Spostrzegłem chyba metodę, z jaką Pratchett wprowadza nowe cegiełki do Świata dysku. Pamiętacie Kolor magii? Między jedną, a drugą przygodą Rincewinda dowiedzieliśmy się o trzech rzeczach: o magach z Niewidocznego Uniwersytetu, o hipotezach związanych z seksualnością (wiem, jak to brzmi) żółwia, oraz o tym, że zaklęcie tkwiące w głowie tchórzliwego czarodzieje ma wielką moc, ale nikt właściwie nie wie, do czego służy. I się okazało, że z ta trójka napędza intrygę w Blasku fantastycznym. W nim z kolei zahaczamy o opuszczoną chatkę wiedźmy, dowiadujemy się, że po śmierci maga, jego moc uwalnia się, skutkując niezłym ambarasem oraz poznajemy najgłupszą wymówkę, by nie dopuszczać kobiet do nauki magii (problemy z kanalizacją). Wszystko to wraca jako motyw przewodni Równoumagicznienia.
Trzecią wizytę na Dysku zaczynamy od dowiedzenia się, że umierający mag może przekazać swą moc nowo narodzonemu ósmemu synowi ósmego syna. To aluzja do brytyjskiego folkloru, który wszystko, co nadnaturalne, zdarza się siódmym synom (u Pratchetta, jak już wiemy, specjalną mistyczną liczbą jest siedem). Tym razem jednak coś poszło nie tak, zawinił czynnik ludzki, miało miejsce qui pro quo, bo zamiast syna, kowalowi z Ramtopów urodziła się córka. I nim odbierającej poród babci Weatherwax pozwolono dojść do głosu, stary mag przelał na dziewczynkę swoją magię – i umarł. Rodzi to problem za problemem, bo magię trzeba w sobie okiełznać, a uniwersytet kobiet nie przyjmuje, zaś babcia, choć wybitna czarownica, nie zna tego rodzaju mocy i jak bardzo nie chciałaby pomóc, będzie to działanie ryzykowne i po omacku.
Mówiąc językiem Nowej Fantastyki, dwa poprzednie tomy Dysku były fantastyką rozrywkową. Ten jest fantastyką problemową. Poprzednio przytyki do śmiesznostek i wad naszego świata służyły podkreśleniu komizmu świata powieści. Kiedy Pratchett opisywał dylematy życiowe barbarzyńskiej wojowniczki, albo wspominał nam o tych nieszczęsnych rurach, rzekomo uniemożliwiających przekształcenie uniwersytetu w placówkę koedukacyjną, bawiło nas to, bo pokazywało, jak pokraczne są nieraz neverlandy. W Równoumagicznieniu Pratchett, jak wielu angielskich humorystów przed nim, postanowił zostać moralistą, któremu nieobce są sprawy społeczne.
To chyba pierwsza okazja, żeby wspomnieć, jak wielkim wyzwaniem dla tłumacza jest Świat dysku. Piotr W. Cholewa dokonuje naprawdę nadludzkiego wysiłku, żeby przełożyć na polski pratchettowski humor, tak mocno zakorzeniony w angielszczyźnie, jak to tylko jest możliwe. Taki tytuł oryginalny Równoumagicznienia, Equal Rites, dosłownie oznacza "równe ryty", ale w mowie brzmi tak samo jak "equal rights", czyli równe prawa. I Cholewa chyba w tym przypadku przedobrzył: chcąc zachować grę słów, zaciemnił sens.
"Równoumagicznienie" brzmi niczym "równy dostęp do magii uniwersyteckiej". I książka rzeczywiście zdaje się podążać za tą myślą. Mała Eskarina ma wielką moc. Moc, która wykracza poza babskie czarownictwo. Babcia uczy ją swoich umiejętności, ale dopiero w Ankh-Morpork dziewczynka otrzymać może taką edukację, na jaką zasługuje.
Dorośli bohaterowie książki mówią to wprost. Magowie podkreślają, że magia to skomplikowany proces intelektualny, czyli coś nie dla kobiet. Babcia uważa podobnie – dla niej magia to jakaś podejrzana i przemądrzała geometria dla intelektualistów z miasta.
