sobota, 31 stycznia 2015

Projekt Pratchett (1): Kolor magii

Tej książki w ogóle nie pamiętałem. Na szczęście pamiętałem adaptację, którą parę lat temu widziałem w telewizji. Ale ponieważ filmowy Kolor magii jest również adaptacją Blasku fantastycznego, szerzej rozpiszę się o nim nieco później. Na razie zostańmy przy pierwszym tomie Dysku.
Choć nie znajdziemy tych informacji z tyłu okładki, nie będzie spojlerem wytłumaczenie, że fabuła Koloru magii zaczyna się tym, że do wielkiego i wspaniałego (a zarazem obrzydliwego i straszliwego) miasta Ankh-Morpork przybywa z dalekich stron Dwukwiat – pierwszy dyskowy turysta. W gospodzie "Rozbity bęben" wynajmuje na przewodnika nieudanego maga Rincewinda. To, co zdawało się Rincewindowi łatwą i dochodową pracą, okazuje się ciągiem awanturniczych przygód, jedna bardziej niebezpieczna od drugiej.
I właśnie – to byłaby pierwsza obserwacja. Kolor magii to nie tyle powieść, co luźno powiązane epizody, które mogłyby funkcjonować jako opowiadania. Najwyżej trzeba było do nich dodać jednoakapitowy wstęp z radzaju tych, któe L. Sprague de Camp dopisywał do opowiadań Howarda: "wydostawszy się z niewoli w mieście X, Rincewind z Dwukwiatem ruszyli przez pustynię ku, jak im się wydawało, przyjaznemu podróżnym krółestwu Y..."
Pratchett dopiero startuje z cyklem i widać, jak te pierwsze przymiarki są jeszcze niepewne. Dowcipne dygresje, które w późniejszych książkach trafiłaby do przypisu, w Kolorze nieraz tkwią wciśnięte w akcję, co zamula akcję oraz wygląda jak typowy błąd debiutanta, który ma tyle do powiedzenia, że traci pisarską dyscyplinę. Wielu redaktorów powykreślałoby te fragmenty.
Na razie więc czytam tylko dopowiadając sobie, że tych kilku milicjantów pacyfikujących bójkę za parę tomów stanie się Strażą; że Śmierć ze złowieszczego humorystycznego przerywnika (zabawnego dla nas, złowieszczącego dla Rincewinda) przeistoczy się jednego z najważniejszych i najbardziej lubianych bohaterów Cyklu; że to wszystko to dopiero zalążek czegoś wielkiego.
Ale jednemu sir Terry był wierny już w 1983 roku. Marsz Dysku ku nowoczesności, o którym tak często się wspomina w kontekście najnowszych części, zaczął się już wtedy. Dwukwiat, postanawiwszy zostać pierwszym turystą, nieodwracalnie odmienił postać tego świata. Oczywiście to tylko pierwszy krok i wydział tyrystyki Gildii Kupców i Handlarzy, czy polisa tu-bez-pieczeniowa dla "Rozbitego bębna" mogą umknąć uwadze. Zniknąć wśród kpin z fantasy, lovecraftowskich potworów, czy aluzji do prozy Fritza Leibera (które są trzy: samo Ankh-Morpork, ewidentna parodia Lankmaru, oraz Bravd i Łasica, dwaj zbóje łudząco przypominający Fafryda i Szarego Kocura). Wśród żartów z mafijnych interesów gildii, piętrowych intryg o tron, bogów i magicznych artefaktów. Nie dostało się jeszcze magom, ale ich brak nie musimy się martwić, bo w trzy lata po Kolorze Pratchett wydał drugi tom, czyli Blask fantastyczny.

