poniedziałek, 4 września 2017

Co jest nie tak z netfliksowym Notatnikiem śmierci?

O rety, gdyby nowa wersja Death Note była głównym powodem, dla którego kupiłem abonament Netfliksa, to bym był bardzo zły. Na szczęście z radością oglądam tam inne rzeczy (choć do ideału wciąż daleko — polskim użytkownikom nie dano szansy oglądać na bieżąco 3 sezonu Ricka i Morty'ego, omija nas sporo filmów, a że Brytyjczycy już mają Farcę, a my nie, to mały skandal).
Może przesadzam, ale anime z 2006 było czymś na kształt przeżycia pokoleniowego. Oglądało się je jak Lostów czy Prison Break, przeżywało, omawiało w podgrupach. Robienie po latach amerykańskiej wersji aktorskiej (nie widziałem jeszcze filmów japońskich — a, jak sprawdziłem, były dwie części, spinoff o L oraz miniserial) było ryzykownym przedsięwzięciem. Po ostatnim Ghost in the Shell czy Dragon Ballu sprzed paru lat trudno było o brak sceptycyzmu.
Niemniej zasiadając przed ekranem postanowiłem być wobec filmu i siebie uczciwy. W końcu adaptacja nie polega na powtarzaniu scena po scenie, a oryginalne anime nie było wolne od wad. Ewentualne zmiany postanowiłem brać za dobrą monetę — czasem wręcz warto pójść swoją drogą.
Po godzinie i czterdziestu minutach nie mogłem uwierzyć, jak to zmarali. Ze wszystkich możliwości, jakie dają proste przecież założenia wyjściowe, Amerykanie postanowili nakręcić , sam nie wiem, Koszmar minionego lata? Któryś z tych młodzieżowych thrillerów, które oglądałem wieczorami na Polsacie?
Po pierwsze: wspomniane reguły. W wersji animowanej zasady działania notatnika były proste, a kolejne wypływały niespiesznie i z odpowiednim wyprzedzeniem. A nawet jeśli nie, to wydawało się to naturalne. U Amerykanów mamy wrażenie, że reguły wymyślane są ad hoc, kiedy scenarzyści muszą dać kopniaka fabule.
Po drugie: bohater. Oryginalny Light Yagami był geniuszem. Netfliksowy Light Turner to typowy horrorowy cwaniaczek, który nie wie, z jakimi mocami zadziera. Na początku nawet ma jakieś osiągnięcia, ale szybko sytuacja wymyka mu się z rąk, a to, co miało być super, zamienia się w zagrożenie. W kłopoty wpędza go nie pycha, nie geniusz śledzącego go detektywa (o tym za chwilę), ale własna nieporadność.
Po trzecie: L. Death Note jest kryminałem. Fantastycznym oraz takim, w którym znamy tożsamość sprawcy, ale wciąż kryminałem. Frajdę z oglądania rodziło obserwowanie jak dwóch równorzędnych przeciwników ze sobą walczy. Obserwowanie dedukcji L. Tymczasem w filmie nie ma ani jednego, ani drugiego. L nie błyszczy żadnym specjalnym geniuszem — porównajcie, jak w anime odkrył, gdzie mieszka Kira i jak to zweryfikował, z analogicznym epizodem w filmie.
Po trzecie b: podobnie słabo wyglądają fortele Lighta, z rozpracowaniem agentów FBI na czele. W oryginale była to ryzykowne, ale perfekcyjnie przeprowadzona operacja. Jej wynik, a zwłaszcza epilog definiowały charakter bohatera, a nas, widzów, zostawiały z konstatacją, że kibicowaliśmy (i być może nadal kibicujemy) zimnokrwistemu psychopacie. W wersji netfliksowskiej cały ten fragment zmarnowano w imię twistu.
Po czwarte: twist. Jak już wspominałem, nie miałem nic przeciwko zmianom w fabule. To byłoby nawet ciekawe napisać alternatywny Notatnik śmierci. Inaczej podchodzący do spraw, albo podsuwający takie same sprawy, ale innym ludziom. Nowy Light wcale nie musiał być klonem starego — zwłaszcza, że nadludzcy psychopaci trochę się już przejedli. W filmie nowym pomysłem było dodanie do gry trzeciego gracza (w anime analogiczna postać była tylko niezbyt mądrym fanem Kiry). Taka fabuła miałaby sens (na co dowodem doskonałe Podwójne ubezpieczenia Bily'ego Wildera), gdyby tylko scenarzysta z reżyserem mieli dość pomyślunku i konsekwencji, żeby ją umiejętnie poprowadzić. A tak zamiast precyzyjnej podbudowy pod nieoczekiwany zwrot akcji, dostajemy durnego licealistę i jego wyrywną dziewczynę.
Smutno na coś takiego patrzeć.

