niedziela, 5 marca 2017

Słowo las znaczy świat albo poznawczy banał

Wpis jest piątą częścią wyzwania czytelniczego, w którym bierzemy pod lupę powieści Ursuli Le Guin zgromadzone w omnibusie Sześć światów Hain. Szczegóły u pomysłodawczyni.

Słowo las znaczy świat powstało krótko po Lewej ręce ciemności, ale czytanie ich jedno za drugim jest niebezpieczne. Można się zrazić. Jeszcze nie ochłonęliśmy po powieści wybitnej, wielopłaszczyznowej, pełniej niuansów, a dostajemy coś, co wydaje się półproduktem.
Może zawiniła forma? Mikropowieść to takie literackie nie wiadomo co. Jest dłuższa od opowiadania, traci jego zwięzłość i siłę przekazu. Z kolei na pełnoprawną powieść, z jej wielowątkowością i dogłębnością, jest stanowczo za krótka.
Zacząłem się wręcz zastanawiać, co zrobiłbym, gdybym był Harlanem Ellisonem, redaktorem antologii Kolejne niebezpieczne wizje, i właśnie otrzymał od Le Guin maszynopis. Chyba kazał przepisać wszystko od nowa. Usunąć samodzielne wątki Davidsona i Ljubowa, jedynym bohaterem i POV czyniąc Selvera. Oglądanie fiaska terrańskiej kolonizacji Nowej Tahiti wyłącznie z perspektywy Athshean nie zmieniłoby przesłania opowiadania, a pozwoliłoby uniknąć łopatologii i uproszczeń.
W przedmowie do Lewej ręki ciemności Le Guin pisała o fantastyce naukowej jako metaforze. W Słowo las znaczy świat metafora jest tak płaska i łopatologiczna, że przestaje być metaforą. Wszystko przez kapitana Davidsona. Nie mam nic przeciwko okrutnym Ziemianom, złym Ziemianom i bestialskim Ziemianom, ale kiedy bohater jest zły, bo przeczytał w starej książce, że mężczyzna jest naprawdę i całkowicie mężczyzną tylko wtedy, kiedy właśnie miał kobietę lub kiedy właśnie zabił człowieka, to nie mogę uwierzyć, że ta postać wyszła spod pióra ulubionej autorki. Podobnie karykaturalnie wygląda cały proces myślowy Davidsona. Być może na trzystu stronach dałoby się realistycznie oddać sposób rozumowania rasisty, mordercy czy gwałciciela. Drogę, jaka prowadzi go od jeszcze w miarę normalnej osobowości do zbrodni. Albo wykrzywione widzenia świata. Lecz nie da się tego dobrze pokazać, kiedy ma się ledwo kilkanaście stron. Na Nowej Tahiti nie ma wprawdzie postaci kapitalisty w cylindrze, ani korposzczura w krawacie do koszuli z krótkim rękawem, urządzającego tor do minigolfa w gabinecie (w Avatarze Camerona był taki), ale to dokładnie ten sam poziom uproszczenia. Dodajmy jeszcze żołnierzy żywcem wyjętych z Wietnamu (dżungle, śmigłowce, zioło), a nie odratuje tego ani dramatyzm losów ludu Selvera, ani najczystsze intencje Ljubowa.
Do tej pory czytywałem tylko te dobre powieści i opowiadania Le Guin. Słyszałem wprawdzie, że miała gorsze, łopatologiczne teksty, ale myślałem, że to ktoś po prostu odbił się od lektury i teraz wini autorkę. Teraz wiem, że koleżanki i koledzy nie zmyślali i w każdej chwili mogę wpaść na tę gorszą Ursulę. Boję się, co będzie z Wydziedziczonymi.
I jeszcze jedno. Bohaterów Lewej ręki ciemności i Słowo las znaczy świat, Genly'ego Ai i Raja Ljubowa łączy jedna ciekawa rzecz. Ai to słowo z języka japońskiego, a liubow - rosyjskiego. Oznaczają to samo: miłość. Niech to będzie drobną przesłanką za tym, jakie dobre byłoby to opowiadanie, gdyby Le Guin nie zdecydował się napisać słabej mikropowieści.

