Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autotematyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autotematyzm. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2019

Nowa Fantastyka 11/2019

Wstyd trochę zaglądać mi na bloga, a jeszcze bardziej odzywać się po tak długiej przerwie. Na swoje usprawiedliwienie mam multum rzeczy, które właśnie robię. Jednym z efektów pracy jest opowiadanie Kochałam Zbyszka Cybulskiego, które znajdziecie w listopadowej Nowej Fantastyce. Science Fiction, rozbuchany tytuł i parę, mam nadzieję, że udanych, wykrętek narracyjnych to chyba ten miks, który najbardziej chciałbym pisać. Ale nie tylko, bo by się znudziło.
Zapraszam do lektury i zapewniam, że to nie koniec.


czwartek, 27 września 2018

Nowa Fantastyka 10/2018

Do kiosków trafił właśnie październikowy numer Nowej Fantastyki. Wiąże się z tym mała prywata, bowiem znajdziecie w niej moje opowiadanie Leże boga-smoka. Tytuł chyba dość jednoznacznie wskazuje, że jest to opowiadanie fantasy, a motto, które je rozpoczyna, równie jednoznacznie kieruje ku jego odmianie heroicznej, w której łatwo się zauroczyć, jeśli przedawkować Conana. A mnie się to w pewnym momencie zdarzyło.
Nie wdając się w dalsze autoegzegezy, serdecznie zapraszam do lektury.


środa, 10 sierpnia 2016

Polcon 2016 Wrocław

Dni 18-21 sierpnia spędzę we Wrocławiu na Polconie. Oprócz socjalizowania się i dumania, skąd paranormalny hyź u Wrocławiaków (cztery lata temu zaprosili Daenikena, w tym będzie cały blok poświęcony altnauce) przyłożę rękę do kilku punktów programu. Przede wszystkim będę miał 3 prelekcje:
  • Lem dla początkujących (czwartek 14:00, sala 2). Jak w tytule, kilka faktów i ciekawostek dla tych, którzy nie czytali Mistrza i zastanawiają się, czy warto, albo od czego zacząć.
  • Space opera i historia (czwartek 16:00, sala 2). Pierwotny tytuł był bardziej poetycki (Było, co będzie. Space opera i historia), ale orgowie ocenzurowali. Albo po prostu nie mieściło im się w tabeli programowej. W każdym razie opowiem o tym, jak wydarzenia, państwa i postaci znane z kart historii wracają pod zmienionymi nazwami na karty space oper.
  • Czerwona fantastyka (piątek 12:00, sala 2). Będzie o lewicowej SF trochę innej, niż ta zajmująca się reprezentacją i zmianami klimatu. A może one tak naprawdę wcale się nie różnią? Pomęczę Borunia, Trepkę, wczesnego Lema, Jefremowa oraz Peteckiego, ale zamiast być lustratorem, poszukam nieoczekiwanych wniosków, karkołomnych analogii oraz nauki dla młodszych koleżanek/kolegów po fachu.
Prócz tego w prowadzenie paneli:
  • Veracity vs. Verisimility. Prawdy prawdziwe, prawdy zmyślone (czwartek 17:00, sala 3). Tytuł należy powtórzyć 3 razy stoją przed lustrem. Nie wiem, czy przyjdzie jakiś potwór, ale na pewno zwiążecie węzeł w supeł. W słowniku Stanisławskiego, takim na ponad 100 tysięcy wyrazów, pierwsze słowo znalazłem w komentarzu, a drugiego w ogóle. Musiałem więc samodzielnie utworzyć verisimilitude. Na szczęście już opis punktu kazali mi wymyślić samodzielnie, więc pomęczę gości pytaniami o Conrada, Mackiewicza, Czapskiego oraz wyższość fantastyki nad dowolnym reportażem z Wydawnictwa Czarne.
  • Steampunk (piątek 18:00, sala 3). Jaki steampunk jest, każdy widzi, więc dodam tylko, że będę odpytywał Anię Kańtoch, Krzyśka Piskorskiego i Marcina Rusnaka.
  • Polska fantastyka i jej recepcja za granicą (sobota 12:00, sala 2). Przygotuję całą masę anegdot, faktów i pytań, którymi zarzucę Kasię Kosik, Wojtka Sedeńkę i Marcina Zwierzchowskiego.
  • Elementy filozofii i religii w fantastyce (niedziela 15:00, sala główna). Rzutem na taśmę i w zastępstwie. Odpytam Kubę Ćwieka, Marcina Przybyłka i Radka Raka.
Tak to wygląda na dziś. Orgowie odgrażają się, że jeszcze mogą coś zmienić, ale miejmy nadzieję, że nie będą to zmiany na gorsze. Nikt nie lubi, jak mu się pokrywają dwa punkty, na które koniecznie chciał iść.

