wtorek, 11 lutego 2014

Wyzwanie trzydziestodniowe (13) oraz jak zdemaskowałem Lema

Your favourite writer

Jestem zmienny w gustach. Daję się porwać fascynacjom i nigdy nie wiadomo, jaki zbieg okoliczności, wyczytane gdzieś zdanie, czy gra skojarzeń sprawi, że moim aktualnym ulubionym pisarzem stanie się N.N. Dziś ten, jutro tamten. Więc nie dziwcie się, jeśli jutro przeczytacie u mnie coś innego, ale dziś moich ulubionych pisarzy sponsoruje literka M jak Mackiewicz, Márai, McCarthy i Mishima.

Józef Mackiewicz to pisarz niezmiernie pechowy. Nie mógł sobie wybrać (a właściwie wdowa po nim nie mogła) gorszego opiekuna spuścizny, chyba że znalazłby się ktoś, kto by wrzucił wszystkie papiery po nim do pieca i spalił. Więc jeśli chcecie posiąść książkę autora Kontry, musicie uzbroić się w cierpliwość. Zaglądać do księgarni, wchodzić regularnie na strony książnic internetowych. Nie znasz dnia, ani godziny, kiedy niespodziewanie rzucą na rynek trzy egzemplarze Lewej wolnej i jeden Nie trzeba głośno mówić. Będzie drogo, bo kto u licha wydaje książki w Londynie, a na ebooki nie ma na razie szans. Może w połowie przyszłej dekady. Po drugie, na Mackiewiczu ciąży, wydaje mi się, odium autora prawicowego. Takiego, którego da radę przeczytać tylko inny prawicowiec. Nieprawda, bo, jeśli już jesteśmy przy polityce, Mackiewicz był prędzej liberałem. Do prawicy spadł przez radykalny antykomunizm. Trzecim zaś nieszczęściem jest jego emigracja. Za granicą był odcięty od czytelników, pieniędzy oraz redaktorów z prawdziwego stworzenia. Przez to jego powieści są pęknięte. Gubią rytm, a fabuła nieraz przegrywa z rozprawą historyczną. Mackiewicz to niestety nie Steinbeck, który perfekcyjne wyważał partie fabularne i eseistyczne w swoich książkach. Co zatem czytać? Na pewno Sprawę pułkownika Miasojedowa. Tę jedną napisał w stu procentach tak, jak było trzeba. A niedługo wydawnictwo Czarne wyda antologię 100 lat reportażu polskiego pod redakcją Marcina Szczygła, w którym ma się znaleźć tekst Mackiewicza-przedwojennego dziennikarza. Nie polecam w ciemno, bo nie wiem, co tam będzie, ale na pewno warto czekać.

Sándor Márai to kolejna postać wybitnie dwudziestowieczna. Przedtem pisarze byli artystami, rzemieślnikami, buntownikami, mędrcami, historykami. XX wiek dodał do tego spisu jeszcze jedną profesją, najtrudniejszą - Świadka. Bycie świadkiem historii to nieustanne lawirowanie między komorą gazową, a dołem z wapnem, między więziennymi kratami, a murem. Najlepszy los to skończyć jako wygnaniec. Márai, nim znalazł śmierć w San Diego, dwa razy widział, jak kończy się świat, a nieskończenie razy więcej widział, jak świat chyli się ku upadkowi. I pisał. Mackiewicz przed wojną zdążył zaledwie być dziennikarzem wileńskiego Słowa i autorem kilku opowiadań, starszy o dwa lata Márai osiągnął status literackiej gwiazdy, jego opowiadanie i wiersze czytano w radio, a powieścią Sindbad powraca do domu przywrócił pamięć o swoim zapomnianym mistrzu, Gyuli Krúdym. Po wojnie nie przestał publikować, choć życie emigracyjnego pisarza węgierskiego musiało być jeszcze smutniejsze niż polskiego. Co zatem czytać? Dziennik, dla głębi myśli, celności obserwacji i ostatniego zdania. Pierwszą miłość, żeby wanna-be pisarze mieli komu zazdrościć debiutu. Żar, bo to jego najsłynniejsza powieść. Nawet na angielski przetłumaczyli.

O Cormaku McCarthym powiem tyle, że to jedyny żyjący pisarz z mojej czwórki na M. Nie wiem, czy to dobrze, żywy pisarz to coś jak żywy student - dziki problem. Nigdy nie można być pewnym, czy nie wywinie jakiegoś brzydkiego numeru. McCarthy na razie zachowuje się porządnie, aczkolwiek jeszcze nie oglądałem Adwokata, do którego napisał scenariusz. W porównaniu do poprzedników, McCarthy ma nudną biografię. Szczęście życia w Ameryce. Urodził się, parę razy ożenił się i rozwiódł, kilkukrotnie był za granicą, dostał parę nagród. Jest pisarzem ze szkoły Faulknera. Kiedyś pisywał o swoim rodzinnym Tennessee, a po przeprowadzce o pograniczu Meksyku z USA. Co czytać? Krwawy południk, bo długi i sędzia Holden na końcu tańczy. Dziecię Boże, bo każdy zasługuje za współczucie. Całą resztę, bo zwyczajnie jest tego warto.