środa, 15 lutego 2017

Lewa ręka ciemności albo arcydzieło

Wpis jest czwartą częścią wyzwania czytelniczego, w którym bierzemy pod lupę powieści Ursuli Le Guin zgromadzone w omnibusie Sześć światów Hain. Szczegóły u pomysłodawczyni.

1. Jak sfilmować Lewą rękę ciemności? Wg. wiki były takie przymiarki. Jak w ogóle pokazać odmienność mieszkańców Gethenu? A trzeba by równolegle pokazać zarówno ich rzeczywistą inność, jak to, ile tego rodzi się w głowie mobila, interpretującego to, co widzi w świetle przyzwyczajeń przywiezionych z Ziemi. Chyba jedynym sposobem byłoby sklonować Davida Bowiego i Tildę Swinton (oglądaliście Orlando?). Nie kojarzę nikogo innego, kto miałby fizyczne warunki jednocześnie grać "w pozycji neutralnej" i wychylać się od niej w kierunku fizycznej kobiecości/męskości. Bez tego zespsulibyśmy film kabaretowymi przebierankami.
Innym rozwiązaniem byłby teatr. Np. Teatr Telewizji. Fantastyka na deskach się udaje, przykładem klasyczna Paradyzja z Opanią, czy niedawne Ascendium poznańskiego Teatru u przyjaciół. Nawet zacząłem sobie układać w głowie własną wizję inscenizacji. Nie przedstawiała się źle.

2. Uchodzi to przeważnie uwadze, ale Lewa ręka ciemności to świetna powieść przygodowa. Taka w starym stylu, kiedy oznaczało to historię ludzi, którzy trafiają w jakieś dzikie, egzotyczne miejsce, w którym muszą zmierzyć się z przeciwnościami losu, przyrodą nieożywioną, wrogami, przejść próba charakteru. Taki rytuał przejścia rozpisany w atrakcyjnej fabule. Warto o tym pamiętać, bo po małej rewolucji, jaką urządziło nam kino nowej przygody, zaczęliśmy ten podgatunek kojarzyć z awanturniczą rozrywką i ciętymi ripostami. W Lewej ręce ciemności nie ma akcji rodem z Indiany Jonesa. Za to cała druga połowa, aresztowanie Genly'ego, obóz, ucieczka, marsza przez lodowiec są w duchu przygodówek z czasów książek Jacka Londona i wyprawy Nansesna. Przy okazji pytanie: czy Le Guin miała dostęp do literatury łagrowej? Archipelag GUŁag ukazał się dopiero w 1973, ale angielskie wydanie Innego świata Herlinga-Grudzińskiego (pod tytułem A World Apart) to lata 50. Zawsze jest możliwość, że Le Guin wymyśliła Kołymę od podstaw, ale miło byłoby mieć świadomość, że literatura polska miała jakiś wpływ na jedno z arcydzieł fantastyki naukowej.

