czwartek, 27 września 2018

Nowa Fantastyka 10/2018

Do kiosków trafił właśnie październikowy numer Nowej Fantastyki. Wiąże się z tym mała prywata, bowiem znajdziecie w niej moje opowiadanie Leże boga-smoka. Tytuł chyba dość jednoznacznie wskazuje, że jest to opowiadanie fantasy, a motto, które je rozpoczyna, równie jednoznacznie kieruje ku jego odmianie heroicznej, w której łatwo się zauroczyć, jeśli przedawkować Conana. A mnie się to w pewnym momencie zdarzyło.
Nie wdając się w dalsze autoegzegezy, serdecznie zapraszam do lektury.


wtorek, 11 września 2018

Fantastyka i film

W majowy długi weekend po raz kolejny bawiłem się na organizowanym w ramach OffCamery SerialConie. SerialCon to taki dziwny ni to konwent, ni to impreza towarzysząca znanemu festiwalowi, na którym mieszają się dwa światy — fanowski i branży filmowo-telewizyjnej. Wciąż wprawdzie daleko do pełnej interakcji między nimi, ale z roku na rok jest coraz lepiej. Czekać tylko, aż wyklują się jakieś konstruktywne wnioski. Być może już zaczęły się wykluwać — kiedy na panelu o miniserialach usłyszałem ze strony profesjonalistów rzeczy, o których nudziłem na każdym panelu, prelekcji i spotkaniu, na którym koordynatorka zrobiła mnie prowadzącym, to chcę wierzyć, że miałem w tym jakąś niewielką zasługę.
Ale przejdźmy do najciekawszego, czyli do fantastyki. Na przykład rok temu na SerialConie były dyrektor TVP wyznał, że były przymiarki do serialu na podstawie Lodu Jacka Dukaja, ale wszystko tradycyjnie rozbiło się o wielki budżet. Branża filmowa okazała się również doskonale zorientowana w polskiej fantastyce, którą ceni, ale niestety uważa za zbyt intelektualną. O, gdyby nasi autorzy napisali coś lekkiego, rozrywkowego, to może dałoby się z tego zrobić scenariusz. Niestety, póki nasi autorzy i autorki tworzą fabularyzowane seminaria filozoficzne, producenci mogą jedynie rozkładać ręce, a aktorzy męczyć się po operach mydlanych i komediach romantycznych.
Jednakże to była chyba tylko prelegencka przesada, bo z polskim filmem fantastycznym nie jest źle. W 2015 premierę miały Demon Marcina Wrony i Córki dancingu Agnieszki Smoczyńskiej. W 2017 — Człowiek z magicznym pudełkiem Bodo Koksa. W tym na ekranach możemy obejrzeć Wieżę. Jasny dzień Jagody Szelc. W ciągu czterech lat mieliśmy w Polsce cztery pełnometrażowe filmy fantastyczne. Nie niezależne, robione przez entuzjastów dla entuzjastów (jak czekające na premierę wiedźmińskie Pół wieku poezji później), ale produkcje powstałe w ramach normalnego przemysłu filmowego i trafiające później do normalnej dystrybucji w kinach. Córki dancingu doczekały się entuzjastycznych opinii za granicą: 88% na Rotten Tomatoes i wydania w ramach Criterion Collection. Horror w planach ma też Łukasz Palkowski, a na SerialConie rok temu Maciej Musiał zachwycał się Człowiekiem z wysokiego zamku i deklarował, że też chciałby w czymś takim zagrać. Życzenie mu się spełniło, bo netfliksowskie 1983 będzie historią alternatywną. Z kolei Wiedźmin powstaje w prawdzie po angielsku, ale udział Bagińskiego i środkowoeuropejskich plenerów (showrunnerka Lauren Hissrich odwiedziła Polskę i obfotografowała Orle Gniazda, co daje cień nadziei, że przynajmniej część zdjęć będzie u nas, a nie tylko w standardowych Pradze i Budapeszcie) pozwala mi zaszufladkować go na potrzeby niniejszego wpisu jako "trochę nasz serial." Zdawałoby się, że żyć, nie umierać.
Z drugiej strony gwiazdą bloku filmowego na Pyrkonie jest tradycyjnie Staszek Mąderek.
A przecież mija dekada od czasów, gdy zdanie Staszek szybki jest było świeżym fandomowym wicem, zaś jego bohater ze swoim szalonym, gwiezdnowojennym projektem występował w Teleexpressie i Uwadze! TVN. Od tamtego czasu Gwiazdy w czerni zestarzały się przeokrutnie, nie tylko pod względem technicznym (wyglądają niczym green screen w Kiepskich), ale i scenariuszowo. Jubileuszowy trailer serwuje masę sucharów, które rozśmieszą chyba tylko ludzi rozmiłowanych w bieżączce przełomu stuleci. Ciężko pisać takie rzeczy o człowieku, który włożył w swoje marzenie dwadzieścia lat i każde zarobione pieniądze, ale dziwi nieustanne robienie z Mąderka głównej gwiazdy, podczas gdy są Bolesto, Kox, Smoczyńska, Szelc.

