sobota, 18 maja 2013

Już za chwilę, za momencik, czyli przed finałem Doctora Who

Jak w tytule. Niedługo widzowie w Wielkiej Brytanii poznają (albo i nie) odpowiedzi na zagadki siódmego sezonu, my będziemy musieli poczekać, ale też niedługo. Skorzystam więc z ostatnich momentów i pohejtuję sobie na Stevena Moffata i jego dzieło. A co! Może się mile rozczaruję.
  • Za krótkie odcinki. To jakaś zmora scenariuszy siódmego sezonu (głównie pierwszej połowy, ale potem też jest nie lepiej), że wydają się być pisane na godzinny odcinek specjalny. Co rusz zdarzała się historia, której obcięto piętnaście minut fabuły. Żeby robiono to jeszcze z taktem, ale nie – The Power of Three to początek, środek i zakończenie skrócone do może minuty. A Town Called Mercy z kolei nie ma początku – Doctor i towarzysze od razu wpadają w przygodę. W tej sytuacji brawa Neilowi Gaimanowi, który jako scenarzysta błyszczy na tle.
  • Wrogowie. Nie wiem, czy to jakaś tendencja, czy po wynik decyzji. Wrogowie w ostatnich odcinkach są nie do zniesienia. Dawniej byli urozmaiceni w swoich motywach, a wszelkie potencjalne wątpliwości widzów dało się ukryć w fałdach konwencji. Teraz zaś Moffat & kompania zredukowali przeciwników do dwóch schematów. W pierwszym trzeba się tylko przed przeciwnikiem otworzyć, porozmawiać, dać jemu z kolei się otworzyć, a wnet okaże się, że wcale nie jest zły i albo się wycofa, albo ruszy do walki z prawdziwym zagrożeniem, które jest bądź zjawiskiem naturalnym, albo drugim typem przeciwnika. Typ drugi jest przegięty, zły, demoniczny, ma gębę wygiętą w paskudnym grymasie i śpiewa "And did those feet in ancient time". Jak pani w odcinku The Crimson Horror. Z takimi nie da się wejść w Dialog, wpółczuć, zrozumieć, ani wybaczyć. Trzeba zatłuc.
  • Wiktoriańskie wartości. Niby co mnie obchodzą prywatne problemy Anglików, już wspominała o nich (bardzo trafnie) Rusty Angel. Niestety, dr Simeon i madame Vestra wracają w odcinku finałowym, więc sprawa jest nie cierpiąca zwłoki. "Carnivorous snow meets Victorian values, and something terrible is born" – powiedział Doctor w odcinku świątecznym i coś zabolało. Odwiedzał podlejsze miejsca, epoki z gorszym PR, ale tekst o wiktoriańskich wartościach trzeba było powiedzieć na wszelki wypadek dwa razy. Ciekawe, czy dziś usłyszymy go ponownie.
  • Konsekwencja. Bardzo niebezpieczny temat. Jedni siedzą na TARDIS Wikia i pilnują każdego szczegółu, innym wszystko jedno, bo chcą tylko fajnego odcinka. Ja plasuję się gdzieś pośrodku: trzeba się trzymać jakichś ram, ale gdyby przestrzegano jakiegoś kanonu, to Doctor byłby dawno skasowaną edukacyjną serią dla dzieci. Brak konsekwencji najbardziej ostatnio bolał w Journey to the Centre of the TARDIS. Gdzie się podziała TARDIS z The Doctor's Wife? Najpierw ja uczłowieczyli, by potem zrobić coś pomiędzy rannym zwierzęciem a popsutą maszyną. O jeju.

poniedziałek, 13 maja 2013

Prywata

Jeśli są osoby, którym za mało wpisów na blogu, to pewnie ucieszą się, że od pewnego czasu pisuję również na nie-serwisie o grach gikz.pl. Mój tekst jest tam co poniedziałek, w przyszłości może będzie i coś extra (recenzja pewnej gry, w którą teraz gram i nie wiem, co o niej myśleć, poza tym, że jest dziwna). Zresztą całego gizka polecam szczerze, bo to jedno z fajniejszych miejsc w Sieci.