środa, 28 stycznia 2015

Projekt Pratchett (0): wstęp

Rok temu, kiedy bawiłem się w trzydziestodniowe wyzwanie książkowe, pisałem między innymi, że wprawdzie z różnych powodów jestem na bakier z cyklami książkowymi, ale z chęcią wróciłbym do Świata dysku.
I teraz właśnie wracam. Mam zaczęty Kolor magii, będę iść po kolei do samego końca. Wprawdzie Krzysztof Kietzman sporządził znakomitą rozpiskę dyskowych podcykli wraz z powiązaniami, ja będę wierny swojej obsesji chronologicznej. Nie wzięła się ona niczego: kolega przeczytał Diunę kilka(naście) lat za późno i miał ją za wtórną i oklepaną.
Dlaczego Świat dysku? Dlaczego teraz?
Bo spodobała mi się sama idea wyzwania. Zmusza do pisania, wbija w rytm. Jest jak karnet na siłownię. Nie wiem jeszcze, jakiej długości będą wpisy. Jedna książka może być materiałem na długi tekst, z innej z trudem wycisnę ledwie akapit. Byle cokolwiek było. Postaram się trzymać normy 1 tom = 1 wpis na blogu, lecz to nie jest twarda deklaracja. Czasem powiązania między książkami mogą zbyt mocne, żeby je na siłę rozdzielać.
Chciałbym spojrzeć na Dysk z perspektywy zmian. Przecież kończy w tym roku 32 lata z wynikiem 40 książek – a to widomy znak, że przebył długą drogę i kto wie, gdzie może być teraz. Niejasno kojarzę tyle, że komedia ustąpiła miejsca satyrze społecznej, a wesoły świat fantasy przeżywa obecnie epokę przemysłową. To już samo w sobie zachęca do czytania.
Do tego ze wszystkich możliwych ambitnych czytelniczych przedsięwzięć, Pratchett jest najmniej wymagający organizacyjnie. Z tylnego rzędu wyjąłem właśnie 14 własnych tomów (zaskakujące jak mało miejsca zajmują – rzadka rzecz w epoce sztucznego nadymania papieru), spory wybór mam w lokalnej bibliotece. Problem będzie z ostatnimi, ale to pieść dalekiej przyszłości, do tego czasu coś wykombinuję – kupię albo pożyczę od znajomych. Chyba z żadnym innym cyklem nie miałbym tak łatwo.
Coś jeszcze? Kiedyś czytałem sporo książek ze Świata dysku. Zatrzymałem się gdzieś na Bogach, honorze i Ankh-Morpork. Mam jeszcze Carpe Jugulim oraz Piekło pocztowe, ale nic z nich już nie pamiętam, więc to tak, jakbym czytał pierwszy raz. Będę mógł więc nie tylko jak zmieniał się przez laty sir Terry – ale jak zmieniałem się ja. To też ciekawe, ale postaram się nie zamęczać nikogo autobiografią.
Zatem do zobaczenia po Kolorze magii!

PS: gdyby kogoś to interesowało, od niedawna zdarza mi się pisać o serialach na Pulpozaurze. Wziąłem udział w dwugłosach: o zeszłym roku, o (niestety nieudanym) Ascension oraz napisać samodzielnie recenzję pilota Człowieka z wysokiego zamku (bardzo udany, liczę na kolejne odcinki).

PPS: oprócz przebieżki przez Dysk, myślę również o przeczytaniu całego wielkiego robocio-imperialno-fundacyjnego cyklu Asimova, o zaliczeniu kanonu fantasy Sapkowskiego oraz, last but not least, retrospektywie pisarza fantastyki, jakim kiedyś był Rafał Ziemkiewicz. Plany więc gigantyczne. Byle życia i chęci starczyło.

