środa, 9 lipca 2014

Father Brown [2013-]


Opowiadanka Chestertona czytałem długo zanim na planie padł pierwszy klaps, więc już przed seansem wiedziałem, jaki problem z adaptacją będą mieli twórcy. To fajne teksty, napisane z finezją i poczuciem humoru, pełne nastroju "starej Anglii", który istnieje już chyba tylko w wiekowych książkach. Kilka opowiadań wybija się jeszcze wyżej - Arcyżałobnik Marne czy Złamana szabla to dowód, że kryminał potrafi coś więcej, niż tylko rozbawić miłośnika błyskotliwą intrygą. Niestety Chesterton, człowiek zajmujący się setką rzeczy na raz, nigdy nie pogłębił swojego cyklu, jak chociażby Conan Doyle, który chyba jako pierwszy stworzył swojemu bohaterowi własne uniwersum. Sherlock Holmes to nie tylko postać, to także kanoniczne lokacje, postaci drugoplanowe i wydarzenia z biografii stanowiące punkt oparcia dla naśladowców, prześmiewców i reinterpretatorów. Ksiądz Brown wisi zaś w próżni. Rozwiązuje zagadki i obraca się wśród błyskotliwych paradoksów, czasem tylko mając za towarzysza nawróconego złodzieja Flambeau. To za mało, scenarzyści musieli więc to i owo dopisać.

Pewne grupy zawodowe wydają się szczególnie predysponowane do bycia bohaterami kryminałów. Na pierwszym miejscu to oczywiście wszyscy policjanci i detektywi, ale równie często sprawami zajmują się wścibscy dziennikarze. Nieco mniej świeżym tropem podążają historycy, mniej lub bardziej dosłownymi śledczymi bywają lekarze. Na uboczu zaś głównego nurtu można znaleźć mały a dostojny podgatunek o rozwiązujących zagadki duchownych. W latach 80 Amerykanie mieli swojego Detektywa w sutannie, nieco później we Włoszech Terence Hill jako Don Matteo wyręczał policję z miasteczka Gubbio (polska wersja franczyzy to znany Ojciec Mateusz z Sandomierza). Szczerze mówiąc, nie słyszałem o pastorach-detektywach, ale na pewno była przynajmniej jedna książka o detektywie-rabinie. Imamowie i kapłani szinto prawdopodobnie czekają na kogoś, kto poświęci im odrobinę swojej wyobraźni. Wszyscy ci dzielni ludzie Boga tropiący sprawców grzechu przeciwko (przeważnie) piątemu przykazaniu zawdzięczają swe istnienie Gilbertowi K. Chestertonowi, który stworzył podwaliny (pod)gatunku cyklem 51 opowiadań o księdzu Brownie. Z kolei nie ma sytuacji, żeby jakiś klasyczny brytyjski pisarz nie został w którymś momencie zekranizowany przez BBC. Chestertonowi ten zaszczyt przypadł w zeszłym roku, a ponieważ serial Father Brown dostał przedłużenie na trzeci sezon, na pewno należy zwrócić nań uwagę.

I wyszło im całkiem dobrze. Poczciwy kapłan nie musi się już plątać po świecie - tropi zabójców we własnej parafii. Zresztą z Morderstw w Midsomer wiemy, że nie ma większego zagłębia zbrodniarzy, niż sielska angielska prowincja. Zmieniono też czas akcji z epoki edwardiańskiej na wczesna lata 50. Jedno z drugim nie prowadzi do jakichś drastycznych zmian, a daje miłe widzowi oparcie o konkretne realia. Do tego miła niespodzianka - nieopodal wioski znajduje się osiedle polskich emigrantów po/wojennych, więc możemy być zadowoleni, że w ramach pochylania się nad multikulturalizmem, BBC zauważyła i nas.W każdym razie miło było usłyszeć polszczyznę już w pierwszych dziesięciu minutach pierwszego odcinka.
Udało się też, co przecież nie jest takie oczywiste, samo przerobienie stuletnich bez mała fabuł do formatu czterdziestopięciominutowego odcinka. Może nie na poziomie moffatowskim (ale postać fanki kryminałów z jednego odcinka jest wręcz żywcem wyrwana Moffatowi spod klawiatury – mam nadzieję, że wróci w następnych seriach), ale z oryginałów ocalało sporo. Może nawet więcej, niżbym przypuszczał – polskie wydanie Przygód... w tłumaczeniu Dehnela to ledwie 1/3 całości, sporo więc mogło mi umknąć. Tam, gdzie rozpoznałem historię, poziom wierności wahał się od lekkiego tylko urozmaicenia intrygi po pisanie scenariusza w oparciu o jakiś jeden motyw. A to, co scenarzyści dopisali jest na przyzwoitym poziomie, na sto procent zaznajamiając się z europejską konkurencją: postać niechętnie współpracującego z kapłanem policjanta – w tej roli znany z marnowania się jako pan de Treville Hugo Speer – jest na sto procent podpatrzona u Don Mattea/Mateusza.
Koniec końców Father Browna warto obejrzeć. Solidna rozrywkowa produkcja, klasyczny angielski prowincjonalny kryminał od BBC. Może nie wybitny, ale nieładnie byłoby go zignorować, kiedy ci durni Muszkieterowie zaczynają mieć własny fandom na tumblrze. Brrr

