środa, 15 lutego 2017

Lewa ręka ciemności albo arcydzieło

Wpis jest czwartą częścią wyzwania czytelniczego, w którym bierzemy pod lupę powieści Ursuli Le Guin zgromadzone w omnibusie Sześć światów Hain. Szczegóły u pomysłodawczyni.

1. Jak sfilmować Lewą rękę ciemności? Wg. wiki były takie przymiarki. Jak w ogóle pokazać odmienność mieszkańców Gethenu? A trzeba by równolegle pokazać zarówno ich rzeczywistą inność, jak to, ile tego rodzi się w głowie mobila, interpretującego to, co widzi w świetle przyzwyczajeń przywiezionych z Ziemi. Chyba jedynym sposobem byłoby sklonować Davida Bowiego i Tildę Swinton (oglądaliście Orlando?). Nie kojarzę nikogo innego, kto miałby fizyczne warunki jednocześnie grać "w pozycji neutralnej" i wychylać się od niej w kierunku fizycznej kobiecości/męskości. Bez tego zespsulibyśmy film kabaretowymi przebierankami.
Innym rozwiązaniem byłby teatr. Np. Teatr Telewizji. Fantastyka na deskach się udaje, przykładem klasyczna Paradyzja z Opanią, czy niedawne Ascendium poznańskiego Teatru u przyjaciół. Nawet zacząłem sobie układać w głowie własną wizję inscenizacji. Nie przedstawiała się źle.

2. Uchodzi to przeważnie uwadze, ale Lewa ręka ciemności to świetna powieść przygodowa. Taka w starym stylu, kiedy oznaczało to historię ludzi, którzy trafiają w jakieś dzikie, egzotyczne miejsce, w którym muszą zmierzyć się z przeciwnościami losu, przyrodą nieożywioną, wrogami, przejść próba charakteru. Taki rytuał przejścia rozpisany w atrakcyjnej fabule. Warto o tym pamiętać, bo po małej rewolucji, jaką urządziło nam kino nowej przygody, zaczęliśmy ten podgatunek kojarzyć z awanturniczą rozrywką i ciętymi ripostami. W Lewej ręce ciemności nie ma akcji rodem z Indiany Jonesa. Za to cała druga połowa, aresztowanie Genly'ego, obóz, ucieczka, marsza przez lodowiec są w duchu przygodówek z czasów książek Jacka Londona i wyprawy Nansesna. Przy okazji pytanie: czy Le Guin miała dostęp do literatury łagrowej? Archipelag GUŁag ukazał się dopiero w 1973, ale angielskie wydanie Innego świata Herlinga-Grudzińskiego (pod tytułem A World Apart) to lata 50. Zawsze jest możliwość, że Le Guin wymyśliła Kołymę od podstaw, ale miło byłoby mieć świadomość, że literatura polska miała jakiś wpływ na jedno z arcydzieł fantastyki naukowej.