piątek, 16 stycznia 2015

Zmierzch popkultury kontynentalnej

Na gikzie agrafek vel bosman plama napisał na ciekawy temat – na samozamknięcie się autorów gier w kilku sceneriach. Potem, już na swoim, z rzadka aktualizowanym (skąd ja to znam?) blogu podał jeden przykład settingu kompletnie przeoczanego i warunki. Przy okazji wspomniał o ciekawej książce 1913. Rok przed burzą, którą ja też polecam – taki Twardoch bez wątku fabularnego.
Przypomniało mi to jedną z wypowiedzi na listopadowym Serialkonie, o europejskich stacjach telewizyjnych, próbujących się przebić do szerokiej widowni, realizując seriale po angielsku. I o rodzimych autorach fantastyki, który jeszcze ćwierć wieku temu pisali o dziwnych, amerykopodobnych neverlandach, starannie unikając lokacji polskich.
A przecież nie zawsze tak było. Kiedyś Europa miała popkulturę. Czasem ślady po niej można oglądać w niedzielne popołudnia, kiedy TVP rzuci komedię z De Funesem, Bardotkę, albo Fanfana Tulipana. Jeszcze za De Gaulle'a Francja potrafiła dawać odpór inwazji, produkując mnóstwo własnego popu, który do tego potrafił się przebić za granicę – chociażby do nas. Swoje gigantyczne osiągnięcia mieli Włosi: horrory, kryminały, policyjne thrillery. A kiedy postanowili spróbować wybitnie amerykańskiego westernu, stworzyli całkowicie nową jakość.
Potem to umarło. Serio. Nie orientuję się, co teraz powstaje we Francji. Włoscy mistrzowie umarli bądź przeszli na emeryturę.
Można się cieszyć, że istnieje komiks, ale co z tego, kiedy Marvel podbija kina? Jeden Asterix na parę lat?
Popularna anegdota – podobno nieprawdziwa, ale co z tego, skoro fajna – opowiada, że Quentin Tarantino nauczył się rzemiosła filmowego, siedząc w wypożyczalni wideo i oglądając taśmowo spaghetti westerny i azjatyckie bijatyki. Dziś jego hipotetyczny następca nie miałby takiej szansy. Nawet gdyby powstały takie filmy, szybciej obejrzałby rimejk, niż oryginał. Szkoda.
A w ogóle skandalem jest, że w epoce paranormalnych procedurali nikt nie zrobił serialowgo Dylana Doga.

sobota, 6 grudnia 2014

W kosmos, w kosmos, młody człowieku (i stary też)

Jeszcze nie byłem na Interstellarze, ale z przyjemnością przeczytałem sążnisty esej Dukaja, który opublikowała niedawno Kultura liberalna. Podobno pełen spojlerów. Dlatego was przestrzegam – ja się nie przejmowałem, i tak nie będę pamiętał spojlujących szczegółów, kiedy wreszcie zasiądę przed ekranem. Mam krótką pamięć. Poza tym film, którego nie warto oglądać, gdy zna się już wszystkie twisty, jest złym filmem. Patrzcie na Imperium kontratakuje: jego ponadczasowa wielkość bierze się z tego, że bawi i przy setnym seansie, chociaż przecież cały świat wie, że... ale nie  nie spojlujmy. Może ktoś nie wie.
Dukaj pisze sporo o "poważnej" SF, o tym gatunek radzi sobie w literaturze, a z filmem się gryzie. O filmowcach, którzy pomimo tego przemycają fantastycznonaukowe treści do rozrywkowych, dziejących się tu i teraz seriali telewizyjnych (oczywisty przykład Impersonalnych, nieoczywisty przykład Detektywa). Więcej przeczytacie w zalinkowanym tekście. Ten wpis nie ma być streszczeniem.
Bowiem wprawdzie nie widziałem filmu Nolana, ale widziałem dwie inne niedawne produkcje, które są na ustach wszystkich – Strażników Galaktyki oraz zwiastun Gwiezdnych wojen: przebudzenia mocy. Czyżby wracała kosmiczna SF?