***
Powyższe akapity zapisałem w maju, zaraz po SerialConie. Wpis pewnie szybko trafiłby do publikacji, gdyby nie jedna, druga, trzecia długotrwała awaria internetu (zakończona zmianą operatora), wyjazdy, konwenty, szkolenie i inne okoliczności życia.
Coś się od tego czasu zmieniło? Bagiński nie jest już reżyserem serialowego Wiedźmina, bo Netflix jednak postawił na fachowców, a nie człowieka, który na koncie ma tylko filmy reklamowe i kilka krótkometrażowych animacji. TVN przymierza się do fantastycznego sitcomu 2050 (tego, który miała robić TVP 2, ale się rozmyśliła). Jakaś anonimowa platforma streamingowa (można podejrzewać Showmax) planuje serial fantastyczno-komediowy o księdzu walczącym z demonami gdzieś na prowincji. Młody reżyser i scenarzysta* Brunon Hawryluk przymierza się na poważnie do ekranizacji Cierpienia hrabiego Mortena. W tytułowej roli wystąpić ma nie kto inny a sam Jerzy Nasierowski.
Dzieje się nie tylko w fantastyce. Zeszłoroczny serial kryminalny stacji AXN, Ultraviolet, trafił na międzynarodowego Netfliksa, co zaowocowało ocenami i recenzjami z zagranicy. Wybaczcie, że nie będę się chwilowo nad nimi pochylał, bo zamierzam w niedalekiej oprzeć na nich całą prelekcję, a tak byłyby spojlery.
Dzieje się więc naprawdę wiele w serialowo-filmowym światku. Daleko jeszcze do optimum, ale chyba jeszcze nigdy nie było tyle dobrej woli ze strony decydentów. Żal byłby, gdyby zawiodła widownia.
Bo wydaje mi się, że jest to niepokojąco możliwe. Skoro my, fantaści, przegapiliśmy Córki dancingu i Człowieka z magicznym pudełkiem, to przegapimy i inne tytuły. Być może jesteśmy zbyt uprzedzeni (myślałem, że Córki... to zwykła polska bzdura), nie wiemy, czego właściwie chcemy (niesamowite, ile negatywnych recenzji polega na zarzucie, że filmowi brakowało bliżej nieokreślonego tego czegoś). A może po prostu za bardzo wyczekujemy krajowej kopii blocbustera zza oceanu i przegapiamy rzeczy dobre i oryginalne?
Ciężko stwierdzić, co bardziej. Może zdążę z jakimiś konstruktywnymi wnioskami na przyszłoroczny SerialCon. Na pewno jednak ucieszyłbym się, gdyby ktoś zaprosił na Polcon albo inny duży konwent Bodo Koksa, Agnieszkę Smoczyńską, Roberta Bolesto czy Jagodę Szelc, którzy coś robią, zamiast jak Staszek Mąderek czy Tomek Bagiński, od dwóch dekad dobrze się zapowiadać.


*Ciekawostka: mało co tak denerwuje zawodowych i dopiero stawiających pierwsze kroki w zawodzie scenarzystów, jak piszący reżyser. Odbiera im chleb.

sobota, 19 maja 2018

Sezon nagród: część druga

Miesiąc temu pisałem o nominacjach do Żuławi. Wczoraj zaś ogłoszono nominacje do Zajdli. Oto oni:
Opowiadanie:
  • Leszek Bigos — Ecce homo (Smokopolitan 3/2017)

  • Dawid Cieśla — Diabolus ex machina (Fantazje Zielonogórskie VII)

  • Marta Kisiel — Szaławiła (Uroboros)

  • Magdalena Kucenty — #Eudajmonia (Nowa Fantastyka 6/2017)

