Rewizjonistyczne książki Piotra Zychowicza o polskiej historii (Pakt Ribberntrop-Beck oraz Obłęd '44) wywołały spore poruszenie. Nie chcę ich tu recenzować ani omawiać. Napisałbym pewnie, że to bardziej pamflet (czy wręcz paszkwil) niż publicystyka historyczna, oraz że krytyczne i jednocześnie nie-lewicowe podejście do lat 1938-45 nie jest niczym nowym. Pisali o tym chociażby Cat-Mackiewicz (świadek uczestnik tamtych wydarzeń), Paweł Wieczorkiewicz, czy Bocheńscy. Zychowicz nie jest tu oryginalny. Ale, jak uprzedzałem – nie zamierzam rozwijać tematu od innej strony.
Za to chciałem napisać, że po raz kolejny popkultura znalazła klucz do tamtych wydarzeń. Oczywiście nie polska. Polska do tej pory nie potrafi przyjąć do wiadomości, jakie są obowiązki dojrzałego popu (no może poza literaturą fantastyczną, ale to temat na inny wpis). Zychowiczem zaczęła myśleć popkultura amerykańska.
Chodzi o najwybitniejszy serial ostatnich lat, czyli Breaking Bad Vince'a Gilligana. Da się go z grubsza interpretować jako wielką metaforę naszej historii.
Główny bohater, Walter White, to oczywiście Polska. Miał wielkie osiągnięcia w młodości, ale rzucił karierę, zadowalając się domkiem na przedmieściu, pracą w szkole i obciążoną hipoteką. Szaraczek z trudem utrzymujący się w klasie średniej. Kiedy jednak przychodzi zagrożenie życia, White zaczyna działać. To dokładnie to, co proponuje w książkach Zychowicz. White, gdyby zdał się na legalną amerykańską służbę zdrowia, umarłby przed końcem pierwszego sezonu. Taki los spotkał Polskę, gdy zdała się na sojusze z cywilizowanymi krajami zachodnimi. Zychowicz proponuje, żeby postąpić jak bohater BB i wejść w konszachty z bandytami.
W Breaking Bad, jak w geopolityce przełomu lat 30 i 40, jest dwóch głównych bossów półświatka: Tuco Salamanca i Gus Fring. Salamanca, członek meksykańskiego kartelu, jest dosłownie niepoczytalny. Teraz bierze cię w ramiona i nazywa "amigo", by za pięć minut zatłuc kijem bejsbolowym w jakimś zaułku. Dodam, że w międzyczasie nie zrobiłeś nic, co by uzasadniało przejście od wylewnej miłości do agresji. Z Salamanką nie da się robić interesów, chyba że jesteś silnym graczem, a i wtedy zawsze jest ryzyko, że mu odbije. Kto zechce prześledzić niemiecką politykę wschodnią lat 1941-45, jak się zmieniała, jak ścierały się konkurencyjne koncepcje Ribbentropa i Rosenberga, Wehrmachtu i SS, Abwehry i Gestapo, a ostateczna decyzja zależałą od aktualnego nastroju zdziwaczałego i niedouczonego czeskiego kaprala, szybko zorientuje się, że klan Latynosów to metafora Trzeciej Rzeszy.
Gus Fring to natomiast stuprocentowy ZSRS. Z pozoru objawiający ludzkie uczucia i zachowania, ale w istocie zimny, wyrachowany, bezlitosny i planujący na pięć tur do przodu. Do tego Fring przeżył swojego szalonego taktycznego sojusznika, więc metafora pasuje i w tym miejscu.
Vince Gilligan pozostał sceptyczny, co do szans Polski na zwycięstwo. Trudno jednak go porównywać z Zychowiczem, gdyż ten przerwał narrację zaraz po (SPOJLER!) śmierci Fringa. Wielu widzom podobał się zresztą pomysł zakończenia Breaking Bad po czwartym sezonie. Przynajmniej do czasu premiery piątego.
Jednego jednak nie przewidzieli ani Zychowicz, ani Gilligan: kto byłby środkowoeuropejskim Pinkmanem?
niedziela, 6 kwietnia 2014
piątek, 28 marca 2014
Myśl na piątek
Siedzę nad trzema tekstami na raz i jeden podgryza drugi. Pierwszy był tekst o Dukaju, sprytnie wykombinowany temat, bo wykorzystujący ostatnie miesiące ciszy przed Rekursją. Zastanawiałem się właśnie, jak z anegdoty rozwinąć się do pełnowymiarowego tekstu, kiedy przyszedł Pyrkon. Jak zwykle na nim nie byłem, ale czytałem relacje. Zwłaszcza te Strossa. I od razu zarysowała mi się przed oczyma wyobraźni koncepcja zaproponowana przez autora Accelerando: Worldcon w Polsce. Przecież sobie poradzimy. Pyrkon jest przeogromny, mamy doświadczenie kilku Euroconów (ostatni do spółki z Czechami i Słowakami w Cieszynie). Przed laty podobno Iwaszkiewicz marzył o Noblu, chwili, kiedy w Temps Modernes zaczną drukować streszczenia Twórczości (a nie odwrotnie), a Simone de Beauvoir usiądzie w kawiarni Czytelnika. Jemu się nie udało, my mamy szansę. Wszyscy ci autorzy, którzy jeszcze kilkanaście lat temu wydawali się odległymi gwiazdami, zasiądą do wspólnego piwa z naszymi, a wręczanie Hugo będzie tylko aperitifem do gali zajdlowskiej. Pomarzyć.