3. Jeśli w ręce wpadnie wam Fantastyka i futurologia, to koniecznie zerknijcie na fragment o Lewej ręce ciemności. Już sam fakt, że Mistrz wspomina o dobrej fantastyce (z książki można wyrobić sobie wrażenie, że Lem celowo wybierał słabe książki i opowiadania, o których dziś nikt już nie pamięta, tylko po to, żeby się popastwić) jest czymś wyjątkowym, a tu jeszcze są dodatkowe kontrowersje. Otóż Lemowi tak bardzo spodobał główny pomysł, że żądał go jeszcze więcej:
Utwór, zasługując na uznanie, zadowala się, niestety, potraktowaniem „innego seksualizmu” Getheńczyków jako zjawiska raczej egzotycznego aniżeli ontologicznego. Tymczasem waga ukazanej intrygi „planetarno-politycznej” jest niewspółmierna z doniosłością „innego seksu” (...) Uczestnictwo Gethenu we Wspólnocie [tj. Ekumienie - przyp. Ziuta] jest, zapewne, zwycięstwem koncepcji pokojowego współistnienia i harmonijnej współpracy nad ideą izolacjonizmu, ale to pozytywne rozwiązanie dylematu stanowi rzecz wprawdzie moralnie zacną, lecz poznawczo banalną. Daleko ciekawsze byłoby prześledzenie wszystkich konsekwencji natury psychologicznej, obyczajowo–kulturowej, socjalnej i wreszcie metafizycznej, wywalanych odmienną niż ludzka płciowością; lecz to zadanie spełnia powieść niedostatecznie.
Lemowe wywody to w moim wydaniu FiF ponad cztery strony maczkiem postulatu, by napisać Lewą rękę... od nowa. Można się zastanawiać, jak wtedy by wyglądała (mnie totalność wizji skojarzyła się z Dukajem). Można pośmiać się z Lema, który w życiu napisał coś ze trzy postaci kobiece (z czego jedna jest męską fantazją, a druga - robotem), że poucza znacznie bardziej doświadczoną koleżankę w tematach, na których się nie zna. Ja zwrócę uwagę na jedno. Lem kwestię pokojowej współpracy, pacyfizmu, równości społecznej itp. przyporządkowuje do kategorii moralnie zacnych, lecz poznawczo banalnych.
Zasadniczo męczy mnie coroczna awantura o Nagrody Hugo (jedno i drugie krótkie streszczenie). Jedną z najstraszniejszych rzeczy, jakie mogłyby się przydarzyć polskiej fantastyce, gdyby ktoś postanowił przenieść konflikt nad Wisłę. Miejmy nadzieję, że nigdy się to nie stanie. Ale wyobraźcie sobie taki zabawny świat, w którym w jednym, obok smutnych i wściekłych szczeniaczków, szeregu stają lemowskie szczeniaczki. Robią minę obrażonego jamnika i oświadczają: drodzy progresywni autorzy. Szanowne i szanowni SJW. Szanujemy książki, które wydaliście w zeszłym roku. To rzemieślniczo sprawna proza. Doceniamy przesłania, które staraliście wyrazić. Są moralnie zacne. Ale wasze książki są jednocześnie poznawczo banalne. Są tą mniej ważną częścią Lewej ręki ciemności. Postulują słuszne rzeczy zamiast być wkładem w empiryczną filozofię człowieka poznającego się w innym wcieleniu, dlatego nie zasługują na najważniejszą fantastyczną nagrodę literacką.
To byłaby dopiero awantura! Tylko jednak o tyle dobra, że dotycząca pryncypiów, a nie tego, że komuś nie podoba się, że SF jest inna niż w starych dobrych czasach (które stare dobre czasy są wytworem wyobraźni, a nie realnym miejscem w czasoprzestrzeni).

4. Wszystko to jednak tylko drobnostki składające się na fakt, że Lewa ręka ciemności jest arcydziełem. Przede mną jeszcze wiele książek Le Guin, powieści i opowiadań, przede mną Słowo las znaczy świat i Wydziedziczeni, przede mną cały grubaśny Rybak znad morza wewnętrznego, więc powinienem uważać na ostre deklaracje i nisko latające kwantyfikatory, ale i tak jestem przekonany, że nawet samej autorce trudno będzie przeskoczyć poziom Lewej ręki... Czy nawet się z nim zrównać.
Jeszcze większa zadanie stoi przed innymi pisarkami i pisarzami chcącymi pisać fantastykę na tematy płci i seksualności. Mirosław Obarski, redaktor antologii Kroki w nieznane, narzekał kiedyś, że takiej genderowej SF powstaje bardzo dużo, rzadko jednak trafia na tekst, który niósł by ze sobą coś więcej, niż deklarację, że temat leży autorce/autorowi na sercu. Nie wiem czy tak jest faktycznie, aż nie orientuję się w anglosaskim rynku. Jednak jeśli Obarski ma w sercu Lewą rękę... (a na pewno ma), to trudno będzie go zadowolić. Mnie też byłoby trudno. Znajdzie książkę, która tak ciekawy i złożony temat rozpracowuje równie elegancko. Współczesny odpowiednik Le Guin pisałby agresywniej, wręcz krzycząc. A tu mamy prozę cichą, wręcz pod tym względem staroświecką (wielkie dzięki dla Shee za to jedno słówko, nie wymyśliłbym lepszego).