  • Przemysław Zańko — Chwała (Nowa Fantastyka 10/2017)

Powieść:
  • Anna Kańtoch — Niepełnia (Powergraph)

  • Rafał Kosik — Różaniec (Powergraph)

  • Marta Krajewska — Zaszyj oczy wilkom (Genius Creations)

  • Paweł Majka — Wojny przestrzeni (Genius Creations)

  • Artur Olchowy — Czarownica znad Kałuży (Genius Creations)

Jak co roku możemy bawić się we wróżby i analizy.
Przede wszystkim — na 10 nominowanych, tylko trzech nie otarło się ani razu o nagrodę: Bigos, Cieśla i Olchowy. Z postaci znanych mamy zajdlowską gigantkę Anię Kańtoch (dotychczas 5 statuetek i 5 nominacji), znanego i lubianego Rafała Kosika (1 statuetka i 1 nominacja), lubianego chyba bardziej przez inteligentów od Żuławia niż zajdlowską klasę ludową Pawła Majkę (jak na razie trzy nominacje przeciw dwóm nagrodom głównym)  oraz czwórkę autorów bez nagród ale już z co najmniej dwiema nominacjami na koncie (Kisiel, Krajewska, Kucenty, Zańko).
Z tej czwórki Martę Krajewską i Martę Kisiel chyba można już przenieść z listy młodych i aspirujących, na listę rozpoznawalnych, z dorobkiem.

Z mojej perspektywy osoby chcące wziąć udział w Zewie Zajdla jest lepiej niż rok temu, kiedy musiałem na wyścigi nadrabiać cykle Kisiel i Cholewy. Z powieści nie miałem tylko w rękach Czarownicy znad kałuży. Resztę albo już przeczytałem, albo jestem w trakcie (Różaniec). Opowiadań rano nie znałem ani jednego, ale wystarczyło ułożyć stosik z Nowych Fantastyk, żeby Zańko przeczytał się właściwie sam (to raptem 3,5 strony). Jeszcze tylko skombinować skądś Fantazje zielonogórskie (albo doczekać się tradycyjnej darmowej antologii) i do Torunia na Polcon będę mógł pojechać jako Świadomy Czytelnik.

Szersza perspektywa zaś jest jak co roku ciekawa. Oczywiście jak co roku trzymam kciuki, by uhonorowano najlepsze teksty. Ale co Zajdle oznaczają dla zbiorowości? Od dawna mówi się, że nie poprawiają laureatom sprzedaży — ale to nie jest żaden zarzut, bo Kańtoch, Wegner, Piskorski czy Cholewa już wcześniej zdążyli dotrzeć do czytelników. Dla nich nagroda jest raczej podsumowaniem niż dopalaczem. Ciekawym eksperymentem byłaby statuetka dla kogoś w rodzaju Krajewskiej czy Olchowego — lecz tu się boję, że zamiast pozytywnego kopa dla kariery skończyłoby się kolejną awanturą o ustawione głosowania. A nie chcemy chyba do nich wracać.
Jest wreszcie kwestia opowiadań, czyli tego, co już wspominałem w poprzednim wpisie. Odłóżmy na bok sentymenty i nostalgię, ale prawdą chyba jest, że kiedyś opowiadanie fantastyczne miało większą moc. I nagroda za nie była czymś o wiele ważniejszym, niż dziś. W efekcie mamy dwie teoretycznie równorzędne kategorie Zajdla, ale w praktyce jedna jest na doczepkę. I jeśli wywołuje jakieś emocje, to tylko kiedy wybuchnie kolejna fandomowa drama.
A chcemy żeby to literatura wygrywała.

wtorek, 15 maja 2018

W poszukiwaniu L-fantastyki (4: nasz lewak Sapkowski)