O Strażnikach mówi się, że sporo ze swojego sukcesu zawdzięczają umiejętnemu wyzyskaniu atmosfery oczekiwania na siódmy epizod Gwiezdnych wojen. Wprawdzie wg wiki Marvel oficjalnie ogłosił swoje plany kilka miesięcy przed zakupem Lucas Filmu przez Disneya, ale coś jest na rzeczy. Jakiś głód przestrzeni daje się odczuwać w popkulturze. Zapowiadały go filmy z końcówki poprzedniej dekady: Moon Duncana Jonesa, szwajcarskie (!) Cargo, dwuczęściowy Przenicowany świat Bondarczuka na podstawie Strugackich (myślę, że gdyby w czas trafił w łapy tumblr-owców, miałby własny fandomik), plus pewnie kilka innych, o których nawet nie wiem.
Na ten moment mamy już Strażników (i będą sequele), Przebudzenie mocy (i będą sequele plus spinoffy) oraz nolanowski Interstellar. Do tego nowy zarząd SyFy przypomniał sobie, że w czasach sprzed epoki Rekinada stacja miała na koncie Gwiezdne wrota i Battlestara Galaktikę, postanowił zamówić aż trzy nowe space opery: Ekspansję na podstawie powieści Coreya (pierwszy tom wydała u nas Fabryka), eksploracyjne retro SF Ascension oraz Killjoys o międzyplanetarnych łowcach nagród. Plus oczywiście inne produkcje, o których nie wiem. A nawet jeśli niczego więcej nie ma, to, co będzie, ilością przerasta wszystko, o czym mogliśmy marzyć.

Oczywiście to nie jest tak, że to wszystko się urodziło na kamieniu. Już nie tak silna jak pół wieku temu, fantastyka kosmiczna trwała w życiu utajonym w literackiej niszy military SF i space opery. Czasem jeszcze jakiś autor hard SF nie wytrzymał wyprawił się do gwiazd, choć sam podgatunek, zdominowany przez postcyberpunk i hipotezę Osobliwości, wolał się trzymać Ziemi. Rzecz jasna też, ten z radością przeze mnie ogłaszany WIELKI POWRÓT może okazać się wielką pomyłką. Ot, ogłosili nowe Star Warsy, Nolanowi udało się przepchnąć swoje wielkie marzenie, a setki drobnych i średnich graczy omyłkowo uznała to za nadejście koniunktury.
Dukaj zapytałby w tym miejscu co było pierwsze, jajo czy kura. Czy nagle w ludziach ponownie obudziło się pragnienie sięgnięcia gwiazd, czy to korporacyjne rekiny odkryły nowe terytorium do podbicia i właśnie jesteśmy świadkami przekonywania konsumentów, że właśnie tego pragną. A może, co by cieszyło najbardziej, naprawdę wracamy na orbitę, misja Rosetta i start Oriona to pierwsze etap powrotu drogę, z której niepotrzebnie zeszliśmy przed laty. Wtedy to, co widzimy w kinach i w telewizji jest kulturowym przetworzeniem wierchidei, która przyszła z zewnątrz.

Ale załóżmy, że wszystko pójdzie dobrze i kosmiczna fala jest naprawdę falą. Wiemy, że będą filmy i seriale. Wiemy, mniej więcej jak będzie wyglądała literatura fandomowa (tropy: deszcz nagród dla Ancillary Justice – nota bene opcję na jej adaptację kupił Fox – oraz zapowiedzi rebisowych Horyzontów zdarzeń czy Genius creations). Ale przecież obecnie fantastyka dawno przebiła mury getta i, rozpleniwszy się, wzięła Ziemię w posiadanie. Fandomowiec (w starym znaczeniu tego słowa) od paru dobrych lat nie jest wyłącznym odbiorcą fantastyki. Zresztą pisałem o tym przy okazji Serialkonu. Jeżeli więc ogółowi odbiorców kultury spodoba się kosmos, wciągnie do swojej puli genowej wiele nisz, środowisk i fandomów.
Jak więc będą wyglądać przyszłe międzyplanetarne młodzieżówki? Jak się będą prezentować na tle Mojego księżycowego pecha? Tak jak Igrzyska śmierci na tle Wyjście z cienia.
I czy harlequiny dołączą się do nurtu. Bo po przeczytaniu zapowiedzi romantycznej powieści o silnej postaci kobiecej walczącej z zombiakami, z chęcią poczytałbym o takiejże pannie śmigającej po galaktyce, jak Han Solo.
Może się nazywać Hanną Solo. Czemu by nie?

PS: piękne obrazki wziąłem z tumblra 70s Sci-Fi Art.
PPS: w trakcie pisanie przypomniałem sobie, że przecież w kolejce na serial czekają Czerwone koszule Scalziego i marsjańskie książki Robinsona. Fala rośnie.