Edit: Pełny harmonogram (chociaż wciąż z dopiskiem roboczy) można znaleźć na stronie Polconu.

poniedziałek, 30 maja 2016

Tren o czytniku

Popsułem w niedzielę czytnik. Zamknąwszy etui, włożyłem go do plecaka. Dziesięć minut później, już w autobusie, wyjąłem go, otworzyłem etui  popsuty. Nie wiem, jak do tego doszło. Przez te dziesięć minut niczego nie zrobiłem. Nie upuściłem czytnika, nie uderzyłem, nie przebiegło po nim żadne zwierzę.Ekran pękł na tuzin kawałków, z czego działa jeden. Akurat ten w prawym górnym rogu, więc mogę sprawdzić stan baterii.
Ponieważ e-papierowy ekran jest najdroższą częścią urządzenia, naprawa w praktyce nie będzie się różnić o zakupu nowego. Nie zdziwiłbym się, gdyby serwis też ograniczył się do przegrania zawartości dysku na drugi egzemplarze i podbicia książeczki. Dzisiejsza elektronika jest monolityczna. Spojenia  nie wyglądają na coś, co można ot tak otworzyć i ponownie zamknąć. Hardware to jeden plastikowy blok. Telefon znajomej ma wbudowaną na stałe baterię. Minęły czasy pana elektronika z lutownicą.
Do kosztów i niewygody związanych z naprawą/wymianą czytnika powinienem doliczyć straty moralne. Smutno mi bez niego. Czytnik ebooków to szczytowe osiągnięcie ludzkości w ciągu ostatnich dziesięciu lat (pomijając oczywiście rzeczy w rodzaju leków nowej generacji). Przynajmniej ja nie pamiętam z rzeczonego okresu niczego, co by mi bardziej poprawiło jakość życia. Gigabajty pamięci, łatwy dostęp do literatury z całego świata, no i poręczność. Sześciocalowy czytnik mieści się w wewnętrznej kieszeni marynarki.
Oczywiście to nie jest tak, że czytniki mają same zalety. Nie idzie czytać na nich podręczników – tu jak na razie wygrywa papier i klasyczne zakładki. Słabo radzą sobie ze wszystkim, co wykracza poza jednolity blok tekstu . Dlatego dziwi, że Dukaj i Allegro chcieli zrewolucjonizować ebooki właśnie ilustracjami i przypisami. Nie wyszli na tym za dobrze, a szkoda, bo Starość aksolotla to dobra (mikro)powieść, która bez problemu poradziłaby sobie bez marketingowo-nowinkarskiej otoczki. Ja w każdym razie nominowałem ją do tegorocznych Zajdli.
Jednak żaden sceptycyzm nie wytłumaczy felietonu Grzędowicza, który ukazał się numerze 1/2008 Nowej Fantastyki i dotyczył właśnie e-readerów.
Grzędowicz opisuje buńczuczne zapowiedzi szefa Amazonu, że oto nadchodzi kres klasycznej książki, i sobie  z nich kpi:
Definitywny koniec książki – zawył mi prosto w twarz tytuł gazetowy ze szpalty powieszonej w kiosku. (...) kiedy czytam w prasie coś, co mnie irytuje, podświadomie słyszę w wyobraźni głos autora. (...)  ociekający hipokryzją oburzony dyszkancik (...) Tym razem jednak  głosik był inny. Ociekał jadem i złośliwą satysfakcją, jakby ten definitywny koniec druku i książki zwłaszcza był wyczekiwany i wytęskniony.
Dalej Grzędowicz pisze, że nie znosi postępu dla samego postępu i jedyną zaletą czytnika, jaką może sobie wyobrazić, jest pojemność. Zaraz jednak dodaje, że tak reklamowany Kindle jest brzydki jak zeschnięta musztarda, a jego guziki przypominają toporną radziecką elektronikę. Do tego mikroskopijny ekran ma ledwo sześć cali przekątnej, urządzenie, zamiast starego, dobrego pdf-a, obsługuje jakieś egzotyczne mobi.
Jeśli parę dni temu wszyscy zachwycali się cytatem z Lema, w którym mistrz trafnie przepowiada elektroniczną przyszłość książki, tak felieton Grzędowicza można spokojnie postawić w gablotce z nieudanymi prognozami fantastów. Mam nadzieję, że kurator przyszłego muzeum SF będzie uczciwy i umieści takie rzeczy na ekspozycji. Wystarczyło bowiem kilka lat, a guziki zastąpił dotykowy ekran (choć ja nadal je lubię), dość pokracznie wyglądające pierwsze modele zastąpiły przedmioty bardzo estetyczne i stylowe (komórkom podobna podróż do podobnej formy zajęło o wiele dłużej), mobi i epub rozpowszechniły się, a sześć cali okazało się całkowicie wystarczać.
Nie to jednak zdumiewa u Grzędowicza. Każdy się może mylić. Chodzi bardziej o źródło pomyłki. Grzędowicz bowiem od niepamiętnych czasów jest archetypicznym przykładem polskiego fantasty-prawicowca. Zabejcowanego w korwinizmie, niechętnemu wszelkie biurokracji wyznawcy wolnego rynku. A odkąd Pilipiuk zaczął nieśmiało opowiadać się za społeczna gospodarką rynkową, nie ma chyba w polskim fandomie drugiego takiego prawaka w starym stylu.
Jak sobie o tym przypomniałem, to zaraz złapałem się za głowę: przecież Grzędowicz postąpił całkowicie wbrew swojemu światopoglądowi. Mógłby być przeciwko Kindle'owi, gdyby zaplanowała go komisja, a wdrożył państwowy urząd za pieniądze z jakiegoś unijnego instytutu czytelnictwa. A jest na odwrót: Amazon to prywatne przedsiębiorstwo. Jeśli Grzędowiczowi nie podobała się marketingowa gadka Bezosa, ani kulawe początki jego flagowego produktu, to przekreśla w ten sposób mechanizmu wolnego rynku. No chyba że żadne mechanizmy go nie interesują, a tylko czeka na gotowe.

