sobota, 23 lutego 2013

Straszna Szwecja

Eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie powieść o Chopinie, której narratorem jest lekarz. Może to być istniejąca historyczna postać, albo ktoś całkowicie wymyślony – nie takie rzeczy działy się na kartach powieści. W każdym razie narrator opowiada o losach wybitnego kompozytora ze specyficznej pespektywy. Oczywiście pojawiają się wszystkie rzeczy, których spodziewalibyśmy się na podstawie encyklopedycznego biogramu: młodość w Polsce, wyjazd na Zachód, romans z Georges Sand, kariera. Jednak Chopin częściej opisywany jest leżący w łóżku niż siedzący za klawiaturą.
Czy byłaby to więc literatura medyczna, taki dziewiętnastowieczny House?

Podobnie sprawa przedstawia się z Między tęsknotą lata a chłodem zimy Leifa GW Perssona. Powieść wydała Czarna owca w serii skandynawskich kryminałów. Bohaterami są policjanci ze Sztokholmu, intrygę inicjuje śmierć amerykańskiego dziennikarza, który wypada z wynajmowanego przez siebie pokoju w akademiku. Nie było śladów walki, denat zostawił list pożegnalny. Jednym słowem samobójstwo. Z drugiej strony jest jeszcze but. But, który, z zgodnie z zeznaniem naocznego świadka spadł kilka sekund po dziennikarzu nie pozwala sumieniu komisarza Larsa Martina Johanssona zamknąć sprawy i odłożyć na półkę w archiwum.
Kryminał? Wyglądałoby że tak, ale śledztwo zajmuje może 40% grubego tomu. Reszta to obrazek obyczajowy z życia szwedzkiej policji, szwedzkich tajnych służb. Obrazek przerażający – według Perssona bycie niekompetentnym nieudacznikiem to najbłahsze przewinienie, jakie może popełnić policjant ze Sztokholmu. Zresztą za coś takiego można być nawet awansowanym, na porządku dziennym są "kopy w górę", a scena w której komendant prowadzi szkolenie na temat swojej autorskiej koncepcji naukowego podejścia do śledztwa przerażająco przypomina filmy Barei. Nic dziwnego więc, że bohaterowie nie tylko nie zdołają zapobiec zamordowaniu premiera Olofa Palmego (źaden spojler), ale wręcz się do niego przyczyniają.
Jest takie znienawidzone przez fantastów wyrażenie "pomimo pozorów fantastyki pisarz XYZ tak naprawdę napisał..." Jakby powieść fantastyczna nie mogła być "o czymś". Podobnie sprawa ma się z Perssonem. Między tęsknotą lata a chłodem zimy to w gruncie rzeczy powieść o gniciu Szwecji i jej instytucji oraz o pewnych konsekwencjach powojennego porządku w Europie. Przez który prędzej czy później padają trupy. Przez to Persson musiał napisać o tym kryminał (do czego zresztą ma kompetencje zawodowe – jest kryminologiem). W podobny sposób rozważania filozoficzne zmuszają niekiedy autora do umieszczenie bohatera w rakiecie – i zostania fantastą.

niedziela, 10 lutego 2013

Anna Kańtoch nie powinna w tym roku dostać Zajdla (tylko Żuławskiego)

Straszną głupotę palnąłem parę miesięcy temu pisząc, że w fantastycznych nagrodach książkowych będzie posucha. Dopiero agrafek wyjaśnił mi pomyłkę i z miejsca podał ze sześć bardzo dobrych tytułów. Usprawiedliwić się mogę tylko tym, że części jeszcze nie przeczytałem, a przy reszcie coś mi się zawichrowało w neuronach i nie przypisałem ich do 2012. Sam nie wiem, skąd mi się wzięły Widma w 2011. Ale nie na Widma teraz czas, tylko na Czarne.
W porządnej internetowej recenzji powinno w tym miejscu pojawić się streszczenie. Niestety tak się nie da. Czarne nie jest długie, zreferowanie kilku pierwszych stron nic nie da, zreferowanie kilkudziesięciu namiesza jeszcze bardziej. W Czarnem szukanie jakiegoś prosto określonego porządku wynikających z siebie zdarzeń, które razem dają poczucie chronologii nie ma sensu. Co więc napisać? Ano to:

Jarosław Iwaszkiewicz zawiązał z H. P. Lovecraftem spółkę autorską, żeby napisać wspólnie Piknik pod Wiszącą skałą.