EDYTA: na fejsie napisałem coś takiego:




Ascension startuje 15 grudnia! To tylko trailer, ale w materiale promocyjnym (czyli trailerze wzbogaconym o wypowiedzi twórców), pan grający jedną z głównych ról mówi:
– Ascesnion is a true, oldschool sci-fi.

Drugi pan zaś dodaje:
- This is SCIENCE fiction.



A spadkobiercy Borunia i Trepki mogą właściwie pisać pozew.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Przygody Sherlocka Holmesa i doktora Watsona, te radzieckie.

Kino i telewizja (nie wspominając o radiu i grach) próbowały wielu podejść przy adaptowaniu przygód najsłynniejszego fikcyjnego detektywa-konsultanta. Podstawową decyzją było wtedy, czy tworzymy na podstawie kanonu coś nowego, czy też ekranizujemy wiernie. Pierwszej opcji próbowano wielokrotnie, a największy sukces odniósł chyba najnowszy „Sherlock” od BBC. Opcja druga jest mniej popularna, jakby filmowcy dobrze wiedzieli, że musieliby się zmierzyć z materiałem, który mimo olbrzymiej atrakcyjności, nie poddaje się tak łatwo celuloidowi.
Na pewno wiedział to rosyjski reżyser Igor Maslennikow, gdy pracując pod koniec lat 70 w leningradzkiej wytwórni Lenfilm, po dłuższych wahaniach, zdecydował się przyjąć skrypt dwuodcinkowego filmu telewizyjnego na podstawie „Studium w szkarłacie”.
Maslennikow nie był specjalnym miłośnikiem Conan Doyle’a. Skusiła go za to atmosfera, magiczność opowieści oderwanej od realiów codziennego życia – oraz finezja scenariusza, który jako jeden z nielicznych potrafił dobrze ustawić relacje między bohaterami.
Kluczem do dobrej adaptacji kanonu, uważał Maslennikow, jest doktor Watson. W opowiadaniach i powieściach dzielny lekarz jest narratorem, w filmach tę rolę odbiera mu oko kamery. Doktora jednak nie można usunąć, bo jest kanoniczny. Zwykle więc jego postać redukowana była do comic reliefu, wicu wetkniętego w poważny kryminał. Dopiero tekst Julija Dunskiego i Walerija Frida czynił Watsona równorzędnego partnera i przyjaciela Holmesa. Dziś to standard, wtedy – rzecz nieoczywista.
Przesłuchania trwały długo. Wreszcie wybrano najlepszego: znakomitego aktora teatralnego Witalija Sołomina. Nie obyło się bez zgrzytów. Sołomin wyglądał zbyt rosyjsko (ucieleśnienie stereotypu: jasne włosy, lekko pyzate policzki, zadarty nos) i dopiero wąsy to zamaskowały.
Wybór idealnego Holmesa był prostszy. Wasilij Liwanowski miał pociągłą, arystokratyczną twarz, wąski nos i włosy przyprószone siwizną. Do tego grał już wcześniej u Maslennikowa, a w dzieciństwie zaczytywał się opowiadaniami o Conan Doyle’a.