Poza tym jest już czwarty numer e-zinu International Speculative Fiction. Niby miło, ale z drugiej strony smutno patrzeć, jak przegapiamy koniunkturę na fantastykę międzynarodową (taki eufemizn na inną niż anglojęzyczna). No ale co począć. Brakuje nam autora, który mógłby być łącznikiem między kulturami, jak Lavi Tidhar albo Ken Liu, który albo potrafiły pisać literaturę od razu po angielsku, albo tłumaczył siebie i kolegów metodą "na Kosińskiego". Wciąż musimy polegać na archaicznym modelu "znajdź tłumacza-slawistę, który rozumie fantastykę i dobije się do zamorskich wydawnictw". Szkoda.

sobota, 4 maja 2013

Ach ci naukowcy

W zeszły piątek odbyło się krakowskim Ogrodzie Sztuki odbyło się spotkanie z Jackiem Dukajem. Początkowo wydawało mi się, że będzie to impreza kameralna, wręcz zamknięta, chociaż bez kart wstępu czy bramkarza z listą na wejściu. Z lekkim niepokojem pisałem parę dni wcześniej do agrafka. Niby nikt nie zabronił, ale jeszcze się na mnie organizatorzy obrażą. Ale natychmiast, jak kliknąłem w okienku guzik "wyślij", komunikat o spotkaniu pojawił się na Jawnych Snach. Potem błyskawicznie obiegł cały fantastyczny internet i 26 kwietnia o 17:30 na ulicę Rajską zwalił się niezły tłum. Mistrz też był skonfundowany, bo skalę imprezy wyobrażał sobie podobnie, jak ja. Na szczęście nie przydarzył się żaden niemiły incydent. Towarzystwo było kulturalne, a rozmowa nie odbiegła od zaanonsowanego tematu, czyli światotwórstwa (worldbuildingu) w literaturze, grach i filmie. Dukaja na spotkanie zaprosiło krakowskie koło Polskiego Towarzystwa Badaczy Gier – czyli naukowcy z UJ. A o naukowcach właśnie chcę dzisiaj napisać.

Poważna SF bardzo często opowiada o naukowcach, a nawet jeśli nie, to zawsze znajdzie się miejsce na drugim planie dla jednego lub dwu. W tej bardziej rozrywkowej, nastawionej na strzelanie do kosmitów/mutantów/zombie również muszą się znaleźć jajogłowi dostarczający bohaterowi futurystycznej broni i przeprowadzający badania nad zdobytymi w walce artefaktami. Byłby to koronny argument za ostatecznym przypisaniem Gwiezdnych Wojen do fantasy – nie ma nich naukowców (chyba że gdzieś głęboko w Expanded Universe). Ale to tak na marginesie.
W każdym razie mamy w fantastyce naukowej naukowców. Ewoluowali przez sto kilkadziesiąt lat istnienia gatunku. Teoretycznie jednak przeważający wpływ na ich kreację powinny mieć pozytywistyczne korzenie science fiction. Przekonanie, że świat jest wyjaśnialny rozumem i do ogarnięcia równaniami matematycznymi – czego dokonać mieli właśnie naukowcy. Szczytem takiego myślenia w literaturze była chyba psychohistoria Asimova, fikcyjna dyscyplina łącząca w sobie historię z socjologią i matematyką, zdolna prognozować losy cywilizacji na tysiąclecia do przodu. Pozytywizmowi pomogła jeszcze dominacja jankesów, doprawiając go kultem self-made-mana, którego jedną z inkarnacji (obok przedsiębiorcy) był zaradny inżynier.
Ale potem przestaliśmy wierzyć w naukowców. Wszystko popsuły pieniądze.