A tymczasem jest zupełnie na odwrót. Natura dwóch tytułowe rytów magii – męskiego i kobiecego – jest przeciwna do deklarowanej. Za czarownictwem nie stoi może żadna wyższa teoria, ale trzyma się reguł. Brzmią prosto, bo nikt nie narysował ich jako figur geometrycznych. Magia za to, jeśli zignorować deklarowaną naukowość, okazuje się igraniem z chaosem. Zaklęcia skaczą między książkami, żyją własnym życiem, czasem dziczeją się buntują. Za granicą cienia czyhają bestie z piekielnych wymiarów, by rzucić się na nieszczęśnika, który się do nich zbliży. Mało to ma wspólnego z pełnym uczoności wizerunkiem roztaczanym przez magów.
I dopiero kiedy to sobie uświadomimy, możemy postawić równość między rytami. No, może nie tyle równość, co jakiś znak dopełnienia, ścieżkę do wspólnego podążania. Chyba o to chodziło sir Terry'emu. Mnie się w każdym razie podoba.
wtorek, 17 lutego 2015
wtorek, 10 lutego 2015
Projekt Pratchett (2a): Kolor magii
Co to? Cofam się, zamiast czytać Równoumagicznienie? I jeszcze coś kombinuję z numeracją? Nie, to po prostu Terry Pratchett' The Colour of Magic, czyli telewizyjna adaptacja dwóch pierwszych części Świata dysku wyprodukowana w 2008 dla brytyjskiej telewizji Sky One.
Jeśli post temu twierdziłem, że dylogii Kolor/Blask pomogłoby scalenie w całość, to twórcy filmu najwyraźniej wpadli na ten sam pomysł. Nie ma zatem świątyni Bel-Shamharotha, wypadł Hrun Barbarzyńca, za to nieco rozszerzył się wątek uniwersyteckiej walki o przeżycie. Miłośnicy książek nie powinni narzekać, gdyż to tylko sprawiło, że historia jest spójniejsza. Dopisali aktorzy: Tim Curry jako Trymon, Sean Astin jako Dwukwiat, Jeremy Irons w roli Patrycjusza, czy Chrisopher Lee podkładający głos Śmierci to naprawdę udanie zebrana ekipa. Ciekawa rzecz z Rincewindem, a konkretnie z jego wiekiem: dopiero czytając Kolor magii uświadomiłem sobie, że wbrew rysunkom ś.p. Josha Kirby'ego nie był on wcale siwobrodym starcem – miał ledwo 33 lata. Film poszedł jednak tą drogą i nieudanego maga gra (wtedy) sześćdziesięcioośmioletni David Janson.
Czy jestem w stanie napisać coś więcej? Chyba nie. Kolor magii puszczała kiedyś polska telewizja w sobotnie popołudnie i to byłaby chyba jego najtrafniejsza ocena.
Czy jestem w stanie napisać coś więcej? Chyba nie. Kolor magii puszczała kiedyś polska telewizja w sobotnie popołudnie i to byłaby chyba jego najtrafniejsza ocena.
środa, 4 lutego 2015
Projekt Pratchett (2): Blask fantastyczny
Poszło zaskakująco szybko. Drugi tom Świata dysku wciągnąłem w trzy dni, w autobusie, przed snem, w chwilach przerwy między obowiązkami. Czyli wychodzi, że bardzo szybko. Dziś startuję z tomem trzecim i już zastanawiam się, kiedy nastąpi moment przesycenia, w którym będę musiał zrobić przerwę na coś innego, by przeczyścić wyobraźnię.
Ale na razie wróćmy do Blasku fantastycznego. Zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończył się Kolor magii – salwując się ucieczką z rąk chcących ich w ofierze mieszkańców Krull, Rincewind z Dwukiwatem (oraz towarzyszący im Bagaż) skaczą przez krawędź Dysku. Przed grozą wiecznego spadania w przestrzeń ratuje ich magia. Oczywiście nie robi tego bez przyczyny. Osiem Wielkich Zaklęć budzi się, gdyż nadchodzi czas, w którym muszą zostać wypowiedziane, inaczej nastąpi coś strasznego.