Osobnym problemem były plenery. Architektura brytyjska zauważalnie różni się od kontynentalnej, a z rosyjską już zupełnie nie ma wiele wspólnego. Na szczęście Lenfilm działał w Leningradzie/Petersburgu, najbardziej europejskim z rosyjskich miast. Pełnym klasycystycznych gmachów i willi w stylu angielskim. Drugim miejscem służącym wykreowaniu realiów dziewiętnastowiecznego Londynu była Ryga. Nadbałtyckie miasto, przez kilka stuleci w kręgu wpływów niemieckich i skandynawskich, już wcześniej „robiło zachód” w radzieckich produkcjach. I tym razem wystarczyło wywiesić szyldy oraz wypuścić dorożki na brukowane ulice.
Wnętrz, których nie udało się znaleźć w naturze, wybudowano od podstaw w studio. Wszystkie potrzebne rekwizyty, wiktoriańskie meble i bibeloty pościągano z muzeów bądź kupiono w antykwariatach oraz targach staroci. Anglicy, którzy po latach zobaczyli efekt, gratulowali Maslennikowi wykonania niełatwego zadania.
„Sherlock Homes i doktor Watson” miał premierę w 1979 roku. Wiąże się to z anegdotą: w scenie pierwszego spotkania doktora z detektywem Holmes trafnie dedukuje, że Watson wrócił właśnie z Afganistanu. Dopiero po zdjęciach twórcy zorientowali się, że te słowa nie przejdą przez cenzurę, Związek Radziecki właśnie rozpoczął zbrojną interwencję w tym kraju. Naprędce więc dograno do dialogu nową ścieżkę, w której Afganistan zastąpił bardziej enigmatyczny „wschód”.
Watson wrócił więc do Londynu ze „wschodu”, nie Afganistanu. Czy serial czymś jeszcze różni się od książkowego oryginału? Otóż i tak, i nie. Maslennikow nie przeprowadzał rewolucji, ograniczając się do drobnostek, z których największą były chyba  zmiany w kolejności. Na przykład umieścił treść opowiadania „Cętkowana wstęga” jako interludium „Studium w szkarłacie”, dlatego w pierwszym odcinku dwaj przyjaciele nie ruszają od razu rozwiązywać sprawy zwłok odnalezionych w londyńskim pustostanie, ale najpierw odbywają wycieczkę na prowincję, gdzie pomagają osaczonej pannie Helen Stoner.
Maslennikow myślał, że przygoda z Sherlockiem będzie jednorazowa. Kiedy jednak serial dosłownie wymiótł ludzi  z ulic, telewizja zażądała realizacji następnych odcinków. Ekipa odłożyła na bok inne plany i już rok później odbyła się premiera trzyczęściowych „Przygód Sherlocka Holmesa”.
Fabułę oparto na kolejnym kluczowym elemencie kanonu, czyli walce z Holmesa z Napoleonem zbrodni, profesorem Moriartym, upozorowaniu przed detektywa własnej śmierci oraz tryumfalnym powrocie do Londynu. Z tą atrakcyjną historią wiązał się jednak jeden problem. Artura Conan Doyle’a można spokojnie uznać za jednego z twórców nowoczesnej popkultury. Wymyślił to, z czego inni korzystają do dziś – między innymi to, że każdy porządny bohater pop musi mieć swojego arcywroga. Niestety, nie ma prototypu bez wad. Jak bardzo złowieszczy Moriarty by nie był, pojawia się tylko w jednym opowiadaniu, co jest stanowczo za mało, jak na nemesis głównego bohatera. Wprawdzie Doyle potem umieścił profesora w „Dolinie strachu”, ale to tylko skomplikowało kanon, zamiast ubogacić. Filmowcy więc od lat prześcigali się w dopisywaniu Moriarty’ego do adaptacji tak, by już przed „Ostatnią zagadką” był kimś , kto stoi za kulisami rozwiązywanych przez Holmesa spraw.
Maslennikow wybrał do tego sprawę szantażysty Charlesa Augusta Milvertona. Dlatego „Przygody...” są tryptykiem składającym się z „Króla szantażu”, „Śmiertelnego pojedynku” oraz „Polowania na Tygrysa”.  Treść ponownie trzyma się oryginału: Holmes najpierw próbuje odzyskać pewne kompromitujące materiały od Milvertona, największego szantażysty w Londynie, doprowadzając do upadku tej wielce dochodowej, zaplanowanej przez Moriarty’ego operacji. W drugim odcinku żądny zemsty  profesor ściga detektywa aż do Szwajcarii (którą gra Kaukaz). W finale serii Holmes dopada ostatniego pozostałego przy życiu członka szajki – pułkownika Morana.