Bohaterkę poznajemy w lecznicy dla nerwowo chorych dość zamożnych, żeby opłacić dyskrecję i warunki eleganckiego pensjonatu nad morzem. Zostaje wypuszczona, spędza pewien czas u rodziny w Warszawie, gdzie przydarza się jej kilka istotnych epizodów. W końcu wraca do rodzinnej posiadłości w Czarnem, gdzie, jak w znanym opowiadaniu Iwaszkiewicza, ożywają wspomnienia. Równolegle do wątku współczesnego przewijają się retrospekcje z dzieciństwa bohaterki. Pamiętać jednak należy, że Kańtoch pisze fantastykę, i to taką ambitną, więc słowa "wątek współczesny" oraz "retrospekcja" nie powinny sugerować ich wzajemnego usytuowania i relacji. Do tego dochodzi niepokojąca erotyka, a rozdział, który wiele wyjaśnia, mógłby zostać wykrojony i opublikowany jako bardzo straszne lovecraftowskie opowiadanie.

A wszytko napisane pięknym językiem. Chyba najlepsza książka Autorki – ale tu nie mogę być pewny, bo nie czytałem jeszcze Przedksiężycowych. Bardzo chciałem, ale najpierw nie miałem czasu, potem pieniędzy, w końcu stwierdziłem, że poczekam, aż Fabryka puści drugi tom, bo może będzie jakaś promocja... mniejsza. Na szczęście mamy Powergraph.

Czarne może okazać się (nomen omen) czarnym koniem w wyścigu po Nagrodę imienia Jerzego Żuławskiego. Kiedy Jacek Sobota parę lat temu apelował do jurorów o odważną decyzję, jak na złość nie było do tego okazji. Teraz wreszcie jest, więc etatowi zdobywcy laurów mogą odpocząć. Albo powalczyć o Zajdla. W przypadku tej nagrody Anna Kańtoch szczęścia miała dukajowe, czyli zbyt duże – więc chociaż zasługuje, ludzie mogliby westchnąć "znowu". A tego chyba nie chcemy.

Swoją drogą rodzi się temat na oddzielny temat, a może jakąś poważniejszą dyskusję, czy autorów urodzonych w drugiej połowie lat 70 można już nazwać pokoleniem (tu jakaś mądra nazwa). Orbitowski, Szostak, Twardoch, Kańtoch awangarda, która zrywa z traktowaniem fantastyki jako "literatury konwencji" (czy raczej sklepiku dla pisarzy-majsterkowiczów, gdzie kupuje się gotowe elementy i z nich buduje) oraz czytuje rzeczy, które w opinii ortodoksów są niewartym uwagi bełkotem. I czy będą następcy, bo generacja lat 80 zdaje się mocno trzymać popkulturowego paradygmatu