sobota, 24 maja 2014

Ostatni dzień pary

Jedną z atrakcji zeszłorocznego Krakonu był konkurs literacki, którego owocem była steampunkowa antologia Ostatni dzień pary. Dziś tamta historia wraca w postaci elegancko przygotowanego ebooka. Zbiór rozszerzono o wszystkich konkursowych finalistów, więc gdyby czasy dla papieru były lepsze, naprawdę mógłby wyglądać tak dostojnie, jak na obrazku poniżej. 20 opowiadań (w tym takich autorów, jak Anna Kańtoch i Krzysztof Piskorski), ładna okładka, mnogość formatów i wszystko to pod auspicjami ekipy, która rozkręca w Krakowie klub Krakowskie smoki. Polecam.


niedziela, 18 maja 2014

Córka człowieka o dwudziestu twarzach

Po krótkiej przerwie wracam do anime. Wychodzi na to, że chwilowo odpoczywam od literatury (od pisania o literaturze - bo czytam tyle, co dawniej) i wreszcie realizuję stary plan cyklu wpisów o japońskich animacjach. Nie pamiętam, od kiedy go planuję, oraz nie wiem, dlaczego wreszcie udało mi się go zacząć akurat w maju 2014.
Są animowane klasyki. Dzielimy je na rzeczy klasyczne obiektywnie (na tyle, a ile pozwala właściwa sztuce subiektywność odczuć) oraz takie, którym przydarzyło się trafić na swoje miejsce i czas. Myślę, że 90% animców, którymi zachwycali się małoletni widzowie Polonii 1 nie było specjalnie wybitne, ale ponieważ nie mieliśmy w Polsce niczego innego, stały się naszym krajowym kanonem gatunku. Słyszałem na przykład, że takiego szczęścia doświadczyło Kaiketsu Zorro, które było całkiem przyzwoitą produkcją, ale poległo w walce o popularność z święcącym tryumfy Dragon Ballem. Do nas DB przyszedł trochę później, dając odetchnąć drobnicy.
Czasem zdarzy się jednak produkcja, która przejdzie kompletnie bez echa, choć nie było ku temu żadnych sensownych powodów. Z nikim specjalnym nie konkurowała, nie wyprzedzała trendów, ani nie była pogrobowcem tendów minionych. Po prostu przydarzył się koszmar każdego artysty: nie udało mu się wzbudzić zainteresowania bez żadnych obiektywnych przyczyn.
Taki był los Nijuu mensou no musume, znanej również pod angielskim tytułem The Daughter of Twenty Faces. Nie wiem, dlaczego nikt nie pamięta o przygodowo-kryminalnej serii z 2008, w której interesujący bohaterowie biorą udział w ciekawych intrygach, mierzą się z nieoczekiwanymi zwrotami akcji, a całość spowija większa tajemnica z dodatkiem szczypty dieselpunkowej fantastyki.
Tytułowy Człowiek o dwudziestu twarzach to nie oryginalny pomysł scenarzystów, lecz jeden z klasycznych bohaterów japońskiej popkultury, złodziej-gentleman w typie Arsene Lupina. W tej opowieści towarzyszy Chick, młoda sierota, którą Dwadzieścia twarzy wziął na wychowanie, choć z perspektywy osób postronnych wygląda to raczej na porwanie. Chico jednak wcale nie czuje się ofiarą, gdyż największy złodziej na świecie jest lepszym opiekunem, niż ciotka, która bardziej niż dziewczyną, interesowała się jej majątkiem oraz szukaniem sposobu, jak najszybciej położyć na nim rękę.
Fabuła jest jedną z lepszych stron serialu. Ledwie się przyzwyczajamy do konwencji kryminału o genialnych złodziejach, następuje zwrot akcji (i to taki napraaaawdę solidny zwrot), który całkowicie przetasowuje sytuację. Ledwie ta się wyklaruje, następuje kolejna zmiana, a potem jeszcze jedna i kolejna. Kolejne zagadki wskakują na stos, a widz odkrywa, że do tej pory znał tylko drobny fragment całości. Sensacja łączy się z fantastyką, a thriller z dziewczęca przyjaźnią. Twórcy wprawdzie w drugiej połowie gubią gdzieś energię poprzednich kilkunastu odcinków, a finał aż prosi się o nieco mocniejsze związanie wątków (na szczęście ostatnia, dosłownie ostatnia scena wynagradza częściowo te wady), lecz i tak mamy do czynienia ze zaskakująco dobrze wypadającą mieszanką.
Grafika jest w sam raz, może nie szczyt możliwości japońskich animatorów, ale sprawdza się. Estetyczna i pasująca do klimatu opowieści. Nie uświadczymy przerysowania typowego dla innych anime, więc kreskę można chyba nazwać realistyczną. Opening jest dobrym reprezentantem całości i swego czasu bardzo mi się podobał. Może to kwestia sentymentu, ale spokojnie umieściłbym go w jakimś top 20:




Ale to, co najlepiej pamiętam po kilku latach od pierwszego obejrzenia, to główna bohaterka. Rzadko spotykam się tak dobrze napisaną w ramach "dorosłej" fabuły postacią dziecięcą, a potem dziewczęcą. Inteligentną, ale nie małą mądralą. Zaradną, ale nie będącą w dorosłym przebranym za dziecko (to, jak ostatnio dowodził mi agrafek, jest cechą charakterystyczną nurtu new adult). Może przesadzam i w Chiko nie ma nic aż tak nadzwyczajnego, chciałbym, żeby wszyscy małoletni bohaterowie byli równie bezpretensjonalni i wiarygodni.
Czy The Daughter of Twenty Faces jest jest jakimś must-see anime? Nie, można się bez niego obyć, lecz z drugiej strony, mnóstwo słabszych serii jest o wiele lepiej pamiętanych. Więc chociażby w imię sprawiedliwości wypada chociażby wejść na tubka i dać przygodom Chiko szansę. Jest intryga, sensacja, pogoń za tajemnicą oraz statki powietrzne. Czego więcej potrzeba na niezobowiązujący wieczorny seans?

czwartek, 8 maja 2014

Zaplątani

Na moment przerywam pisanie o anime (agrafek musi najpierw obejrzeć LotGH) i wracam na rodzinny grunt cywilizacji atlantyckiej  – choć po prawdzie nie pamiętam, czy aby Saszka Dugin nie zaliczył ostatnio Japonii w szeregi atlantystów. Ale mniejsza z tym, chodzi bowiem o to, iż w przerwach tamtego projektu nadrabiam animacje amerykańskie. A jest co, bo ostatnie, które widziałem, to trzeci Shrek, Odlot, a w przypadku studia Disneya rzecz jeszcze bardziej antyczna, bo Rodzinka Robinsonów.
I okazało się, że przez te parę lat wszystko zrobiło się na odwrót. Jak w najmłodszym ze szmoncesów*, wszystko na odwrót. A najbardziej zdumiewa Disney, który najwyraźniej przestał się kręcić w kółko i znów robi dobre animacje.
Jak pewnie już wywnioskowaliście, nie jestem fanem tego, co działo się z najsłynniejszym producentem filmów animowanych. Cała energia i oryginalność z przełomu lat 80 i 90, kiedy w kinach wszyscy oglądali Króla lwa, a w telewizji Gumisie, wyparowała. W sumie była to (jako materiał porównawczy polecam długaśny cykl recenzji autorstwa Nostalgii Critica) powtórka poprzedniego kryzysu, który nastąpił po tym, jak najpierw umarł Walt Disney, potem jego brat Roy, wreszcie Don Bluth, jeden z najlepszych animatorów, odszedł ze studia, by założyć własne. Przez ponad dekadę było źle, jakość filmów miotała się od bezbarwnych do ambitnych porażek, nawet najlepsze produkcje nie potrafiły wybić się ponad konkurencję, a szefowie studia najwyraźniej nie wiedzieli, co i jak chcą osiągnąć – do czasu, gdy wreszcie sukces Małej Syrenki pokazał, że Disney wraca do starej formy.
W latach dwutysięcznych widzieliśmy coś podobnego. Pomysłowe, ale stojące w rozkroku Atlantyda: zaginiony ląd oraz Planeta skarbów, czy chaotyczni Robinsonowie oraz Kurczak mały cierpiały dokładnie na tę samą chorobę, co ich poprzednicy z lat 70 i 80. I potrzebne było to samo lekarstwo: klasyczna baśń.
Ale oczywiście unowocześniona. Jestem gotów bronić tezy, że ostatnią klasyczną animowaną baśnią studia była Śpiąca królewna z 1959, a tak szeroko krytykowany stereotyp disneyowskiej księżniczki jest właśnie stereotypem. I jedyne, co usprawiedliwia krytykujących to to, że Disney sam go rozpropagował, a może nawet wymyślił. Tak więc Arielka może zakochała się w księciu od pierwszego wejrzenia, ale fabuła dała jej potem dość czasu i okazji, żeby uczucie rozwinąć i wzmocnić. Podobnie Bella z Pięknej i Bestii była inteligentną dziewczyną, wcale nie marzącą o o zamążpójściu z pierwszym lepszym, a pokochanie Bestii z wzajemnością zajęło jej dużo czasu. Kiedy dodać jeszcze, że wliczana do oficjalnej listy księżniczek Mulan były z gminu, jasne się staje, że stereotypy należy olewać, a hejterzy będą hejtować w każdej sytuacji – zwłaszcza jeśli się im podkłada.