W czwartej części cyklu pozwolę sobie zaburzyć kolejność. Chciałem dalej pisać o fantastach-prawicowcach, o wadach ich szkoły pisania fantastyki jak dlaczego doprowadziło to do wyczerpania nurtu, ale upomniała się o mnie bieżączka. Wiemy już, że na początku 2020 możemy spodziewać się serialowego Wiedźmina, na twitterze showrunnerka rzuca kolejne fakty zza kulis, swoje też dodają włodarze Netfliksa na kolejnych branżowych imprezach.
Zaawansowana preprodukcja dodała sił dyskursowi lewicowemu, który powiada tak: Andrzej Sapkowski to twórca o poglądach jednoznacznie lewicowych, które otwarcie wyraża w twórczości. Jeśli polscy czytelnicy nie zauważyli tych oczywistych faktów, to musieli mieć klapki na oczach. W wersji popularnej wyraża to pasta, z którą po raz pierwszy zetknąłem się na fecebookowym fanpejdżu Rozumi i godności nerda:
-napisz osiem książek
-niech ich główny bohater cierpi z powodu inności, uprzedzeń i błędnych stereotypów
-na każdym kroku umieszczaj wtręty antyrasistowskie
-z krasnoludów zrób Żydów
-i używaj do krytyki antysemityzmu
-krytykuj postawy nacjonalistyczne
-krytykuj na każdym kroku kseno- i homofobię
-wyrażaj słowa poparcia dla społeczeństwa wielokulturowego i akceptacji inności
-opisuj jak ofiary stają się katami
-i pokaż jak przemoc rodzi przemoc
-uczyń to głównym tematem trzech ostatnich tomów
-niech bohater i jego kochanka zginą podczas rasistowskiego pogromu
-do ostatka broniąc prześladowanych