czwartek, 7 lutego 2013

Pomyłka przy jedzeniu

Czuję się niejako wywołany przez agrafka. Rzeczywiście przystopowałem z blogiem. Czasu mam mało i, podobnie jak agrafek, słabo ostatnio z tematami. Nic się ciekawego nie wydarzyło, a z książek wydających się wartymi omówienia zdążyłem przeczytać reportaż Konstantego Usenki o muzyce rockowej. No ale napisanie posta wymaga czasu, z którym krucho.
Niemniej spróbuję jakoś otworzyć luty. Wczoraj skorzystałem z ostatniego dnia promocji w Pewnej Znanej Sieci Sklepów i kupiłem dwie książki z Uczty Wyobraźni w cenie jednej. Konkretnie Novą swing i Pustą przestrzeń Harrisona.
Dlaczego akurat te dwie? Z półek wymiotło Atlas chmur i Córkę żelaznego smoka, więc nie miałem czego dołożyć do Portretu pani Charbuque (w kasie kasują droższą, więc opłaca się brać rzeczy równej wartości). Wziąłbym "rosyjską" Valente i Trojkę Chapmana, ale wtedy przypomniałem sobie, że mam przecież Światło. A trylogie lubią stać w komplecie.
Złośliwy powie, że usprawiedliwiam uzależnienie. Tyle razy mówiłem i pisałem o M. Johnie Harrisonie negatywnie, a teraz kupuję dwie jego książki, bo są UW i pasują do pierwszej. Normalny by po prostu tę pierwszą oddał do biblioteki albo spylił na allegro.
Mój sceptycyzm względem M. Johna zaczął się już przy Viriconium. Okładka oglądana na żywo nie była taka ładna, jak obiecywali w Sieci, z rzekomą szaloną oryginalnością też nie było do końca tak (nurt o umierających Ziemiach wymyślił Jack Vance dwie dekady wcześniej), a drugą mikropowieść czyta się wyjątkowo ciężko, jak na rzekomego mistrza frazy (wiem, że takie było założenie formalne, ale co z tego).
Potem było Światło pachnące lekką zrzynką z Dicka (nawet bohaterowie nazywali się bardzo dickowsko).
I teraz wracam do pisarza, na którego twórczości postawiłem krzyżyk.
Chyba źle do niej podchodziłem, jak w ogóle do całej Uczty. Wina oczywiście leży po mojej stronie. Gdybym te książki kupował i czytał w kolejności wydawania, pewnie bym się nie naciął. Czytając Wieki światła, po nich Ślepowidzenie, Accelerando, czy nawet ambergrisiańskie powieści Vandermeera założyłem głupio, że pojęcie "uczta wyobraźni" zawiera w sobie ucztę intelektualną. A tak nie jest.
Będąc jeszcze obrażonym na Harrisona, chciałem dać upust złości przy najbliższej edycjo spodenkowego konkursu na forum SFFiH i napisać szorta pod wszystko mówiącym tytułem Kosmos jest metaforą naszych chorych umysłów. Podróże międzygwiezdne miały się w nim opierać na mocy psi, tym większej, im bardziej nienormalny jest astronauta. Przy wyjątkowo zrypanym życiu seksualnym można by było dolecieć do Mgławicy Andromedy.
Co tam szort, to materiał na opowiadanie, albo powieść! Psychiatryczne planety, kosmoporty pełne dewiantów, dobry autor wycisnąłby trylogię. Ale bobu zadam fanbojom Harrisona. Niestety kolejne edycje nie pasowały tematem, więc o sprawie zapomniałem, żeby przypomnieć sobie teraz.
Tak naprawdę – wydaje mi się – Harrison zwalcza kryzys wyobraźni. Wystarczy spojrzeć na zapowiedzi filmowe, żeby się przekonać, że jest z nią źle. Sequele, rimejki, spin off Gwiezdnych Wojen o młodym Hanie Solo, a szczytem oryginalności są kolaże w rodzaju Abrahama Lincolna pogromcy wampirów i dinozaurów z laserami. W świecie, gdzie uzależnieni od generowanego przez popkulturę OSOM muszą zadowalać się coraz gorszym towarem, surrealiści z Uczty Wyobraźni są prawdziwymi Heisenbergami. Dlatego cieszmy się, że ich mamy, a nie jojczmy, że ten czy drugi "pluje na prawdziwo es-ef".
Takie jest moje stanowisko i zacznę je porónywać ze stanem faktycznym zaraz jak skończę Czarne Anneke.