Czyli nareszcie fabuła. Żegnamy się z ciągiem zabawnych epizodów, zaczyna się opowieść, w której bohaterowie mają cele, a przeciwności nie są wyciągane z kapelusza, czy losowane jak w grze RPG.
To pomogło Pratchettowi. Jeśli pierwszy tom przypominał parodię gatunku w rodzaju Czy leci z nami pilot, drugi jest powieścią z prawdziwego zdarzenia. Co więcej jeszcze śmieszniejszą i bardziej satyryczną niż tamten zbiór skeczy.
W skrócie wygląda to tak, że wielki żółw A'Tuin leci torem kolizyjnym w kierunku tajemniczej czerwonej gwiazdy. Spodziewaną katastrofę powstrzymać może tylko osiem wspomnianych już zaklęć, z których siedem znaleźć można w księdze przechowywanej w podziemiach Niewidocznego Uniwersytetu, ósme zaś skryło się przed laty w mózgu Rincewinda. Magowie więc ruszają w pogoń za nieudanym czarodziejem.
Sam Rincewind, odkąd nie jest po prostu nieudanym czarodziejem ze skeczu, a ma wreszcie cel w życiu (nie dać się złapać, ochronić zaklęcie i wyrzec je w odpowiednim momencie), staje się postacią literacką z prawdziwego zdarzenia. Podobnie trzeciego wymiaru nabiera Dwukwiat. Pratchett najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że idzie w dobrym kierunku, gdyż powtórzył znany z Koloru magii motyw dyskowego herosa. Tym razem jednak Hruna, prostą parodię Conana, zastąpił Cohen, bohater z prawdziwego zdarzenia, choć obecnie w nienajlepszej formie (ósmy krzyżyk na karku). To wreszcie zaczyna się być Dysk, jaki znamy i lubimy. Pojawia się nawet satyra społeczna w postaci apokaliptycznych kultów rozkwitających w społeczeństwie przerażonym pojawieniem się gwiazdy.
Postęp, jaki dokonał się w ciągu trzech lat od publikacji Koloru magii sprawia, że zastanawiam się, czy Pratchett zwyczajnie się z tamtą książką nie pospieszył. Tak często słyszy się przecież porady, aby przygody ze Światem Dysku nie zaczynać od pierwszej części, która jest inna, słabsza i zwyczajnie odstaje. Czy nie byłoby lepiej, gdyby jakiś mądry redaktor wyciął tak ze 40% Koloru i dołączył go do Blasku? Powstałaby książka rozmiarów Piekła pocztowego, zgrabna, fabularna, umiejętnie wprowadzająca w realia świata. Szkoda że się tak nie stało.
Pocieszyć się możemy, że tą drogą poszła ekranizacja. Ale o niej następnym razem.
Ale na razie wróćmy do Blasku fantastycznego. Zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończył się Kolor magii – salwując się ucieczką z rąk chcących ich w ofierze mieszkańców Krull, Rincewind z Dwukiwatem (oraz towarzyszący im Bagaż) skaczą przez krawędź Dysku. Przed grozą wiecznego spadania w przestrzeń ratuje ich magia. Oczywiście nie robi tego bez przyczyny. Osiem Wielkich Zaklęć budzi się, gdyż nadchodzi czas, w którym muszą zostać wypowiedziane, inaczej nastąpi coś strasznego.
Czyli nareszcie fabuła. Żegnamy się z ciągiem zabawnych epizodów, zaczyna się opowieść, w której bohaterowie mają cele, a przeciwności nie są wyciągane z kapelusza, czy losowane jak w grze RPG.
To pomogło Pratchettowi. Jeśli pierwszy tom przypominał parodię gatunku w rodzaju Czy leci z nami pilot, drugi jest powieścią z prawdziwego zdarzenia. Co więcej jeszcze śmieszniejszą i bardziej satyryczną niż tamten zbiór skeczy.