Ale tu przerwijmy, żeby nie spojlerować. Mam w zanadrzu jeszcze wpis o immersji w grach komputerowych. Ale to dopiero, kiedy zbiorę wystarczająco dużo materiałów. Byle zdążyć przed konkurencją.
I tak sobie skaczę między kilkoma pomysłami, w międzyczasie podczytując Kłamstwa Locke Lamory, drugi tom Kichota, Mgławicę Andromedy i Sańkję, kiedy wtem myślę, co wyróżnia fantastykę, od literatury, jak by to powiedzieć, normalnej. W czym jest jej siła. Otóż fantastyka ma moc brania tematu, który z łatwością dałby się zamknąć w formie żartu albo metafory, i rozgrywania go na serio, z pełną powagą, ani na chwilę nie tracąc rytmu, ani nie wygrywając fałszywej nuty. Woltyżerska sztuka.
Ale tu przerwijmy, żeby nie spojlerować. Mam w zanadrzu jeszcze wpis o immersji w grach komputerowych. Ale to dopiero, kiedy zbiorę wystarczająco dużo materiałów. Byle zdążyć przed konkurencją.
I tak sobie skaczę między kilkoma pomysłami, w międzyczasie podczytując Kłamstwa Locke Lamory, drugi tom Kichota, Mgławicę Andromedy i Sańkję, kiedy wtem myślę, co wyróżnia fantastykę, od literatury, jak by to powiedzieć, normalnej. W czym jest jej siła. Otóż fantastyka ma moc brania tematu, który z łatwością dałby się zamknąć w formie żartu albo metafory, i rozgrywania go na serio, z pełną powagą, ani na chwilę nie tracąc rytmu, ani nie wygrywając fałszywej nuty. Woltyżerska sztuka.
piątek, 21 marca 2014
Londyn, Ulica Rzeźnicza
Złota dekada seriali skończyła się, mówią. I cóż, mają sporo racji.
Skończyło się Breaking Bad, niedługo finał Mad Menów (do których nie przekonałem się, ale podobno też są bardzo ważni dla medium), a następców nie widać. Jakby okresie między Rodziną Soprano, a – sam nie wie, gdzie dokładnie wyznaczyć koniec epoki, ale chodzi o lata 2008-2012 – wyznaczono granice, których telewizja będzie się trzymać do następnego wielkiego przełomu. To zachowanie jak z dzikiego zachodu: pionierzy opalikowali dziewicze grunty, które wystarczyły im na sto lat lat (czytałem, że rolnictwo amerykańskie całkiem niedawno zbliżyło się do europejskiego wydajnością z hektara). Dobrym przykładem jest House of Cards. Skoro remake brytyjskiego serialu sprzed ćwierćwiecza jest rzeczą świeżą i oryginalną oznacza to, że nie ma po co iść dalej. Trzeba zagospodarowywać wywalczone.
Nadeszła więc epoka średniaków. Oczywiście nie pod względem budżetu i rozmachu, bo tu kolejne rekordy padają nieustannie. Średniaki to produkcje, które może nie wyznaczają nowych ścieżek, ale i tak przyjemnie się je ogląda. Czasem są nawet całkiem mądre. Pesymiści twierdzą, że średniaków po pół roku się nie pamięta, i wzdychają do Prawa ulicy. Je jednak myślę, że nie jest tak źle.
Bo nagle zorientowałem się, że od pewnego czasu doświadczam, jeśli chodzi o tasiemce i minitasiemce, całego szeregu miłych zaskoczeń. W tym roku był to, jak już parę razy pisałem, Detektyw. Jeśli twórcy wyciągną wnioski z tego, co im nie wyszło przy pierwszej serii, druga będzie blisko wybitności. Tak, jak Wikingowie. Rok temu byłem mile zaskoczony, że stacji, która wcześniej zrobiła tylko jeden miniserial, oraz twórcy fatalnego Camelotu uda się z niełatwego tematu (ile było dotychczas udanych produkcji o wikingach?) wycisnąć tyle dobrego. A popalić dali dopiero teraz. Po trzecim sezonie trzymam kciuki, bo tak dobrze napisany serial to rzadkość. Mimo że średniak.
