Pomyślałem coś mało oryginalnego – mamy złoty wiek seriali. I że w zalewie Housów, Castlów, Bonesó, Mad Menów, czy Żywych Trupów (był pilot! jeszcze nie widziałem) zapominamy o rodakach. Ja wiem, u nas jeszcze epoka archaiczna, ale nie wierzę, że żaden z polskich filmowców czy aktorów nie obejrzał niczego made by HBO.
Znalazłem 4 tytuły próbujące wybić się na wyższą jakąś (zagadka: jakie?), gdy naraz dopadła mnie tytułowa myśl na marginesie.
No bo jak to jest, panie, z tymi sitcomami?
Sitcom jest uważany za synonim anglosaskiego serialu komediowego. Formuła "25 minut plus śmiech z taśmy" obowiązuje nie mal zawsze i na palcach jednej ręki można policzyć wyjątki. Ale przecież sitcom to skrótowiec od komedii sytuacyjnej. A to już takie oczywiste nie jest.
W klasyce owszem. Hotel zacisze, Co ludzie powiedzą, czy – po drugiej stronie Atlantyku – I Love Lucy, to są komedie sytuacyjne, gdzie przyczyną sytuacji komicznej są intrygi bohaterów.
Weźmy jednak rzeczy nowsze. Mój ukochany It Crowd jet bardziej komedią charakterów. Nielubiana przeze mnie, ale przez niektóych kochana Mała Brytania to ciąg skeczy, w któych chodzi i ekscentryczność postaci, a nie o jakąkolwiek sytuację.
Brak tylko jakiejś konkluzji. Jest, błysnąłem obserwacją. Anglicy poradzili sobie z problemem tak, że wszystko z Albionu, to britcom. Co jednak z USA? Już zawsze będą tkwili w błędnym nazewnictwie.
No chyba, że to znowu my pomieszaliśmy i z własnej niewiedzy wszystko wrzucamy do sitcomowego worka. Tak, jak kiedyś pomyliliśmy operę mydlaną z telenowelą, przez co Łepkowska zepsuła opinię serialom iberoamerykańskim – które mają jakiś koniec.
Trump's anal fixation fails to deliver in the end
13 godzin temu