Przez światy i wieki
Tak wynika z geografii. Jeśli bowiem zaznaczyć na mapie terytoria, gdzie pozytywistyczny ideał trzymał się najdłużej, odkrylibyśmy, że na wschód od żelaznej kurtyny. Socrealistyczne powieści Lema czy Jefremowa są pochwalnym hymnem ku czci zdobywców wiedzy. Kto Zagubionej przyszłości Borunia i Trepki przewodzi rewolucji? Konstruktor, astronom i filozof. Zresztą w "opozycyjnej" literaturze Zajdla było identycznie. W Paradyzji fizyka niosła Prawdę, w Limes inferior pracownicy instytutu próbowali przechytrzyć system, wreszcie w Wyjściu z cienia naukowcy – podobnie jak w Zagubionej..., partyjnym dziadku fantastyki socjologicznej – stają w pierwszym szeregu ruchu oporu.
W socjalizmie naukowców szanowano. Może dlatego, iż równocześnie brzydzono się mamoną i jej brzydkim dzieckiem – kapitałem.
Na Zachodzie trzeba się liczyć z każdym groszem. Nie przeszkadzało to jeszcze za Wellsa, w ostatnich dniach, kiedy amator mógł jeszcze dokonać czegoś przełomowego. Ekscentrycy w rodzaju bezimiennego podróżnika w czasie, czy doktora Moreau samodzielnie opłacali swoje badania. Później genialni samotnicy poszli w odstawkę. Fantastyczni naukowcy zaczęli pracować zbiorowo, najczęściej w potężnych jednostkach wzorowanych na Los Alamos albo CERN. Wtedy pojawiły się koszty.
Jeżeli ktoś ma jeszcze pierwszego Deus Eksa, może szybko sprawdzić, że w grze ma największe laboratoria mają ci źli. To już nienapisana zasada cyberpunku, że technologiczna przewaga jest po stronie bezwzględnych korporacji. Mrowiącym się w jej budynkach ludziom w białych kitlach jakby w ogóle nie zależało, dla kogo pichcą morderczego wirusa, czy kolejne narzędzie do wzmacniania władzy (podobnie sytuacja ma się wśród naukowców finansowanych – jak mawiają Amerykanie – przez "rząd federalny"). W oczach Zachodu naukowcy przestali być szlachetnymi idealistami, czy chociaż zakochanymi w swojej pracy jajogłowymi.  Autorzy SF wyrośli ze złudzeń. Pieniądz zabił szlachetność i romantyzm nauki, wystawiając ją na łup grupom interesu. Naukowcy się sprzedali.

Jedną z drugoplanowych postaci w Nakręcanej dziewczynie Bacigalupiego jest niejaki Gibbons, geniusz, który uciekł spod opieki genetycznej korporacji AgriGen do Tajlandii, gdzie by zostać tajną bronią państewka walczącego z globalnym molochem. Bynajmniej nie jest żadnym aniołem. Uciekł, bo korporacja nie dawała mu dość satysfakcji. Tajowie traktują go niczym niebezpieczne zwierze w klatce, albo diabła, z którym trzeba paktować, ale nie wolno wierzyć. Chociaż sam widzi się jako coś w rodzaju boga, jest raczej demiurgiem, kulawym stwórcą.
Większa niewiara w naukę byłaby już odlotem w luddyzm albo mistycyzm.

Dukajem zacząłem, to i nim skończę. W Czasie fantastyki (polecam, od tego roku za darmo – wstyd nie brać) regularnie publikuje recenzjo-eseje polegające na tym, że bierze jakąś anglojęzyczną książkę z Amazonu, która mu się ostatnio spodobała i pisze tekst zaczynający się jak typowa recenzja, ale po kilku akapitach przechodzącym do rozważań nad jakąś wyjętą spomiędzy kartek myślą. Spróbuję tak samo.
Bowiem nie można zatrzymać się na opisie sytuacji. Degrengolada fantastycznonaukowych uczonych to jeden z wielu objawów kryzysu gatunku, na którego temat wylano tyle atramentu, że czas wreszcie zacząć myśleć nad lekarstwem. Ponieważ zachodni autorzy są światopoglądowo wychyleni na lewo, spróbuję wymyślić lewicowe rozwiązanie. Na pewno dałoby się rozwiązać problem na prawicowo czy liberalnie, ale na razie nie mam ambicji odwracać paradygmatów.

