Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lovecraft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lovecraft. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 marca 2014

Cthulhu, naprawdę

Tydzień upłynął mi pod znakiem ciężkiej pracy oraz walki z niesprzyjającymi okolicznościami przyrody – w tym z brakiem internetu. Na szczęście panowie technicy przyszli, naprawili jeden router z drugim, a nawet obiecali, że sieć może przyspieszy. W każdym razie mogę nadrabiać zaległości. Dziś znowu o Detektywie. Jeśli kogoś temat nudzi, niech się nie martwi, ma bowiem po dzisiejszym rok spokoju.
Z typowym podsumowaniem ubiegł mnie o parę godzin na gikzach agrafek, więc daruję sobie z przypominaniem najprostszych rzeczy. Opinię mam zasadniczo taką samą, jak on. Zresztą pamiętacie pewnie dwa poprzednie wpisy o serialu. Powinienem być nawet zadowolony, bo Nic Pizzolatto zrobił to, czego chciałem: mordercą okazał się słaby, popełniający błędy misiek (a nie żaden nadczłowiek, jak to jest ostatnio modne), Hart okazał się kimś więcej, niż cieniem cynicznego wymiatacza Rusta, wreszcie piramidalny spisek rysujący się gdzieś od czwartego odcinka oddalił ostatecznie na tyle, że jakby go nie było. Czyli w sumie bardziej Broadchurch niż Twin Peaks pomieszane z Archiwum X (ale wiadomo, że Broadchurch i tak lepsze). Ale to warstwa wierzchnia finałowego odcinka. My zstąpmy do głębi.
W tradycyjnych kryminałach obowiązuje niepisana zasada, że nic się nie marnuje. Do wytypowania w ostatnim rozdziale mordercy stosuje się wszystkie poszlaki, łącznie z tymi, których detektyw z początku nie zauważył. Z tego punktu widzenia Detektyw jest serialem nieudanym. Ale tylko z tego. Pizzolatto zasłynął przedtem przetłumaczeniem na angielski Forbrydelsen i teraz wykorzystał to, czego nauczył się od Skandynawów. Rzekomy błąd jest patentem rodem z  Mankella. Uprzedzony przez autora czytelnik widział, jak Kurt Wallander wielokrotnie był o krok od znalezienia sprawcy, ale przeoczywszy jakiś szczegół (chociażby z powodu bólu głowy), nie wracał już do niego. Tym razem jest tak samo: wszystkie spiralki, gwiazdki, znajome twarze przewijające się się gdzieś na trzecim i czwartym planie są dla nas, a Cohle i Hart padają ofiarą klątwy detektywa. A przecież widzowie byli o niej poinformowani w jednym z odcinków i czekali, aż się objawi. No to objawiła się.
Innym problemem była dla wielu widzów końcowa przemiana Rusta. Jak to możliwe, pytają, że ten orędownik chaosu czciciel nicości, jedyny prawdziwy ateista w krainie, gdzie każdy w coś wierzy, mógł tak łatwo zobaczyć światełko? Jak twórcy mogli nam zrobić takie świństwo?! Cóż. Zachowanie Rusta bardzo łatwo wytłumaczyć, jeśli zauważy się, że tak naprawdę za tymi wszystkimi jego gorzkimi monologami kryje się coś, co wszyscy dobrze znamy. Jego heroiczny ateizm jest bardzo podobny do ortodoksyjnego konserwatyzmu, takiego rodem z dzieł dziewiętnastowiecznych, pesymistycznych myślicieli. Konserwatysta stoi na straży wartości, których już dawno nie ma, albo i w ogóle nie było, trwa w wierności wymarłej dynastii, walczy, choć nie ma szans. Identycznie zachowuje się Cohle. Opowiada, że nie ma sensu, że wymyślamy go sobie, żeby zdusić rozpacz, a wszystko zniszczy entropia, lub powtórzy się jeszcze raz, tak samo boleśnie i bezsensownie podczas Wielkiego Powrotu – a jednak stoi i walczy. Jak długo tak można i nie oszaleć albo nie umrzeć z głodu? Cohle, zawierzywszy światłu i tak ma o wiele więcej godności, niż ekskonserwatyści wybierający mamonę. Miejcie to na uwadze.