czwartek, 12 listopada 2015

Serialkon 2015

Tytuł chyba tłumaczy brak nowych postów ostatnimi czasy. Intensywnie przygotowuję się na drugą już edycję Serialkonu. Ponieważ w sieci zawisł już program, mogę ogłosić, co takiego przyszykowałem.
Konwent odbędzie się w przyszły weekend, w budynkach Małopolskiej Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej.
W Sobotę zacznę już o 12.00 na pierwszym piętrze Arteteki (taka wypasiona nowoczesna czytelnia naprzeciwko starego budynku) będziemy rozmawiali z Szymonem Żakiewiczem i Radosławem Polańskim o nostalgicznych serialach naszego dzieciństwa. Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie, bo trzy dzieciństwa plus moja skleroza to zaczyn wesołej przekomarzanki.
O 14.00 w tym samym miejscu wezmę udział w panelu pt. II Wojna Światowa w serialach. To w sam raz wstęp do niedzieli, kiedy to
o 13.00 w sali B budynku głównego wygłoszę (jak to pompatycznie brzmi) prelekcję Poszli za rodinu w boj, czyli współczesne rosyjskie seriale wojenne. Nie jest to może topowy temat, ale materiału znalazłem tyle, że do końca życia mógłbym oglądać tylko rosyjskie seriale. Serio, Rosja to nie jest nieznany serialowy ląd. To cały kontynent.
A nieco później, bo o 16.00, w sali B na drugim piętrze budynku głównego poopowiadam jak Psy prowadzą śledztwo. Psy, czyli polska policja, bo rzecz dotyczyć będzie tego, co w krajowym kryminale piszczy (a piszczy coraz głośniej).