My tymczasem powinniśmy robić swoje. Byle dobrze. I Zaplątani (2010) jest bardzo dobrym filmem. Luźno opartym na grimmowskiej baśni Roszpunce, łączącym wszystkie zalety klasycznych disneyowskich animacji z najnowszymi osiągnięciami gatunku. Czyli nie rewolucja i zaoranie starego porządku, ale miła każdemu tradycjonaliście praktyka dopisywania nowych rozdziałów do kroniki rodowej stoją za sukcesem filmu.
Roszpunka, podobnie jak w oryginale, mieszka w wieży, do której jedyne wejście prowadzi przez okno. Czarownicę, która ją wychowuje, wciąga na szczyt swoimi długimi włosami. A dlaczego Roszpunka ma kilkumetrowe blond włosy i chowa ją wiedźma? Jedno łączy się z drugim. Czarownica Gertruda pragnie wiecznej młodości. Jednak magiczny kwiat, który jej to dawał, został odnaleziony i zerwany przez ludzi szukających leku dla umierającej królowej. Królowa przeżyła i powiła piękną dziewczynkę. Gertruda jednak odkrywa, że moc kwiatu jest teraz we włosach dziecka, wykrada je więc z kołyski i ukrywa na wieży. Roszpunce wmawia, że jest jej prawdziwą córką, którą chroni przed okrucieństwami świata. Dziewczyna jednak męczy się w ciasnej wieży. Kiedy więc trafia się okazja w postaci sprytnego złodziejaszka, ucieka Flynna, aby zobaczyć z bliska lampiony, których tysiące widzi co roku w noc swoich urodzi. Nie wie, że lampiony naprawdę są wypuszczane na jej cześć i z nadzieją, że kiedyś, wiedziona ich światłem, wróci do rodziców...
To tylko krótkie zarysowanie akcji. Historia jest wesoła, pełna przygód i ciekawych postaci drugoplanowych w rodzaju dwóch goniących Flynna byłych wspólników, sympatycznych bywalców pewnej mordowni oraz konia. Ale nie byle jakiego. Maximus to prawdopodobnie jeden z najlepszych filmowych koni. Połączenie wierzchowca z psem tropiącym i energią i charyzmą największych aktorów charakterystycznych. Od tej pory wszystkie animowane zwierzęce supporty ludzkich bohaterów będę porównywał do Maksa.
Grafika – świetna. Animatorzy, kiedy nie są pewni efektu swojej pracy, lubią zagadywać widza. W Zaplątanych nie ma czegoś takiego. Bohaterowie mówią (i śpiewają), kiedy trzeba, a kilka scen zrobionych bez ani jednej linijki dialogu pokazuje, ile emocji można pomieścić w obrazie. To jest potęga animacji, tego oczekuję po dziełach jej najsłynniejszych twórców.
Na szczęście nie oznacza to, że dźwięk potraktowano w Zaplątanych po macoszemu. Piosenki są znakomicie wkomponowane w całość i w ogóle nie czuć, by były przerywnikami akcji. One są jej częścią. Poszczęściło się też wersji polskiej. Na polskich dubbingach ciąży niestety sukces Shreka, przez co bardzo często widz musi znosić wysilone dowcipy (wierzbiętyzmy nie pasują do wszystkich rodzajów opowieści) i celebrytów podkładających głos. W tym przypadku tłumaczenie jest takie, jakie powinno być, teksty piosenek nie są na siłę dopasowane do melodii, a z obsady mile zaskakuje Julia Kamińska, która okazała się całkiem dobrą aktorką głosową (posłuchajcie sceny, w której Roszpunka ma, po opuszczeniu wieży, huśtawkę nastrojów).
W efekcie wyszła klasyczna disneyowska baśń, z wszystkim, co je stanowi, ale i z nowoczesnymi dodatkami, szybkim humorem, głębszą psychologią bohaterów, czasem danym im na rozwinięcie relacji (po kulminacyjnej scenie nikt nie powie, że znowu księżniczka zabujała się w księciu, którego nie zna, i którego uczucia wcale nie powinna być taka pewna), które ani odrobinę nie kłócą się z tradycją. Tego chyba wszyscy pragnęliśmy.
Jeśli więc nie widzieliście – w te pędy siadajcie przed ekranami. Disney chyba naprawdę złapał wiatr w żagle, bo po Zaplątanych przyszła Kraina lodu – o której też niedługo wspomnę.