Stały poziom jak zawsze reprezentują Brytyjczycy. Jeśli nie widzieliście Broadchurch, zróbcie to natychmiast, Ośmioodcinkowiec z Davidem Tennantem to bardzo udana próba pożenienia formuły skandynawskiej (kłania się Forbrydelsen) z ojczyzną klasycznego kryminału. Obecnie w USA trwają prace nad remakiem. Nie wiem, jaki jest sens tak prędkiego powielania, ale mam nadzieję, że świat nie zapomni o oryginale – bo zdarzają się takie głupie przypadki.
Ale prawdziwe emocje zagwarantował widzom Ripper Street, kryminał o dwóch policjantach i jednym zapijaczonym Amerykaninie zwalczająych przestępczość w slumsach dziewiętnastowiecznego Londynu. Zaczęło się od tego, że drugi sezon nie dobrnął do finiszu, kiedy BBC oznajmiła, że kasuje projekt. Żeby to była wina serialu. Stacje przesunęła emisję na inny dzień tak, żeby pokrywała się z reality show o celebrytach. A potem rzecznik, jeszcze bardziej zdziwiony niż smutny, oznajmił, iż BBC też musi się liczyć z pieniędzmi i porzucać te mniej udane projekty.Takich numerów spodziewałbym się w Polsce, a nie u nadawcy, który, mimo różnych wpadek, wciąż jest symbolem profesjonalizmu. Na szczęście na ratunek pospieszył Amazon, który dorzucił się do produkcji w zamian za prawo premierowej emisji na swojej nowopowstającej platformie VOD (to, jak tego typu netflixowe pomysły zmieniają serialowe, jest pomysłem na osobny wpis). Fani zapłakali z radości, aktorzy zapłakali z radości, a scenarzysta przebąkuje, że bez problemu może przyszykować wstępny plan na sezony 4 i 5.
Ale czym jest Ripper Street, że anulowanie go tak zasmuciło fanów, a reaktywacja – uradowała?
To właśnie wzorcowy współczesny serial środka. Może nie nowe The Wire, ale na wyższym poziomie niż przeciętny procedural. Bardzo ładny wizualnie (chociaż i tak blednie przy poziomie inscenizacji w Peaky Blinders). Z ciekawie napisanymi bohaterami i bardzo dobrą grą aktorską. O krok od czegoś więcej. Czasem się na Ripper Street zżymałem, jak na przykład kiedy w odcinku o terroryzmie knujący rewolucjoniści okazali się bez wyjątku miłymi, łagodnymi ludźmi, którzy wyrzekli się przemocy. Ale zaraz potem przychodził odcinek, w którym konflikt i postacie napisane były duo bardziej niejednoznacznie, więc wybaczałem poprzednie wpadki. Cały czas czekając, aż serial awansuje w końcu do pierwszej ligi. Czy to się w końcu zdarzy, czy nie, warto cieszyć się z decyzji Amazonu i czekać premiery.
***
Pisałem wczoraj o serialach, kiedy przyszła smutna wiadomość – zmarł Lucius Shepard, znakomity pisarz. W Polsce znany od lat, choć na cztery jego wydane u nas książki, trzy ukazały całkiem niedawno. Dwukrotnie miał odwiedzić Polskę, ostatnio jako gość zeszłorocznego warszawskiego Polconu, jednak za każdym razem nie pozwalał mu pogarszający się stan zdrowia. I już nie przyjedzie. Nam zostały książki: Zielony kocur diabła (Zysk, 2000), Krokodylowa skała (Solaris 2012), Smok Griaule (Mag 2012) oraz Amerykański modlitewnik. Luizjański blues. Viator. (Mag 2013).
Skończyło się Breaking Bad, niedługo finał Mad Menów (do których nie przekonałem się, ale podobno też są bardzo ważni dla medium), a następców nie widać. Jakby okresie między Rodziną Soprano, a – sam nie wie, gdzie dokładnie wyznaczyć koniec epoki, ale chodzi o lata 2008-2012 – wyznaczono granice, których telewizja będzie się trzymać do następnego wielkiego przełomu. To zachowanie jak z dzikiego zachodu: pionierzy opalikowali dziewicze grunty, które wystarczyły im na sto lat lat (czytałem, że rolnictwo amerykańskie całkiem niedawno zbliżyło się do europejskiego wydajnością z hektara). Dobrym przykładem jest House of Cards. Skoro remake brytyjskiego serialu sprzed ćwierćwiecza jest rzeczą świeżą i oryginalną oznacza to, że nie ma po co iść dalej. Trzeba zagospodarowywać wywalczone.
Nadeszła więc epoka średniaków. Oczywiście nie pod względem budżetu i rozmachu, bo tu kolejne rekordy padają nieustannie. Średniaki to produkcje, które może nie wyznaczają nowych ścieżek, ale i tak przyjemnie się je ogląda. Czasem są nawet całkiem mądre. Pesymiści twierdzą, że średniaków po pół roku się nie pamięta, i wzdychają do Prawa ulicy. Je jednak myślę, że nie jest tak źle.