Socjalizm naszą platformą startową
Wydaje mi się mianowicie, że SF doszła do wniosku, że "chciwość mentalna" charakteryzująca naukowców nie różni się wiele od napędzającej kapitalizm chciwości materialnej, tylko boi się wyrazić to wprost.
Kapitaliści mówią: "dajcie nam swobodnie inwestować, handlować, produkować oraz zagarniać. Społeczeństwu też coś skapnie z pańskiego stołu: miejsca pracy, wytworzone dobra. Bądźcie wdzięczni."
Uczeni analogicznie: "dajcie nam swobodnie rozbijać atomy, grzebać w genach, wystrzeliwać rakiety międzyplanetarne. Ludziom też coś skapnie: szczepionki, elektronika jeszcze szybsza niż poprzednia. Bądźcie wdzięczni."
Nie nawołuję do pisania powieści o antyrozumowej rewolucji, palenia podręczników do analizy matematycznej i stawiania profesorów pod ścianą – przedsiębiorców przecież też nikt nie zamierza wieszać na latarniach. Program pozytywny, którego SF tak teraz potrzebuje to – ośmielę się wymyślić nowe słowo – "socjalintelektualizm". Przeniesienie koncepcji zrównoważonego rozwoju na wszelką działalność umysłową. Tyle postępu, ile może w danym monecie być sprawiedliwie zagospodarowane przez społeczeństwo.
W ten sposób nie tylko dotychczasowa science fiction wybrnie z odmętów nihilizmu, ale odrodzi się fantastyka socjologiczna. Trzeba będzie socjalintelektualistyczny porządek opisać i zaprezentować światu. Pokazać, że jak nadmiar energii fizycznej skonsumował sport, tak trzeba będzie okiełznać nadmiar aktywności mózgowej. Może działalnością artystyczną. Albo też potencjalnych uczonych zagospodarują pokrewne dziedziny praktyczne: rolnictwo biologię, reperacja domofonów elektronikę, poezja – astronomię.
Oczywiście nauka nie zaginie całkowicie. Ograniczona do rozsądnych rozmiarów populacja badaczy wróci z korporacyjnych molochów i wojskowych laboratoriów na uniwersytety, gdzie, otrzymawszy rozsądne fundusze, będzie poszerzać wiedzę w kierunku i zakresie wyznaczonym na drodze konsultacji społecznych.
Tyle tematów dla przyszłych Zajdli.
I Żuławskich:

Obywatele!Rząd opiekuńczy, dbały o dobro rzeczy społecznej, staraniom jego powierzonej, wobec niesłychanych i nader ubolewania godnych wypadków ostatnich dni, widzi się zniewolonym raz na zawsze koniec położyć złu, które społeczeństwo na piersi własnej, własną ofiarną krwią, niestety, wyhodowało.

Uczeni, odkrywcy i wynalazcy byli niegdyś bezsprzecznie błogosławieństwem ludzkości. Im to poniekąd zawdzięczamy dobrobyt, z opanowania sił przyrody płynący, bo chociaż myśmy własnymi, pracowitymi rękami zbudowali fabryki i porządek gospodarczy ugruntowali, to trzeba przyznać, że oni niejednokrotnie wynalazkami swymi dali nam impuls do tej pracy owocnej. I chociaż oświata ogólna jest także zasługą społeczeństwa, które ku wiedzy i ducha podniesieniu się kwapiąc, szkół miliony pobudowało i ujęło nauczanie w swe ręce, to jednak nie da się zaprzeczyć, że mędrcy niemałą tu rolę odegrali, pomagając swymi badaniami do otwarcia nowych dziedzin myśli.

Była to słuszna wypłata społeczeństwu, że im pozwoliło rozwinąć się i stworzyło im pracą swoją konieczne dla spokojnych dociekań warunki.

W końcu jednak wynaleziono już wszystko, czego nam potrzeba, i dowiedziano się daleko więcej, niż możemy potrzebować. Uczeni ci, którzy się dumnie „wszystkowiedzącymi” nazwali, stali się dla nas zbytkiem kosztownym i społeczeństwo jedynie przez pamięć zasług dawnych ich poprzedników cześć im oddawało.

Atoli stała się rzecz straszna. Ci z łaski społeczeństwa żyjący mędrcy sprzysięgli się przeciw niemu i wespół z najciemniejszym motłochem usiłowali dla własnej korzyści zatrząść utwierdzonym od wieków porządkiem na Ziemi.

Obywatele! Mędrców już nie potrzebujemy! Wystarczy nam to, cośmy dotąd zdobyli. Rząd, dobro społeczności ludzkiej mając na oku, położyć tu musi kres rozpanoszonej pysze i wichrzycielstwu.

I przeto:

1. Rozwiązuje się od dzisiaj stowarzyszenie uczonych, pod nazwą Braci wiedzących istniejące.

2. Znosi się wszelkie pensje, dotąd uczonym wypłacane, pozostawiając im wolność zarobkowania ręcznego, jeśli chcą żyć.

3. Takoż znosi się wszelkie zakłady, tak zwanej czystej nauce i badaniom bezpłodnym poświęcone, pozostawiając jedynie instytuty społecznego pożytku i ekonomicznej wartości.

4. Zakazuje się na przyszłość najsurowiej i pod ciężkimi karami utrzymywania prywatnych laboratoriów oraz wydawania dzieł, które by przez osobną cenzuralną komisję w rękopisie za pożyteczne wprost nie były uznane.

5. Utrzymując w mocy i w pełnym uposażeniu istniejące szkoły zawodowe, zamyka się raz na zawsze wszelkie szkoły wyższe, tak zwane filozoficzne, czyli ogólne, a przede wszystkim dotąd kosztem rządu utrzymywaną Szkołę mędrców.