W skrócie wygląda to tak, że wielki żółw A'Tuin leci torem kolizyjnym w kierunku tajemniczej czerwonej gwiazdy. Spodziewaną katastrofę powstrzymać może tylko osiem wspomnianych już zaklęć, z których siedem znaleźć można w księdze przechowywanej w podziemiach Niewidocznego Uniwersytetu, ósme zaś skryło się przed laty w mózgu Rincewinda. Magowie więc ruszają w pogoń za nieudanym czarodziejem.
Sam Rincewind, odkąd nie jest po prostu nieudanym czarodziejem ze skeczu, a ma wreszcie cel w życiu (nie dać się złapać, ochronić zaklęcie i wyrzec je w odpowiednim momencie), staje się postacią literacką z prawdziwego zdarzenia. Podobnie trzeciego wymiaru nabiera Dwukwiat. Pratchett najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że idzie w dobrym kierunku, gdyż powtórzył znany z Koloru magii motyw dyskowego herosa. Tym razem jednak Hruna, prostą parodię Conana, zastąpił Cohen, bohater z prawdziwego zdarzenia, choć obecnie w nienajlepszej formie (ósmy krzyżyk na karku). To wreszcie zaczyna się być Dysk, jaki znamy i lubimy. Pojawia się nawet satyra społeczna w postaci apokaliptycznych kultów rozkwitających w społeczeństwie przerażonym pojawieniem się gwiazdy.
Postęp, jaki dokonał się w ciągu trzech lat od publikacji Koloru magii sprawia, że zastanawiam się, czy Pratchett zwyczajnie się z tamtą książką nie pospieszył. Tak często słyszy się przecież porady, aby przygody ze Światem Dysku nie zaczynać od pierwszej części, która jest inna, słabsza i zwyczajnie odstaje. Czy nie byłoby lepiej, gdyby jakiś mądry redaktor wyciął tak ze 40% Koloru i dołączył go do Blasku? Powstałaby książka rozmiarów Piekła pocztowego, zgrabna, fabularna, umiejętnie wprowadzająca w realia świata. Szkoda że się tak nie stało.
Pocieszyć się możemy, że tą drogą poszła ekranizacja. Ale o niej następnym razem.
sobota, 31 stycznia 2015
Projekt Pratchett (1): Kolor magii
Tej książki w ogóle nie pamiętałem. Na szczęście pamiętałem adaptację, którą parę lat temu widziałem w telewizji. Ale ponieważ filmowy Kolor magii jest również adaptacją Blasku fantastycznego, szerzej rozpiszę się o nim nieco później. Na razie zostańmy przy pierwszym tomie Dysku.
Choć nie znajdziemy tych informacji z tyłu okładki, nie będzie spojlerem wytłumaczenie, że fabuła Koloru magii zaczyna się tym, że do wielkiego i wspaniałego (a zarazem obrzydliwego i straszliwego) miasta Ankh-Morpork przybywa z dalekich stron Dwukwiat – pierwszy dyskowy turysta. W gospodzie "Rozbity bęben" wynajmuje na przewodnika nieudanego maga Rincewinda. To, co zdawało się Rincewindowi łatwą i dochodową pracą, okazuje się ciągiem awanturniczych przygód, jedna bardziej niebezpieczna od drugiej.
I właśnie – to byłaby pierwsza obserwacja. Kolor magii to nie tyle powieść, co luźno powiązane epizody, które mogłyby funkcjonować jako opowiadania. Najwyżej trzeba było do nich dodać jednoakapitowy wstęp z radzaju tych, któe L. Sprague de Camp dopisywał do opowiadań Howarda: "wydostawszy się z niewoli w mieście X, Rincewind z Dwukwiatem ruszyli przez pustynię ku, jak im się wydawało, przyjaznemu podróżnym krółestwu Y..."
Pratchett dopiero startuje z cyklem i widać, jak te pierwsze przymiarki są jeszcze niepewne. Dowcipne dygresje, które w późniejszych książkach trafiłaby do przypisu, w Kolorze nieraz tkwią wciśnięte w akcję, co zamula akcję oraz wygląda jak typowy błąd debiutanta, który ma tyle do powiedzenia, że traci pisarską dyscyplinę. Wielu redaktorów powykreślałoby te fragmenty.