Post scriptum: za to netfliksowy IBoy okazał się udanym, niespodziewanie poważnym filmem oartym na najgłupszym pomyśle wyjściowym, jaki mógł przyjść do głowy. Chłopak dostaje cyberpunkowych supermocy po tym, jak do mózgu wbił mu się kawałek telefonu. A mimo to ogląda się z wielką satysfakcją.




wtorek, 22 sierpnia 2017

Teleportem!

Nieoglądanie Gry o tron ma swoje zalety. Można na przykład czytać spojlery bez obawy, że zaboli. Na przykład ostatnio wszyscy narzekają na teleportację. Problem zaczął się już kilka sezonów, wcześniej, lecz znikał w szumie, gdyż były to pojedyncze przypadki. Obecnie wszyscy, ludzie, smoki i informacja hulają z jednego końca Westeros na drugi, jakby mieli ponaddźwiękowe odrzutowce i wi-fi w każdej wiosce.
Ktoś, kto czytał ostatnie tomy martinowskiej sagi, mógłby powiedzieć, że to i tak dobrze. Nikt nie zniósłby całego sezonu poświęconego temu, że Tyrion jedzie na wschód, od czasu do czasu oddając mocz (agrafek pomstuje na to zawsze, gdy rozmowa schodzi na temat Pieśni lodu i ognia). Swoje racje ma też logika opowieści. Martin zaczął ją przed laty w spotkaniem bohaterów w Winterfell. Potem rozjechali się po świcie, walczyli, zabijali, czasem wracali z martwych. Czas wreszcie, żeby spotkali się ponownie, zobaczyli, jak zmienił ich czas i zdarzenie, oraz żeby wreszcie zrobili coś z Innymi, głównym zagrożeniem dla Westeros.
Z podobnymi problemami przed laty borykał się Tolkien. On jednak miał dziesięć razy mniej bohaterów, pięć razy mniej wątków, a drużyna pierścienia po rozpadzie porusza się w trójkącie Rohan-Gondor-Mordor, a nie po całym wielgachnym kontynencie. Jeśli dodać fakt, że istnieje dokładne kalendarium z datami dziennymi, a Tolkien porównywał dystans przebyty bohaterów z regulaminami wojskowymi, żeby wiedzieć, ile jest w stanie przebyć piechur albo konnica - zobaczymy pisarską dyscyplinę, jakiej zabrakło HBO i Martinowi?
Może to kwestia współczesności. W dodatkach do wydania DVD Superprodukcji, Machulski żalił się, jak komórki popsuły szyki scenarzystom. Kiedyś telefon był luksusem, a znalezienie działającego automatu na mieście oznaczało wielką wyprawę. Dziś większość klasycznych komedii omyłek nie miałaby sensu, bo bohaterowie raz-dwa mogą rozwiązać swoje problemy przy pomocy trzymanego w kieszeni aparatu.
Czy to nie zanurzenie w nowoczesności stanowi problemu? Tolkien jeszcze znał stary świat, w którym ludzie jeździli pociągami, a najszybszą formą przekazywania wiadomości był telegram. U nas Sienkiewicz, pisząc o Kmicicu tułającym się po zajętej przez Szweda Koronie, miał  doskonałą świadomość dystansów, czasu na ich pokonanie oraz tempa narracji, jaki z tego wynika.
Wyczucia tego nie mamy my, dzieci globalizacji i mass mediów. Kiedy więc zaczynamy opowiadać o świecie, w którym wszystko porusza się i żyje wolniej (ale wcale nie mniej intensywnie), zaczynamy się gubić.
Bez trudu wyobrażam sobie, że taki sam problem może mieć twórca opowieści dziejącej się w XIX wieku. Albo jeszcze bardziej niedawno. Choćby w pierwszej połowie lat 90.