Jak widać, robię głównie prelekcje przeglądowe. Trochę chyba boję się uderzać z jakąś tezą, którą musiałbym potem uzasadniać. Na szczęście Serialkon to siedem punktów programu równocześnie przez dwa dni. I to za darmo. Z zagranicznymi gośćmi. Tylko jechać.

środa, 26 sierpnia 2015

Na Pulpozaurze o "Detektywie" i spóźnione wróżenie z Zajdli

Na Pulpozaurze ukazał się nareszcie wielogłos o kontrowersyjnym drugim sezonie True Detective. Ja byłem wtedy na nie. Dosłownie kipiałem rozczarowaniem, gniewnie waliłem palcami w klawiaturę. Potem jednak pojechałem na Polcon, gdzie Michał Cetnarowski przekonywał zawzięcie, że wcale nie, że druga transza jest bardzo dobra. Może więc dziś oceniał ją lepiej? W każdym razie podtrzymuję, że Woodrugh to postać do wycięcia.

Z kolei w Smokopolitan, zinie Krakowskich Smoków, moja analiza Nagród im. Janusza A. Zajdla. Przygotowana na Poznań, więc jeszcze bez tegorocznych wyników – chociaż byłem blisko odgadnięcia, tylko nie lubię hazardu. Za to muszę sprostować słowa (...) kilka nominacji w jednej kategorii może być (...) szkodliwe (...) głosy rozkładają się na parę utworów. System australijski tak nie działa, jak doniósł jeden z czytelników na fejsowym profilu  Smoko. Jest mi podwójnie wstyd, bo przecież parę lat temu specjalnie poszedłem (to chyba był 2010 w Cieszynie) na prelekcję o systemie przeliczania głosów, więc powinienem pamiętać takie rzeczy. To na szczęście nie wpływa na clue tekstu: elektorat zajdlowski jest grupą właściwie nieznaną. O głosujących wiemy tyle, że byli na Polconie, o nominujących zaś – zgoła nic. Tu by się przydało badanie socjologiczne. Może ucichłyby doroczne hejty.

poniedziałek, 11 maja 2015

Pierwszy raz reklamuję siebie

Przedwczoraj w dawnej stolicy Polaków odbył się w Smokon. To już druga edycja imprezy organizowanej przez Krakowskie smoki, klub mały, młody, ale prężny i z ambicjami. Chyba wszystko poszło dobrze. Ja dołożyłem małą cegiełkę prelekcją o kinowych i telewizyjnych adaptacjach książek Lema. Zdaje się nawet, że był stream (blok serialowy robił zaprzyjaźniony ze smokami Pulpozaur) i jest nawet dostępny gdzieś, ale radzę poczekać na wersję pisaną, która niedługo zawiśnie na pulpo, bądź szukać jej w programach innych konwentów. Przedwczoraj była wersja robocza, jąkałem się i do tego jak na złość na komputerze nie było kodeków dźwięków, więc nie mogłem dowieść, że w węgierskich Przygodach Pilota Pirxa naprawdę grali Emerson, Lake i Palmer. A to jedna z tych rzeczy, w które ludzie nie chcą uwierzyć, kiedy im opowiadam.
Niestety. Wszelki miły nastrój zepsuł agrafek, zwracając mi uwagę, że ostatni wpis na moim blogu, jest straszy niż ostatni wpis na jego – a przecież agrafek, kiedy ja się obijam, pisze powieści, gra w gry, czyta książki i komiksy, dwa razy w tygodniu ma felieton na gikzie, prowadzi życie towarzyskie, a jeśli wierzyć temu, co mówi, w zawodowo pracuje na trzech stanowiskach jednocześnie.
Cóż, ma rację, zapuściłem bloga. Zatem korzystam z pierwszej lepszej okazji, by się przypomnieć. I nie tylko reklamuję świetną imprezę, jaką jest Smokon (jeśli, odpukać, nic się nie stanie, za rok kolejny, a na jesieni – Serialkon 2, czyli minikonwent poświęcony całkowicie tasiemcom – nie tylko fantastycznym).
Od jakiegoś czasu bowiem można nominować do Zajdli. I, wyobraźcie sobie, możecie, między innymi, mnie. Na zachodzie wszyscy autorzy dumnie ogłaszają, że są eligible. Potem urządzają awantury o słodkie szczeniaczki, ale do tego elementu nie zamierzam się odwoływać.
Moje opowiadanie, Króka odwilż Szczepana Dracza, ukazało się w numerze 11/2014 Nowej Fantastyki. Można je też ściągnąć ze strony Pyrkonu, razem z trójką, która wygrała plebiscyt NF na tekst roku. Jeżeli jednak uważacie, że Stoczek, Uznański i Zańko (plus ja) to trochę za mała pula, pomocnicza lista wszystkich utworów, opowiadań i powieści, jest do odnalezienia pod tym linkiem.
Przed oddaniem głosu na nominacje warto zajrzeć na oficjalną stronę nagrody.
Można o Nagrodzie mówić różnie, ale ostatnie cyrki wokół Hugo chyba wszystkim nam uświadomiły, że mamy coś, o co powinniśmy dbać. Więc ja też dbam. Niech wygra najlepszy.