* Szmonces brzmi następująco: ale się porobiło, Żydzi chcą wojny, Niemcy pokoju, a Polacy handlują.

środa, 7 maja 2014

Legenda o bohaterach galaktyki

Anime, o którym ostatnio pisałem, było w właściwie łatwe w odbiorze. Może fabuła była skomplikowana, narracja nieliniowa, a twórcy woleli piętrzyć przed widzem tajemnice, niż je rozwiązywać, jednak te 13 odcinków obejrzałem w jedną świąteczną (majowoświąteczną) noc. To nic wobec wyzwania, jakie stanowi Legend of the Galactic Heroes, 110-odcinkowa (!) kobyła (nie licząc serii i filmów prequelowych, których nie widziałem), prawdopodobnie jedna z najlepszych space oper, jakie powstały.
W XXV wieku galaktyka podzielona jest między dwa wrogie imperia: mocno wzorowane na szeroko pojętej niemieckości Imperium oraz demokratyczny Sojusz Wolnych Planet. Geopolitycznego (galaktopolitycznego?) pejzażu dopełnia Phezzan, formalnie cesarskie lenno, w praktyce niezależne państewko służące obu stronom w roli strefy neutralnej. Tyle widz dowiaduje się w pierwszym odcinku, opowiadającym o ostatnich chwilach ciszy przed kolejną bitwą toczonej od stu pięćdziesięciu lat wojny. Fabuła oparta jest nie na, jak to bywa w przypadku większości anime, mandze albo grze, ale na cyklu powieści, nagrodzonych zresztą nagrodą Seiun, czyli japońskim odpowiednikiem Zajdla. I tę literackość (choć komiks też powstał) w Legend of the Galactic Heroes wyraźnie widać w rozmachu, głębi, a szczególnie w mnogości bohaterów i wątków, której nie udźwignęłoby inne medium, niż Litera.
LotGH należy do praktycznie wymarłego już gatunku fresku wojennego. Historię poznajemy z perspektywy obu walczących (a wliczając neutralny Phezzan - trzech) stron, z poziomu prostych żołnierzy i głównodowodzących flot, z pola bitwy i głębokich tyłów, na których toczy się polityka oraz żyją cywile. Również zgodnie z kanonami gatunku co jakiś czas kadrom, w których pojawiają się bohaterowie, towarzyszą podpisy. I nie jest to pastisz, ale faktyczna pomoc, bo bohaterów serial ma co niemiara. Lecz głównych jest dwóch.