Bo nagle zorientowałem się, że od pewnego czasu doświadczam, jeśli chodzi o tasiemce i minitasiemce, całego szeregu miłych zaskoczeń. W tym roku był to, jak już parę razy pisałem, Detektyw. Jeśli twórcy wyciągną wnioski z tego, co im nie wyszło przy pierwszej serii, druga będzie blisko wybitności. Tak, jak Wikingowie. Rok temu byłem mile zaskoczony, że stacji, która wcześniej zrobiła tylko jeden miniserial, oraz twórcy fatalnego Camelotu uda się z niełatwego tematu (ile było dotychczas udanych produkcji o wikingach?) wycisnąć tyle dobrego. A popalić dali dopiero teraz. Po trzecim sezonie trzymam kciuki, bo tak dobrze napisany serial to rzadkość. Mimo że średniak.
Stały poziom jak zawsze reprezentują Brytyjczycy. Jeśli nie widzieliście Broadchurch, zróbcie to natychmiast, Ośmioodcinkowiec z Davidem Tennantem to bardzo udana próba pożenienia formuły skandynawskiej (kłania się Forbrydelsen) z ojczyzną klasycznego kryminału. Obecnie w USA trwają prace nad remakiem. Nie wiem, jaki jest sens tak prędkiego powielania, ale mam nadzieję, że świat nie zapomni o oryginale – bo zdarzają się takie głupie przypadki.
Ale prawdziwe emocje zagwarantował widzom Ripper Street, kryminał o dwóch policjantach i jednym zapijaczonym Amerykaninie zwalczająych przestępczość w slumsach dziewiętnastowiecznego Londynu. Zaczęło się od tego, że drugi sezon nie dobrnął do finiszu, kiedy BBC oznajmiła, że kasuje projekt. Żeby to była wina serialu. Stacje przesunęła emisję na inny dzień tak, żeby pokrywała się z reality show o celebrytach. A potem rzecznik, jeszcze bardziej zdziwiony niż smutny, oznajmił, iż BBC też musi się liczyć z pieniędzmi i porzucać te mniej udane projekty.Takich numerów spodziewałbym się w Polsce, a nie u nadawcy, który, mimo różnych wpadek, wciąż jest symbolem profesjonalizmu. Na szczęście na ratunek pospieszył Amazon, który dorzucił się do produkcji w zamian za prawo premierowej emisji na swojej nowopowstającej platformie VOD (to, jak tego typu netflixowe pomysły zmieniają serialowe, jest pomysłem na osobny wpis). Fani zapłakali z radości, aktorzy zapłakali z radości, a scenarzysta przebąkuje, że bez problemu może przyszykować wstępny plan na sezony 4 i 5.
Ale czym jest Ripper Street, że anulowanie go tak zasmuciło fanów, a reaktywacja – uradowała?
To właśnie wzorcowy współczesny serial środka. Może nie nowe The Wire, ale na wyższym poziomie niż przeciętny procedural. Bardzo ładny wizualnie (chociaż i tak blednie przy poziomie inscenizacji w Peaky Blinders). Z ciekawie napisanymi bohaterami i bardzo dobrą grą aktorską. O krok od czegoś więcej. Czasem się na Ripper Street zżymałem, jak na przykład kiedy w odcinku o terroryzmie knujący rewolucjoniści okazali się bez wyjątku miłymi, łagodnymi ludźmi, którzy wyrzekli się przemocy. Ale zaraz potem przychodził odcinek, w którym konflikt i postacie napisane były duo bardziej niejednoznacznie, więc wybaczałem poprzednie wpadki. Cały czas czekając, aż serial awansuje w końcu do pierwszej ligi. Czy to się w końcu zdarzy, czy nie, warto cieszyć się z decyzji Amazonu i czekać premiery.
***
Pisałem wczoraj o serialach, kiedy przyszła smutna wiadomość – zmarł Lucius Shepard, znakomity pisarz. W Polsce znany od lat, choć na cztery jego wydane u nas książki, trzy ukazały całkiem niedawno. Dwukrotnie miał odwiedzić Polskę, ostatnio jako gość zeszłorocznego warszawskiego Polconu, jednak za każdym razem nie pozwalał mu pogarszający się stan zdrowia. I już nie przyjedzie. Nam zostały książki: Zielony kocur diabła (Zysk, 2000), Krokodylowa skała (Solaris 2012), Smok Griaule (Mag 2012) oraz Amerykański modlitewnik. Luizjański blues. Viator. (Mag 2013).
piątek, 14 marca 2014
Cthulhu, naprawdę
Tydzień upłynął mi pod znakiem ciężkiej pracy oraz walki z niesprzyjającymi okolicznościami przyrody – w tym z brakiem internetu. Na szczęście panowie technicy przyszli, naprawili jeden router z drugim, a nawet obiecali, że sieć może przyspieszy. W każdym razie mogę nadrabiać zaległości. Dziś znowu o Detektywie. Jeśli kogoś temat nudzi, niech się nie martwi, ma bowiem po dzisiejszym rok spokoju.
