poniedziałek, 26 lipca 2010
poniedziałek, 12 lipca 2010
Lipiec
Dostałem ulotkę. Szedłem jakby nigdy nic na piwo z fantastami, a tu zza winkla wyrasta koleś i wręcza mi ulotkę. Białą z czerwoną obwódką. Aż proszącą się, by wywieść z niej notkę.
Otwarto na Brackiej Gazeta cafe. Kawiarnię pod auspicjami Agory. W schludnie urządzonym wnętrzu (zajrzałem przez okno) można napić się kawy, zjeść ciastko, przeczytać najnowszy numer Wyborczej. Dodatkowo dochodzi możliwość zakupu agorowej książki albo płyty (czyli, w moim przypadku, brakujących Lemów) oraz wzięcia udziału w spotkaniu z Ważną Osobistością. Ale najbardziej zaintrygowała mnie końcówka tekstu, głosząca, że wszystkiego tego możemy doświadczyć w eleganckim bezdymnym lokalu, z, cytat: "kącikiem, w którym przygotowaliśmy atrakcje dla najmłodszych".
Uwaga, czytelniku, to co teraz przeczytasz, to efekt najdzikszych myśli, jakie wykiełkować mogły tylko podczas trawienia gruzińskiej wieprzowiny. Podlanej miodowym Ciechanem. Wymyśliłem, coś, za co karnie przeniosą mi Różowego blogaska z Blogspota do Salonu 24. Od jutra jedynym moim czytelnikiem będzie Kataryna. Otóż wyobraziłem sobie te atrakcje dla najmłodszych. Rodzic kupuje kawę, dziecko zaś dostaje zestaw Happy Michnik. Jak w McDonaldzie. A największa atrakcją będzie kolekcja figurek bohaterów Okrągłego stołu. Z plastikowym profesorem Geremkiem na czele. Mówiącym profesorem. Dziecko pociągnie za fajkę, a profesor odpowie: >>nie dorosłeś do demokracji, młody Polaku!<<
***
Podczytuję antologię Jamesa Gunna pt. Droga do Science Fiction. Cztery tomy, podobno legendarne. W bibliotece mieli od dwójki wzwyż. Niesamowita sprawa, czytać teksty z lat 30 i 40, z samego początku złotego wieku.
Stanley Weinbaum, Odyseja marsjańska. Smutny tekst, bo autor napisał kilka rewelacyjnych tekstów, po czym umarł na raka kilkanaście miesięcy po debiucie. Opowiadanie ciekawe. Astronauci na Marsie, przygody jednego z nich i kosmita, który nie jest ani mackowatym potworem, ani człowiekeim z doklejonymi uszami.
Murray Leinster, Proxima Centauri. Bodaj pierwszy w historii utwór literacki o wyprawie do innego systemu gwiezdnego. Tzn. były wcześniej jakieś proto space opery, ale Leinster jako pierwszy wziął pod uwagę dystanse i nieprzekraczalność prędkości światła. Do pozytywów zaliczę rasę roślinoidalnych obcych i ich drzewną technologię (grzybianie z Ambergris!). Obcy oczywiście pragną naszego mięsa, a fabuła prosi się o okładkę z dzielnym astronautą, tulącym swą kobietę i walącym z blastera do alienów.
Edmund Hamilton, Jak tam jest?. Najlepsze opowiadanie z przeczytanej trójki. Wspomnienia astronauty z marsjańskiej misji, bardzo dojrzałe i bardzo lemowskie. Poczułem to samo rozczarowanie podbojem kosmosu, co w Powrocie z gwiazd, podszyte pirksowym rutyniarstwem. Może dlatego Hamilton zdołał je opublikować dopiero 20 lat po napisaniu i po wielu przeróbkach. W 1933 nikt nie był gotowy na konstatację, że praca astronauty niewiele jest lepsza (a właściwie wcale) od fedrowania na przodku, gdzie w każdej chwili może buchnąć metan.
***
Nie jestem racjonalistą.
Takiego coming outu chyba nikt się nie spodziewał. Ani po mnie, ani po nikim z żyjących. Ale ja naprawdę nie jestem człowiekiem racjonalnym. Taki ze mnie racjonalista, jak lotnik. Wiem, że są samoloty, widziałem je w powietrzu wiele razy, ich zasady działania nie są mi obce, a paru moich znajomych latało, ale za żadne skarby nie dam się posadzić za sterami. Bo nie jestem lotnikiem. Ani racjonalistą.