Tyle jeśli chodzi o rozczarowanie mas ósmym odcinkiem i moje nim oczarowanie. Jest bowiem coś jeszcze. Mroczny kult, na którego trop wpadli detektywi, nie został wymyślony w scenariuszu od tak. Ma literackie korzenie Carcosę wymyślił znany w Polsce Ambrose Bierce (polecam jego zbiór Jeździec na niebie i inne opowiadania). Król w żółci, czarne gwiazdy, motyw maski – z opowiadań Roberta Chambersa (ma w tym roku wydać je nieocenione w takich przypadkach wydawnictwo C&T, na razie jedno opowiadanie można przeczytać tutaj) . Wszystko to w jedność spletli przed dobrym wiekiem autorzy weird fiction z Lovecraftem na czele.
Ale czy na pewno. Musiałbym jeszcze raz skrupulatnie oglądnąć wszystkie odcinki (chwilowo posiłkuję się tym artykułem), ale nie przypominam sobie, by kiedykolwiek z nazwiska wspominani byli Bierce albo Chambers. Przecież Rust w swojej obsesji szukał wszelkich możliwych powiązań i tropów. Nie zauważył, że kultyści zapożyczyli swój kult od klasyków grozy? W dzienniku Dory Lange znajduje przepisany wiersz Chambersa o Carcosie, lecz bez podanego źródła.
Czyżby sugerowano nam, że Król w żółci jako twór literacki sytuuje się NA ZEWNĄTRZ świata przedstawionego, zaś Hart z Cohlem, stykają się prawdziwym okultyzmem wylęgłym w luizjańskich bagnach?
Tłumaczyłoby to najdziwniejszy zwrot akcji w serialu. Ponarkotykowe halucynacje Cohle'a, pokazane w pierwszym odcinku, a potem porzucone w taki sposób, że wszyscy o nich zapomnieli, nagle wracają w finale, gdy dostawszy się przed ołtarz kultystów Cohle'owi objawia się świetlisty wir pośród gwiazd. A przedtem, klucząc w labiryntach opuszczonego fortu, słyszy głosy. To mówi do niego czający się za węgłem degenerat Childress, czy głosy rozbrzmiewają mu bezpośrednio w głowie.
W takiej sytuacji Nicowi Pizzolatto udała się sztuczka. Dla niej wybaczę nawet to, że była wykonana dosyć nieporadnie. Grunt że była, że wyszła, i nas napawa zdumieniem. Została otwarta interpretacyjna furtka dopuszczająca możliwość, że Detektyw to – oprócz kryminału oraz obyczajówki o dwóch mężczyznach poranionych przez los – nadnaturalny horror, a Rusty'emu Cohle'owi nie przywidziało się, tylko doświadczył mrocznej epifanii. Ujrzał Króla w żółci.
Czy to prawdopodobne? Nie mnie oceniać. Ale Nic Pizzolatto oświadczył, że w drugim sezonie też obecny będzie wątek okultystyczny. Wtedy się może przekonamy.

wtorek, 25 lutego 2014

Wyzwanie trzydziestodniowe (27)

The most surprising plot twist or ending

Z zaskakującymi zwrotami akcji oraz niespodziewanymi zakończeniami jest ten problem, że nam przejadły. Piszę "nam", bo chyba ich nadpodaż jest powszechnie zauważana. Prym wiedzie oczywiście kino. Gdzieś mniej więcej od Szóstego zmysłu twist stał się ulubionym zabiegiem scenarzystów. W literaturze wprawdzie aż tak tego nie widać (poza kryminałami, ale one na tym polegają, żeby na końcu odkryć coś niespodziewanego), jednak i tak łatwo znaleźć kilka dobrych przykładów. Bo czy domyśliliśmy się, że bohaterowie Non-stop dotarli do [spoiler]? Że w Człowieku z wysokiego zamku natura rzeczywistości jest mianowicie taka, że [spoiler]? Z samych niespodziewanych zwrotów akcji składają się opowiadania Ambrose'a Bierce'a, które zrobiły na mnie kiedyś niesamowite wrażenie.
Wytypuję jednak inne książki.
Z literatury polskiej Paradyzję Janusza Zajdla, której pierwotny tytuł, Trzecie dno, dobrze oddaje, czego się po niej (nie)spodziewać. Może więc dobrze, że został zmieniony. Amerykańscy miłośnicy teorii spiskowych lubię powtarzać, że rząd ukrywa przed narodem to lub tamto. Zajdel pokazał, że mogą ukryć właściwie wszystko.
Z literatury zagranicznej Widmo nad Innsmouth Lovecrafta. Stereotyp każe uważać HPL-a za słabego pisarza z ciekawą psychologią, tym jednak opowiadaniem dał popalić. Rozwiązanie zagadki podpowiedział praktycznie już na pierwszych stronach. Co jednak z tego, skoro czytelnik bardziej jest zaabsorbowany akcją?
A w ramach nagrody pocieszenia Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda. Nie ma w nim ni zwrotów akcji, ni zaskoczeń. Ale jak się kończy! Pomyślałby kto, że skończone dzieło literackie, zredagowane i wydane za życia autora kończyć się może urwanym zdaniem? Urwanym, bo autor nazajutrz podpisał umowę na inną książkę i stracił ochotę na pisanie poprzedniej?