Z typowym podsumowaniem ubiegł mnie o parę godzin na gikzach agrafek, więc daruję sobie z przypominaniem najprostszych rzeczy. Opinię mam zasadniczo taką samą, jak on. Zresztą pamiętacie pewnie dwa poprzednie wpisy o serialu. Powinienem być nawet zadowolony, bo Nic Pizzolatto zrobił to, czego chciałem: mordercą okazał się słaby, popełniający błędy misiek (a nie żaden nadczłowiek, jak to jest ostatnio modne), Hart okazał się kimś więcej, niż cieniem cynicznego wymiatacza Rusta, wreszcie piramidalny spisek rysujący się gdzieś od czwartego odcinka oddalił ostatecznie na tyle, że jakby go nie było. Czyli w sumie bardziej Broadchurch niż Twin Peaks pomieszane z Archiwum X (ale wiadomo, że Broadchurch i tak lepsze). Ale to warstwa wierzchnia finałowego odcinka. My zstąpmy do głębi.
W tradycyjnych kryminałach obowiązuje niepisana zasada, że nic się nie marnuje. Do wytypowania w ostatnim rozdziale mordercy stosuje się wszystkie poszlaki, łącznie z tymi, których detektyw z początku nie zauważył. Z tego punktu widzenia Detektyw jest serialem nieudanym. Ale tylko z tego. Pizzolatto zasłynął przedtem przetłumaczeniem na angielski Forbrydelsen i teraz wykorzystał to, czego nauczył się od Skandynawów. Rzekomy błąd jest patentem rodem z Mankella. Uprzedzony przez autora czytelnik widział, jak Kurt Wallander wielokrotnie był o krok od znalezienia sprawcy, ale przeoczywszy jakiś szczegół (chociażby z powodu bólu głowy), nie wracał już do niego. Tym razem jest tak samo: wszystkie spiralki, gwiazdki, znajome twarze przewijające się się gdzieś na trzecim i czwartym planie są dla nas, a Cohle i Hart padają ofiarą klątwy detektywa. A przecież widzowie byli o niej poinformowani w jednym z odcinków i czekali, aż się objawi. No to objawiła się.
Innym problemem była dla wielu widzów końcowa przemiana Rusta. Jak to możliwe, pytają, że ten orędownik chaosu czciciel nicości, jedyny prawdziwy ateista w krainie, gdzie każdy w coś wierzy, mógł tak łatwo zobaczyć światełko? Jak twórcy mogli nam zrobić takie świństwo?! Cóż. Zachowanie Rusta bardzo łatwo wytłumaczyć, jeśli zauważy się, że tak naprawdę za tymi wszystkimi jego gorzkimi monologami kryje się coś, co wszyscy dobrze znamy. Jego heroiczny ateizm jest bardzo podobny do ortodoksyjnego konserwatyzmu, takiego rodem z dzieł dziewiętnastowiecznych, pesymistycznych myślicieli. Konserwatysta stoi na straży wartości, których już dawno nie ma, albo i w ogóle nie było, trwa w wierności wymarłej dynastii, walczy, choć nie ma szans. Identycznie zachowuje się Cohle. Opowiada, że nie ma sensu, że wymyślamy go sobie, żeby zdusić rozpacz, a wszystko zniszczy entropia, lub powtórzy się jeszcze raz, tak samo boleśnie i bezsensownie podczas Wielkiego Powrotu – a jednak stoi i walczy. Jak długo tak można i nie oszaleć albo nie umrzeć z głodu? Cohle, zawierzywszy światłu i tak ma o wiele więcej godności, niż ekskonserwatyści wybierający mamonę. Miejcie to na uwadze.
Tyle jeśli chodzi o rozczarowanie mas ósmym odcinkiem i moje nim oczarowanie. Jest bowiem coś jeszcze. Mroczny kult, na którego trop wpadli detektywi, nie został wymyślony w scenariuszu od tak. Ma literackie korzenie Carcosę wymyślił znany w Polsce Ambrose Bierce (polecam jego zbiór Jeździec na niebie i inne opowiadania). Król w żółci, czarne gwiazdy, motyw maski – z opowiadań Roberta Chambersa (ma w tym roku wydać je nieocenione w takich przypadkach wydawnictwo C&T, na razie jedno opowiadanie można przeczytać tutaj) . Wszystko to w jedność spletli przed dobrym wiekiem autorzy weird fiction z Lovecraftem na czele.