Na razie więc czytam tylko dopowiadając sobie, że tych kilku milicjantów pacyfikujących bójkę za parę tomów stanie się Strażą; że Śmierć ze złowieszczego humorystycznego przerywnika (zabawnego dla nas, złowieszczącego dla Rincewinda) przeistoczy się jednego z najważniejszych i najbardziej lubianych bohaterów Cyklu; że to wszystko to dopiero zalążek czegoś wielkiego.
Ale jednemu sir Terry był wierny już w 1983 roku. Marsz Dysku ku nowoczesności, o którym tak często się wspomina w kontekście najnowszych części, zaczął się już wtedy. Dwukwiat, postanawiwszy zostać pierwszym turystą, nieodwracalnie odmienił postać tego świata. Oczywiście to tylko pierwszy krok i wydział tyrystyki Gildii Kupców i Handlarzy, czy polisa tu-bez-pieczeniowa dla "Rozbitego bębna" mogą umknąć uwadze. Zniknąć wśród kpin z fantasy, lovecraftowskich potworów, czy aluzji do prozy Fritza Leibera (które są trzy: samo Ankh-Morpork, ewidentna parodia Lankmaru, oraz Bravd i Łasica, dwaj zbóje łudząco przypominający Fafryda i Szarego Kocura). Wśród żartów z mafijnych interesów gildii, piętrowych intryg o tron, bogów i magicznych artefaktów. Nie dostało się jeszcze magom, ale ich brak nie musimy się martwić, bo w trzy lata po Kolorze Pratchett wydał drugi tom, czyli Blask fantastyczny.
Choć nie znajdziemy tych informacji z tyłu okładki, nie będzie spojlerem wytłumaczenie, że fabuła Koloru magii zaczyna się tym, że do wielkiego i wspaniałego (a zarazem obrzydliwego i straszliwego) miasta Ankh-Morpork przybywa z dalekich stron Dwukwiat – pierwszy dyskowy turysta. W gospodzie "Rozbity bęben" wynajmuje na przewodnika nieudanego maga Rincewinda. To, co zdawało się Rincewindowi łatwą i dochodową pracą, okazuje się ciągiem awanturniczych przygód, jedna bardziej niebezpieczna od drugiej.
I właśnie – to byłaby pierwsza obserwacja. Kolor magii to nie tyle powieść, co luźno powiązane epizody, które mogłyby funkcjonować jako opowiadania. Najwyżej trzeba było do nich dodać jednoakapitowy wstęp z radzaju tych, któe L. Sprague de Camp dopisywał do opowiadań Howarda: "wydostawszy się z niewoli w mieście X, Rincewind z Dwukwiatem ruszyli przez pustynię ku, jak im się wydawało, przyjaznemu podróżnym krółestwu Y..."
Pratchett dopiero startuje z cyklem i widać, jak te pierwsze przymiarki są jeszcze niepewne. Dowcipne dygresje, które w późniejszych książkach trafiłaby do przypisu, w Kolorze nieraz tkwią wciśnięte w akcję, co zamula akcję oraz wygląda jak typowy błąd debiutanta, który ma tyle do powiedzenia, że traci pisarską dyscyplinę. Wielu redaktorów powykreślałoby te fragmenty.
Na razie więc czytam tylko dopowiadając sobie, że tych kilku milicjantów pacyfikujących bójkę za parę tomów stanie się Strażą; że Śmierć ze złowieszczego humorystycznego przerywnika (zabawnego dla nas, złowieszczącego dla Rincewinda) przeistoczy się jednego z najważniejszych i najbardziej lubianych bohaterów Cyklu; że to wszystko to dopiero zalążek czegoś wielkiego.