Otwarto na Brackiej Gazeta cafe. Kawiarnię pod auspicjami Agory. W schludnie urządzonym wnętrzu (zajrzałem przez okno) można napić się kawy, zjeść ciastko, przeczytać najnowszy numer Wyborczej. Dodatkowo dochodzi możliwość zakupu agorowej książki albo płyty (czyli, w moim przypadku, brakujących Lemów) oraz wzięcia udziału w spotkaniu z Ważną Osobistością. Ale najbardziej zaintrygowała mnie końcówka tekstu, głosząca, że wszystkiego tego możemy doświadczyć w eleganckim bezdymnym lokalu, z, cytat: "kącikiem, w którym przygotowaliśmy atrakcje dla najmłodszych".
Uwaga, czytelniku, to co teraz przeczytasz, to efekt najdzikszych myśli, jakie wykiełkować mogły tylko podczas trawienia gruzińskiej wieprzowiny. Podlanej miodowym Ciechanem. Wymyśliłem, coś, za co karnie przeniosą mi Różowego blogaska z Blogspota do Salonu 24. Od jutra jedynym moim czytelnikiem będzie Kataryna. Otóż wyobraziłem sobie te atrakcje dla najmłodszych. Rodzic kupuje kawę, dziecko zaś dostaje zestaw Happy Michnik. Jak w McDonaldzie. A największa atrakcją będzie kolekcja figurek bohaterów Okrągłego stołu. Z plastikowym profesorem Geremkiem na czele. Mówiącym profesorem. Dziecko pociągnie za fajkę, a profesor odpowie: >>nie dorosłeś do demokracji, młody Polaku!<<
***
Podczytuję antologię Jamesa Gunna pt. Droga do Science Fiction. Cztery tomy, podobno legendarne. W bibliotece mieli od dwójki wzwyż. Niesamowita sprawa, czytać teksty z lat 30 i 40, z samego początku złotego wieku.
Stanley Weinbaum, Odyseja marsjańska. Smutny tekst, bo autor napisał kilka rewelacyjnych tekstów, po czym umarł na raka kilkanaście miesięcy po debiucie. Opowiadanie ciekawe. Astronauci na Marsie, przygody jednego z nich i kosmita, który nie jest ani mackowatym potworem, ani człowiekeim z doklejonymi uszami.
Murray Leinster, Proxima Centauri. Bodaj pierwszy w historii utwór literacki o wyprawie do innego systemu gwiezdnego. Tzn. były wcześniej jakieś proto space opery, ale Leinster jako pierwszy wziął pod uwagę dystanse i nieprzekraczalność prędkości światła. Do pozytywów zaliczę rasę roślinoidalnych obcych i ich drzewną technologię (grzybianie z Ambergris!). Obcy oczywiście pragną naszego mięsa, a fabuła prosi się o okładkę z dzielnym astronautą, tulącym swą kobietę i walącym z blastera do alienów.
Edmund Hamilton, Jak tam jest?. Najlepsze opowiadanie z przeczytanej trójki. Wspomnienia astronauty z marsjańskiej misji, bardzo dojrzałe i bardzo lemowskie. Poczułem to samo rozczarowanie podbojem kosmosu, co w Powrocie z gwiazd, podszyte pirksowym rutyniarstwem. Może dlatego Hamilton zdołał je opublikować dopiero 20 lat po napisaniu i po wielu przeróbkach. W 1933 nikt nie był gotowy na konstatację, że praca astronauty niewiele jest lepsza (a właściwie wcale) od fedrowania na przodku, gdzie w każdej chwili może buchnąć metan.
***
Nie jestem racjonalistą.
Takiego coming outu chyba nikt się nie spodziewał. Ani po mnie, ani po nikim z żyjących. Ale ja naprawdę nie jestem człowiekiem racjonalnym. Taki ze mnie racjonalista, jak lotnik. Wiem, że są samoloty, widziałem je w powietrzu wiele razy, ich zasady działania nie są mi obce, a paru moich znajomych latało, ale za żadne skarby nie dam się posadzić za sterami. Bo nie jestem lotnikiem. Ani racjonalistą.
niedziela, 4 lipca 2010
Antyteza Jamesa
Wakacje! Dwa miesiące luzu. Oczywiście odpowiedzialny młody człowiek powinien wykorzystać czas wolny od nauki i pracy na naukę pracę (bo wreszcie ma na nie czas, gdy nie musi już zapełniać wieczorów nauką i pracą), ale samolubny gen nieróbstwa wypuścił już pajęczynę białek, które zablokowały receptory obowiązku.