Pierwszy to Reinhard von Lohengramm, najmłodszy z admirałów floty, który zawrotną karierę w równym stopniu zawdzięcza autentycznemu geniuszowi, co faktowi, że jego starsza siostra jest aktualną faworytą kajzera. Jego antagonistą jest Yang Wen Li, wcale nie rozmiłowany w wojaczce historyk, którego na pozycję jednego z najlepszych dowódców Sojuszu Wolnych Planet wyniósł nie wrodzony talent, a nabyta wiedza. I choć (przynajmniej na początku serii) jeden jest tylko poddanym monarchy, drugi zaś służy demokratycznie wybranej władzy, to nie ulega wątpliwości, że to oni dwaj są najważniejszymi ludźmi galaktyce, reprezentantami dwóch walczących na śmierć i życie porządków.
Jednakże nie da się tym porządkom łatwo przypisać ról tego złego i tego dobrego. Łatwo sympatyzować z dziarskimi wojakami Sojuszu (wątki Imperium przeważnie toczą się wśród klas wyższych), ale nie minie wiele odcinków, by widzowi pokazane były najgorsze rzeczy, jakie mogą wyrosnąć w demokracji. I na odwrót, nie ma serca ten, kogo nie wzruszą losy pewnego monarchity-wygnańca, figury jak z powieści Raspaila.
A skoro jesteśmy już przy wzruszeniach. Unikam wnikania w szczegóły  fabuły nie tylko z powodu jej niemożliwego do szybkiego streszczenia ogromu. Twórcy kilka lat przed G.R.R. Martinem potrafili zabijać postacie, których śmierci nikt by się nie spodziewał. I są pod tym względem subtelniejsi od chyba coraz bardziej uzależnionego od przemocy autora Pieśni lodu i ognia. W LotGH kostucha uderza rzadziej, ale jak już to zrobi, widz zbiera szczękę z podłogi. Przynajmniej mnie się tak przydarzyło. Wiecie, mogli zabić jego, i jego, i jego, ale żeby JEGO i to jeszcze w takim momencie... ale nie spojlujmy. To trzeba zobaczyć na własne oczy.
Legend of the Galactic Heroes miało premierę w 1988, lecz, wydaje mi się, pod względem graficznym zestarzało się niewiele Oczywiście na pierwszy rzut oka można poznać, w jakiej epoce powstało, lecz to bardziej estetyka, niż jakieś niedopuszczalne braki, a niektóre sceny batalistyczne i dziś wyglądają niesamowicie.  Jak w przypadku Mouryou no hako poniżej wklejam opening. Towarzyszy mu ending, gdyż każdy odcinek otwiera temat Imperium, a kończy – Sojuszu. Łącznie są ich ich cztery pary.


Co jednak najbardziej (obok niebanalnej fabuły, ładnej grafiki i bohaterów, którym 110 odcinków pozwala rozwinąć się, tak jak na to zasługują) uwiodło mnie w LotGH? Jej japońskość. Może Imperium jest teutonokształtne, a populacja Sojuszu Wolnych Planet jest bardzo multikulturowa, to jednak w Galaktyka przepojona jest myśleniem, które dla mnie, jako Europejczyka, jest obce i egzotyczne. Nihilizm i kołowa koncepcja czasu, jak z jakiegoś bardzo starego stereotypu na temat kultur Azji jest nam podana już w pierwszych minutach pierwszego odcinka (cały serial, wraz z wspominanymi już dodatkami, których nie widziałem, jest do znalezienia na youtubie, i to w bardzo dobrej jakości). Wciągnięty w wir intryg, sympatyzując z bohaterami, zapomniałem, że morał podano mi już na starcie. Kiedy wreszcie sobie o nim przypomniałem, gdzieś między najbardziej wstrząsającą śmiercią w całym serialu, a jego końcem, przez długi czas nie mogłem przejść nad nim do porządku dziennego. Nasza koncepcja dziejów, zarówno w wersji chrześcijańskiej, jak i świeckiej liniowa i optymistyczna, zdejmuje nam z barków odrobinę ciężaru. Jeśli jednak chcecie się przekonać, że i z dużym obciążeniem nie tylko da się żyć, ale i zdobyć kosmos i prowadzić w nim intergalaktyczną wojnę, wtedy szczerze polecam lekturę Legendy o bohaterach galaktyki.