piątek, 6 grudnia 2013

Polski mam paszport na sercu. Skąd, pytam, skąd go wziąłem?

MC przyjechał do Krakowa, więc była okazja się spotkać. Oblaliśmy sukces Łukasza Orbitowskiego, którego nominowano do Paszportu Polityki. Usiadłszy z piwem, zaraz zaczęliśmy szacować, jakie ma szanse. Bo to jest tak: oprócz Orbitowskiego nominowano jeszcze dwa reportaże (Katarzyny Rejmer i Ziemowita Szczerka). Na polski reportaż jest teraz wielka koniunktura, co chwila wychodzi jakiś przynajmniej przyzwoity tytuł, a i więcej niż przyzwoitych jest już tyle, że człowiek musiałby się z pracy zwolnić, żeby nadążyć z czytaniem. Do tego chyba w ogóle obecnie gusta w narodzie tak się układają, że przedkłada historie "z życia" nad historiami "z wyobraźni". Kapituła może pójść po tej linii. Z drugiej strony, skoro reportaż i tak ma się dobrze, może wygrać koncepcja wzmocnienia drugiej nogi. Wtedy Orbitowski by wygrał. No ale rok temu paszport zgarnął Twardoch, za powieść właśnie. Dwa razy pod rząd powieściopisarzy i to jeszcze z jednej kliki? Tak sobieśmy ważyli argumenty, aż A. powiedział, że zaczyna to przypominać dyskusje nad szansami polskiej reprezentacji. Jasne, Orbitowski pisze znacznie lepiej, niż reprezentacja gra, ale w obu przypadkach mamy tyle samo niewiadomych.
A zaraz po powrocie do domu kolejnego tematu do przemyśleń zadał kolega Orbitowskiego po fachu, czyli Szczepan Twardoch. Zaczęło się od tego, że Trybunał Konstytucyjny stwierdził, iż Ślązacy nie są narodem i z tego powodu nie można zarejestrować Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej (pod taką nazwą). Twardoch zareagował bardzo emocjonalnie, czemu dał wyraz na Facebooku. Nie wiem, jakie prawa dostępu ma ten wpis, ale toczy się pod nim niezła, jak to mówią w internetach, drama. Ale mniejsza.
Co mnie do tego? Zrazu chwyciła mnie brzydka, typowo polska satysfakcja z cudzego nieszczęścia. Co wy myśleli, Ślązaki, że was uznają? Jak świat światem, sądy w Polsce są od tego, by uwalać, prokuratury, by umarzać, a establishment, by lekceważyć. Zachciało wam się lepszego traktowania? Co innego, gdyby na pomysł rejestracji takiego, czy innego śląskiego stowarzyszenia wpadła Unia, albo chociaż jakiś minister. Jak z góry, to sprawa poszłaby z kopyta. Raz dwa. Do inicjatyw oddolnych nasze państwo ma stosunek sceptyczny. Społeczeństwo obywatelskie to piękny i szlachetny postulat, w praktyce zaś rzecz diablo niebezpieczna. Od myślenia jest inteligencja, sama nazwa to wskazuje, nie może być tak, że każdy będzie sobie myślał, co chce i kiedy chce. I jeszcze przemieniał swoje myśli w czyn.
Z drugiej od zawsze mierził mnie tak często okazywany przez polski wymiar sprawiedliwości miks pozytywizmu prawnego z wiarą w oddziaływanie prawa na rzeczywistość materialną. "Narodu Śląskiego nie ma, bo ustawa nie przewiduje" – tak się nie robi. I nawet trzeźwe uwagi Jacka Dehnela, że co, jakby się zadeklarowało milion Klingonów, mnie nie przekonują. Zawsze chciałem o takie sprawy zapytać znajomych prawników, ale boję się, że by się na mnie obrazili. Zresztą oni zdają się takimi dziwnymi orzeczeniami wymieniać jak kwiatkami z zeszytów szkolnych. Obruszenie prostych ludzi raczej nie rozumieją.