czwartek, 29 listopada 2012

Kto ty jesteś, Polaku mały


Bardzo lubię pisanie Szczepana Twardocha.
Niestety wraz ze starym dyskiem przepadło archiwum GG, gdzie wróżyłem mu wielką przyszłość – i to w czasach, kiedy był gniewnym dwudziestopięciolatkiem od opowiadania o szalonym kawalerzyście (a jaki ja wtedy młody byłem). Musicie mi więc uwierzyć na słowo.
Proza Twardocha, to nie jest literatura, która gładko wchodzi w człowieka. Przypomina intensywny trening, gdzie bez przerwy człowiek się męczy, boli go to, odrzuca – a jednak brnie dalej, bo to (podobno) zdrowe i w jakiś paradoksalny sposób inicjuje wydzielanie endorfin. O tym, co mnie boli w jego książkach mógłbym pisać bez końca, skupię się więc na rzeczy najważniejszej. Narodowości.
Już wrzucałem link do artykułu, w którym podpisuję się własnym nazwiskiem, więc skoro już upubliczniam się w sieci, pójdę o krok dalej: jestem Polakiem. Chyba, bo  od strony etnicznej można by się czepiać. Ród mój nigdy nie prowadził kronik czy sylwów, nie zachowały się też dokumenty sprzed stuleci (może jakieś księgi parafialne w diecezjalnych muzeach, ale kto by tego szukał), więc nie wiem, czy nie przywędrowaliśmy zza siedmiu mórz, ani też, czy nie wżenił się w nas jakiś element narodowo niepewny. Z drugiej strony takie historie zdarzały się raczej u bogatych mieszczan i szlachty. Dokonywać narodowościowej transgresji, żeby klepać biedę w Polsce – nie widzi mi się to.
Niemniej od czytania Twardocha zacząłem mieć wątpliwości, czy aby na pewno jestem Polakiem. Uczucie, że coś mi nie pasuje, kłębiło się gdzieś na obrzeżach świadomości.  W przeciwieństwie do Twardocha nie miałem żadnego uzasadnienia. Tylko przeczucie.
Olśnienie przyszło rok temu, kiedy jechałem pociągiem do Lublina. Był brzydki listopadowy dzień.  Gdzieś w trzeciej godzinie jazdy wyjrzałem przez okno – i zobaczyłem grozę.
Ponura bezkresna równina, brakowało tylko jurt, żeby poczuć się jak w Azji. Gdzieniegdzie… trudno to coś nazwać. W książce do muzyki ze szkoły podstawowej takie twory nazywano wierzbami i dodawano, że za nimi wzdychał na obczyźnie Chopin. Ja wiem, co to jest wierzba: piękne, melancholijne drzewo. Te cosie  wyglądały jak zasuszone palce poległych olbrzymów, które odsłoniła erozja. Tęsknić za nimi mógłby tylko kultysta z opowiadania Lovecrafta.
Czy ludzie żyjący w takim miejscu mogą mi być rodakami?
W „Lewej wolnej” Mackiewicza jeden z bohaterów ogłasza się patriotą pejzażu. W przeciwieństwie do różnych wariatów, na przykład jak ten, co chciał wszystkie brzozy i topole na Litwie za bycie drzewami „sentymentalnie rosyjskimi”, on kocha każde drzewo, kościół, cerkiew, bożnicę i meczet, jaki dostrzeże w pejzażu. Brzmi to ładnie, ale co jeśli trafi ktoś w zupełnie obcy pejzaż, a będą mówić mu, że jest jego?
To działa chyba i w drugą stronę. Tam pośrodku Przeklętej Płaszczyzny wznoszą się cyklopowe mury Warszawy. Istoty, które ją zamieszkują, patrzą na obrzeża swojej ojczyzny i nie dowierzają temu, co widzą. Tam mają pagórki, a tam wierzby płaczące. Gdzie indziej jeziora. Jedni nie mieli powstań, a inni mieli i nawet wygrali (za czwartym razem, więc żadna sztuka). I te wszystkie obce sobie krainy biedni Przedwieczni z miasta Warsa i Sawy muszą włożyć we wspólny, bluźnierczy nieeuklidesowy mianownik. A że macki Cthulhu nie nadają się do takich delikatnych operacji, co rusz kogoś kaleczą albo nadeptują.
Niełatwo być Polakiem w takiej dużej Polsce.