Z każdego zakątka internetu słuchaj, że „czarny wiedźmin to byłaby katastrofa”
Pod wieloma względami to kalka dyskusji, jaka trwa w USA wokół komiksu superbohaterskiego[1].
Pod wieloma względami jest to też prawda. Nie trzeba znać cyklu wiedźmińskiego czy trylogii o husytach na wyrywki, żeby kojarzyć AS-a z treści feministycznych, portretowania świata stojącego na progu czystek etnicznych, czy negatywnego przedstawiania religii i kapłanów[2]. Twardoch swojej recenzji Lux Perpetuy[3] tytuł Mistrzowska proza ideologiczna. Katalog zarzutów uwag stawianych przez pierwsze pióro polskojęzycznego konserwatyzmu pierwszemu pióru polskiego fantasy przedstawia się następująco:
Sapkowski, widać to od pierwszego tomu, nie znosi polskiej mitologii narodowej. Zrazu mnie to ucieszyło, gdyż (...) wyżej cenię prawdę. (...) Sapkowski nie zastępuje mitologii prawdą, tylko znakiem minus. Stąd, gdy narodowa mitologia stoi na kłamstwie — Sapkowskimu wychodzi prawda; tam, gdzie opiera się na prawdzie — Sapkowskiemu wychodzi kłamstwo. (...) Reszta jest tak sztampowa, że aż kłamliwa. Sapkowskiemu wolno nie znosić Kościoła katolickiego. (...) Ale żeby stała się literaturą, trzeba czegoś więcej, niż tabunu rozpustnych mnichów, demonicznych biskupów parających się złem tak intensywnie, że okrutny inkwizytor i cyniczny biskup polski wypadają przy nich jak postaci pozytywne. Rzecz w tym, że u Sapkowskiego żaden katolik nie wierzy w Boga, co zważywszy, że mamy XV wiek, wydaje się tezą ryzykowną. Husyci rysowani są sprawiedliwiej — nie odmawiając im skłonności do cynizmu i okrucieństw, pokazuje też Sapkowski kilka osób autentycznie wierzących i zaangażowanych nie z wyrachowania, lecz z idealizmu. Takie rozłożenie akcentów jest klasycznym przykładem literackiego kłamstwa. (...) Jeszcze śmieszniej wypada wstawiona w środek trzeciego tomu nadęta przemowa o krwawym antysemityzmie, jaki miałby stanowić główne zajęcie Europejczyków, przynajmniej od edyktu mediolańskiego. Z odległych rubieży cynizmu przelatuje nagle autor nagłym susem na rubieże naiwności, powtarzając, jak pod dyktando, parę fałszywych tez. (...) Wstawianie jednak między karty powieści — bo z treścią ani szczątkową fabułą husyckiej trylogii nie łączy się to nijak — nadętej, politycznej agitki, jest żenujące (...) przypomina metodę literacką powieści socrealistycznych, w których akcja, zawsze na usługach ideologii, zatrzymywała się, aby bohater mógł wygłosić przemowę o amerykańskim imperializmie, tudzież o przewagach kolektywnego rolnictwa.
Jest więc wszystko jasne i Sapkowski stanowi jednoosobowy odpowiednik głównego, lewicoweg nurtu fantastyki anglosaskiej?
Kiedy jednak przyjrzymy się dokładniej niż młody Twardoch odkrywamy, że sprawy nie do końca mają się tak prosto. W twórczości AS-a spokojnie znajdziemy rzeczy, które niekoniecznie będą po myśli jego lewicowych fanów. I nie tylko w twórczości. Weźmy chociażby niesławny "żarcik", który padł z ust Sapkowskiego w 2005, na Polconie w podpoznańskim Błażejówku:
Biały człowiek powinien pracować trzy godziny dziennie. Przecież Bóg po to stworzył inne rasy – Żydów, Cyganów, aby pracowały za niego…
Sprawdzenie, kto wtedy bronił Sapkowskiego przed dziennikarką Gazety Wyborczej, która przedstawiła te słowa jako szczerą pochwałę rasizmu, jest ponad moje siły i wykracza poza zakres wpisu. Ale na pewno byłoby pouczające. Pamiętajmy, że w zeszłym roku podobne zachowanie Janusza Rudnickiego (tyle, że nacechowane seksistowsko, nie rasowo) doprowadziło do sporego skandalu w warszawskiej socjecie.