Ale pal licho Śląsk, choć, jakby powiedział Broniewski, są rachunki krzywd, których żadne orzeczenie nie przekreśli. Zacząłem się zastanawiać nad własną tożsamością.
Nie, żeby była w jakikolwiek sposób pokręcona. Jest w niecodzienny sposób normalna. Jestem Polakiem, nie wybrałem tego, przydarzyło mi się to, bo urodziłem się w Krakowie z rodziców, którym przydarzyło się dokładnie to samo. Chrzanić wolność wyboru. Wybrać sobie tożsamość (jakąkolwiek) każdy głupi potrafi. W ostatecznym rachunku liczy się tylko to, czego sobie nie wybrałeś. A teraz czas na szczegóły.
W połowie jestem Krakowianinem zasiedziałym aż od przedwojnia – austriacko-piemonckiego. Czyli poważna sprawa. W drugiej połowie jestem nowohucianinem. Też od samego początku, bo ś.p. dziadek był budowniczy. Zbrojarzem-betoniarzem, nawet raz przekroczył normę. Lecz kariery przodownika pracy nie zrobił, bo wzniesiony w ramach pobijania rekordu komin się zawalił i chcieli całą brygadę zamknąć za sabotaż. Na szczęście się im upiekło. Takie to były wtedy historie.
Doszedłem ostatnio do całkiem chyba oryginalnego wniosku, że Huta to taka druga Gdynia. Na pewnym elementarnym poziomie się zgadza: robotnicze miasto wzniesione zaraz po wojnie obok i na złość innemu miastu, inteligenckiemu i z tradycjami. Oczywiście byłaby Huta gorszą Gdynią, bo tam romantyzm odzyskanej ojczyzny, tu stalinizm. Tam gdyński modernizm, tu socrealizm. Tam miasto z morza, tu – miasto z błota. Fe!
Z bliższej perspektywy okazuje się nie być tak źle. Mit o komunistycznej zemście na inteligenckim Krakowie obaliła praktyka. Tu stawiano nowohucki krzyż, tu bito się z milicją do krwi, kiedy w Krakowie mieszczaństwo zamykało okna, żeby im do kamienic gazu nie nawiało. Zabytki od kombinatu nie cierpiały, bo wiatr wiał głównie z zachodu (są rachunki krzywd...). Nawet socreal, jak się odejdzie od głównych alej, okazuje się uboższą wersją przedwojennych planów budownictwa społecznego. Da się żyć, da się lubić, da się kochać.
Taka tożsamościowa prostota odstaje od narracji ogólnopolskiej. Poza wspomnianymi Ślązakami i takimi rodzynkami, jak ja, naród przewalał się milionami ze wschodu na zachód, z zachodu na wschód, i po przekątnej też. Do pracy, z pracy, na studia, ze studiów, za żoną, za mężem. Zgłupieć można od takiej karuzeli.
Siłą rzeczy obumarły tożsamości lokalne. Z czegoś żywego spadły do poziomu skansenu. Nawet Kraków to dopadło. Sto lat budowy Wielkiego Krakowa, rozpoczęte jeszcze przed rozbiorami, potem kontynuowane przez Dietla, Lea, nowe dzielnice i ulice, plany przerwane, plany zrealizowane, a i tak Kraków, choć drugie miasto w Polsce, mentalnie został zamknięty w kręgu Plant. Smutne.