3. Jeśli w ręce wpadnie wam Fantastyka i futurologia, to koniecznie zerknijcie na fragment o Lewej ręce ciemności. Już sam fakt, że Mistrz wspomina o dobrej fantastyce (z książki można wyrobić sobie wrażenie, że Lem celowo wybierał słabe książki i opowiadania, o których dziś nikt już nie pamięta, tylko po to, żeby się popastwić) jest czymś wyjątkowym, a tu jeszcze są dodatkowe kontrowersje. Otóż Lemowi tak bardzo spodobał główny pomysł, że żądał go jeszcze więcej:
Utwór, zasługując na uznanie, zadowala się, niestety, potraktowaniem „innego seksualizmu” Getheńczyków jako zjawiska raczej egzotycznego aniżeli ontologicznego. Tymczasem waga ukazanej intrygi „planetarno-politycznej” jest niewspółmierna z doniosłością „innego seksu” (...) Uczestnictwo Gethenu we Wspólnocie [tj. Ekumienie - przyp. Ziuta] jest, zapewne, zwycięstwem koncepcji pokojowego współistnienia i harmonijnej współpracy nad ideą izolacjonizmu, ale to pozytywne rozwiązanie dylematu stanowi rzecz wprawdzie moralnie zacną, lecz poznawczo banalną. Daleko ciekawsze byłoby prześledzenie wszystkich konsekwencji natury psychologicznej, obyczajowo–kulturowej, socjalnej i wreszcie metafizycznej, wywalanych odmienną niż ludzka płciowością; lecz to zadanie spełnia powieść niedostatecznie.
Lemowe wywody to w moim wydaniu FiF ponad cztery strony maczkiem postulatu, by napisać Lewą rękę... od nowa. Można się zastanawiać, jak wtedy by wyglądała (mnie totalność wizji skojarzyła się z Dukajem). Można pośmiać się z Lema, który w życiu napisał coś ze trzy postaci kobiece (z czego jedna jest męską fantazją, a druga - robotem), że poucza znacznie bardziej doświadczoną koleżankę w tematach, na których się nie zna. Ja zwrócę uwagę na jedno. Lem kwestię pokojowej współpracy, pacyfizmu, równości społecznej itp. przyporządkowuje do kategorii moralnie zacnych, lecz poznawczo banalnych.
Zasadniczo męczy mnie coroczna awantura o Nagrody Hugo (jedno i drugie krótkie streszczenie). Jedną z najstraszniejszych rzeczy, jakie mogłyby się przydarzyć polskiej fantastyce, gdyby ktoś postanowił przenieść konflikt nad Wisłę. Miejmy nadzieję, że nigdy się to nie stanie. Ale wyobraźcie sobie taki zabawny świat, w którym w jednym, obok smutnych i wściekłych szczeniaczków, szeregu stają lemowskie szczeniaczki. Robią minę obrażonego jamnika i oświadczają: drodzy progresywni autorzy. Szanowne i szanowni SJW. Szanujemy książki, które wydaliście w zeszłym roku. To rzemieślniczo sprawna proza. Doceniamy przesłania, które staraliście wyrazić. Są moralnie zacne. Ale wasze książki są jednocześnie poznawczo banalne. Są tą mniej ważną częścią Lewej ręki ciemności. Postulują słuszne rzeczy zamiast być wkładem w empiryczną filozofię człowieka poznającego się w innym wcieleniu, dlatego nie zasługują na najważniejszą fantastyczną nagrodę literacką.
To byłaby dopiero awantura! Tylko jednak o tyle dobra, że dotycząca pryncypiów, a nie tego, że komuś nie podoba się, że SF jest inna niż w starych dobrych czasach (które stare dobre czasy są wytworem wyobraźni, a nie realnym miejscem w czasoprzestrzeni).

4. Wszystko to jednak tylko drobnostki składające się na fakt, że Lewa ręka ciemności jest arcydziełem. Przede mną jeszcze wiele książek Le Guin, powieści i opowiadań, przede mną Słowo las znaczy świat i Wydziedziczeni, przede mną cały grubaśny Rybak znad morza wewnętrznego, więc powinienem uważać na ostre deklaracje i nisko latające kwantyfikatory, ale i tak jestem przekonany, że nawet samej autorce trudno będzie przeskoczyć poziom Lewej ręki... Czy nawet się z nim zrównać.
Jeszcze większa zadanie stoi przed innymi pisarkami i pisarzami chcącymi pisać fantastykę na tematy płci i seksualności. Mirosław Obarski, redaktor antologii Kroki w nieznane, narzekał kiedyś, że takiej genderowej SF powstaje bardzo dużo, rzadko jednak trafia na tekst, który niósł by ze sobą coś więcej, niż deklarację, że temat leży autorce/autorowi na sercu. Nie wiem czy tak jest faktycznie, aż nie orientuję się w anglosaskim rynku. Jednak jeśli Obarski ma w sercu Lewą rękę... (a na pewno ma), to trudno będzie go zadowolić. Mnie też byłoby trudno. Znajdzie książkę, która tak ciekawy i złożony temat rozpracowuje równie elegancko. Współczesny odpowiednik Le Guin pisałby agresywniej, wręcz krzycząc. A tu mamy prozę cichą, wręcz pod tym względem staroświecką (wielkie dzięki dla Shee za to jedno słówko, nie wymyśliłbym lepszego).