6. Aby uniemożliwić obejście powyższego rozporządzenia, zakazuje się stanowczo wszelkiego prywatnego nauczania, bez względu na to, pod jakim by ono pozorem było prowadzone.

Obywatele! Rząd tuszy, że z wdzięcznością przyjmiecie do wiadomości to rozporządzenie.
(Jerzy Żuławski, Stara Ziemia. Tekst za serwisem Wolne lektury)


sobota, 20 kwietnia 2013

O pochłonięciu

Bardzo lubię serial Castle. Na tle większości amerykańskich kryminałów – laboratoryjnie chłodnych klonów CSI oraz kalk Doktora House'a, gdzie bohaterem jest genialny mizantrop z tragiczną przeszłością – wybija się serwowaniem widzowi radosnej rozrywki. A najfajniejsze są odcinki halloweenowe, w których zawsze sprawa dotyczy czegoś wariackiego. Były wampiry, UFO, nawiedzony dom i mord na statku kosmicznym (to wiem od agrafka – mam półtora sezonu opóźnienia). Ważne jest też odmienne podejście bohaterów do tych wariactw. Pani detektyw Beckett cały czas zachowuje zimną krew, jej partner zaś, pisarz kryminałów Richard Castle, daje się porwać i pochłonąć atmosferze.
Właśnie – pochłonąć. Czasami narzekam na fantastykę, że jej autorzy nie chcą już być oryginalnymi, tylko korzystają z gotowców. Jest gdzieś archiwum pojęć wypracowanych przez sto dwadzieścia lat świadomego istnienia gatunku, z którego biorą, co im akurat potrzeba. To wygodne, bo nie trzeba się zastanawiać, jak opisać coś nowego. Wystarczy tylko zakomunikować czytelnikowi coś w rodzaju "jakie Imperium Galaktyczne jest, każdy wie (z Gwiezdnych wojen, Diuny i Fundacji)".
Niestety, ma ta sztuczka sporą wadę. Konwencja obejmuje nie tylko rekwizyty, ale i wewnętrzną logikę zdarzeń powieści. Wtedy czytelnik domyśla się intencji autora, a nawet je wyprzedza ˜– bo jest oczytany w gatunku, wie, jakimi ścieżkami podążają bohaterowie, co jest możliwe w fantasy albo kryminale, a co się z nimi gryzie.
Są na szczęście pisarze, którzy nawet ten problem potrafią przekuć w ciekawą literaturę.
Jak na przykład Katalończyk Albert Sánchez Piñol w powieści Pandora w Kongu. Akcja jej toczy się w Londynie w przeddzień wybuchu Wielkiej Wojny, a bohaterem jest Thomas Thomson, młody pisarz. Przy czym "pisarz" to określenie trochę na wyrost, bo Thomson ledwo wiąże koniec z końcem, będąc murzynem doktora Luthera Flaga, mistrza pulpowych powieści o przygodach w kolonialnej Afryce. I byłby pewnie długie lata tak pisał na podstawie otrzymanych od doktora niechlujnych konspektów (nawet zatrudniając ghostwriterów trudno cyzelować konspekty, jeśli chce się utrzymać tempo trzech powieści na tydzień przez dwadzieścia lat), gdyby ciąg zbiegów okoliczności nie wplątał go aferę będącą na ustach całego miasta. Ma spisać relację człowieka oskarżonego o zamordowanie w Kongu braci-arystokratów, których był służącym. A wydarzenia w Afryce okazują się przerastać wszystko, co Thomson zawarł w sensacyjnych powieściach sygnowanych nazwiskiem doktora Flaga.
Drugim pisarzem jest o wiele bardziej znany Dan Simmons i jego Drood opowiadający o ostatnich latach życia Karola Dickensa, widzianych oczami jego przyjaciele, współpracownika i zazdrośnika, Wilkiego Collinsa. Simmons oparł fabułę na następującym założeniu: większość powieści Dickensa, pełnych sierot, miejskiej biedoty, ludzi więzionych za długi i rozmaitych iście brytyjskich dżentelmenów-oryginałów miały inspirację w biografii ich autora. Co więc, jeśli to samo dotyczy ostatniej, niedokończonej Tajemnicy Edwina Drooda zawierającej takie straszne rzeczy, jak palarnie opium, chęć mordu, tajemnicze zniknięcie i dół z wapnem palonym?
Kluczem obu książek jest wiarygodność narratora. W Pandorze Thomson słucha spowiedzi mordercy, od której zależy jego życie. Trzeba przekonać opinię publiczną, a za jej pośrednictwem przysięgłych. Spisuje więc niesamowitą opowieść, przy jakiej bledną fabuły Haggarda i Burroughsa. A cały czas jesteśmy w realistycznie przedstawionym, pozbawionym jakiejkolwiek fantastyczności Londynie roku 1914.
Jeszcze gorzej sprawa ma się w Drodzie. Połowę jego szaleństw (mesmeryzm, sekta zabójców, londyńskie – znowu – podziemia urosłe do monstrualnych rozmiarów) poznajemy z relacji Dickensa – znanego blagiera, fantasty i dowcipnisia. Wprawdzie drugą połowę widzi (i nawet jej doświadcza) Collins, ale on z kolei jest opiumistą, krętaczem i panikarzem.
A jednak w obu przypadkach dajemy się pochłonąć opowieści. Chociaż wcale nie musimy. Czyżby to sprawiała konwencja? Jedno słowo, thriller, fantasy, SF – i już przyjmujemy wszystko na słowo? Zaginioną białą rasę w podziemiach Konga? Demonicznego Drooda bez warg i powiek? Ale skąd wiemy, do jakiej konwencji należy książka? Pomocą może być decyzja wydawcy, który opatrzy ją w odpowiednią informację na okładce. Sprawdziłem – ani Pandora, ani Drood niczego takiego nie mają.
Mają więc pisarze nad czytelnikami olbrzymią władzę. Najpierw uczą ich całego arsenału pojęć, rzekomo żeby obu stronom było wygodniej obcować z literaturą (zarówno od strony producenta, jak i konsumenta), a potem gnębią i oskarżają, że polegają na gotowcach.
Chyba nieprzypadkowo Piñol  i Simmons uczynili swoimi bohaterami pisarzy – żeby wreszcie poczuli na własnej skórze, jaką straszliwą siłę ma ich zawodowa wyobraźnia.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Dylematy freedom fightera