poniedziałek, 13 lutego 2017

Django Pilipiuk

Andrzej Pilipiuk napisał na swojej stronie (nie da się linkować do pojedynczych wpisów, wiec w razie czego doklikajcie się do 11 lutego 2017) o planach pisarskich. Wśród rzeczy, o których wspominał już wcześniej, kryje się taki oto rodzynek:
W luźnych planach jest opowieść o czasach rzeczpospolitej szlacheckiej – ale opisanej z punktu widzenia cwanych i wrednych chłopów pańszczyźnianych. Jak to kiedyś napiszę – zadedykuję Jackowi Komudzie – wyobrażam sobie jego minę podczas lektury… 
Jednocześnie wspomina, że zamierza w miarę możliwości zwiększyć tempo produkcji do trzech książek rocznie. To akurat nie cieszy, bo Pilipiuk jest nierównym pisarzem, który dawno już przekroczył próg, po którym prędkość oznacza spadek jakości. Szkoda, bo w swoich lepszych momentach potrafi stworzyć rzeczy naprawdę fajnie. Spokojnie mógłbym z jego bibliografii wykroić 2-3 tomy Opowiadań najlepszych, które naprawdę warte byłyby czytania. Tu uwaga, że Wielki Grafoman radzi sobie lepiej z krótką formą i ma pecha żyć w epoce, w której rządzą niepodzielnie opasłe powieści.
Nie mogę na przykład cyklu o wampirach w PRL. Przecież to samograj: urban fantasy jest niesamowicie popularne, a Polska Ludowa to z kolei atrakcyjny, wciąż rzadko eksploatowany setting. Żeniąc jedno z drugim mamy szanse na coś naprawdę oryginalnego, a na pewno mniej oklepanego od kolejnych elfów/magów/wróżek/wilkołaków w Londynie. Jedyne co trzeba, to przemyśleć świat demoniczny i socjalistyczny oraz ich interakcje. Tymczasem Pilipiuk w każdym przypadku, jak zawsze kiedy się się spieszy, wybrał rozwiązanie najprostsze. Czy może raczej najbardziej śmiechowe. Dobre pomysły zabite banalną pointą, nieprzemyślane modyfikacje tradycyjnych wizerunków paranormalnych istot, dużo dowcipów o Zmierzchu (już w momencie druku będących strasznymi sucharami), wszystko to jest wielką zbrodnią na pomyśle. Czekam aż ktoś pójdzie po rozum do głowy i napisze własny magiczny PRL. Jak wspominałem: to dziewicza popkulturowa kraina, po której stąpało zaledwie kilku wędrowców.
Ale skończmy jechanie po Pilipiuku i przejdźmy do chwalenia. Bo jest za co. Choćby awansem za wspomniany pomysł powieści o cwanych i wrednych chłopach pańszczyźnianych. Jest to bowiem strzał w dziesiątką.
Pamiętacie jeszcze serial Artyści? Jeśli tak, to kojarzycie z pewnością aktora Kredyta, klepiącego biedę z lichej teatralnej pensyjki i pocieszającego się, że dobrze wyszedł na przesłuchaniu do filmu o rabacji. Twórcy Artystów, Demirski i Strzępka, zrobili zresztą sztukę o Jakubie Szeli, a w którymś wywiadzie wspominali, że drugi swój serial chcieliby zrobić właśnie o tym, jak w czterdziestym szóstym chłopi robili panom krwawe zapusty (konkretnie fabuła ma być o galicyjskim boomie naftowym, a rabacja ma być rozegrana w retrospekcjach). W recenzjach powieści piastowskich Cherezińskiej kilka razy przewinął się żal, iż za dużo w nich o królach i księżniczkach, a za mało o niedoli ludu. Mnie nie podobało się, że bohaterki zapowiadanego przez TVP serialu Wojenne dziewczyny to tradycyjna trójca inteligentka-cwaniara-Żydowka, a przydałaby się jeszcze chłopka. Wreszcie lewicowy krytyk filmowy Jakub Majmurek dopraszał się jakiś czas temu Django* o chłopach mszczących się na feudałach.