poniedziałek, 13 lutego 2017

Django Pilipiuk

Andrzej Pilipiuk napisał na swojej stronie (nie da się linkować do pojedynczych wpisów, wiec w razie czego doklikajcie się do 11 lutego 2017) o planach pisarskich. Wśród rzeczy, o których wspominał już wcześniej, kryje się taki oto rodzynek:
W luźnych planach jest opowieść o czasach rzeczpospolitej szlacheckiej – ale opisanej z punktu widzenia cwanych i wrednych chłopów pańszczyźnianych. Jak to kiedyś napiszę – zadedykuję Jackowi Komudzie – wyobrażam sobie jego minę podczas lektury… 
Jednocześnie wspomina, że zamierza w miarę możliwości zwiększyć tempo produkcji do trzech książek rocznie. To akurat nie cieszy, bo Pilipiuk jest nierównym pisarzem, który dawno już przekroczył próg, po którym prędkość oznacza spadek jakości. Szkoda, bo w swoich lepszych momentach potrafi stworzyć rzeczy naprawdę fajnie. Spokojnie mógłbym z jego bibliografii wykroić 2-3 tomy Opowiadań najlepszych, które naprawdę warte byłyby czytania. Tu uwaga, że Wielki Grafoman radzi sobie lepiej z krótką formą i ma pecha żyć w epoce, w której rządzą niepodzielnie opasłe powieści.
Nie mogę na przykład cyklu o wampirach w PRL. Przecież to samograj: urban fantasy jest niesamowicie popularne, a Polska Ludowa to z kolei atrakcyjny, wciąż rzadko eksploatowany setting. Żeniąc jedno z drugim mamy szanse na coś naprawdę oryginalnego, a na pewno mniej oklepanego od kolejnych elfów/magów/wróżek/wilkołaków w Londynie. Jedyne co trzeba, to przemyśleć świat demoniczny i socjalistyczny oraz ich interakcje. Tymczasem Pilipiuk w każdym przypadku, jak zawsze kiedy się się spieszy, wybrał rozwiązanie najprostsze. Czy może raczej najbardziej śmiechowe. Dobre pomysły zabite banalną pointą, nieprzemyślane modyfikacje tradycyjnych wizerunków paranormalnych istot, dużo dowcipów o Zmierzchu (już w momencie druku będących strasznymi sucharami), wszystko to jest wielką zbrodnią na pomyśle. Czekam aż ktoś pójdzie po rozum do głowy i napisze własny magiczny PRL. Jak wspominałem: to dziewicza popkulturowa kraina, po której stąpało zaledwie kilku wędrowców.
Ale skończmy jechanie po Pilipiuku i przejdźmy do chwalenia. Bo jest za co. Choćby awansem za wspomniany pomysł powieści o cwanych i wrednych chłopach pańszczyźnianych. Jest to bowiem strzał w dziesiątką.
Pamiętacie jeszcze serial Artyści? Jeśli tak, to kojarzycie z pewnością aktora Kredyta, klepiącego biedę z lichej teatralnej pensyjki i pocieszającego się, że dobrze wyszedł na przesłuchaniu do filmu o rabacji. Twórcy Artystów, Demirski i Strzępka, zrobili zresztą sztukę o Jakubie Szeli, a w którymś wywiadzie wspominali, że drugi swój serial chcieliby zrobić właśnie o tym, jak w czterdziestym szóstym chłopi robili panom krwawe zapusty (konkretnie fabuła ma być o galicyjskim boomie naftowym, a rabacja ma być rozegrana w retrospekcjach). W recenzjach powieści piastowskich Cherezińskiej kilka razy przewinął się żal, iż za dużo w nich o królach i księżniczkach, a za mało o niedoli ludu. Mnie nie podobało się, że bohaterki zapowiadanego przez TVP serialu Wojenne dziewczyny to tradycyjna trójca inteligentka-cwaniara-Żydowka, a przydałaby się jeszcze chłopka. Wreszcie lewicowy krytyk filmowy Jakub Majmurek dopraszał się jakiś czas temu Django* o chłopach mszczących się na feudałach.