My za to, neutralni,
mamy prawo w jadalni,
żując stek lub warzywo,
śmierć oglądać na żywo.

Brodski, Kolo, Barańczak

Napisał Misiael na Mistycyzmie popkulturowym, że nie po drodze mu z pewnymi rzeczami, do których zmusza go najnowszy Bioshock (swoją drogą: jaka ta gra musi być króciusieńka, że już ją skończył; kiedy byłą premiera, tydzień temu?). Mianowicie musiał strzelać do ludzi. Nie tam mutantów, faszystów, czy innych demonów, ale prostych policajów, którym reżim panujący kazał dorwać głównego bohatera. Rzeczywiście niepokojące. Stójkowy, jak mu zabrać pałkę i nagana, to prawie cywil. Mnie też coś takiego uderzyło, parę lat temu, przy pierwszym Matriksie. Pamiętacie, co mówił Morfeusz? Każdy nieodłączony jest agentem. Albo nie jest. Późniejszym tokiem akcji film dopowiada: prawdopodobnie każdy jest agentem, więc przestań się martwić i repetuj broń.
Tutaj mógłbym kończyć, bo pointę dawno już padła w Austinie Powersie Mike'a Myersa. To też na pewno pamiętacie. Z rąk dzielnego agenta ginie najemnik Doktora Zło, a jego żona (mieszkająca z dzieckiem i - o kojarzę - zwierzątkiem w podmiejskim domku) dostaje zawiadomienie o śmierci. Potem identyczna sytuacja zdarza się jeszcze raz, a my już wiemy, że ci wszyscy zatrudniani do mycia obudowy reaktora, albo dokarmiania rekinów w basenie to w sumie mili kolesie, których powinno nam być żal.
Ale pociągnę temat dalej, bo mnie zaciekawił wielce.
Rzadko tu piszę wprost o polityce, więc proszę o wybaczenie, że przytoczę anegdotę. Bodaj w Newsweeku, chyba jeszcze zanim naczelnym został Tomasz Lis, ukazał się artykuł o zaskakującym poparciu, jakie po 10 kwietnia uzyskiwało Prawo i Sprawiedliwość wśród najmłodszych wyborców. Było to absolutnie wbrew popularnej wówczas narracji o młodych-wykształconych-europejskich przeciwstawianych starym-smutnym-brzydkim. Dziennikarze nie wiedzieli co z tym faktem począć, nie przystawał do żadnej teorii, aż wreszcie jakiś psycholog znalazł rozwiązanie: wszystko przez popkulturę. Młodzież naoglądawszy się Archiwum X i JFK, nagrawszy się w Deus Eksa mimowolnie ciąży ku teoriom spiskowym, odrzucając wyjaśnienia arcyboleśnie proste, ale mało atrakcyjne fabularnie. Powiedziałbym, że właśnie w czymś takim objawia się straszliwa potęga popkultury, a nie w prostym biciu po oczach przemocą i seksem.
Ale mniejsza z konkretnymi przykładami, bo nie chodzi o specyficzny czas, czas miejsce, czy partię. Jeśli bowiem przyjmiemy, że "pop ma moc", to następnym wnioskiem jest, że już na większego ignoranta to nieszczęście nie mogło spaść.
Wróćmy do gier (chociaż dotyczy się to całej reszty) i ukochanej przez nie łysiakowskiej postawy alone against all. Dzięki seriom Medal of Honor i Call of Duty miałem w gimnazjum okazję w pojedynkę wygrać na froncie zachodnim podczas drugiej wojny. Niby walka nie była samotna, miałem przecież towarzyszy, ale suma summarum to JA zdobyłem bunkry na plaży Omaha, rozwaliłem niemiecką instalację radarową, wysadziłem w powietrze U-Boota. Reszta wojska tylko robiła za tło (przy w CoD gameplay przynajmniej próbował jakoś zamaskować ten indywidualizm). Potem na długo odkleiłem się od strzelanek, bo nie zmieniałem sprzętu, niemniej figura samotnego bojowca rządzi. Czasem tylko rozmywa się na drużynę albo inny kolektyw, co zresztą nie zawsze wychodzi na dobre. Mass Effecta bardzo szybko rzuciłem w kąt, bo nie miałem nerwów pilnować dwójki towarzyszących mi ofiar losu.
