmi jak zaginiony reportaż Szczerka. Nie mówcie, że to nie jest już pewna forma.