czwartek, 13 lipca 2017

Królowie polskiej telewizji i ich korony

Jednym z pierwszych dużych projektów zapowiadanych entuzjastycznie przez nowego prezesa Telewizji Polskiej, Jacka Kurskiego, miał być serial o dynastii Jagiellonów. Potem o projekcie zrobiło się cisze, a do opinii publicznej dochodziły strzępki informacji. Wreszcie jednak padły konkrety. Zdjęcia trwają, ostateczny tytuł to Korona królów (wcześniej nakrycie głowy należeć miało do królowej) a czas akcji cofnął się do XIV wieku , końcowych lat panowania Władysława Łokietka.
Zapowiedzi te powszechnie wyśmiano, do czego wybitnie przyczynił się kontrast pomiędzy buńczucznymi przechwałkami prezesa a udostępnionymi zdjęciami z planu — dość powiedzieć, że internautom kojarzyły się ze słabym larpem albo odcinkiem Świata według Kiepskich.
Podobne wpadki nie są domeną mediów publicznych. Pamiętamy, jak chłodno przyjęto Belle epoque, które miało być hitem wiosennej ramówki TVN. Właściwie dwie stacje popełniają te same błędy. Dziś nie wystarczy podać do wiadomości nieobrobionych fotosów z planu, a przyrównanie nowo powstającego tytułu do pierwszej popularnej produkcji z Zachodu to proszenie się o katastrofę. Kampanie marketingowe nowoczesnych seriali są same w sobie poważnym projektem. Sesje zdjęciowe są przemyślane i obrobione w Fotoshopie. Wiadomości z planu zdjęciowego starannie dozowane. Wizyty aktorów w telewizji śniadaniowej nie ograniczają się do oklepanych pytań o inspiracje.
Największe polskie stacje telewizyjne, tzw. „wielka czwórka” są w ciężkiej sytuacji. Żeby odzyskać oglądalność, muszą stworzyć serial, który jakością będzie porównywalny z produkcjami zachodnimi. Z kolei jakość kosztuje, a jedynym sposobem na zdobycie pieniędzy jest zwiększyć oglądalność. Nadziei na rozwikłanie tej kwadratury koła nie dodaje fakt, że utracono już całe pokolenie widzów i nie będzie łatwo ich od nowa zachęcić do siebie. Być może ostatnia chwila na to była dekadę temu (Czas honoruGlina czy Pitbull miały szansę odwrócić trend, ale z ich sukcesu nie wyciągnięto żadnych długofalowych wniosków).
Zamiast tego szefostwa stacji zdają się żyć marzeniami o cudownych latach 90. Wtedy wystarczyło puścić McGyvera i Drużynę A, a w święta komedię z De Funesem, żeby trzymać rynek w garści. Internetu nie było, a oferta sieci kablówek czy telewizji satelitarnych też opierała się na takich samych pewniakach. Od produkcji krajowych wymagano niewiele, w myśl zasady, że polskość to nie jakość, ale okoliczność łagodząca (Ekstradycja, kiedyś wielki hit, dziś nie daje się oglądać). W tej epoce wykuł się nie tylko kształt polskiej telewizji, ale i mentalność ludzi ją kierujących.
Ta mentalność to przede wszystkim wiara, że sprawdzone formaty są najlepsze, nie warto kombinować, a najlepszym źródłem wiedzy o świecie są badania focusowe. Pewien popularny dziś pisarz brał jakieś 10 lat temu udział w tworzeniu  projektu serialu o przygodach księdza oraz jego przyjaciela-milicjanta, którzy razem rozwiązują różne niesamowite zagadki kryminalne. Dyrektor programowy pogratulował ciekawego pomysłu, po czym zaraz go odrzucił. W Polsce przecież nikt nie ogląda kryminałów (tak wykazywały zamówione w sondażowni badania), a tym bardziej takich z księżmi w roli głównej. Pointa anegdoty jest taka, że kilka miesięcy później wystartował Ojciec Mateusz, posyłając do kosza całą racjonalną przecież wiedzę o widzu i jego upodobaniach.