I wreszcie Yukio Mishima, niedoszły noblista (komisja wolała mniej kontrowersyjnego Kawabatę), który w 1970 popełnił rytualne samobójstwo po nieudanej próbie przywrócenia władzy cesarzowi. Podobno nie było w tym geście tyle polityki, ile się wydaje na pierwszy rzut oka. Mishima miał skłonności autodestrukcyjne i chciał stylowo umrzeć (prawdziwą czystość można osiągnąć tylko wtedy, kiedy uczyni się swoje życie wersem wiersza napisanym krwią – powiedział kiedyś). Jak samuraj. Na szczęście Mishima to nie tylko biografia, ale i świetna literatura. Napisał ponad czterdzieści powieści, ponad setkę opowiadań i wierszy, pięćdziesiąt sztuk (w stylu europejskim i tradycyjnych japońskich), eseje. O czym pisał? Głównie o miłości i śmierci. Co czytać? Polscy czytelnicy nie mają dużego wyboru. W Polsce ukazały się do tej pory cztery jego książki (w tym jedna, zbiór dramatów, może zmylić, bo okładka i dwoje polskich autorek sugeruje biografię) plus kilka drobiazgów w antologiach i czasopismach literackich. Najlepiej nabyć na allegro Zimny płomień. To zbiór ośmiu reprezentatywnych dla twórczości Mishimy opowiadań. Czytelnicy anglojęzyczni mogą sięgnąć po tetralogię The Sea of Fertility. Czytelnicy japońskojęzyczni niech się pukną za karę, że jeszcze o Mishimie nie słyszeli. A wcześniej wszyscy mogą dla rozgrzewki obejrzeć film Paula Shradera Mishima: A Life in Four Chapters z muzyka Philipa Glassa.




A TERAZ NADEJSZŁA WIEKOPOMNA CHWILA:

Czytam sobie, całkowicie poza wyzwaniem, a z racji innych projektów, książkę Joanny Siedleckiej Obława, która opisuje represje spadające na polskich literatów w czasach PRL. Rzecz ciekawa nie tylko dla miłośników historii, gdyż czyta się ją jak thriller albo kryminał. Na przykład w rozdziale opisującym literaturę dziecięcą Siedlecka wylicza książki, które w latach 50 przeznaczono do wycofania z bibliotek i zniszczenia ze względu na nieprawomyślny charakter. Zrozumiałe jest (z punktu widzenia władzy) posłanie na przemiał książek o Piłsudskim, Kamieni na szaniec oraz Pożogi Zofii Kossak. Można zrozumieć, że ze względu na antyniemiecki kurs na liście znalazł się Winnetou. Ale chłód przebiega po karku, kiedy zobaczy się też wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza, Małego księcia, Pollyannę, czy Tajemniczy ogród. Stalinizm był straszny, ale ja znalazłem coś jeszcze ciekawszego. Wśród pozycji, które nie podobały się cenzorom, znajduje się książeczka Bohaterski miś Bronisławy Ostrowskiej.
Główny bohater jest pluszową maskotką, która przynosiła szczęście naszym żołnierzom bijącym bolszewików – i pewnie przez to Ostrowska trafiła na indeks. Na szczęście już można ją czytać. A wręcz trzeba, chociażby dla samego początku, jak na książeczkę dla dzieci wręcz awangardowego, w którym miś opowiada w pierwszej osobie, jak go uszyto:
Na początku był zgrzyt i błyskanie nożyc w skrawkach brązowego pluszu i sukna, brzęk szklanych czarnych paciorków, szykowanych na oczy, pisk i mruczenie sprężynek, zawijanych skrzętnie w brzuszki pakuł i gałganków. Był stukot maszyny po formach oddzielnych łap, łbów i korpusów, i skrzyp igieł, haftujących jedwabiem dowcipne nosy i wdzięczne pazury. A nad tym wszystkim unosił się nieprzerwany gwar wesołych głosów kobiecych i śpiew zawieszonego w klatce u okna kanarka.  Robotnice śpiewały: tralala! tralala! kanarek wtórował: tirli! tirli! tiur! tiur! tiur!, a dwie maszyny odpowiadały sobie wzajem: Ło-mot! ło-mot! tak! tak! tak!
Kiedy i jak przestałem być tym wszystkim naraz, a stałem się ostatecznie doskonałym, artystycznie wykończonym Misiem?  Czuję jeszcze, jak przebierają, skubią i szczypią bez końca oddzielne części mojej rodzącej się postaci. Gniotą je, przybijają, szyją. Sprężynka pomimo woli mruczy: — Czy to tak będzie zawsze? — Nie. Skończyło się. Ktoś mówi nade mną tonem głębokiego zadowolenia: — No! ten mi się udał. I oto jestem już porwany i podniesiony wysoko w górę.
Przez jedno mgnienie oka widzę z bliska zadarty nos i błyszczące oczy mojej życiodawczyni, potem cały szereg podniesionych w moją stronę, szeroko roześmianych twarzy innych robotnic; stukot maszyny i trele kanarka zagłusza donośne hahaha! hihihi! śmiechu ludzkiego i — nareszcie! — zostaję tryumfalnie umieszczony na najwyższej półeczce tuż przed lustrem.  Tak. Wtedy właśnie — dokonało się. W lustrze zobaczyłem sam siebie, poznałem i odczułem siebie i jednocześnie stałem się sobą ostatecznie i nieodwołalnie, sobą, Misiem, pluszowym niedźwiedziem z artystycznej krajowej wytwórni zabawek — bohaterem mego własnego pamiętnika.
— Jesteśmy sami! — oznajmił uprzejmym zgrzytem klucz, zamykając wieczorem drzwi za ostatnią odchodzącą robotnicą.
A teraz pierwsze strony dużo bardziej znanego tekstu, czyli Maski Lema:
Na początku była ciemność i zimne płomienie, i huk przeciągły, a w długich sznurach iskier czarno osmalone haki wieloczłonkowe. które podawały mnie dalej, i pełzające metalowe węże, co dotykały mię ryjkowato spłaszczonymi łbami, a każde takie dotknięcie budziło dreszcz błyskawiczny, ostry i rozkoszny prawie. Zza szkieł okrągłych patrzał we mnie wzrok niezmiernie głęboki, nieruchomy i oddalał się, ale to chybam ja się przesuwało dalej i wchodziło w krąg następnego spojrzenia, budzącego drętwotę, szacunek i lęk. Ta wędrówka moja na wznak trwała czas niewiadomy, a w miarę jej postępów powiększałom się i rozpoznawałem siebie, doświadczając własnych granic i nie potrafię wyjawić, kiedym mogło już dokładnie ogarnąć własny kształt, rozpoznać każde miejsce, gdziem ustawało. Tam się świat zaczynał, huczący, płomienny, ciemny, a potem ustał ruch i cienkie trzpienie stawonogie, co podawały mię sobie, unosiły lekko w górę, oddawały cęgowym garściom, podsuwały płaskim ustom w otoku iskier, znikły, i leżałom jeszcze bezwładne, choć zdolne już do własnego ruchu, lecz w pełni wiadomości, że jeszcze nie czas i w tym zmartwiałym przechyle — bom spoczywało wtedy na skośnej równi — ostatni prąd, wiatyk bez tchu, pocałunek rozedrgany sprężył mnie i to był znak, żeby zerwać się i wpełznąć w okrągły otwór bezświetlny i już bez wszelkiego przynaglania dotknęłom zimnych, gładkich, wklęsłych płyt. aby spocząć na nich z kamienną ulgą. Lecz może był to sen. O przebudzeniu nic nie wiem. Szelesty niezrozumiałe pamiętam i półmrok chłodny i siebie w nim. świat otworzył mi się światłem szerokim, połyskliwością rozbitą w barwy, i to jeszcze, jak wiele zdumienia było w mym ruchu, gdym przekraczało próg. Silne blaski spływały z góry na barwny zamęt pionowych kadłubów, widziałem ich kule, obracające ku mnie lśniące wodą guziki, powszechny gwar zamarł i w powstałej ciszy uczyniłem jeszcze jeden mały krok.  Wtedy z nieposłyszanym. odczutym tylko dźwiękiem cieniutkiej struny, co pękła we mnie. uczułam napływ płci tak gwałtowny, że chwycił mnie zawrót głowy i przymknęłam powieki. A gdy stałam tak, z zamkniętymi oczami, dobiegły mnie ze wszech stron słowa, bo razem z płcią wszedł we mnie język. Otwarłam oczy i uśmiechnęłam się, i ruszyłam przed siebie, a moje suknie szły ze mną. 
Czy to możliwe, że Lem, pisząc jedno ze swoich najlepszych opowiadań, inspirował się, świadomie bądź nie, lekturą z dzieciństwa? Nie mnie wyrokować, ale hipoteza jest intrygująca.
Bohaterskiego misia można przeczytać na Wolnych lekturach.

1 komentarz:

  1. albo z ilustracjami na polonie: http://www.polona.pl/item/243069/2/
    (niestety polony nie czyta się zbyt wygodnie - ale i tak chyba warto)

    OdpowiedzUsuń