niedziela, 6 stycznia 2013

Hobbit, czyli film

I się okazało, że na Hobbita poszedłem wcześniej, niżbym się spodziewał, czyli w czwartek.
Poszedłem oczywiście na wersję maximum, czyli 3D 48 fps. Różnie ludzie o niej mówili, wahałem się, ale uczciwość wymaga całkowitego zaakceptowania wizji reżysera. Wyobrażacie sobie, że nowy film Andrzeja Żuławskiego do kin wchodzi w trzech wersjach: a) bohaterowie krzyczą na siebie nieustannie, b) krzyczą czasami. c) zrównoważone postacie prowadzą kulturalne dialogi? Ja nie, więc dopłaciłem do okularów.
Pod tym względem nie jest źle, ale nie jest też specjalnie dobrze. Obie techniki raczej nie są jakimś wielkim przełomem. Mają nawet wady. Weźmy trójwymiar. Rozstawu oczu nie jest wielki i wynosi około sześciu centymetrów, czyli efekt stereoskopowy jest zauważalny na niewielkich dystansach. Dalej liczy się perspektywa i ruch. Odniosłem wrażenie, że twórcy Hobbita tez to zauważyli, więc dali szerszy rozstaw obiektywów kamery, żeby uzyskać większą głębię. Tylko że mózg jest przyzwyczajony do standardowych parametrów odbioru, więc obraz na ekranie odbiera nie jak olbrzymią przestrzeń, ale modele położone mu przed nosem. W żaden sposób to nie przeszkadza, ale rewolucyjnym realizmem też nie jest.
Podobnie sprawa ma się ze słynnymi czterdziestoma ośmioma klatkami. Tu z kolei znika rozmycie. I co, że dzięki temu obraz, zwłaszcza w scenach akcji, kipi od szczegółów, skoro jest to nienaturalne? Wystarczy pomachać sobie ręką przed oczami, że nie potrzeba szybkich ruchów, żeby widok się rozmazał. Znowuż mózg musi jakoś zinterpretować nietypowe dane. W tym przypadku mamy efekt Benny Hilla, czyli dziwne, nerwowe i przyspieszone ruchy ganiających się wte i wewte krasnoludów, orków i jednego hobbita. Przejścia od scen statycznych do dynamicznych z kolei wyglądają, jakby ktoś włączał i wyłączał filmowi dopalanie. I powtarzam, nie psuje to odbioru, po prostu kolejny środek wyrazu, jak korekcja barwna, czy efekt vertigo, ale czy wart szumu, jaki wokół niego powstał i pieniędzy, jaki włożono w sprzęt – nie wiem.

Pomęczywszy się nad technikaliami (efekty specjalne i całą tę resztę pomijam, bo są zwyczajnie dobre; kto oglądał Władcę..., albo King Konga wie, czego spodziewać się po Peterze Jacksonie), przejdę do fabuły.
Są, myślę (znowu), dwa sposoby na zekranizowania Hobbita. W pierwszym przypadku zapominamy o Władcy... i Silmarillionie, porzucamy koncepcję, że Hobbita trzeba interpretować w kontekście dorosłych dzieł Tolkiena i robimy po prostu film dla dzieci. Wzorem byłyby tu Kroniki Narnii w wersji BBC z przełomu lat 80 i 90, puszczane kiedyś na TVP (tu proszę szczególnie zwrócić uwagę na napisy początkowe – wyobrazić sobie, że to mapa Dzikich Krajów):


W przeciwieństwie do domagającego się wystawnej kinowej inscenizacji Władcy Pierścieni, Hobbit swobodnie mieści się w telewizyjnym formacie. Trochę charakteryzacji i mechatroniki, a otrzymujemy dziecięcy klasyk.

Peter Jackson mając już za sobą trzy filmy, poszedł w drugą stronę i nakręcił pełnoprawny epizod z końcówki Trzeciej Ery Śródziemia. Przez to musiał przerobić literacki materiał, a sporo scen dopisać. Tolkien zresztą robił podobnie, tylko w dużo, dużo mniejszej skali.
I cóż, manipulacje Jacksona przy oryginalnym materiale były zawsze mocno kontrowersyjne. Zmiany w pierwszej połowie Drużyny Pierścienia mam za udane – dodały niezbędnego akcji, która w książce była ślamazarna. Brak Toma Bombadila idzie wybaczyć. Potem bywało gorzej, ale – jak ktoś, jak ja, wyprze z umysłu Legolasa na desce – znośnie. Prawdziwym problemem było zakończenie Powrotu króla, w którym zabrakło Porządków w Shire. To ważny rozdział z fajną bitwą w bonusie, więc ciężko się połapać, dlaczego Jackson wolał czterdzieści minut maślanych spojrzeń. Ale o tym później.
Hobbit filmowy jest "udorośloną" wersją książki, tak więc krasnoludy nie wyprawiają się li tylko po złoto, ale po utraconą ojczyznę (Tolkienowi chyba by się taka interpretacja spodobała), same ich przygody przestają być ciągiem slapstikowych scenek bez związku, a zostają ujęte w fabularne ramy (ork Azog tropi zaciekle Thorina Dębową Tarczę – udane rozwinięcie postaci z przypisów), wreszcie podkreślono opisaną dopiero we Władcy... szorstką przyjaźń między elfami i krasnoludami.
Ale z pewnością największą i najgłośniejszą zmianą jest dodanie wątku Radagasta Burego. Czarodziej powiadamia Radę o swoim odkryciu, że do Mrocznej Puszczy wróciło zło, a w Dol Guldur osiedlił się Czarnoksiężnik. Z punktu widzenia dramaturgii filmu ma to sens, wiąże go przyszłymi wydarzeniami, rozszerza wiedzę o kulisach Wojny Pierścień i przygotowuje do podobnych scen w dwu kolejnych częściach Hobbita. Miło też zobaczyć Radagasta. Z drugiej strony to chyba największe odstępstwo od tolkienowskiej ortodoksji (inne wprawdzie trzymają się litery, ale przynajmniej podążają za duchem). Przecież Czarnoksiężnika i jego prawdziwą naturę tak naprawdę odkrył Gandalf, przy okazji spotykając w lochach Gulduru króla Thraina II, od którego dostał mapę Samotnej Góry. Rodzi to niekonsekwencję chronologiczną oraz pytanie w jakich okolicznościach filmowy król przekazał czarodziejowi ten cenny dokument. Jackson albo z tego będzie próbował się wytłumaczyć, albo zignoruje. Pewnie to drugie.
Wreszcie kontrowersyjna jest sam sposób przedstawienia Radagasta. Postrzelony, zakochany w przyrodzie dziwak, opiekun jeża Sebastiana i posiadacz króliczego zaprzęgu pasowałby raczej do nieistniejącego dziecięcego Hobbita. Paradoks: w filmie najbliższy duchowi książki okazuje się apokryf.