Bo to nie jest tak, że grube ryby telewizyjnego świata żyją w innym świecie, niż my. Po prostu inaczej go odbierają. W programie publicystycznym Tomasza Lisa (tak, zdarzył się raz odcinek nie o polityce, a o serialach — na kanwie wydanej wtedy książki Seriale. Przewodnik Krytyki politycznej) Ilona Łepkowska, ta caryca polskich seriali, matka Klanu i Barw szczęścia, przyznała się do namiętnego oglądania jakościowych produkcji HBO. Rodziny SopranoPrawa ulicySześć stóp pod ziemią. Zaraz jednak wyjaśniła zdumionemu przedstawicielowi KryPola, że nie absolutnie szans, żeby coś na tym poziomie komplikacji fabularnej sprzedało się w Polsce. Ona o tym wie.
Powstrzymajmy się na chwilę od złośliwego śmiechu. To dziesięć lat temu mogła być prawda. Na SerialConie producent Robert Kowalewski opowiadał mi z przejęciem, że naprawdę był odwrót od kryminałów. Widz (czy raczej widzka — nad Wisłą pilot dzierżą kobiety) nie chciał oglądać niemiłych rzeczy, a każdy czarny charakter z miejsca zostawał najmniej popularną postacią. Pamiętajmy, że Monika z Klanu miała być polską Alexis, z czego jednak szybko zrezygnowano. Podobnie demoniczny Rafalski z czasem stał się porządny aż do poczciwości. Z takiej perspektywy można uwierzyć, że w 2008 Dextera oglądała inteligencka elita z Warszawy i studenci ściągający nowe odcinki z torrentów.
Ale minęły lata. Studenci poszli do pracy i teraz są bodaj najbardziej atrakcyjną grupą konsumencką — trzydziestolatkami z dużych miast. Internetowych zwyczajów nie zmienili, teraz tylko oglądają seriale na legalu z Netfliksa.
I, jak już wspomniałem, bossowie telewizyjnego światka przeoczyli moment, kiedy zmieniła się demografia, a wymagania nowej publiki wzrosły.  Reakcje na to są różne. Na SerialConie dyrektor z TVN twierdził, że kpiny z Belle epoque to spisek trolli (paradoksalnie ma trochę racji, nowy polski widz rzeczywiście jest wredny i wymagający — niestety z wiedzy nie płyną wnioski). Z kolei producenci otwarcie cieszą się, że telewizja, z której zamówień przecież żyją, wkrótce zdechnie i nareszcie będzie normalnie. Bardzo liczą na aktywność Netfliksa i Showmaksa.
I z takiej gleby wyrasta nieszczęsna Korona królów. Jest dzieckiem entuzjazmu prezesa, mody na dzieje ojczyste, mechanizmów produkcyjnych rodem z lat 90, cięć budżetowych, wiary, że widz w imię patriotyzmu przymknie oko na niedoróbki, wreszcie źle zrozumianego fenomenu Wspaniałego stulecia.
Oczywiście można mieć nadzieję, że kiepska fotografia to tylko kiepska fotografia i serial, który obejrzymy na jesieni będzie przyzwoity. Choć pod żadnym pozorem nie należy oczekiwać, że celuje w niszę Wikingów czy Gry o tron.
Z takimi marzeniami należy poczekać. Jest przecież Smarzowski, który pod egidą Showmaksa przymierza się do serialu o pierwszych Piastach. Showmax wprawdzie błysnął ostatnio koszmarną, seksistowską kampanią reklamową (Sexpecto patronum — The Magicians to Harry Potter z pieprzem!),a  Smarzol ma swoje odpały, ale chyba nie ma na razie lepszego gwaranta na serial, który dorówna nie tylko Wikingom, ale i Królewskim snom.

niedziela, 5 marca 2017

Słowo las znaczy świat albo poznawczy banał

Wpis jest piątą częścią wyzwania czytelniczego, w którym bierzemy pod lupę powieści Ursuli Le Guin zgromadzone w omnibusie Sześć światów Hain. Szczegóły u pomysłodawczyni.