Maslennikow, Liwanow i Sołomin nie zasypiali gruszek w popiele. W 1981 stworzyli „Psa Baskerville’ów” z Nikitą Michałkowem w roli sir Henry’ego, a w 1983 – „Skarb Agry”, czyli adaptację „Znaku czterech”. W „Skarbie...” powtórzono zabieg znany z pierwszej serii, czyli w fabułę znaną z powieści wpleciono drugą, wziętą z opowiadań. Tym razem padło na „Skandal Bohemii”, co połączyło w jedno dwie najbardziej romantyczne opowieści z Kanonu.  Dodam, że przesunięcie tych dwóch fabuł na późniejszy etap znajomości Holmesa i Watsona poprawiło błąd Doyle’a, który ożeniwszy Watsona zbyt wcześnie, miał z tego więcej problemów, niż pożytku.
Tu pozwolę na moment przerwać referowanie treści kolejnych odcinków.  Dziś głównie postrzega się Sherlocka Holmesa jako nerda zbrodni, ekscentrycznego socjopatę (wersja Moffata/Gattisa), zaborczego obsesjonata (wersja Ritchiego), czy klasycznego angielskiego ekscentryka (stary serial TV Granada z Brettem w roli głównej). Sherlock w interpretacji Liwanowa jest ich przeciwieństwem. Gentlemanem, człowiekiem ciepłym, do którego po pomoc chciałby się zwrócić każdy nieszczęśnik w tarapatach. Do tego holmesowska sprawiedliwość Holmesa stoi ponad bezdusznym cywilnym prawem. To było tak odmienne od szarej rzeczywistości ZSRR, że nie mogło się nie spodobać.
A wspominam o tym, że w finałowej serii z 1986, Maslennikow postanowił skonfrontować detektywa i jego najlepszego przyjaciela z czymś, co nieodwracalnie zniszczy świat romantycznej walki ze zbrodnią: nowym stuleciem.
Dwuczęściowy „Nadchodzi wiek XX” to znów wybór opowiadań. I to dość specyficzny. Jeżeli pierwszy odcinek z 1979 zaczynał się słynnym wstępem o czasach, w których nie było samolotów, śmigłowców, ani nawet radia, to tym razem mamy do czynienia ze sprawami skupionymi właśnie wokół techniki oraz polityki: „Kciuk inżyniera”, „Drugą plamę”, „Plany łodzi Bruce’a Partingtona” oraz „Pożegnalny ukłon”. To już nie jest świat zemst po latach: liczy się przyszłość. Nikt nie pragnie położyć ręki na skarbie, czy rodowym majątku: lepiej fałszować pieniądze. A zbrodniarze nie planują jednego trupa, lecz milion.
Ostatnie (wg wewnętrznej chronologii cyklu) opowiadanie o Sherlocku kończy się słynnymi słowami o wietrze ze wschodu, który nadciąga nad Anglię. Wietrze, który jest zimny i smakuje gorzko, lecz Anglia przetrwa i tę burzę. Rosjanie rozegrali tę scenę inaczej: to doktor Watson, znów w mundurze, mówi, że złoczyńcy, których łapali w zeszłym stuleciu są nikim w porównaniu z wilkami obecnych czasów. NA to jego przyjaciel, Holmes, największy detektyw wszech czasów odpowiada, iż kto wie, może przyszłość nie jest tak mroczna. Wszak nowe stulecie dopiero przed nami.
Nieważne, komu przyznamy rację w tej kwestii. Najważniejsze, że jest to godne zamknięcie jednej z najlepszych filmowych opowieści o Sherlocku i Watsonie. Staromodnej, ale stylowej. Docenionej przez widzów i krytyków. Ba, sama Elżbieta II uważa Liwnowa za swojego ulubionego  Holmesa. Watson Sołomina jako jeden z pierwszych przywrócił tej postaci utraconą godność.
Dlatego warto obejrzeć te 11* odcinków.
(to ulepszone wersja mojej prelekcji z Serialkonu; na pewno zgrabniejsza.)


*Pominąłem kwestię przynależności formalnej „Przygód...” To 11 odcinkowy miniserial? Cykl miniseriali? A może 5 filmów telewizyjnych, podzielonych na części? Czasem lepiej nie brać się za systematykę.