Aktorstwo było piętą achillesową filmów Jacksona, który ma oko do obrazu, potrafi opowiadać (jak się postara), ale nie radzi sobie z ludźmi. Dobierze ich pod względem fizycznym (Władca Pierścieni to jeden z tych nielicznych adaptacji, gdzie chyba każda postać wygląda tak, jak powinna), lecz nie pomoże w grze. Jeśli więc aktor nie ma pomysłu na scenę albo postać, to reżyser nie pomoże. Każe robić maślane spojrzenie (patent na przyjaźń i wzruszenie), albo odleci w efekty specjalne (Bilbo i Galadriela kuszeni pierścieniem, zagniewany Gandalf rośnie i tłumi światło). Na szczęście Watson... to jest Martin Freeman jest lepszym aktorem niż Elijah Wood. Uniósłby wszystkie trzy filmy w pojedynkę póki w sukurs nie przyszedłby mu Sherlock... to jest Benedict Cumberbatch. Gorzej z krasnoludami. Twórcy stanęli przed skazaną porażką próbą zindywidualizowania tuzina krasnoludów. I jakby się nie starali, wychodzi im tylko dwu: Thorin Dębowa Tarcza oraz Cała Reszta.
Ale najlepszą fragment filmu jest pojedynek na zagadki. Dwóch najlepszych aktorów filmu reinterpretuje scenę w ten sposób, że praktycznie nie odstaje od kanonicznej wersji wydarzeń, a jednocześnie odziera ją z bajkowości, popychając ku poetyce Władcy. Tolkienowi nigdy się to do końca nie udało (mimo przeróbek post factum w kolejnych wydaniach). Trio Jackson-Freeman-Serkis owszem.

Tylko faktów, szczerze polecam wycieczkę do kina. Na zakończenie pozwolę sobie pospekulować, co z znajdzie się w w następnych częściach Hobbita. Bo, jakby tego nie liczyć, dwa prawie trzygodzinne filmy to wciąż dużo jak na tak małą książeczkę – nawet przy zachowaniu tempa z Niezwykłej podróży.
Otóż pozwolę się o hipotezę, że w finale części trzeciej, Hobbit: or There and Back Again pojawią się Porządki w Shire. Mam następujące argumenty.