Słowo las znaczy świat powstało krótko po Lewej ręce ciemności, ale czytanie ich jedno za drugim jest niebezpieczne. Można się zrazić. Jeszcze nie ochłonęliśmy po powieści wybitnej, wielopłaszczyznowej, pełniej niuansów, a dostajemy coś, co wydaje się półproduktem.
Może zawiniła forma? Mikropowieść to takie literackie nie wiadomo co. Jest dłuższa od opowiadania, traci jego zwięzłość i siłę przekazu. Z kolei na pełnoprawną powieść, z jej wielowątkowością i dogłębnością, jest stanowczo za krótka.
Zacząłem się wręcz zastanawiać, co zrobiłbym, gdybym był Harlanem Ellisonem, redaktorem antologii Kolejne niebezpieczne wizje, i właśnie otrzymał od Le Guin maszynopis. Chyba kazał przepisać wszystko od nowa. Usunąć samodzielne wątki Davidsona i Ljubowa, jedynym bohaterem i POV czyniąc Selvera. Oglądanie fiaska terrańskiej kolonizacji Nowej Tahiti wyłącznie z perspektywy Athshean nie zmieniłoby przesłania opowiadania, a pozwoliłoby uniknąć łopatologii i uproszczeń.
W przedmowie do Lewej ręki ciemności Le Guin pisała o fantastyce naukowej jako metaforze. W Słowo las znaczy świat metafora jest tak płaska i łopatologiczna, że przestaje być metaforą. Wszystko przez kapitana Davidsona. Nie mam nic przeciwko okrutnym Ziemianom, złym Ziemianom i bestialskim Ziemianom, ale kiedy bohater jest zły, bo przeczytał w starej książce, że mężczyzna jest naprawdę i całkowicie mężczyzną tylko wtedy, kiedy właśnie miał kobietę lub kiedy właśnie zabił człowieka, to nie mogę uwierzyć, że ta postać wyszła spod pióra ulubionej autorki. Podobnie karykaturalnie wygląda cały proces myślowy Davidsona. Być może na trzystu stronach dałoby się realistycznie oddać sposób rozumowania rasisty, mordercy czy gwałciciela. Drogę, jaka prowadzi go od jeszcze w miarę normalnej osobowości do zbrodni. Albo wykrzywione widzenia świata. Lecz nie da się tego dobrze pokazać, kiedy ma się ledwo kilkanaście stron. Na Nowej Tahiti nie ma wprawdzie postaci kapitalisty w cylindrze, ani korposzczura w krawacie do koszuli z krótkim rękawem, urządzającego tor do minigolfa w gabinecie (w Avatarze Camerona był taki), ale to dokładnie ten sam poziom uproszczenia. Dodajmy jeszcze żołnierzy żywcem wyjętych z Wietnamu (dżungle, śmigłowce, zioło), a nie odratuje tego ani dramatyzm losów ludu Selvera, ani najczystsze intencje Ljubowa.
Do tej pory czytywałem tylko te dobre powieści i opowiadania Le Guin. Słyszałem wprawdzie, że miała gorsze, łopatologiczne teksty, ale myślałem, że to ktoś po prostu odbił się od lektury i teraz wini autorkę. Teraz wiem, że koleżanki i koledzy nie zmyślali i w każdej chwili mogę wpaść na tę gorszą Ursulę. Boję się, co będzie z Wydziedziczonymi.
I jeszcze jedno. Bohaterów Lewej ręki ciemności i Słowo las znaczy świat, Genly'ego Ai i Raja Ljubowa łączy jedna ciekawa rzecz. Ai to słowo z języka japońskiego, a liubow - rosyjskiego. Oznaczają to samo: miłość. Niech to będzie drobną przesłanką za tym, jakie dobre byłoby to opowiadanie, gdyby Le Guin nie zdecydował się napisać słabej mikropowieści.