Ale zostawmy problemy głównego nurtu. W zamian weźmy mało chyba dziś pamiętaną Historię i fantastykę, wywiad-rzekę z AS-em przeprowadzony przez Stanisława Beresia. Nie jest to książka udana, zwłaszcza gdy porównamy ją z beresiowym Tako rzecze Lem... Ale pomimo tego, że Sapkowski nie lubi się wyzewnętrzniać, znajdziemy kilka interesujących passusów. Na przykład o nieodzowności okrucieństwa i niesprawiedliwości jako elementów postępu społecznego:
 Moim zdaniem okrucieństwo jest nieodłączną częścią rozwoju cywilizacji i jest to związek na zasadzie dobrodziejstwa inwentarza: jeżeli chcemy tworzyć na wielką skalę, musimy liczyć się z koniecznością pokonania oporu materii. Współcześnie można pokonać wroga środkamiekonomicznymi, kiedyś nie było to możliwe. Żeby mogły się narodzić dzisiejsze,   uprzemysłowione  Stany   Zjednoczone,   trzeba   było   pozbyć   się  farmerów, broniących swoich ujęć wody. Nakręcono chyba ze trzysta westernów o dzielnych farmerach, broniących swych posiadłości, ale przecież, gdyby nie wyrzucono ich z własnej ziemi, nigdy nie powstałoby rozwinięte rolnictwo, wielki przemysł i kolej łącząca oba oceany. Gdyby nie te rugi, dziś każdy Amerykanin siedziałby na swoim spłachetku gruntu w słomianym kapeluszu i podartych portkach, z Deklaracją Niepodległości w jednej ręce i dubeltówką w drugiej. Pomimo tego, oglądając film o Dzikim Zachodzie, nie mamy wątpliwości: to bogaty przemysłowiec ze Wschodu, który wynajmuje zbirów, żeby walczyć z farmerami, jest zły.
Klasycznego marksistę nie obruszyłoby takie podejście. Klasycznego rewolucjonistę też nie (najwyżej rozważałby, który etap pokonywania oporu materii przez wielki przemysł jest najodpowiedniejszy dla Rewolucji). Ale współczesnego lewicowca z fandomu, wyczulonego na kwestie reprezentacji, sprawiedliwości społecznej, krzywd kolonializmu i okrucieństw struktur kapitalistycznych — ten sapkowski cynizm i wyrachowanie powinny choć troszku zaniepokoić.
Idźmy dalej. Jeszcze ciekawsze rzeczy znajdziemy w Sadze. Konkretnie pod koniec Czasu pogardy[4], kiedy Ciri przyłącza się do Szczurów. Dziś radośnie widzimy tam reprezentację mniejszości, ale relacji Ciri-Mistle nie zaczyna się konsensualnie. Najpierw mamy próbę gwałtu w wykonaniu Kayleigha, Mistle w porę go przepędza, wpełza Ciri pod futro i:
Ciri poczuła łzy toczące się po policzkach, szybko, coraz szybciej, wpełzające jak ruchliwe robaczki we włosy przy uszach. Mistle położyła się obok niej, troskliwie okryła futrem. Ale nie poprawiła zadartej koszuli. Zostawiła ją tak, jak była. Ciri znowu zaczęła dygotać.
— Cicho, Falka. Już dobrze.
Mistle była ciepła, pachniała żywicą i dymem. Jej dłoń była mniejsza od dłoni Kayleigha, delikatniejsza, miększa. Przyjemniejsza. Ale dotyk wyprężył Ciri ponownie, ponownie skrępował całe ciało lękiem i wstrętem, zwarł szczęki i zdusił gardło. Mistle przywarła do niej, przytulając opiekuńczo i szepcząc uspokajająco, ale w tym samym czasie jej drobna dłoń nieustająco pełzła jak ciepły ślimaczek, spokojny, pewny, zdecydowany, świadom drogi i celu. Ciri poczuła, jak żelazne cęgi wstrętu i strachu rozwierają się, zwalniają chwyt, poczuła, jak wymyka się z ich uścisku i opada w dół, w dół, głęboko, coraz głębiej, w cieplutkie i mokre bajoro rezygnacji i bezsilnej uległości.
Obrzydliwie i upokarzająco przyjemnej uległości.
Jęknęła głucho, rozpaczliwie. Oddech Mistle parzył szyję, aksamitne i wilgotne wargi połaskotały ramię, obojczyk, wolniutko przesunęły się niżej. Ciri zajęczała znowu.
— Cicho, Sokoliczko — szepnęła Mistle, ostrożnie wsuwając jej ramię pod głowę. - Już nie będziesz sama. Już nie.