Jak sami widzicie, kiedy wszyscy tylko gadają, Pilipiuk sadowi się w blokach startowych. Ma szanse być na mecie pierwszy. Wspomnę mu o tym, kiedy spotkam go na jakimś konwencie.
Do tego Wielki Grafoman nie pierwszy raz wyprzedza epokę. W opowiadaniu Reprywatyzacja (Fenix 7-8/2001) majątek we wiosce odzyskuje arystokrata będący krwiopijcą metaforycznie i realnie. W Wigilijnej rozgrywce (Click! Fantasy 5/2002) Pawło Wędrowycz, ojciec Jakuba, dostaje od świętego Mikołaja skrzynkę dynamitu (Przyda się w tym waszym PPS-ie - tłumaczy Święty. - Jakbyście chcieli znowu policmajstra wysadzić w powietrze...). Oba opowiadania powstały na początku poprzedniej dekady. W czasach kiedy terrorystyczna działalność patriotycznej lewicy oraz ciemne strony przemian ustrojowych nie istniały szerokim obiegu popkultury.
Nie sposób też nie wspomnieć, że Reprywatyzacja, Wigilijna rozgrywka oraz zapowiadana powieść historyczna o chłopach pańszczyźnianych zajmują się tematyką uważaną powszechnie za lewicową. Nikt jej nie kojarzy z Andrzejem Pilipiukiem, wieloletnim prawicowcem, swego czasu kandydatem do parlamentu z ramienia partii Korwin-Mikkego. Sam potrzebowałem solidnie się zastanowić, zanim cokolwiek zauważyłem. Teraz wydaje się to oczywiste. Wielki Grafoman może i ma swoje poglądy, rzutują mu na twórczość, ale znajduje się w niej miejsce na coś nieoczekiwanego. Skąd ta lewicowa agenda? Być może Pilipiuk pracuje tak intensywnie, że przypadkiem wjechał na cudze terytorium jak rolnik podorujący miedzę. Może też (wolę tę teorię), że pewnie tematy wcale nie układają się równo pomiędzy podziałami politycznymi. Czasem leżą w poprzek całego spektrum tak, że każdy może się odnieść. Victor Hugo był typowym dziewiętnastowiecznym mieszczaninem-hipokrytą, a nikt piękniej od niego nie pisał o rewolucjonistach.
Ludzie o poglądach odmiennych od pilipiukowych powinni być mu wdzięczni, że zajmuje się sprawami, w których im nie wychodzi. Bo bądźmy szczerzy - w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie topowa popkultura jest wyraźnie wychylona w kierunku społecznego progresu, reprezentacji, krytyki korporacyjnego kapitalizmu itp. od tak dawna i tak swobodne, że wydaje się to neutralne i naturalne, w Polsce lewica nie łapie popkultury. To znaczy przepraszam: jest mnóstwo lewicowców doskonale znających pop (lepiej niż prawicowcy), teoretycznie doskonale posługujących się jego językiem (lepiej niż prawicowcy), ale po teoretykach nie przyszli twórcy. Nie wiem dlaczego.
Po dłuższych poszukiwaniach znalazłem jednego polskiego fantastę, który jest popularny, pisze pop i z dumą określał się jako lewak (inni albo są niszowi, albo ciągnie ich w okolice Kontrapunktów Powergraphu, albo nie afiszują się poglądami): to Kuba Ćwiek. Ale on zajmuje się naśladowaniem Ameryki, więc nie napisze nic o chłopach pańszczyźnianych, czy bojowcach 1905 roku.
Żniwa niby wielkie, ale robotnik jeden.