środa, 11 lipca 2012

Lovecraft non-fiction

Lektura H. P. Lovecrafta: biografii pióra S.T. Joshiego to ciężkie zadanie. Nie tylko z powodu gabarytów książki, która, w zależności od sposobu trzymania, ciąży w dłoniach albo wbija się w brzuch. Joshi na blisko 1200 stronach (z czego sama bibliografia zajmuje ponad 60) zasypuje mnogością faktów i interpretacji, pochyla się nad najdrobniejszymi szczegółami życia HPL, analizuje jego literaturę i poglądy, ocala przed zapomnieniem prawdę i obala mity. Nie da się tego ogromu zbyć kilkoma prostymi myślami.

Zacznę, jak prawie zawsze, od siebie. Pierwsza książka Lovecrafta, jaką przeczytałem, była jednocześnie pierwszym polskim wydaniem (nie licząc opowiadań w Przekroju i jakichś klubówek) jego prozy. Zew Cthulhu (Czytelnik 1983) to bardzo dobry zbiór. Siedem zawartych w nim opowiadań reprezentuje główny nurt twórczości Lovecrafta (można się przyczepić do Muzyki Ericha Zanna, ale to szczegół) i jest świetnym wstępem do dalszej lektury. Mały zgrzyt stanowi wstęp Marka Wydmucha. Wprawdzie wydane w 2004 przez C&T wznowienie Zewu... określa Cień z Providence mianem "legendarnego wstępu", sam zaś Wydmuch to zasłużony badacz literatury grozy, wstęp przyłożył polską cegiełkę do fałszywego obrazu osoby Lovecrafta – bo już literaturę zrozumiał bez błędów, co ratuje wstęp i wciąż pozytywnie świadczy o jego wartości. Trzeba tylko wziąć w nawias kilka akapitów. Najprawdopodobniej Wydmuch nie popełnił błędu w sztuce, tylko po prostu nie miał dostępu do wydanej w 1975 pierwszej poważnej biografii HPL (napisanej przez L. Sprague de Campa – o tym ananasie napiszę, o ile los pozwoli, przy okazji recenzji Conana i pradawnych bogów).

Wysiłek Joshego był ogromny. Dotarł do oryginalnych dokumentów, odbył rozmowy z ostatnimi żyjącymi przyjaciółmi i krewnymi Lovecrafta, przeanalizował tysiące rozproszonych po całej Ameryce listów oraz rękopisów. Efekty zasługują na najwyższe pochwały. Nie będę ich streszczał, zresztą żeby to robić, musiałbym od samego początku zaznaczać co ciekawsze fragmenty. Poszukam w pracy Joshiego rzeczy ogólniejszych.