Rodzice byli u wujostwa na imieninach. Przynieśli DVD z Avatarem.
I oglądam teraz "najwspanialszy film przygodowy wszech czasów", opowieść o "bohaterze, który wcale nie chce nim być", oraz "wybór pomiędzy życiem, które zostawił a niezwykłym nowym światem, który poznaje i uczy nazywać swoim domem" (cytaty z tyłu pudełka) na małym kineskopie, któremu trzeci wymiar nadaje wypukłość, zaś przestrzenny dźwięk bohatersko próbuje zapewnić pojedynczy głośnik – nie lepszy od telefonicznej słuchawki.
Film jeszcze się nie skończył, dopiero co wsadzili Sully'ego na miejscowego rumaka i rumak poniósł, więc z narzekaniem się wstrzymam. Ale Pandora nocą świeci jak Lorien skrzyżowane z Vvanderfell. Taki to scenariusz Cameron pisał dekadę.
Rodzice byli u wujostwa na imieninach. Przynieśli DVD z Avatarem.
I oglądam teraz "najwspanialszy film przygodowy wszech czasów", opowieść o "bohaterze, który wcale nie chce nim być", oraz "wybór pomiędzy życiem, które zostawił a niezwykłym nowym światem, który poznaje i uczy nazywać swoim domem" (cytaty z tyłu pudełka) na małym kineskopie, któremu trzeci wymiar nadaje wypukłość, zaś przestrzenny dźwięk bohatersko próbuje zapewnić pojedynczy głośnik – nie lepszy od telefonicznej słuchawki.
Film jeszcze się nie skończył, dopiero co wsadzili Sully'ego na miejscowego rumaka i rumak poniósł, więc z narzekaniem się wstrzymam. Ale Pandora nocą świeci jak Lorien skrzyżowane z Vvanderfell. Taki to scenariusz Cameron pisał dekadę.
piątek, 25 czerwca 2010
Lusterko przyklejone do monitora
Sesja trwa i trwa mać w najlepsze.
Na stosie seriali do obejrzenia od pewnego czasu królowali Mad Meni pospołu z Doctorem Who. Ale pojawiło się TO i wszystko poszło w odstawkę. Nie ruszą mnie Burn Notice, nie uśmiechnę się nad True Bloodami. Śmuturamy olewam równo.
Bo, panie i panowie, nadszedł czwarty sezon IT Crowd.
Wiecie jaki jest najlepszy sposób na przyciągnięcie ludzi do telewizora? "Hej, pokazują nasz dom!". Właśnie czegoś takiego doświadczyli moi dziadkowie przy Człowieku z marmuru (dla mnie to już tylko film o Moim Mieście). Całkiem niedawno obserwowałem, jakie uczucia targały emo-dziećmi przy lekturze Skinsów. Niesamowite uczucie, że oglądają film o sobie. Lusterko przyklejone do ekranu monitora.
Ja mam tak z IT Crowd.
Serial-rewelacja. Dwu informatyków i szefowa, która nic nie wie o komputerach. Stężenie tekstów jak u Barei. Na kierunku mam kilka osób, z którymi mogę się porozumiewać cytatami z serialu. Są życiowe, aż pojawia się wrażenie, że komedia odsłoniła najczystszą Prawdę. A to razem jest definicją kultowości.
Nie będę się rozpisywać, bo to trzeba obejrzeć. Polecam. Trzy serie po sześć odcinków plus początek czwartej rozciągają przeponę do bólu.
Poniżej trailer. Na dowód realizmu: pracowałem w takiej rupieciarni. One istnieją.
edit: linkowanie przycina filmy. Albo nie znam jeszcze metody na poprawne wklejanie klipów z Tubka. Oglądajcie w nowym oknie.
Na stosie seriali do obejrzenia od pewnego czasu królowali Mad Meni pospołu z Doctorem Who. Ale pojawiło się TO i wszystko poszło w odstawkę. Nie ruszą mnie Burn Notice, nie uśmiechnę się nad True Bloodami. Śmuturamy olewam równo.
Bo, panie i panowie, nadszedł czwarty sezon IT Crowd.
Wiecie jaki jest najlepszy sposób na przyciągnięcie ludzi do telewizora? "Hej, pokazują nasz dom!". Właśnie czegoś takiego doświadczyli moi dziadkowie przy Człowieku z marmuru (dla mnie to już tylko film o Moim Mieście). Całkiem niedawno obserwowałem, jakie uczucia targały emo-dziećmi przy lekturze Skinsów. Niesamowite uczucie, że oglądają film o sobie. Lusterko przyklejone do ekranu monitora.