*Tarantino jest dla Polaków obiektem niespełnionych westchnień. Majmurek śni Django o rabacji (w myśl opinii, że potępienie przemocy jest intelektualnie płytkie). Adamski śni Bękarty wojny o żołnierzach wyklętych (w myśl opinii, że potępienie przemocy jest intelektualnie płytkie). Komedie gangsterskie z lat 90. składały się ujęć z bagażnika i odklejonych gadek o niczym. Dziw, że nikt nie zrobi biografii Leszka Millera w stylu Kill Billa. Też w myśl zasady, że potępienie przemocy jest intelektualnie płytkie

wtorek, 31 stycznia 2017

Miasto złudzeń albo z książki w ksiażkę

Wpis jest trzecią częścią wyzwania czytelniczego, w którym bierzemy pod lupę powieści Ursuli Le Guin zgromadzone w omnibusie Sześć światów Hain. Szczegóły u pomysłodawczyni.

Tak się złożyło, że czytałem Miasto złudzeń w kilku etapach, oddzielonych okresami, w których musiałem się poświęcić różnym pilnym sprawom. Za to kiedy je skończyłem, od razu przeszedłem do Lewej ręki ciemności, którą pochłonąłem z marszu i byłbym się od razu zabrał za Słowo las znaczy świat, gdyby nie przekonanie, że w czytaniu potrzebuję płodozmianu, więc odpoczynkowo zaliczyłem ponury reportaż Krakauera o mormonach.
Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ kiedy czytam książki jakiegoś pisarza, nawet ulubionego, którego chcę poznać wzdłuż i wszerz, to odbieram je pojedynczo. O jest powieść i tyle. Dobra lub zła. A potem druga, też dobra lub zła, i trzecia, i czwarta. Natomiast jeśli zaryzykować przedawkowanie i oddawać się lekturze cięgiem, to jest szansa dostrzec większą całość. Ewolucję autora. Powolny progres czy też zmianę. Jak rodzą się i rozwijają wątki, pomysły, postaci. I jak umierają.
W przypadku powieści zebranych w Sześciu światach Hain taka strategia wydaje się warta uwagi gdyż Le Guin pisała te książki właściwie jedną po drugiej. Do uzyskania całości obrazu należałoby poświęcić notkę haińskim opowiadaniom zebranym we Wszystkich stronach świata, ale to trochę wykracza poza ramy wyzwania. Może więc za jakiś czas, kiedy kupię Rybaka znad morza wewnętrznego.
Ktoś (nie pamiętam kto, ale chyba Polak) zwrócił uwagę, że w fantastyce oszałamiające debiuty zdarzają się rzadziej, niż w głównym nurcie. Raczej mamy do czynienia ze startem ze standardowego poziomu i mozolną wspinaczką na szczyt. Aż można sobie wyobrazić ekspedycję himalaistyczną, dla której Lewa ręka ciemności i Wydziedziczeni to ośmiotysięczniki, a Świat Rocannona, Planeta wygnania oraz Miasto złudzeń - kolejne bazy.
Albo też Miasto złudzeń to suma doświadczeń zebranych w dwóch poprzednich książkach cyklu. Jak w pierwszej mamy wędrówkę przez dziką krainę, napotykanie kolejnych przeszkód (najczęściej pod postacią dziwnych ludów) oraz niebezpiecznego wroga u celu. Z kolei z drugiej (oprócz uczynienia planety Werel miejscem pochodzenie Ramarrena) Le Guin wzięła zabawę w deformowanie wytworów ludzkiej kultury tak, by czytelnik miał spory problem w odgadnięciu, z czym ma właściwie do czynienia. Fakt, że 2/3 Miasta złudzeń to post-apo tylko zachęca do tego typu zabiegów.
To wszystko rzeczy wypracowane w Świecie Rocannona i Planecie wygania. Sporo autorów mając tyle wypracowane nie czułoby obowiązku wymyślać niczego więcej. Na szczęście nie Le Guin. Jeśli miałbym wskazać na wartość dodaną Miasta złudzeń, to byłaby nią przede wszystkim dwoistość Falka/Ramarrena. Przed nim (nimi?) bohaterowie przewijający się na kartach różnili się od nas wyglądem i obyczajami, ale poza tym niczym więcej. Falk/Ramarren jest pierwszą próbą przyjrzenia się komuś zdecydowanie od nas innemu.To jeszcze próby, świetnie napisane, ale próby. Jednak Le Guin musiała uznać, że idzie dobrą drogą, skoro już dwa lata później zmierzyła się z radykalnie odmiennym człowieczeństwem w Lewej ręce ciemności.