środa, 15 lutego 2017

Lewa ręka ciemności albo arcydzieło

Wpis jest czwartą częścią wyzwania czytelniczego, w którym bierzemy pod lupę powieści Ursuli Le Guin zgromadzone w omnibusie Sześć światów Hain. Szczegóły u pomysłodawczyni.

1. Jak sfilmować Lewą rękę ciemności? Wg. wiki były takie przymiarki. Jak w ogóle pokazać odmienność mieszkańców Gethenu? A trzeba by równolegle pokazać zarówno ich rzeczywistą inność, jak to, ile tego rodzi się w głowie mobila, interpretującego to, co widzi w świetle przyzwyczajeń przywiezionych z Ziemi. Chyba jedynym sposobem byłoby sklonować Davida Bowiego i Tildę Swinton (oglądaliście Orlando?). Nie kojarzę nikogo innego, kto miałby fizyczne warunki jednocześnie grać "w pozycji neutralnej" i wychylać się od niej w kierunku fizycznej kobiecości/męskości. Bez tego zespsulibyśmy film kabaretowymi przebierankami.
Innym rozwiązaniem byłby teatr. Np. Teatr Telewizji. Fantastyka na deskach się udaje, przykładem klasyczna Paradyzja z Opanią, czy niedawne Ascendium poznańskiego Teatru u przyjaciół. Nawet zacząłem sobie układać w głowie własną wizję inscenizacji. Nie przedstawiała się źle.

2. Uchodzi to przeważnie uwadze, ale Lewa ręka ciemności to świetna powieść przygodowa. Taka w starym stylu, kiedy oznaczało to historię ludzi, którzy trafiają w jakieś dzikie, egzotyczne miejsce, w którym muszą zmierzyć się z przeciwnościami losu, przyrodą nieożywioną, wrogami, przejść próba charakteru. Taki rytuał przejścia rozpisany w atrakcyjnej fabule. Warto o tym pamiętać, bo po małej rewolucji, jaką urządziło nam kino nowej przygody, zaczęliśmy ten podgatunek kojarzyć z awanturniczą rozrywką i ciętymi ripostami. W Lewej ręce ciemności nie ma akcji rodem z Indiany Jonesa. Za to cała druga połowa, aresztowanie Genly'ego, obóz, ucieczka, marsza przez lodowiec są w duchu przygodówek z czasów książek Jacka Londona i wyprawy Nansesna. Przy okazji pytanie: czy Le Guin miała dostęp do literatury łagrowej? Archipelag GUŁag ukazał się dopiero w 1973, ale angielskie wydanie Innego świata Herlinga-Grudzińskiego (pod tytułem A World Apart) to lata 50. Zawsze jest możliwość, że Le Guin wymyśliła Kołymę od podstaw, ale miło byłoby mieć świadomość, że literatura polska miała jakiś wpływ na jedno z arcydzieł fantastyki naukowej.