Ale jednemu sir Terry był wierny już w 1983 roku. Marsz Dysku ku nowoczesności, o którym tak często się wspomina w kontekście najnowszych części, zaczął się już wtedy. Dwukwiat, postanawiwszy zostać pierwszym turystą, nieodwracalnie odmienił postać tego świata. Oczywiście to tylko pierwszy krok i wydział tyrystyki Gildii Kupców i Handlarzy, czy polisa tu-bez-pieczeniowa dla "Rozbitego bębna" mogą umknąć uwadze. Zniknąć wśród kpin z fantasy, lovecraftowskich potworów, czy aluzji do prozy Fritza Leibera (które są trzy: samo Ankh-Morpork, ewidentna parodia Lankmaru, oraz Bravd i Łasica, dwaj zbóje łudząco przypominający Fafryda i Szarego Kocura). Wśród żartów z mafijnych interesów gildii, piętrowych intryg o tron, bogów i magicznych artefaktów. Nie dostało się jeszcze magom, ale ich brak nie musimy się martwić, bo w trzy lata po Kolorze Pratchett wydał drugi tom, czyli Blask fantastyczny.
środa, 28 stycznia 2015
Projekt Pratchett (0): wstęp
Rok temu, kiedy bawiłem się w trzydziestodniowe wyzwanie książkowe, pisałem między innymi, że wprawdzie z różnych powodów jestem na bakier z cyklami książkowymi, ale z chęcią wróciłbym do Świata dysku.
I teraz właśnie wracam. Mam zaczęty Kolor magii, będę iść po kolei do samego końca. Wprawdzie Krzysztof Kietzman sporządził znakomitą rozpiskę dyskowych podcykli wraz z powiązaniami, ja będę wierny swojej obsesji chronologicznej. Nie wzięła się ona niczego: kolega przeczytał Diunę kilka(naście) lat za późno i miał ją za wtórną i oklepaną.
Dlaczego Świat dysku? Dlaczego teraz?
Bo spodobała mi się sama idea wyzwania. Zmusza do pisania, wbija w rytm. Jest jak karnet na siłownię. Nie wiem jeszcze, jakiej długości będą wpisy. Jedna książka może być materiałem na długi tekst, z innej z trudem wycisnę ledwie akapit. Byle cokolwiek było. Postaram się trzymać normy 1 tom = 1 wpis na blogu, lecz to nie jest twarda deklaracja. Czasem powiązania między książkami mogą zbyt mocne, żeby je na siłę rozdzielać.
Chciałbym spojrzeć na Dysk z perspektywy zmian. Przecież kończy w tym roku 32 lata z wynikiem 40 książek – a to widomy znak, że przebył długą drogę i kto wie, gdzie może być teraz. Niejasno kojarzę tyle, że komedia ustąpiła miejsca satyrze społecznej, a wesoły świat fantasy przeżywa obecnie epokę przemysłową. To już samo w sobie zachęca do czytania.
Do tego ze wszystkich możliwych ambitnych czytelniczych przedsięwzięć, Pratchett jest najmniej wymagający organizacyjnie. Z tylnego rzędu wyjąłem właśnie 14 własnych tomów (zaskakujące jak mało miejsca zajmują – rzadka rzecz w epoce sztucznego nadymania papieru), spory wybór mam w lokalnej bibliotece. Problem będzie z ostatnimi, ale to pieść dalekiej przyszłości, do tego czasu coś wykombinuję – kupię albo pożyczę od znajomych. Chyba z żadnym innym cyklem nie miałbym tak łatwo.
Coś jeszcze? Kiedyś czytałem sporo książek ze Świata dysku. Zatrzymałem się gdzieś na Bogach, honorze i Ankh-Morpork. Mam jeszcze Carpe Jugulim oraz Piekło pocztowe, ale nic z nich już nie pamiętam, więc to tak, jakbym czytał pierwszy raz. Będę mógł więc nie tylko jak zmieniał się przez laty sir Terry – ale jak zmieniałem się ja. To też ciekawe, ale postaram się nie zamęczać nikogo autobiografią.
Zatem do zobaczenia po Kolorze magii!