Jak sami widzicie, kiedy wszyscy tylko gadają, Pilipiuk sadowi się w blokach startowych. Ma szanse być na mecie pierwszy. Wspomnę mu o tym, kiedy spotkam go na jakimś konwencie.
Do tego Wielki Grafoman nie pierwszy raz wyprzedza epokę. W opowiadaniu Reprywatyzacja (Fenix 7-8/2001) majątek we wiosce odzyskuje arystokrata będący krwiopijcą metaforycznie i realnie. W Wigilijnej rozgrywce (Click! Fantasy 5/2002) Pawło Wędrowycz, ojciec Jakuba, dostaje od świętego Mikołaja skrzynkę dynamitu (Przyda się w tym waszym PPS-ie - tłumaczy Święty. - Jakbyście chcieli znowu policmajstra wysadzić w powietrze...). Oba opowiadania powstały na początku poprzedniej dekady. W czasach kiedy terrorystyczna działalność patriotycznej lewicy oraz ciemne strony przemian ustrojowych nie istniały szerokim obiegu popkultury.
Nie sposób też nie wspomnieć, że Reprywatyzacja, Wigilijna rozgrywka oraz zapowiadana powieść historyczna o chłopach pańszczyźnianych zajmują się tematyką uważaną powszechnie za lewicową. Nikt jej nie kojarzy z Andrzejem Pilipiukiem, wieloletnim prawicowcem, swego czasu kandydatem do parlamentu z ramienia partii Korwin-Mikkego. Sam potrzebowałem solidnie się zastanowić, zanim cokolwiek zauważyłem. Teraz wydaje się to oczywiste. Wielki Grafoman może i ma swoje poglądy, rzutują mu na twórczość, ale znajduje się w niej miejsce na coś nieoczekiwanego. Skąd ta lewicowa agenda? Być może Pilipiuk pracuje tak intensywnie, że przypadkiem wjechał na cudze terytorium jak rolnik podorujący miedzę. Może też (wolę tę teorię), że pewnie tematy wcale nie układają się równo pomiędzy podziałami politycznymi. Czasem leżą w poprzek całego spektrum tak, że każdy może się odnieść. Victor Hugo był typowym dziewiętnastowiecznym mieszczaninem-hipokrytą, a nikt piękniej od niego nie pisał o rewolucjonistach.
Ludzie o poglądach odmiennych od pilipiukowych powinni być mu wdzięczni, że zajmuje się sprawami, w których im nie wychodzi. Bo bądźmy szczerzy - w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie topowa popkultura jest wyraźnie wychylona w kierunku społecznego progresu, reprezentacji, krytyki korporacyjnego kapitalizmu itp. od tak dawna i tak swobodne, że wydaje się to neutralne i naturalne, w Polsce lewica nie łapie popkultury. To znaczy przepraszam: jest mnóstwo lewicowców doskonale znających pop (lepiej niż prawicowcy), teoretycznie doskonale posługujących się jego językiem (lepiej niż prawicowcy), ale po teoretykach nie przyszli twórcy. Nie wiem dlaczego.
Po dłuższych poszukiwaniach znalazłem jednego polskiego fantastę, który jest popularny, pisze pop i z dumą określał się jako lewak (inni albo są niszowi, albo ciągnie ich w okolice Kontrapunktów Powergraphu, albo nie afiszują się poglądami): to Kuba Ćwiek. Ale on zajmuje się naśladowaniem Ameryki, więc nie napisze nic o chłopach pańszczyźnianych, czy bojowcach 1905 roku.
Żniwa niby wielkie, ale robotnik jeden.