3. Jeśli w ręce wpadnie wam Fantastyka i futurologia, to koniecznie zerknijcie na fragment o Lewej ręce ciemności. Już sam fakt, że Mistrz wspomina o dobrej fantastyce (z książki można wyrobić sobie wrażenie, że Lem celowo wybierał słabe książki i opowiadania, o których dziś nikt już nie pamięta, tylko po to, żeby się popastwić) jest czymś wyjątkowym, a tu jeszcze są dodatkowe kontrowersje. Otóż Lemowi tak bardzo spodobał główny pomysł, że żądał go jeszcze więcej:
Utwór, zasługując na uznanie, zadowala się, niestety, potraktowaniem „innego seksualizmu” Getheńczyków jako zjawiska raczej egzotycznego aniżeli ontologicznego. Tymczasem waga ukazanej intrygi „planetarno-politycznej” jest niewspółmierna z doniosłością „innego seksu” (...) Uczestnictwo Gethenu we Wspólnocie [tj. Ekumienie - przyp. Ziuta] jest, zapewne, zwycięstwem koncepcji pokojowego współistnienia i harmonijnej współpracy nad ideą izolacjonizmu, ale to pozytywne rozwiązanie dylematu stanowi rzecz wprawdzie moralnie zacną, lecz poznawczo banalną. Daleko ciekawsze byłoby prześledzenie wszystkich konsekwencji natury psychologicznej, obyczajowo–kulturowej, socjalnej i wreszcie metafizycznej, wywalanych odmienną niż ludzka płciowością; lecz to zadanie spełnia powieść niedostatecznie.
Lemowe wywody to w moim wydaniu FiF ponad cztery strony maczkiem postulatu, by napisać Lewą rękę... od nowa. Można się zastanawiać, jak wtedy by wyglądała (mnie totalność wizji skojarzyła się z Dukajem). Można pośmiać się z Lema, który w życiu napisał coś ze trzy postaci kobiece (z czego jedna jest męską fantazją, a druga - robotem), że poucza znacznie bardziej doświadczoną koleżankę w tematach, na których się nie zna. Ja zwrócę uwagę na jedno. Lem kwestię pokojowej współpracy, pacyfizmu, równości społecznej itp. przyporządkowuje do kategorii moralnie zacnych, lecz poznawczo banalnych.
Zasadniczo męczy mnie coroczna awantura o Nagrody Hugo (jedno i drugie krótkie streszczenie). Jedną z najstraszniejszych rzeczy, jakie mogłyby się przydarzyć polskiej fantastyce, gdyby ktoś postanowił przenieść konflikt nad Wisłę. Miejmy nadzieję, że nigdy się to nie stanie. Ale wyobraźcie sobie taki zabawny świat, w którym w jednym, obok smutnych i wściekłych szczeniaczków, szeregu stają lemowskie szczeniaczki. Robią minę obrażonego jamnika i oświadczają: drodzy progresywni autorzy. Szanowne i szanowni SJW. Szanujemy książki, które wydaliście w zeszłym roku. To rzemieślniczo sprawna proza. Doceniamy przesłania, które staraliście wyrazić. Są moralnie zacne. Ale wasze książki są jednocześnie poznawczo banalne. Są tą mniej ważną częścią Lewej ręki ciemności. Postulują słuszne rzeczy zamiast być wkładem w empiryczną filozofię człowieka poznającego się w innym wcieleniu, dlatego nie zasługują na najważniejszą fantastyczną nagrodę literacką.
To byłaby dopiero awantura! Tylko jednak o tyle dobra, że dotycząca pryncypiów, a nie tego, że komuś nie podoba się, że SF jest inna niż w starych dobrych czasach (które stare dobre czasy są wytworem wyobraźni, a nie realnym miejscem w czasoprzestrzeni).

4. Wszystko to jednak tylko drobnostki składające się na fakt, że Lewa ręka ciemności jest arcydziełem. Przede mną jeszcze wiele książek Le Guin, powieści i opowiadań, przede mną Słowo las znaczy świat i Wydziedziczeni, przede mną cały grubaśny Rybak znad morza wewnętrznego, więc powinienem uważać na ostre deklaracje i nisko latające kwantyfikatory, ale i tak jestem przekonany, że nawet samej autorce trudno będzie przeskoczyć poziom Lewej ręki... Czy nawet się z nim zrównać.
Jeszcze większa zadanie stoi przed innymi pisarkami i pisarzami chcącymi pisać fantastykę na tematy płci i seksualności. Mirosław Obarski, redaktor antologii Kroki w nieznane, narzekał kiedyś, że takiej genderowej SF powstaje bardzo dużo, rzadko jednak trafia na tekst, który niósł by ze sobą coś więcej, niż deklarację, że temat leży autorce/autorowi na sercu. Nie wiem czy tak jest faktycznie, aż nie orientuję się w anglosaskim rynku. Jednak jeśli Obarski ma w sercu Lewą rękę... (a na pewno ma), to trudno będzie go zadowolić. Mnie też byłoby trudno. Znajdzie książkę, która tak ciekawy i złożony temat rozpracowuje równie elegancko. Współczesny odpowiednik Le Guin pisałby agresywniej, wręcz krzycząc. A tu mamy prozę cichą, wręcz pod tym względem staroświecką (wielkie dzięki dla Shee za to jedno słówko, nie wymyśliłbym lepszego).