W każdym razie ma taki bojowiec klawe życie, oraz wyżywienie klawe. Biega sobie, strzela, wroga od cywila odróżnia z kilometra i wszyscy go kochają. Walczy za Wolność i Demokrację, przy czym może być albo lokalsem, albo misjonarzem z dalekiego kraju, nawracającym na nową wiarę ogniem i mieczem.
Nie zrozumcie mnie źle, nie piszę tu hejtu na demokrację, prawa człowieka, czy co innego. Po prostu odnoszę wrażenie, iż kupujemy gumiaste burgery zamiast pełnowartościowego posiłku i dziwimy się, że się coś nie zgadza.
Młody zaangażowany.
Jak takiego nie lubić?
W każdym razie wolność i demokracja rulez, czy to w trzecim świecie, magicznym neveralndzie lub cyberprzyszłości – tylko wcześniej musimy postrzelać do tych złych. A źli są cudowni w czystości swojego zła, niby walisz do nich na oślep z peema, a tak naprawdę wycinasz ze zdrowej tkanki stołecznej, aż chirurdzy pękają z zazdrości na samą myśl o podobnej precyzji. Podejrzewam, że twórcy nieświadomie dają nam coś w rodzaju platońskich idei Złego El Dictator, Uciemiężonego Ludu, Tajnej Policji.
Nie uświadczysz w popkulturowych krainach żadnych wandejczyków i cristeros. Żaden w nich System nie dorobi się swojego Horsta Wessela. Wszystko w nich jest takie proste.
Nieprzypadkowo zacząłem wpis od strofy z Broskiego. Myślałem, żeby dać wiadomy kawałek Erenburga (Nie licz dni, nie licz kilometrów, licz jedynie trupy Niemców, które zabiłeś. Zabijaj Niemców - o to modli się twoja matka. Zabijaj Niemców - do tego wzywa cie Rosja. Nie wahaj się. Nie przepuszczaj okazji. Zabijaj.) albo cytat z Drzazgi Zazubrina, w którym Srubow tak pięknie pisze o swoim zawodzie. W ogóle Rosjanie świetnie czają temat czekisty, a przecież ci wszyscy gieroje popkultury to tacy superczekiści, którzy nie stoją i nie czekają, aż im się podprowadzi skazanych pod ścianę, tylko biorą nagana w prawicę i ruszają na miasto.
Wziąłem Brodskiego, żeby zaczepić się o temat z nieco innej strony. Wiersz Kolo (jest do wyguglania) to jeden z jego późnych utworów, które pisał, kiedy gorzały wojny bałkańskie. To taka – oprócz opisu ludzkiego cierpienia – satyra na zachodniego mieszczucha, który gapi się w ekran, widzi niezrozumiałem obrazki – i się mądrzy.
Aż chciałoby się powiedzieć straszne słowa: dawno wojny nie mieli. Tfu, wyplujmy je szybko, bo nie wolno tak. Ale zaraz potem włączamy sympatyczny skądinąd serial Copper, w którym może poza jednym mądrym momentem konfederaccy agenci w Nowym Jorku są pokazani jak źli szpiedzy z jakiegoś Trapezfiku, a nie kawałek bliskiej autorom historii. Przedziwne.
Ale najbardziej bolą serious games.