Ale czy na pewno. Musiałbym jeszcze raz skrupulatnie oglądnąć wszystkie odcinki (chwilowo posiłkuję się tym artykułem), ale nie przypominam sobie, by kiedykolwiek z nazwiska wspominani byli Bierce albo Chambers. Przecież Rust w swojej obsesji szukał wszelkich możliwych powiązań i tropów. Nie zauważył, że kultyści zapożyczyli swój kult od klasyków grozy? W dzienniku Dory Lange znajduje przepisany wiersz Chambersa o Carcosie, lecz bez podanego źródła.
Czyżby sugerowano nam, że Król w żółci jako twór literacki sytuuje się NA ZEWNĄTRZ świata przedstawionego, zaś Hart z Cohlem, stykają się prawdziwym okultyzmem wylęgłym w luizjańskich bagnach?
Tłumaczyłoby to najdziwniejszy zwrot akcji w serialu. Ponarkotykowe halucynacje Cohle'a, pokazane w pierwszym odcinku, a potem porzucone w taki sposób, że wszyscy o nich zapomnieli, nagle wracają w finale, gdy dostawszy się przed ołtarz kultystów Cohle'owi objawia się świetlisty wir pośród gwiazd. A przedtem, klucząc w labiryntach opuszczonego fortu, słyszy głosy. To mówi do niego czający się za węgłem degenerat Childress, czy głosy rozbrzmiewają mu bezpośrednio w głowie.
W takiej sytuacji Nicowi Pizzolatto udała się sztuczka. Dla niej wybaczę nawet to, że była wykonana dosyć nieporadnie. Grunt że była, że wyszła, i nas napawa zdumieniem. Została otwarta interpretacyjna furtka dopuszczająca możliwość, że Detektyw to – oprócz kryminału oraz obyczajówki o dwóch mężczyznach poranionych przez los – nadnaturalny horror, a Rusty'emu Cohle'owi nie przywidziało się, tylko doświadczył mrocznej epifanii. Ujrzał Króla w żółci.
Czy to prawdopodobne? Nie mnie oceniać. Ale Nic Pizzolatto oświadczył, że w drugim sezonie też obecny będzie wątek okultystyczny. Wtedy się może przekonamy.
Z typowym podsumowaniem ubiegł mnie o parę godzin na gikzach agrafek, więc daruję sobie z przypominaniem najprostszych rzeczy. Opinię mam zasadniczo taką samą, jak on. Zresztą pamiętacie pewnie dwa poprzednie wpisy o serialu. Powinienem być nawet zadowolony, bo Nic Pizzolatto zrobił to, czego chciałem: mordercą okazał się słaby, popełniający błędy misiek (a nie żaden nadczłowiek, jak to jest ostatnio modne), Hart okazał się kimś więcej, niż cieniem cynicznego wymiatacza Rusta, wreszcie piramidalny spisek rysujący się gdzieś od czwartego odcinka oddalił ostatecznie na tyle, że jakby go nie było. Czyli w sumie bardziej Broadchurch niż Twin Peaks pomieszane z Archiwum X (ale wiadomo, że Broadchurch i tak lepsze). Ale to warstwa wierzchnia finałowego odcinka. My zstąpmy do głębi.
W tradycyjnych kryminałach obowiązuje niepisana zasada, że nic się nie marnuje. Do wytypowania w ostatnim rozdziale mordercy stosuje się wszystkie poszlaki, łącznie z tymi, których detektyw z początku nie zauważył. Z tego punktu widzenia Detektyw jest serialem nieudanym. Ale tylko z tego. Pizzolatto zasłynął przedtem przetłumaczeniem na angielski Forbrydelsen i teraz wykorzystał to, czego nauczył się od Skandynawów. Rzekomy błąd jest patentem rodem z Mankella. Uprzedzony przez autora czytelnik widział, jak Kurt Wallander wielokrotnie był o krok od znalezienia sprawcy, ale przeoczywszy jakiś szczegół (chociażby z powodu bólu głowy), nie wracał już do niego. Tym razem jest tak samo: wszystkie spiralki, gwiazdki, znajome twarze przewijające się się gdzieś na trzecim i czwartym planie są dla nas, a Cohle i Hart padają ofiarą klątwy detektywa. A przecież widzowie byli o niej poinformowani w jednym z odcinków i czekali, aż się objawi. No to objawiła się.