Tożsamościową pustkę zastąpiła narracja warszawska. W każdym aspekcie. Akcja filmów i seriali dzieje się w Warszawie i okolicach (na szczęście zaczęto chyba od tego odchodzić). Cały naród buduje stolicę. Cały naród pcha się do stolicy, by godnie żyć (na kredyt, he he), a nie jak bydło w Wałbrzychu, czy innym Radomiu.
Ostatnim dużym aktem zwarsawianizowania tożsamości narodowej była moda na Powstanie. Oczywiście, ono jest wielkie, i strasznie, i niesamowite, i krwawe, i piękne, i jest samobójczym szałem, do którego jeszcze przez setki lat czuć będziemy czuć synowską tkliwość i miłość. Rozumiem konieczność stworzenia nowej narracji historycznej, kiedy poprzednia, peerelowska, się sfalsyfikowała. Ale przy tym zapomniano o tym, co pisał Jerzy Stefan Stawiński: dziesięć kilometrów od barykad Mokotowa było piękna lato czterdziestego czwartego. Kobiety się opalały, front stał gdzieś daleko. Żyło się.
W ogóle zaczynając dyskusję o tym, że Polska wbrew pozorom to nie monolit, że inny są Polak-Warszawiak, Polak-Krakowiak, Polak-Kaszub, i Polak-Góral, należy zacząć od powstań. Daje to trzy-cztery okazje w roku, żeby się posprzeczać. Ostatnia była 29 listopada, następna jakoś na Boże Narodzenie (powstanie wielkopolskie).
Co kilka miesięcy więc przetaczają się przez kraj Wielkie Warszawskie Narracje Powstańcze. Wbrew pozorom są ponad podziałami lewica-prawica. Ale mniejsza. Jestem z Krakowa. Kraków, wedle pisanej w Warszawie historii znika z polskich dziejów w 1596. Wraca na chwilę w 1794 i 1914, kiedy Piłsudski wyruszył z Pierwszą Kadrową. Poza tym nic. To samo spotyka inne rejony Polski. W tożsamości narodowej nie istnieją. Historia Polski stała się historią Warszawy i okolic.
Więc kiedy jakiś tró-konserwatysta ma za złe podchorążym, że wywołali powstanie, bo przecież Królestwo było legalną Polską z rządem, wojskiem, pieniądzem oraz konstytucją, i taka Polska przecież w zupełności Polakom wystarczała, to mnie się w żyłach burzy na myśl, że dziady za nic mają Kraków, Poznań, Gdańsk,  Bydgoszcz, Lwów, Tarnów, Żywiec i Gniezno. A to są, pisałem, tró-konserwatyści, co za święte, niepodzielne, legitymistyczne Królestwo Albanii gotowi by się byli pokroić.
A kiedy z kolei jakiś liberał pisze w Gazecie, że powstania były złe, bo zaszkodziły Polsce, że bez powstań bylibyśmy piękniejsi i mądrzejsi, bylibyśmy nieomal Czechami (Czech to według ostatniej mody najwyższy stopień ewolucji, na jaki może się wdrapań Słowianin), to mnie bierze na śmiech, bo wcale nie czuję się czeskim nadczłowiekiem.
A kiedy jakiś insurekcjonista powiada, że bez powstań bylibyśmy gorszym, ześwinionym i upodlonyn narodzikiem, jeśli w ogóle byśmy istnieli, to takiemu tylko po gębie dać.
A to tylko powstania. Czubek lodowej góry.
Jak z tym sobie przewarszawskie trybunały, niech im giełda na Kole zawsze tania będzie, nie potrafią poradzić, to Ślązacy mogą sobie jeszcze dłuuuugo czekać.