*Tarantino jest dla Polaków obiektem niespełnionych westchnień. Majmurek śni Django o rabacji (w myśl opinii, że potępienie przemocy jest intelektualnie płytkie). Adamski śni Bękarty wojny o żołnierzach wyklętych (w myśl opinii, że potępienie przemocy jest intelektualnie płytkie). Komedie gangsterskie z lat 90. składały się ujęć z bagażnika i odklejonych gadek o niczym. Dziw, że nikt nie zrobi biografii Leszka Millera w stylu Kill Billa. Też w myśl zasady, że potępienie przemocy jest intelektualnie płytkie

wtorek, 31 stycznia 2017

Miasto złudzeń albo z książki w ksiażkę

Wpis jest trzecią częścią wyzwania czytelniczego, w którym bierzemy pod lupę powieści Ursuli Le Guin zgromadzone w omnibusie Sześć światów Hain. Szczegóły u pomysłodawczyni.

Tak się złożyło, że czytałem Miasto złudzeń w kilku etapach, oddzielonych okresami, w których musiałem się poświęcić różnym pilnym sprawom. Za to kiedy je skończyłem, od razu przeszedłem do Lewej ręki ciemności, którą pochłonąłem z marszu i byłbym się od razu zabrał za Słowo las znaczy świat, gdyby nie przekonanie, że w czytaniu potrzebuję płodozmianu, więc odpoczynkowo zaliczyłem ponury reportaż Krakauera o mormonach.
Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ kiedy czytam książki jakiegoś pisarza, nawet ulubionego, którego chcę poznać wzdłuż i wszerz, to odbieram je pojedynczo. O jest powieść i tyle. Dobra lub zła. A potem druga, też dobra lub zła, i trzecia, i czwarta. Natomiast jeśli zaryzykować przedawkowanie i oddawać się lekturze cięgiem, to jest szansa dostrzec większą całość. Ewolucję autora. Powolny progres czy też zmianę. Jak rodzą się i rozwijają wątki, pomysły, postaci. I jak umierają.
W przypadku powieści zebranych w Sześciu światach Hain taka strategia wydaje się warta uwagi gdyż Le Guin pisała te książki właściwie jedną po drugiej. Do uzyskania całości obrazu należałoby poświęcić notkę haińskim opowiadaniom zebranym we Wszystkich stronach świata, ale to trochę wykracza poza ramy wyzwania. Może więc za jakiś czas, kiedy kupię Rybaka znad morza wewnętrznego.
Ktoś (nie pamiętam kto, ale chyba Polak) zwrócił uwagę, że w fantastyce oszałamiające debiuty zdarzają się rzadziej, niż w głównym nurcie. Raczej mamy do czynienia ze startem ze standardowego poziomu i mozolną wspinaczką na szczyt. Aż można sobie wyobrazić ekspedycję himalaistyczną, dla której Lewa ręka ciemności i Wydziedziczeni to ośmiotysięczniki, a Świat Rocannona, Planeta wygnania oraz Miasto złudzeń - kolejne bazy.
Albo też Miasto złudzeń to suma doświadczeń zebranych w dwóch poprzednich książkach cyklu. Jak w pierwszej mamy wędrówkę przez dziką krainę, napotykanie kolejnych przeszkód (najczęściej pod postacią dziwnych ludów) oraz niebezpiecznego wroga u celu. Z kolei z drugiej (oprócz uczynienia planety Werel miejscem pochodzenie Ramarrena) Le Guin wzięła zabawę w deformowanie wytworów ludzkiej kultury tak, by czytelnik miał spory problem w odgadnięciu, z czym ma właściwie do czynienia. Fakt, że 2/3 Miasta złudzeń to post-apo tylko zachęca do tego typu zabiegów.
To wszystko rzeczy wypracowane w Świecie Rocannona i Planecie wygania. Sporo autorów mając tyle wypracowane nie czułoby obowiązku wymyślać niczego więcej. Na szczęście nie Le Guin. Jeśli miałbym wskazać na wartość dodaną Miasta złudzeń, to byłaby nią przede wszystkim dwoistość Falka/Ramarrena. Przed nim (nimi?) bohaterowie przewijający się na kartach różnili się od nas wyglądem i obyczajami, ale poza tym niczym więcej. Falk/Ramarren jest pierwszą próbą przyjrzenia się komuś zdecydowanie od nas innemu.To jeszcze próby, świetnie napisane, ale próby. Jednak Le Guin musiała uznać, że idzie dobrą drogą, skoro już dwa lata później zmierzyła się z radykalnie odmiennym człowieczeństwem w Lewej ręce ciemności.