Innym problemem była dla wielu widzów końcowa przemiana Rusta. Jak to możliwe, pytają, że ten orędownik chaosu czciciel nicości, jedyny prawdziwy ateista w krainie, gdzie każdy w coś wierzy, mógł tak łatwo zobaczyć światełko? Jak twórcy mogli nam zrobić takie świństwo?! Cóż. Zachowanie Rusta bardzo łatwo wytłumaczyć, jeśli zauważy się, że tak naprawdę za tymi wszystkimi jego gorzkimi monologami kryje się coś, co wszyscy dobrze znamy. Jego heroiczny ateizm jest bardzo podobny do ortodoksyjnego konserwatyzmu, takiego rodem z dzieł dziewiętnastowiecznych, pesymistycznych myślicieli. Konserwatysta stoi na straży wartości, których już dawno nie ma, albo i w ogóle nie było, trwa w wierności wymarłej dynastii, walczy, choć nie ma szans. Identycznie zachowuje się Cohle. Opowiada, że nie ma sensu, że wymyślamy go sobie, żeby zdusić rozpacz, a wszystko zniszczy entropia, lub powtórzy się jeszcze raz, tak samo boleśnie i bezsensownie podczas Wielkiego Powrotu – a jednak stoi i walczy. Jak długo tak można i nie oszaleć albo nie umrzeć z głodu? Cohle, zawierzywszy światłu i tak ma o wiele więcej godności, niż ekskonserwatyści wybierający mamonę. Miejcie to na uwadze.
Tyle jeśli chodzi o rozczarowanie mas ósmym odcinkiem i moje nim oczarowanie. Jest bowiem coś jeszcze. Mroczny kult, na którego trop wpadli detektywi, nie został wymyślony w scenariuszu od tak. Ma literackie korzenie Carcosę wymyślił znany w Polsce Ambrose Bierce (polecam jego zbiór Jeździec na niebie i inne opowiadania). Król w żółci, czarne gwiazdy, motyw maski – z opowiadań Roberta Chambersa (ma w tym roku wydać je nieocenione w takich przypadkach wydawnictwo C&T, na razie jedno opowiadanie można przeczytać tutaj) . Wszystko to w jedność spletli przed dobrym wiekiem autorzy weird fiction z Lovecraftem na czele.
Ale czy na pewno. Musiałbym jeszcze raz skrupulatnie oglądnąć wszystkie odcinki (chwilowo posiłkuję się tym artykułem), ale nie przypominam sobie, by kiedykolwiek z nazwiska wspominani byli Bierce albo Chambers. Przecież Rust w swojej obsesji szukał wszelkich możliwych powiązań i tropów. Nie zauważył, że kultyści zapożyczyli swój kult od klasyków grozy? W dzienniku Dory Lange znajduje przepisany wiersz Chambersa o Carcosie, lecz bez podanego źródła.
Czyżby sugerowano nam, że Król w żółci jako twór literacki sytuuje się NA ZEWNĄTRZ świata przedstawionego, zaś Hart z Cohlem, stykają się prawdziwym okultyzmem wylęgłym w luizjańskich bagnach?
Tłumaczyłoby to najdziwniejszy zwrot akcji w serialu. Ponarkotykowe halucynacje Cohle'a, pokazane w pierwszym odcinku, a potem porzucone w taki sposób, że wszyscy o nich zapomnieli, nagle wracają w finale, gdy dostawszy się przed ołtarz kultystów Cohle'owi objawia się świetlisty wir pośród gwiazd. A przedtem, klucząc w labiryntach opuszczonego fortu, słyszy głosy. To mówi do niego czający się za węgłem degenerat Childress, czy głosy rozbrzmiewają mu bezpośrednio w głowie.
W takiej sytuacji Nicowi Pizzolatto udała się sztuczka. Dla niej wybaczę nawet to, że była wykonana dosyć nieporadnie. Grunt że była, że wyszła, i nas napawa zdumieniem. Została otwarta interpretacyjna furtka dopuszczająca możliwość, że Detektyw to – oprócz kryminału oraz obyczajówki o dwóch mężczyznach poranionych przez los – nadnaturalny horror, a Rusty'emu Cohle'owi nie przywidziało się, tylko doświadczył mrocznej epifanii. Ujrzał Króla w żółci.
Czy to prawdopodobne? Nie mnie oceniać. Ale Nic Pizzolatto oświadczył, że w drugim sezonie też obecny będzie wątek okultystyczny. Wtedy się może przekonamy.
środa, 5 marca 2014
Poślizgiem z Wyzwania (18)
Wiem, że z wyzwaniem poszło nie tak. Nie chodzi nawet o dwa dni, które wypadły, bo naturą internetu jest, że go czasem nie ma (sprawdzić, czy nie Japonia). Kiedy minąłem pytania lekkie i niezobowiązujące (śmieszna książka, romans, ulubiona seria), a zacząłem się zbliżać do fundamentalnych, dopadła mnie pustka. Bo co zrobić z grande finale "twoja ulubiona książka ever", jeżeli boję się takich kategoryzacji? Zachowawczo wybrać coś, co wszyscy znamy i lubimy (czyli takiego literackiego Stinga), popisać się snobizmem i gustem wyrafinowanym (przeczytałem 30 stron Finneganów, po angielsku, więc gdzie wam do mnie, profani), czy przez kilka tysięcy znaków tłumaczyć uwielbienie dla czegoś, co doceni poza mną może pięć osób (też by się znalazło). Do tego mam przykry problem, że gdy na mieście, przy obieraniu ziemniaków, albo przy koszeniu trawnika obmyślam wpis, on jest, zdaje się być, naprawdę dobry. Tymczasem kiedy siadam za biurkiem, całe to dobro znika. Podejrzewam, że podczas wędrówki z mózgu do palców, wyparowuje przez pory w skórze. Nawet teraz to się dzieje. Po co więc odpowiadać na graniczne pytanie o najważniejszą książkę w życiu, kiedy zrobisz to pokracznymi, słaniającymi się po ziemi zdaniami?