PS: gdyby kogoś to interesowało, od niedawna zdarza mi się pisać o serialach na Pulpozaurze. Wziąłem udział w dwugłosach: o zeszłym roku, o (niestety nieudanym) Ascension oraz napisać samodzielnie recenzję pilota Człowieka z wysokiego zamku (bardzo udany, liczę na kolejne odcinki).
PPS: oprócz przebieżki przez Dysk, myślę również o przeczytaniu całego wielkiego robocio-imperialno-fundacyjnego cyklu Asimova, o zaliczeniu kanonu fantasy Sapkowskiego oraz, last but not least, retrospektywie pisarza fantastyki, jakim kiedyś był Rafał Ziemkiewicz. Plany więc gigantyczne. Byle życia i chęci starczyło.
I teraz właśnie wracam. Mam zaczęty Kolor magii, będę iść po kolei do samego końca. Wprawdzie Krzysztof Kietzman sporządził znakomitą rozpiskę dyskowych podcykli wraz z powiązaniami, ja będę wierny swojej obsesji chronologicznej. Nie wzięła się ona niczego: kolega przeczytał Diunę kilka(naście) lat za późno i miał ją za wtórną i oklepaną.
Dlaczego Świat dysku? Dlaczego teraz?
Bo spodobała mi się sama idea wyzwania. Zmusza do pisania, wbija w rytm. Jest jak karnet na siłownię. Nie wiem jeszcze, jakiej długości będą wpisy. Jedna książka może być materiałem na długi tekst, z innej z trudem wycisnę ledwie akapit. Byle cokolwiek było. Postaram się trzymać normy 1 tom = 1 wpis na blogu, lecz to nie jest twarda deklaracja. Czasem powiązania między książkami mogą zbyt mocne, żeby je na siłę rozdzielać.
Chciałbym spojrzeć na Dysk z perspektywy zmian. Przecież kończy w tym roku 32 lata z wynikiem 40 książek – a to widomy znak, że przebył długą drogę i kto wie, gdzie może być teraz. Niejasno kojarzę tyle, że komedia ustąpiła miejsca satyrze społecznej, a wesoły świat fantasy przeżywa obecnie epokę przemysłową. To już samo w sobie zachęca do czytania.
Do tego ze wszystkich możliwych ambitnych czytelniczych przedsięwzięć, Pratchett jest najmniej wymagający organizacyjnie. Z tylnego rzędu wyjąłem właśnie 14 własnych tomów (zaskakujące jak mało miejsca zajmują – rzadka rzecz w epoce sztucznego nadymania papieru), spory wybór mam w lokalnej bibliotece. Problem będzie z ostatnimi, ale to pieść dalekiej przyszłości, do tego czasu coś wykombinuję – kupię albo pożyczę od znajomych. Chyba z żadnym innym cyklem nie miałbym tak łatwo.
Coś jeszcze? Kiedyś czytałem sporo książek ze Świata dysku. Zatrzymałem się gdzieś na Bogach, honorze i Ankh-Morpork. Mam jeszcze Carpe Jugulim oraz Piekło pocztowe, ale nic z nich już nie pamiętam, więc to tak, jakbym czytał pierwszy raz. Będę mógł więc nie tylko jak zmieniał się przez laty sir Terry – ale jak zmieniałem się ja. To też ciekawe, ale postaram się nie zamęczać nikogo autobiografią.
Zatem do zobaczenia po Kolorze magii!
PS: gdyby kogoś to interesowało, od niedawna zdarza mi się pisać o serialach na Pulpozaurze. Wziąłem udział w dwugłosach: o zeszłym roku, o (niestety nieudanym) Ascension oraz napisać samodzielnie recenzję pilota Człowieka z wysokiego zamku (bardzo udany, liczę na kolejne odcinki).
PPS: oprócz przebieżki przez Dysk, myślę również o przeczytaniu całego wielkiego robocio-imperialno-fundacyjnego cyklu Asimova, o zaliczeniu kanonu fantasy Sapkowskiego oraz, last but not least, retrospektywie pisarza fantastyki, jakim kiedyś był Rafał Ziemkiewicz. Plany więc gigantyczne. Byle życia i chęci starczyło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)