niedziela, 18 grudnia 2016

Fandomy

Przyznam z niejakim zażenowaniem, że bardzo interesuje mnie fenomen podziału na stary i nowy fandom. Ciężko powiedzieć, kiedy nastąpił podział czy w ogóle coś się podzieliło - może być przecież tak, że mamy do czynienia z dwoma całkowicie odrębnymi tworami. No powiedzmy, że nie odrębnymi, skoro wszystkie awantury biorą się z faktu wzajemnego przenikania, ale w jakiś sposób odrębnymi. Najtrafniej więc chyba sytuację opisuje powieść Mieville'a Miasto i miasto, w której dwa bałkańskie państewka egzystują w jednej płaszczyźnie fizycznej i główna ich aktywność polega na wzajemnym niezauważaniu się. Mieville nie byłby sobą, gdyby tak oszołamiającego pomysłu nie położył przeciętną fabułą, ale książkę naprawdę warto przeczytać.Ale wróćmy do tematu. W jednej konwentowo-klubowo-internetowej przestrzeni egzystują dwa fandomy fantastyczne, stary i nowy. Stary wiadomo:

  • Lat 40+ (a może i 40+)
  • Przeżywają sprawy sprzed lat, jakby działy się wczoraj (zapytani bez problemu powiedzą kto kogo i gdzie walnął kuflem po piwie w głowę)
  • I jednocześnie cierpią na "sprasowanie czasu" - jak to ujął mój kolega z liceum: dla mnie lata 90 już zawsze będą dziesięć lat temu.


Natomiast nowy fandom jest w istocie młodym fandomem
  • Przeważnie ma mniej poniżej 30 lat
  • Płynnie operują w nowych mediach (i to kilku na raz)
  • W fandomowej aktywności skupiają się na nowościach (czyli prędzej Marvel Cinematic Universe niż polska fantastyka socjologiczna lat 80)
To oczywiście zgrubny podział. Fandomy na przykład dzieli kwestia internetu (starzy najpierw udzielali się fizycznie, a sieć weszła potem; nowi jadą na pierwszy konwent po dłuższym udzielaniu się w fandomach sieciowych). Można też mówić, że stary fandom ma przechył na prawo i będzie kibicował szczeniaczkom (kiepskim przygodówkom, jak pisze starofandomowy Krzysztof Sokołowski), nowy zaś przechył na lewo, więc będzie się czuł częścią globalnego ruchu SJW (i w wojnach o Hugo stawał w obronie kiepskiej propagandy).
Świetnie różnice widać w tym, jak fandomy piszą w internecie. Nowy radzi sobie jak ryba w wodzie, mieszając polszczyznę z zapożyczeniami z angielskiego, socjolektem wypracowanym w pomniejszych fandomach oraz charakterystycznym dla nowej polskiej lewicy pasywno-agresywnym tonem. Stary w najlepszym wypadku próbuje pisać tak, jak się rozmawiało 30 lat temu. W najgorszym używa tego, co złośliwi nazywają "prawicową interpunkcją" (w skrócie: spacja przed znakami interpunkcyjnymi, pisanie kilku wykrzykników/pytajników na raz, dziwna predylekcja do kończenia zdań oznajmujących wielokropkami).
Są jednak pola konfliktu, o których - w przeciwieństwie do tego, co wypisałem powyżej, prawie się nie wspomina.

Pierwszy dotyczy akademickości. W dawnych czasach zajmowanie się fantastykę było mocno amatorskie i chociaż szanujemy profesora Smuszkiewicza za pionierskie publikacje, to pamiętamy, że praca jego i kilku podobnych naukowców była czymś wyjątkowym. Jeśli więc trafił się fantasta-akademik, to praktykujący w jakiejś innej dziedzinie (informatyk Fiałkowski, pracownik Ośrodka Studiów Wschodnich Olszański itd.), zaś trzon fantastycznej krytyki literackiej tworzyli absolwenci politechnik (Parowski, Oramus). Dziś natomiast bycie naukowcem od fantastyki jest czymś nieporównywalnie częstszym (i pewnie łatwiejszym). Przyjrzyjcie się czasem notkom biograficznym gości konwentu, albo posłuchajcie, jak przedstawiają się przed prelekcjami. Coraz więcej wśród nich badaczy. Jeśli mnie pamięć nie myli, to przynajmniej jeden z Serialkonów miał status konferencji, więc prelegenci-doktoranci mogli sobie wziąć zaświadczenie o uczestnictwie. Pomyślelibyście coś takiego na konwentach w latach 90?
Konflikt między amatorami a akademikami przedstawia się prosto. Starzy są przekonani, że odwalili całą robotę dawno temu i dziwią się na wieść o kongresie lemologicznym - przecież wszystko już napisał Oramus (zresztą ten sam Oramus z identycznych powodów krytycznie oceniał powergraphowski Głos Lema). Na identycznej zasadzie nowe, tak lubiane przez bojowych doktorantów tematy są zbywane ironicznym uśmiechem przez wąsatych amatorów - skoro oni nie zainteresowali się tym w 1988, to nie może być nic wartego uwagi. Do tego obie grupy mówią różnymi językami. Amatorzy z punktu widzenia akademików nawet jeśli dobrze kombinują, to mają niechlujny styl i braki w terminologii. Za kolei nowomowa doktorantów może dobrze prezentuje się w artykułach naukowych, jednak na zewnątrz brzmi śmiesznie i nadęcie.