  • Czasu projekcji jest wystarczająco. W finale Hobbita nie ma nikogo, na kogo Bilbo mógłby pół godziny patrzeć maślanym wzrokiem.
  • Te sceny (albo podobne) częściowo już nakręcono: pojawiają się w Zwierciadle Galadrieli jako wizja Froda. Jest młyn i jest zdewastowany krajobraz. Wprawdzie w wizji pojawiają się orkowie, ale nie jest to jakaś straszna różnica: zamiast zbójców Sharkey mógł zebrać resztki swoich orków.
  • W nieretrospekcyjnych scenach Niezwykłej podróży pojawia się Frodo, wspomniana jest też Lobelia Sackville-Baggins, matka niesławnego Lotha. To praktycznie gotowa podstawka pod ładną klamrę kompozycyjną.
  • Po co Sharkey miałby uciekać do Shire? Mógł przecież gdziekolwiek. I tu fabuła łaczy się ponownie z Hobbitem: po krasnoludzkie złoto, którego potrzebował i którego część leżała praktycznie niebroniona w Bag End – o czym wiedział choćby od Gandalfa.
  • Wprawdzie Powrót Króla zdaje się mówić coś przeciwnego (ten gruby hobbit kopiący ogródek patrzy się na Froda i ekipę z miną "gdzie się te niecnoty szwendały"), ale to tym bardziej argument za. Wzorem mistrza George'a Lucasa (który podobnie jak Tolkien poprawiałby swoje dzieła w nieskończoność), można wypuścić wersję specjalną Władcy, prostującą wszystkie ewentualne niekonsekwencje (pierwsza ma miejsce już w prologu: odnalezienia Pierścienia przez Bilba wygląda inaczej niż przedstawiono to w Hobbcie).
Ufam, że Peter Jackson jest mądry i postąpi tak, jak mu radzę. Jeśli jeszcze tego nie zrobił, to ma na to czas. Na pewno któryś z p.t. Czytelników ma z nim kontakt. Przetłumaczy i wyśle...

EDIT: Przyszedł Ausir i popsuł zabawę, przypominając, że w filmie zabito Sarumana – co, jak się okazało, najwyraźniej wyparłem. Ale metodą "na Lucasa" i to dałoby się poprawić.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Achtung Spojler!

– Co czytasz?
– Biografię Napoleona, bardzo interesująca.
– A do Waterloo już doszedłeś?
– Człowieku, błagam, nie spojleruj!