Ja mam tak z IT Crowd.
Serial-rewelacja. Dwu informatyków i szefowa, która nic nie wie o komputerach. Stężenie tekstów jak u Barei. Na kierunku mam kilka osób, z którymi mogę się porozumiewać cytatami z serialu. Są życiowe, aż pojawia się wrażenie, że komedia odsłoniła najczystszą Prawdę. A to razem jest definicją kultowości.
Nie będę się rozpisywać, bo to trzeba obejrzeć. Polecam. Trzy serie po sześć odcinków plus początek czwartej rozciągają przeponę do bólu.
Poniżej trailer. Na dowód realizmu: pracowałem w takiej rupieciarni. One istnieją.
edit: linkowanie przycina filmy. Albo nie znam jeszcze metody na poprawne wklejanie klipów z Tubka. Oglądajcie w nowym oknie.
wtorek, 22 czerwca 2010
Sesja, wybory i Zabużanki
Sesja, sesja – człowiek robi wszystko, byle się nie uczyć.
Jak po każdych wyborach wraca na ekrany dwukolorowa mapka Ojczyzny z towarzyszącym jej kategorycznym stwierdzeniem, że preferencje polityczne wyznaczają granice rozbiorów. Mówiąc zaś inaczej – Kongres wiedeński wiecznie żywy.
To błąd.
Zapominamy, że spora część Polski zachodniej to nie żaden zabór pruski, tylko terytorium zdobyte na Niemcach w 1945. Zamieszkują je przeważnie potomkowie ludności deportowanej z Kresów. To narzuca kompletnie różną optykę. Dotychczas było: zachód, Poznań, przemysł, Europa, praca organiczna i wiadomo kto kontra wschód, tereny przeludnione i niedorozwinięte, a wtedy jeszcze bardziej wiadomo kto. Taki punkt widzenia spłaszcza i trywializuję. Ja proponuję Teorię Ziuty, że województwa Zachodniopomorskie, Warmińsko-mazurskie, Lubuskie i Dolnośląskie należy uważać za Nowogródzkie, Wileńskie, Tarnopolskie, Pińskie et caetera. Sensu w tym niewiele więcej, ale można napisać w gazetach, że wiadomo kogo wybrała Hakata i Poleszczucy.
Mam też drugą teorię. Tak samo wyglądał ustalony za Gierka podział Polski między Coca-Colę i Pepsi. Kongresówka z Galicją Zachodnią piły Pepsi, reszta kraju Colę. Więc może to jest klucz do polskiej racji stanu? Polityka jako narzędzie brutalnej wojny producentów napojów gazowanych?
Uważajcie, co pijecie, bo to może być prowokacja.
Ale dajmy spokój polityce, bo z niej tylko wrzody żołądka. Pewien bloger mieszkający w Szkocji bardzo narzekał na tubylców. ze to spasione niechluje, ubrane jak ostatnie dziady, a prym wiodę Szkotki, przy których najgorszy polski kocmołuch, wyrwany o trzeciej w nocy ze snu, wygląda niczym księżniczka.
Jest to zjawisko globalne, narastająca wraz ze zbliżaniem się do Uralu. I zaobserwowałem to na przykładzie studentek z byłej WNP. Mieliśmy w poniedziałek laboratorium z MPLS (multiprotocol label swistching - ale to wiadomo ;-)). Z braku miejsca na sali prowadzący zorganizował ustną wejściówkę na korytarzu. Wtedy pojawiła się starościna trzeciego roku, bodaj Białorusinka. Zaczepiła prowadzącego, ustaliła termin zajęć odróbczych, po czym usiadła obok mnie i kolegi Ł.
I wtedy pomyślałem, jak bardzo nasza zachodnia cywilizacja jest uniseks. Zupełne przeciwieństwo kobiet z Rosji czy Ukrainy, których styl nazwałbym hiperkobiecym. Zawsze spódnice, obcasy i żakiety, bluzeczki, niczego co trzeźwy mężczyzna byłby w stanie na siebie włożyć. Jeśli taka zhańbi się dżinsami, to już nie plecakiem. Tylko i wyłącznie torebka. Nawet nie biegają normalnie, tylko małymi krokami, wykonując specyficzne płynne ruchy dłońmi. Brak tylko krynolin i parasolki, żeby człowiek poczuł się jak podróżnik w czasie, który trafił do roku 1900.