Wreszcie w fandomie wrze coś podobnego do modnego w szerokim świecie zwarcia lokalistów z globalistami. Mówiąc w skrócie: jeden fandom jest polski, drugi to filia fandomu globalnego. "Polski fandom" chciałby funkcjonować jak kultura narodowa. Będąca częścią jakiejś szerszej tożsamości (np. europejskiej), ale jednocześnie niepodległa. "Polska odnoga fandomu globalnego" przypomina zhellenizowanego mieszkańca Azji Mniejszej. Albo bardziej współczesnego adepta edukacji klasycznej, który lepiej orientował się w literaturze łacińskiej (Rzym to były takie Stany starożytności) niż kulturze własnego narodu. Albo Rosjan z epoki między Piotrem I a XIX-wiecznym słowianofilstwem - mówiących po francusku i importujących kulturę z Niemiec.
Globalista będzie więc czytał Sapkowskiego dlatego, że ten przebił się do prawdziwego, globalnego fandomu i czytając, będzie zwracał uwagę na szarpiące angloamerykańskim Zachodem kwestie reprezentacji mniejszości etnicznych. Fandomita-krajowiec rozpozna za to, który epizod Pani jeziora jest odniesieniem do pogromu kieleckiego i którego z jego dwóch wyjaśnień. Problem reprezentacji, nawet jak zrozumie, zbyje krótkim to nie nasza wojna. Rejonem zapalnym konfliktu krajowców z globalistami może stać się Lem, będący jedną wielką myślozbrodnią: niechętny dziwactwu skupiania się fanów fantastyki w niezależną społeczność, nieciekawy pod kątem genderu i seksualności, wreszcie niewierzący w możliwość nawiązania kontaktu z Innym. Weź tumblera, dodaj Star Treka i garść nieszczeniaczkowcy nominacji do Hugo, potem przed całością postaw minus, a wyjdzie Lem, potencjalne guru lokalistów (ciekawe, jak takie zawłaszczenie skomentowałby sam nieboszczyk).
Za to człowiekiem-symbolem fandomowych globalistów powinien zostać Kuba Ćwiek, dla którego popkultura to kraina za Atlantykiem.

Dlaczego namnożyłem podziałów w fandomie (i pewnie po namyśle mógłbym dołożyć kilku kolejnych)? Bo uważam, że jeden nie wystarczałby do opisu różnic w fandomie. Do tego ludzie, poza jakimiś skrajnymi przypadkami, rzadko dają się przyporządkować całkowicie do jednej kategorii. Na konwentach do identyfikatorów powinni dodawać karty postaci, aby każdy mógł się rozpisać: 72% stary  (czasem wypije piwo z młodymi), 60% akademik (poszedł na podyplomówkę), ciężko-powiedzieć-ile globalista (kibicuje szczeniaczkom).
Wreszcie mnożę byty, bo sam nie wiem, jak się przyporządkować. Może więc skryję się we mgle.