Pewnie nie wszyscy wiedzą, ja wiem od wczoraj (podziękowania dla pana Piotra z Jawnych snów). Serious games to przeważnie małe, amatorskie produkcje, które niosą przesłanie. Pierwszą głośną produkcją z tego nurtu jest opowiadający o wojnie z terroryzmem September 12th. Screen u góry. Rozrywka wygląda następująco. Po placyku chodzą cywile i terroryści. Wybierasz cel, ale ponieważ rakieta trochę leci, ludziki się przesuwają i w wybuchu giną cywile. Opłakujący ich krewni zamieniają się w nowych terrorystów, których znowuż musimy wytypować do rozwałki i tak w koło Macieju, aż pojmiemy subtelny morał, że sami tworzymy terroryzm.
Jest też Endgame: Syria, całkiem świeża gierka na zasadach karcianki, w której rebelianci naparzają się z najemnikami Al-Asada. Miała produkcja trochę problemów, Apple nie chciał wpuścić jej do swojego sklepiku, bo podobno była zbyt polityczna. Twórcy więc przyszykowali zbowdleryzowaną wersję pod tytułem Endgame: Eurasia, z której usunięto flagi państwowe, emblematy i nazwy własne. To już się Jabłuszku podobało i grę można kupić. Ja bym dla żartu dodał liczbę maronitów zabitych w każdej turze, ale kto bym tam o maronitach słyszał.
Te gry, przeważnie robione (choć są i równo warte wyjątki) udają, że są robione z lewicowo-liberalnego (liberalno-lewicowego?) klucza, a zieją na kilometr strasznymi mieszczanami. Nie będzie rewolucji, mówię wam, jakbyście się nie starali. Bo żadni z was rewolucjoniści, myszki wy moje kochane, a zwykli Dulscy. Wrócicie z korpo, wyrzucicie posegregowane śmieci do trzech kubłów, przelejecie internetowy grosik na jakąś Odpowiednią Fundację, po czym zasiądziecie nad Sweatshopem. To z kolei mutacja tower defense'a, w której zamiast stawiać wieże obronne, zatrudniasz dzieci i imigrantów, żeby robili przy taśmie. Jeśli dane by mi było zaproponować coś twórcom, to niech w następnej części będzie taka opcja, że jak soft wykryje, że wreszcie po iluś tam etapach wreszcie gracz poczuł empatię, zawiesza mu się iPhone. Bo to albo to. I bądź tu mądry...
Ale najwspanialszym chyba przykładem gry, która wychowuje, jest Fate of the World, chyba najbardziej rozbudowana serious game. Złożona strategia na pohybel denialistom antropopochodnych zmian w globalnym gradiencie temperatur. Buduje się elektrownie słoneczne, ratuje pandę.
I tutaj wpis zatacza koło. Na początku zastanawiałem się, czy sprawiedliwe zabijać jest w grach pomniejszych przeciwników, jeżeli to właściwie są tylko służby porządkowe w zindoktrynowanej społeczności. Przypadek Fate of the World niesie odpowiedź.
Rozgrywka jest dosyć trudna, więc gracze zaczęli spotykać się na forach i udzielać sobie wzajemnie rady, co zrobić ze światem, żeby wyszło. Szybko znaleziono strategie zwycięstwa. Na przykład trzeba porzucić Afrykę. Startuje z niskiego poziomu, ciężko ją upgrade'ować, nikt właściwie jej nie potrzebuje. Albo Indie – kolejny trudny teren. Ale prości ludzie znaleźli sposób. Trzeba wytłuc większą część populacji, żeby statystyki się unormowały, a ocalali poszli radośnie ku świetlanej przyszłości.
To jak: strzelać, czy nie strzelać?