Czas na pointę. Wejściówkę w bólach zaliczyliśmy, więc wzięliśmy się za tworzenie sieci MPLS. Dość czasochłonna robota. W pewnym momencie rozmowa schodzi na temat pytania. Stwierdzam, że doktor bardziej męczył ludzi z drugiego końca korytarza, a u nas był spokój. Kolega Ł. potwierdził i dodał na dowód, że zdobył od Białorusinki maila. Niemożliwe, pomyślałem. Byłem obok, zauważyłbym.
To się nazywa mocny zawodnik.
Jak po każdych wyborach wraca na ekrany dwukolorowa mapka Ojczyzny z towarzyszącym jej kategorycznym stwierdzeniem, że preferencje polityczne wyznaczają granice rozbiorów. Mówiąc zaś inaczej – Kongres wiedeński wiecznie żywy.
To błąd.
Zapominamy, że spora część Polski zachodniej to nie żaden zabór pruski, tylko terytorium zdobyte na Niemcach w 1945. Zamieszkują je przeważnie potomkowie ludności deportowanej z Kresów. To narzuca kompletnie różną optykę. Dotychczas było: zachód, Poznań, przemysł, Europa, praca organiczna i wiadomo kto kontra wschód, tereny przeludnione i niedorozwinięte, a wtedy jeszcze bardziej wiadomo kto. Taki punkt widzenia spłaszcza i trywializuję. Ja proponuję Teorię Ziuty, że województwa Zachodniopomorskie, Warmińsko-mazurskie, Lubuskie i Dolnośląskie należy uważać za Nowogródzkie, Wileńskie, Tarnopolskie, Pińskie et caetera. Sensu w tym niewiele więcej, ale można napisać w gazetach, że wiadomo kogo wybrała Hakata i Poleszczucy.
Mam też drugą teorię. Tak samo wyglądał ustalony za Gierka podział Polski między Coca-Colę i Pepsi. Kongresówka z Galicją Zachodnią piły Pepsi, reszta kraju Colę. Więc może to jest klucz do polskiej racji stanu? Polityka jako narzędzie brutalnej wojny producentów napojów gazowanych?
Uważajcie, co pijecie, bo to może być prowokacja.
Ale dajmy spokój polityce, bo z niej tylko wrzody żołądka. Pewien bloger mieszkający w Szkocji bardzo narzekał na tubylców. ze to spasione niechluje, ubrane jak ostatnie dziady, a prym wiodę Szkotki, przy których najgorszy polski kocmołuch, wyrwany o trzeciej w nocy ze snu, wygląda niczym księżniczka.
Jest to zjawisko globalne, narastająca wraz ze zbliżaniem się do Uralu. I zaobserwowałem to na przykładzie studentek z byłej WNP. Mieliśmy w poniedziałek laboratorium z MPLS (multiprotocol label swistching - ale to wiadomo ;-)). Z braku miejsca na sali prowadzący zorganizował ustną wejściówkę na korytarzu. Wtedy pojawiła się starościna trzeciego roku, bodaj Białorusinka. Zaczepiła prowadzącego, ustaliła termin zajęć odróbczych, po czym usiadła obok mnie i kolegi Ł.
I wtedy pomyślałem, jak bardzo nasza zachodnia cywilizacja jest uniseks. Zupełne przeciwieństwo kobiet z Rosji czy Ukrainy, których styl nazwałbym hiperkobiecym. Zawsze spódnice, obcasy i żakiety, bluzeczki, niczego co trzeźwy mężczyzna byłby w stanie na siebie włożyć. Jeśli taka zhańbi się dżinsami, to już nie plecakiem. Tylko i wyłącznie torebka. Nawet nie biegają normalnie, tylko małymi krokami, wykonując specyficzne płynne ruchy dłońmi. Brak tylko krynolin i parasolki, żeby człowiek poczuł się jak podróżnik w czasie, który trafił do roku 1900.
Czas na pointę. Wejściówkę w bólach zaliczyliśmy, więc wzięliśmy się za tworzenie sieci MPLS. Dość czasochłonna robota. W pewnym momencie rozmowa schodzi na temat pytania. Stwierdzam, że doktor bardziej męczył ludzi z drugiego końca korytarza, a u nas był spokój. Kolega Ł. potwierdził i dodał na dowód, że zdobył od Białorusinki maila. Niemożliwe, pomyślałem. Byłem obok, zauważyłbym.
To się nazywa mocny zawodnik.
Subskrybuj:
Posty (Atom)