niedziela, 11 grudnia 2016

Planeta wygnania albo wspólnota jako doświadczenie frontowe

Wpis jest drugą częścią wyzwania czytelniczego, w którym bierzemy pod lupę powieści Ursuli Le Guin zgromadzone w omnibusie Sześć światów Hain. Szczegóły u pomysłodawczyni.
Obiecując miesiąc temu, że o drugim tomie Ekumeny będę miał więcej do powiedzenia niż o pierwszym trochę kusiłem los (przy okazji: skąd wzięło się w polskim fandomie przekonanie, że Świat Rocannona, Planeta wygnania i Miasto złudzeń stanową jakąś oryginalną trylogię Hain? W przypadku cyklu o Ziemiomorzu widać linię dzielącą go na dwie części, tym natomiast powieści oraz opowiadania powstawały bardziej płynnie, a i same założenia ma luźniejsze. Po co więc wprowadzać podziały?). Na szczęście tym razem mi się upiekło i obfitość treści, którą obiecywał pierwszy rozdział, faktycznie istnieje.
Zauważyliście kiedyś, jak niektórzy autorzy fantastyki rozwijają jakiś pomysł z książki na książkę? W cyklu o Hain mamy do czynienia z czymś takim. W tomie pierwszym oglądaliśmy nieznaną planetę z punktu widzenia gościa, kosmicznego etnologa. W drugim takich "perspektyw obcego" mamy kilka. Najpierw narracja podąża za Rolery, o której samej i jej ludzie wiemy niewiele, lecz obcym dla nas mają być Alterrowie (Alterzy?). Niedługo jednak potem okazuje się, że to mieszkańcy miasta na skale, a nie nomadowie, są nam kulturowo i genetycznie bliżsi i relacja znane-nieznane obraca się o 180 stopni. Do tego mamy starego Wolda, z którego inny autor z łatwością zrobiłby twardogłowego dziadygę-sklerotyka, ale znowu - prowadząc fragmenty narracji z jego perspektywy, Le Guin rozbraja stereotyp równie trwale obecny w literaturze fantastycznonaukowej, co postacie dzikich tubylców czy dumnych najeźdźców. Moja prywatna lista ulubionych rzeczy w fantastyce nigdy nie wyszła poza luźne przemyślenia, ale takie przewrotki i zmiany punktu widzenia na pewno plasują się wysoko w rankingu. Pamiętam, jaką frajdę w Trylogii kosmicznej Borunia i Trepki dawało mi podobne stopniowanie obcości, gdzie za każdym nieznanym pojawiało się drugie, większe, przy którym poprzednie wydawało się znajome niczym własny ogródek za domem.
Drugą zaś niezwykłością Planety wygnania jest wojna. Znając do tej pory Le Guin z bardziej refleksyjnych i gadanych tekstów nie spodziewałem się, że nagle natrafię u niej na kawałek przyzwoicie napisanej batalistyki. Jak na wyobrażenia, które hodowałem sobie w pamięci, to jest wręcz military SF. Napaści, harcownicy, obrona murów, wypady, barykady, padające punkty obrony, wszystko to wyglądało jakby w połowie pisania ktoś (może Ernst Junger?) ukradł jej maszynopis i dopisał. I nie chodzi o sam fakt, że się biją. Zupełnie nieleguinowski wydaje się sens tej walki. Planeta wygnania to właściwie powieść o braterstwie broni. Nie miłość łączy dwa szczepy ludzi, ale walka ramię w ramię przeciwko wspólnemu przeciwnikowi. Z niej to płynie cała reszta - wzajemny szacunek i zrozumienie, przemiana kolonistów w mieszkańców planety (Węgrzy nazywają to honfóglalas - zajęciem ojczyzny), wejście koczowników na drogę postępu technicznego, a nawet odkrycie, że dwie odmiany człowieka mogą prawdopodobnie mieć zdrowe potomstwo.
Hain okazuje się znacznie barwniejszym miejscem, niż się spodziewałem. Po Świecie Rocannona bałem się trochę, że przynajmniej pierwsze tomy będą przewidywalnymi szturchnięciami konkurencji, czyli anglosaskiej fantastyki złotego i srebrnego wieku. Do pewnego stopnia tak jest. Le Guin bawi się kolorami (by żadna postać nie pasowała do schematu białego zdobywcy i brązowego tubylca), zmienia akcenty (bez tego te powieści aż za bardzo przypominałyby klasykę planetary romance czy przygodowe space opery Poula Andersona) i punkty widzenia, lecz nie poprzestaje na tym. Kiedy już uśpiła moją czujność, zrobiła taki ideowy twist, że głowa pęka. Dlatego z podekscytowaniem biorę się za Miasto złudzeń.