Koniec roku upływa mi pod znakiem Wielkiego Planu. A wygląda on tak: skończyć Smoka Griaule'a, następnie przeczytać Hobbita i całego Władcę Pierścieni. Potem jeszcze tylko powtórzę trylogię Jacksona i wreszcie będę przygotowany, żeby pójść do kina na Hobbita: niezwykłą podróż. Plan ma wadę - do tego czasu filom może już zejść z ekranu, ale inaczej się nie da: zbyt dawno siedziałem Śródziemiu, żeby wracać doń bez przygotowania. Tolkien nie jazda na rowerze.
Przy okazji Hobbita zwróciłem uwagę na temat spojlerów. Niby książka jest już tak znana, że znalazła się w kanonie wiedzy powszechnej, a jednak internetowe dyskusje o adaptacji pełne są tagów i zaciemnień ukrywających jakieś zaskakujące zwroty akcji. Nawet sławetne/niesławne rozszerzenie filmu do trzech pełnometrażowych odcinków nie wyjaśnia niczego - wszak Peter Jackson uzupełnił fabułę Hobbita o wydarzenia dobrze znane z dodatków do Władcy oraz końcowych fragmentów Silmarilliona.
To prowadzi do pytania: co to jest spojler i dlaczego tak się go boimy? Odpowiedź wydaje się prosta (spojler, co to jest, każdy wie), więc nikt się specjalnie nie zastanawia. A wcale tak łatwo nie jest.
Spoiler to po angielsku (za słownikiem Stanisławskiego) "psota". Ale spojler popkulturowy (popkulturowy, bo nie słyszałem, żeby ktoś komuś zaspojlerował Doktora Faustusa) to zbrodnia cięższej wagi. To spoil znaczy między innymi "psuć", zatem: psuj. Ktoś nam popsuł książkę, komiks, film, grę, wyjawiając istotny szczegół fabuły. Sabotaż nieomal.
W popświecie, w którym trudno o coś godniejszego potępienia niż spojlowanie (może tylko publiczne cieszenie się z kasacji Firefly), walka już wkroczyła na poziom prawdziwej wojny totalnej, gdzie wróg czyha wszędzie. Hobbit nie może niczym zaskoczyć na poziomie sekwencji zdarzeń prowadzących bohaterów od zawiązania akcji do finału, zatem tajemnicą, którą trzeba ukryć stają się zabiegi reżysera. Nie CO zrobił, ale JAK. Jak powtykał w krótką powieść przypisy z Władcy, jak przedstawił to a tamto.
Czy gdybym napisał gdzieś, że w Dobrym, złym i brzydkim mamy do czynienia z konfliktem trzech świetnie napisanych charakterów, czemu towarzyszy znakomita muzyka Morricone, to czy ktoś zakrzyknąłby: "chłopie, nie spojleruj"? Może jeszcze gorzej: czy spojlerem będzie napisanie "nie zdradzę wam zakończenia filmu"? Wtedy przecież od razu zaczynamy się zastanawiać, że w zakończeniu musi coś być (inaczej nikt by o nim nie wspominał) i psujemy sobie odbiór, bo zamiast spokojnie oglądać i być zaskoczonym, usilnie zastanawiamy się, co to może być: bohater jest duchem, szkielet domniemanej zabójczyni leży w piwnicy zaś mordercą jest jej syn, policyjny kapuś to Wielki Boss etc.
Strach przed spojlerem paraliżuje dyskusję o kulturze, ograniczając ją do wymiany prostych okrzyków zachwytu bądź niezadowolenia.
Glosa:  może o to chodzi i popkultura, jeśli wstrzymamy się na chwilę z jej apoteozą, okazuje się służyć niczemu poza aplikowaniu poczucia awesomness. Avengersi byli awesome, dinozaury na statku kosmicznym byli awesome, Hobbit też musi być awesome, bo po nic innego go nie potrzebujemy. 
Czego właściwie obawiamy się ze strony spojlera? Samodzielne odtwarzanie opowieści zapisanej w słowach i obrazach jest istotną rzeczą (niektórzy uważają, że poniekąd w ten sposób czytelnik/widz/gracz bierze udział w akcie twórczym), więc nic dziwnego, że odbieranie tej przyjemności uważa się za coś złego. Takich spojlerów chyba nikt nie pochwali. Ale, już pisałem wcześniej, lęk i odraza nie są już zdrowe, tylko wyrodziły się do postaci obsesji.
Totalna wojna ze spojlerami sugeruje przerażającą jednorazowość dzieła. Wiesz już kto zabił? Zatem do kosza, bo na nic innego ten film ci się nie przyda. Podobnie z książkami oraz grami. Szepniesz komuś do ucha "would you kindly?" i zostaje mu tylko odinstalować Bioshocka.
Owszem, są dzieła jednorazowe. Chociażby Szósty zmysł, który ogląda się drugi raz chyba tylko po to, żeby sprawdzić, czy reżyser naprawdę tak sprytnie poprowadził historię, jak to wyjawił w finale. Czy jednak popkultura jest skazana na takie opowieści? Fight Club – dzieło lepsze i ważniejsze od Zmysłu – można oglądać sto razy pod rząd z niezmienionym poziomem zainteresowania, mimo że znamy jego nieoczekiwane zakończenie.
Wreszcie jest przykład ostateczny, bodaj największe osiągnięcie dwudziestowiecznego popu, czyli Gwiezdne wojny. W finałowej Imperium kontratakuje zostaje ujawniona tajemnica z przeszłości bohaterów. Scena ta obrosła tysiącami dowcipów, cytatów, parodii, aluzji, odniesień i memów,  czyli została po wielokroć haniebnie zaspojlerowana. A jednak wciąż oglądamy Gwiezdne wojny. Więcej, nie słyszałem, żeby ktokolwiek stracił na przyjemności seansu, kiedy wie już, iż [...] jest [...][...].
Nie wiem, szczerze mówiąc, jak zakończyć ten post inaczej, niż prostym stwierdzeniem, że nieładnie jest wypaplać komuś fabułę, ale też nie róbmy z tego nie wiadomo jakiej zbrodni. Ja w każdym razie jeszcze w tym roku kalendarzowym zabieram się za psucie seansu Hobbita. Z wrodzonego lenistwa ograniczę się do dwóch podstawowych książek, bo dalsza praca wymagałaby wizyty w bibliotece, a nawet czytania po angielsku. Może więc jednak coś mnie zaskoczy?

***
Nie starczy już czasu na oddzielny wpis, więc pozwolę sobie na małe podsumowanie. W trzecim roku blogowania straciłem tempo i nie wyrobiłem planowanej średniej jednego posta na tydzień. Szkoda, ale sam nie wiem, czemu tak. Może przez lenistwo, może po prostu nie miałem o czym pisać.
Tak czy inaczej życzę wszystkim czytelnikom samego najlepszego w 2013. Niech się wam szczęści, a i mnie coś z waszej radości skapnie. Do przeczytania!