***
Rano Ciri wstała o świcie. Wyśliznęła się spod futer wolno i ostrożnie, nie budząc Mistle, śpiącej z rozchylonymi ustami i przedramieniem na oczach. Przedramię pokrywała gęsia skórka. Ciri troskliwie okryła dziewczynę. Po chwili wahania pochyliła się, delikatnie pocałowała ją w ostrzyżone, sterczące jak szczotka włosy. Mistle zamruczała przez sen. Ciri otarła łzę z policzka.
Już nie była sama.

Właściwie ten fragment, raptem strona w druku, mógłby starczyć za cały wpis. "Bajoro rezygnacji i bezsilnej uległości. Upokarzająco przyjemniej uległości," po którym Ciri nigdy nie będzie już sama nie doczekało się od autora ani słowa komentarza. A przecież skoro w postmodernistycznym wiedźminlandzie mamy inżynierię genetyczną, znalazłoby się z pewnością miejsce na wykorzystanie nieletniej i syndrom sztokholsmki.
Ciekawie również przedstawia się wątek aborcyjny z Chrztu ognia. Jak wszyscy pamiętamy, Milva okazuje się być w ciąży, co oznacza, że wkrótce nie będzie mogła wędrować z wiedźmińską drużyną. Regis proponuje środek spędzający płód, co aprobują wszyscy[5] z wyjątkiem Geralta.
Osobiście uważam, że to jeden z najlepszych momentów w twórczości Sapkowskiego. Bo widzicie, wiedźmin  nie jest byle kim. To jego literackie dziecko. Największe życiowe dokonanie. Trzeba być wielkim pisarzem, żeby obdarzyć swój ukochany twór poglądami tak odmiennymi od własnych[6] i ich w żaden sposób potem nie potępić, ani nie naprostować. Przecież pod wpływem natchnionych argumentów towarzyszy mogłoby Geraltowi zmięknąć serce. Ale nie, Milva nie decyduje się na spędzenie, a buteleczka ze specyfikiem ląduje w krzakach. Wiedźmin może więc ruszyć dalej, a jego prolajferska postawa zostaje niewzruszona[7]. Mnie taka autorska odwaga stanięcia okoniem samemu sobie imponuje. Lecz z perspektywy zaangażowanej, wedle której każdy twór sztuki wzmacnia bądź osłabia dominujący dyskurs i z tego powinien być sądzony — nie jest dobrze.
Wreszcie, żeby nie przedłużać, wspomnę o jeszcze jednym, o opowiadaniu Złote popołudnie będącym retellingiem Alicji w krainie czarów Lewisa Carrolla (pseudonim Charlesa Lutwidge'a Dodgsona wykładowcy matematyki na Oksfordzie) i uznawanym za jeden z najlepszych tekstów AS-a. Carrolla podejrzewa się o skłonności pedofilskie — czego dowodem ma być brak wiedzy o jego związkach z dorosłymi kobietami oraz zachowane niedwuznaczne fotografie (Dodgson był zapalonym portrecistą).
W Złotym popołudniu Sapkowski tak oto opisuje[8] spotkanie Dodgsona z Kotem z Cheshire:
— Pisarstwo… — powiedział nagle Charles Lutwidge, sprawiając wrażenie raptownie przebudzonego o letnim poranku. — Pisarstwo jest sztuką martwą. Nadchodzi wiek dwudziesty, a ten będzie wiekiem obrazu.
— Masz na myśli zabawę, wymyśloną przez Luisa Jacquesa Monde Daguerre’a?
— Tak — potwierdził. — Właśnie fotografikę mam na myśli. Literatura jest fantazją, a więc kłamstwem. Pisarz okłamuje czytelnika, wiodąc go na manowce własnej imaginacji. Zwodzi go dwuznacznością lub wieloznacznością. Fotografia nie kłamie nigdy…
— Doprawdy? — poruszyłem końcem ogona, co u nas, kotów, niekiedy oznacza szyderstwo. — Fotografia nie jest dwuznaczna? Nawet taka, która przedstawia dziewczynkę w wieku lat dwunastu, w dość dwuznacznym, daleko posuniętym dezabilu? Leżącą na szezlongu w dość dwuznacznej pozie?
Zaczerwienił się.
— Nie ma się czego wstydzić — poruszyłem znowu ogonem. — Wszyscy kochamy piękno. Mnie też, drogi Charlesie Lutwidge, fascynują młodziutkie kotki. Gdybym parał się fotografiką, jak ty, też nie szukałbym innych modelek.
A na konwenanse pluń.
— Nigdy nikomu nie ppp… pokazywałem tych fotografii — niespodziewanie znowu zaczął się jąkać. — I nigdy nie ppp… pokażę. Choć trzeba ci wiedzieć, że był taki mmm… moment, gdy wiązałem z fotografiką pewne nadzieje… Natury finansowej.
Uśmiechnąłem się. Założę się, że nie zrozumiał tego uśmiechu. Nie wiedział, o czym myślałem. Nie wiedział, co widziałem, lecąc w dół czarną sztolnią króliczej nory. A widziałem i wiedziałem między innymi to, że za sto trzydzieści cztery lata, w lipcu 1996, cztery jego fotografie, przedstawiające dziewczynki w wieku od jedenastu do trzynastu lat, wszystkie w romantycznej i podniecającej wiktoriańskiej bieliźnie, wszystkie w dwuznacznych, lecz erotycznie sugestywnych pozach, pójdą pod młotek w Sotheby’s i zostaną sprzedane za sumkę czterdziestu ośmiu tysięcy pięciuset funtów szterlingów. Ładną, jak na cztery kawałki obrobionego techniką kolotypową papieru.
Ale nie było sensu mu o tym mówić.
To oczywiście nie jest prawdziwy Dodgson (którego pociąg do dzieci pozostaje w sferze plotek — równie dobrze jego ekscentryczność pasuje do spektrum autyzmu), a Kot w żadnym wypadku nie wyraża opinii Sapkowskiego. To, żeby nie utożsamiać narratora z autorem, nawet jeśli jest pierwszoosobowy, jest podstawą zasadą dojrzałego czytelnictwa. Jednakże, jak już wspominałem, z lewicowego punktu widzenia sztuka nie jest czymś wiecznym i wolnym, niezawisłym od czasu i przestrzeni. Wręcz przeciwnie: można i trzeba oceniać, kogo reprezentuje, jakie dyskursy legitymizuje, komu i czemu służy. Wtedy — jest ze Złotym popołudniem bardzo źle.


Czy te wszystkie rzeczy umniejszają Sapkowskiego jako pisarza? Nie. Dziwi jedynie, że młoda lewica, bardzo ideowa i nieuwikłana towarzysko, tak łatwo pomija je milczeniem. Za mniejsze rzeczy Grzędowicz, Pilipiuk, czy Ćwiek (też zresztą lewicowiec) są przez nich odsądzeni od czci i wiary.
Nie chcę przechodzić do ogólnych wniosków, bo te trzymam na zakończenie cyklu, mogę za to postawić hipotezę, dlaczego lewica się go tak mocno trzyma, choć dość byłoby dowodów, by go posłać do diabła, między dzbany i buce.
Po prostu jest zbyt cenny. To obecnie jedyny towar eksportowy polskiego fandomu. Jego wartości dowiodły liczne przekłady, sukces gry opartej na książkach i przejście Witchera do elitarnego grona bohaterów światowej popkultury. Kogoś takiego nie można porzucić czy wręcz oddać w ręce prawicowcom. Zwłaszcza że lewica czuje się jeszcze słabo w fandomie. Brakuje jej autorów, książek, kanałów informacyjnych. Dlatego będzie o Sapkowskiego walczyć jeszcze mocniej, a atmosfera wokół serialowego Wiedźmina będzie gęstniała z każdym miesiącem.