Ale dobrze. Wypadły mi dwa dni. Zatem dzień 18 (odwróciłem kolejność, żeby dramatyczniejsze poszło na koniec):
A book that dissapointed you
Laur zwycięstwa przypadł w wątpliwym zaszczycie Sezonowi burz Sapkowskiego. Książeczkę tę omawialiśmy na spotkaniu w ramach działalności klubu Krakowskie smoki (pozwolę sobie zareklamować, że od nowego roku działa w Krakowie taka inicjatywa). I nikt nie był pełen entuzjazmu. Właściwie najwyższą pochwałą wobec najnowszego wiedźmina jest stwierdzenie, że czytało się szybko i bez problemów. Inne argumenty za znajdowałem w sieci: że krytykują niespełnieni pisarze, że AS specjalnie napisał słabą książkę, coby pokazać, że dalej rządzi w temacie (nigdy nie rozumiałem tych przemyślnych forteli), że nikogo nie obchodzi, czy nam się podobało, czy nie, bo AS i tak liczy kasę, a minusy niech nie zasłonią nam plusów, że Sezon burz to doskonała rozrywka, a czegoś więcej chcą tylko głębokodupni ahhhtyści i inni zboczeńcy. Bo król wrócił i to nie jest jego ostatnie słowo.
Mnie się wydaje, że każdy z tych argumentów działa raczej na niekorzyść Sapkowskiego, niż mu pomaga.
Bo Sezon burz to słaba książka, w której fragmenty przyzwoite (czyli reprezentujące średni poziom autora z czasów wiedźmińskich) sąsiadują z żenującymi. Do tego fragmenty są ze sobą złączone słabo i pretekstowo. Wysnułem nawet teorię, że Sapkowski tej książki nie napisał. Przynajmniej nie dziś. Miał na dysku kilkanaście dłuższych lub krótszych urywków, które wypadły z poprzednich książek, albo do nich nie weszły, bo kłóciły się z czymś ważniejszym, i podopisywał na chybcika dużo słabsze łączniki. Czy to jest coś, czego oczekiwalibyśmy od autora-legendy?
Ale dobrze. Wypadły mi dwa dni. Zatem dzień 18 (odwróciłem kolejność, żeby dramatyczniejsze poszło na koniec):
A book that dissapointed you
Laur zwycięstwa przypadł w wątpliwym zaszczycie Sezonowi burz Sapkowskiego. Książeczkę tę omawialiśmy na spotkaniu w ramach działalności klubu Krakowskie smoki (pozwolę sobie zareklamować, że od nowego roku działa w Krakowie taka inicjatywa). I nikt nie był pełen entuzjazmu. Właściwie najwyższą pochwałą wobec najnowszego wiedźmina jest stwierdzenie, że czytało się szybko i bez problemów. Inne argumenty za znajdowałem w sieci: że krytykują niespełnieni pisarze, że AS specjalnie napisał słabą książkę, coby pokazać, że dalej rządzi w temacie (nigdy nie rozumiałem tych przemyślnych forteli), że nikogo nie obchodzi, czy nam się podobało, czy nie, bo AS i tak liczy kasę, a minusy niech nie zasłonią nam plusów, że Sezon burz to doskonała rozrywka, a czegoś więcej chcą tylko głębokodupni ahhhtyści i inni zboczeńcy. Bo król wrócił i to nie jest jego ostatnie słowo.
Mnie się wydaje, że każdy z tych argumentów działa raczej na niekorzyść Sapkowskiego, niż mu pomaga.
Bo Sezon burz to słaba książka, w której fragmenty przyzwoite (czyli reprezentujące średni poziom autora z czasów wiedźmińskich) sąsiadują z żenującymi. Do tego fragmenty są ze sobą złączone słabo i pretekstowo. Wysnułem nawet teorię, że Sapkowski tej książki nie napisał. Przynajmniej nie dziś. Miał na dysku kilkanaście dłuższych lub krótszych urywków, które wypadły z poprzednich książek, albo do nich nie weszły, bo kłóciły się z czymś ważniejszym, i podopisywał na chybcika dużo słabsze łączniki. Czy to jest coś, czego oczekiwalibyśmy od autora-legendy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