Lovecraft: biografia swoją strukturą, sensem oraz celem przypomina najgłośniejszą polską książkę tego rodzaju, jaka została wydana w ostatnich latach: Kapuściński non-fiction Artura Domosławskiego. Jedyne, co je różni, to skala rozgłosu. Widocznie fandom jest bardziej niemrawy od polskiej opinii publicznej.
Kapuściński oraz Lovecraft to autorzy upupieni. Zarówno pod względem zakłamanego życiorysu jak i uładzonego. Winne są grupy,w których obaj obracali się za życia. Lovecrafta upupili fantaści, robiąc z niego zdziwaczałego autora horrorów, króla pulpy, który zainspirował do stworzenia popularnego systemu RPG. Joshi daje wprost do zrozumienia, że mamy do czynienia z sytuacją typu "perły przed wieprzami", przy czym wieprzami jesteśmy my – fantaści (złośliwości pod "naszym" adresem jest sporo). Kapuścińskiego natomiast chciano (szczęśliwie biografia ukazała dość wcześnie, by zapobiec upupieniu ostatecznemu) przerobić
na dobrotliwego staruszka, czcigodnego świętego skrojonego pod drobnomieszczańskie gusta czytelników Gazety wyborczej.
Kolejnym elementem wspólnym obu pisarzy (i poświęconych im biografii) jest postać znana jako "żona poety". To osoba posiadająca prawa do twórczości zmarłego i rozporządzająca nimi w sposób tak apodyktyczny, że zahaczający o obsesję i cenzurę. Może to być naprawdę wdowa (jak po Gaczyńskim) ale i, na przykład, syn (Mickiewicza) albo wydawca (Mackiewicza). Lovecraft miał niejakiego Augusta Derletha.
W oczach Joshiego Derleth to wzorowa "wdowa po poecie". Inteligentny i wykształcony, prawado spuścizny po Lovecrafcie zdobył na rympał (prawowity i jedyny godny spadkobierca, niejaki Barlow, popełnił przez to samobójstwo). Zaczął wydawać ją własnym sumptem w specjalnie do tego założonym wydawnictwie, zamiast spróbować pójść do "poważnych" oficyn, co mogłoby znacznie przyspieszyć pośmiertną karierę Lovecrafta. Do tego przestraszył się ateistycznego przesłania jego twórczości, więc zaczął tworzyć jeden za drugim pastisze (sygnowane nazwiskiem obu, jako rzekome współautorstwo), by "schrystianizować" mitologię Cthulhu.
Tak dochodzimy do rzeczy bardzo ważnej, acz pomijanej podczas fandomowej recepcji HPL – przesłania. Domosławski "odkrył" w Kapuścińskim proto-alterglobalistę. Joshi na serio potraktował filozoficzną myśl Lovecrafta (a nie tylko jako inspirację do gier, komiksów i pastiszy), który – opierając się na osiągnięciach nauki końca XIX i początku XX wieku – stworzył ideę kosmicyzmu. O co chodzi? Otóż przez kilkaset lat gwałtownego rozwoju nauk pozycja człowieka spadła z centrum i sensu Wszechświata do pyłku, jednego z milionów efektów zachodzenia procesu ewolucji (która sama nie jest niczym innym, jak chwilowe lokalne zwichrowanie entropii) gdzieś w bezmiarze kosmosu. Ten paradoks, że dawniej było jednak lepiej dla samopoczucia wciąż trzyma miliony przy przestarzałych i fałszywych przekonaniach. I właśnie kosmicyzm, idea, której Lovecraft dawał wyraz w swojej twórczości (tak prozatorskiej, jak esejach) jest tym, co ma ludzkość oswoić z mizerną kondycją i pogodzić z zimnym, obcym Wszechświatem.
Lecz żeby do tego doszło, trzeba HPL-a przygotować do wejścia na literackie oraz intelektualne salony: otrząsnąć ze słabszych opowiadań, pogonić sandalarzy od RPG, bo myślicielowi nie wypada szlajać się w szemranym towarzystwie, oraz rozprawić się z największą skazą na życiorysie: rasizmem.Rasizm Lovecrafta i zmyślanie Kapuścińskiego są strasznymi rysami, które mogą w minutę zburzyć to, co obaj w mozole budowali przez kilkadziesiąt lat. Dlatego obaj biografowie próbują wyegzorcyzmować je ze swoich bohaterów. Domosławskiemu wychodzi to lepiej. Może po prostu robi to lepiej, albo nad grzechemi Kapuścińskiego lepiej przejść do porządku dziennego. Skłamać zdarza się przecież każdemu,
a nikt nie ucierpiał i były ku temu całkiem racjonalne powody.
Swoja drogą ciekawy problemem, jak na swojego biografa zareagowałby sam Lovecraft: Joshi to stuprocentowy Aryjczyk, lecz jednak beżowy na skórze Indus i zarazem element napływowy do Ameryki, którą HPL uważał za kraj dla porządnej angielskiej gentry. W każdym razie niezależnie od okoliczności personalnych, w moim odczuciu Joshi poległ.
Najsłabszy (wg siebie) tekst Lovecrafta, Ulicę, streszcza na dwóch stronach, dodaje anegdotę, że zainspirował ją strajk bostońskiej policji, po czym z dumnie zapisuje, że przedstawił "tę dziką, paranoiczną, rasistowską fantazję w tak bolesnych detalach (...)". Koszmar w Red Hook, kolejne rasistowskie opowiadanie, ponownie okazuje się jednym z najsłabszych. Doprawdy, wielkie to szczęście Joshiego i Lovecrafta, że gdy ten drugi dając upust ciemnym aspektom swojego światopoglądu, natychmiast obniżał loty. Ezra Pound tak dobrze nie miał.
Pod koniec książki Joshi zdawał sobie chyba sprawę, że pod tym względem nie najlepiej mu idzie. Postanowił więc wytoczyć najcięższe działa stwierdzając, że HPL-owski rasizm można wziąć w "kordon sanitarny" i oddzielić od reszty poglądów (tutaj przyznaję szczerze, że zaznaczyłem fragmentu, gdzie jest to wprost napisane i teraz nie mogę go znaleźć – najwyżej coś mi się uroiło). W końcu pisze: "niektórzy będą oburzeni jego ateizmem, inni "faszyzmem" (...)".
I to jest morał, dla mnie, dla P.T czytelników, Artura Domosławskiego oraz Świata: jeżeli twój idol sprawił ci problemy, weź je w cudzysłów.

S.T. Joshi, H.P. Lovecraft: biografia, Zysk i ska 2010