[1] Chociaż jak człowiek ogląda Comic Book Superheroes Unmasked pełne przechwałek, jak to Stan Lee z ekipą obalali rasizm długo przed pastorem Kingiem, to trudno nie opędzić się od myśli, że to im wyszło przez przypadek, a heroiczne legendy branża dorobiła sobie długo po fakcie.
[2] Ca wyjątkiem oczywiście arcykapłanki Nenneke i jej matriarchalnego kultu bogini Melitele. Zauważmy jeszcze, że z Melitele (czy raczej Freyji — jej odpowiednika ze Skellige) związany jest bodaj jedyny u Sapkowskiego akt boskiej interwencji w powieściowe wydarzenia.
[3] Czas Fantastyki 1(10)/2007.
[4] SuperNOWA, Warszawa 2001, str. 311.
[5] — W Nilfgaardzie — powiedział Cahir, czerwieniejąc i opuszczając głowę — o takich sprawach decyduje wyłącznie kobieta. Nikt nie ma prawa wpływać na jej decyzję.(...) Ale ja jestem cudzoziemcem, nie znającym... Nie powinienem się w ogóle odzywać. Przepraszam was. — Za co? — zdziwił się trubadur. - Czy ty nas masz za dzikusów, Nilfgaardczyku? Za prymitywne plemiona, stosujące się do jakichś szamańskich tabu? To oczywiste, że tylko kobieta może podjąć taką decyzję, to jej niezbywalne prawo [ChO, Warszawa 2001, str. 309. Młody Twardoch też mógłby tu powiedzieć co nieco o akcji stającej, by bohater wygłosił przemowę.
[6] AS w Historii i fantastyce: Proszę więc mi nie wmawiać, że pornografia jest szkodliwa, że prawo kobiety do aborcji jest złem. Dla mnie nie jest!
[7] Szkoda tylko, że potem Sapkowski rozwiązuje wątek w najgorszy warsztatowo sposób. Nie cierpię, kiedy wszelkie problemy i dylematy bohaterów kasuje deus ex machina.
[8] Zbiór Coś się kończy, coś się zaczyna, superNOWA, Warszawa 2005, str, 245

sobota, 28 kwietnia 2018

Trzy pokolenia wiedźmińskie

Taka mała rozkmina na kanwie tego, że Sapkowski prawdopodobnie napisze kolejną książkę w rodzaju Sezonu burz.
Pomyślałem, policzyłem i stwierdziłem, że w Polsce czytelników cyklu wiedźmińskiego można podzielić z grubsza na trzy pokolenia.
Pierwsze pokolenie, to ludzie, którzy o Geralcie czytali równolegle z pierwszymi wydaniami począwszy od premiery Wiedźmina w numerze grudniowym miesięcznika Fantastyka w 1986. Ludzie z pokolenia pierwszego to właśnie ci, którzy najbardziej lubią opowiadania, do sagi podchodząc z rezerwą tym większą, im późniejszy tom. To oni uważają, że Sapkowski rozmydlał swój genialny pierwotny pomysł.
Drugie pokolenie to ci, którzy przygodę zaczęli, kiedy wszystko było już gotowe. Ja sam jestem z tej grupy. Dla mnie Wiedźminy to siedmiotomowa całość, od której co najwyżej odstają pierwsze opowiadania. Jakby toczące się w nieco innym świecie. Dzikszym i mroczniejszym (w przeciwieństwie do wchodzących w odpowiednik naszej nowożytności Czterech Królestw z Sagi).
Wreszcie trzecie pokolenie stworzyły gry. Nie miałem jeszcze okazji, ale z chęcią przekonałbym się, jak wygląda odbiór cyklu przez ludzi, którzy czytali je równolegle z grą, bądź wręcz po zakończeniu Dzikiego gonu. Ciekawe jak to wpływa na recepcję.
W tytule pisałem o trzech pokoleniach, ale już mogę założyć, że wkrótce wyrośnie nam czwarte — serialowe.