poniedziałek, 28 października 2013

Wstyd literacki

Wszyscy (bo zwykłe wyrzucenie telewizora, czy niescyfryzowanie go tunerem DVB-T nie jest tu wystarczającą formą izolacji) słyszeliśmy o ludziach z parciem na szkło. Może nawet kojarzymy jakieś nazwiska. W świecie słowa pisanego analogiem takiego osobnika jest grafoman, czyli, jak zgrabnie ujął Kisiel, niekoniecznie ten, co źle pisze, ale  przede wszystkim ten, co za wszelką cenę musi drukować. Przeważnie grafomanię kojarzy się z pisarzami marnymi, nieudanymi, wydaje mi się jednak, że istnieje jej odmiana, na którą zapadają autorzy całkiem dobrzy, a nawet wybitni. To grafomania wieku młodzieńczego.
Określenia "wiek młodzieńczy" nie należy brać ściśle. Schorzenie to może przydarzyć się w różnym wieku. po prostu potrzebowałem odróżnienia od grafomanii przewlekłej.
Grafomania wieku młodzieńczego polega na tym, że przyszły dobry, a nawet wybitny pisarz odczuwa potrzebę wydawania, chociaż jeszcze nie nie nadszedł jego czas. Albo czas nadszedł, ale razem z nim przyszła też Wielka Historia i ustami swoich przedstawicieli zaczęła stawiać autorowi dodatkowe warunki. Młodzieniec pokusie uległ, opublikował. Potem, po latach, wybryk odbił się kacem (okej, nigdy to mi się nie przydarzyło i raczej nie przydarzy, ale czuję instynktownie, że jest to rodzaj intelektualnego kaca) i wrócił wstydem.
Literacki wstyd jest zjawiskiem spotykanym bardzo często. Szczepan Twardoch wyznał w wywiadzie, że nie podpisuje Obłędu rotmistrza von Egern, kiedy ktoś przynosi z prośbą o autograf, a najchętniej spaliłby cały nakład w piecu. Lem miał bardzo sceptyczne nastawienie do całej swojej wczesnej twórczości, a że w okres twórczości dojrzałej wkroczył po 35 roku życia, daje to sześć powieści i kilkadziesiąt opowiadań. Sezamu i Czasu nieutraconego wstydził się tak, że skazał je na banicję, los Obłoku Magellana jest niepewny (przez lata niewznawiany, pojawił się w Dziełach WL-u, ale w Dziełach Agory już nie). Na konwentach często widziałam, jak fandomowi weterani wspominali geniusz Złotą galerę, ale sam Dukaj zdaje się uważać, że jego debiutem było W kraju niewiernych. Ostatnio nie zgodził się, kiedy Bookrage (swoją drogą polecam, zacna inicjatywa) chciał umieścić w ebookowym pakiecie Zanim noc. Przynajmniej, inaczej niż Twardoch, podpisał mi stare wydanie, kiedy mu podetknąłem na jakimś spotkaniu. Ale to było w 2009, czyli wieki temu, mógł od tamtego czasu zradykalizować się w samokrytyce. Albo jest hipsterem i podpisał Xawrasa Wyżryna, Zanim noc traktując ironicznie.
O problemach z historią, czyli o wyborach moralnych pisarza, któremu debiut przypadł na czas socrealizmu, nawet nie ma co pisać. Wszyscy wiemy.
No i co z takimi robić?
Argument "kiedyś będziesz się tego wstydził" nie zadziała na młodego człowieka. Kto był młody ten wie. A do tego młodość pisarza może trwać i do czterdziestki. Mało kto będzie też miał ochotę latami cyzelować teksty, by wreszcie zyskać w pełni zasłużoną, lecz pośmiertną sławę - jak Giuseppe Tomasi di Lampedusa. Drugim problemem jest nacisk rodziny. Łatwiej rodzinie wytłumaczyć, że stukanie w klawiaturę tudzież skrobanie w kajecie nie jest marnowaniem czasu, jeżeli się udało wydać książkę, jakby słaba nie była.
Po długich namysłach znalazłem jednak rozwiązanie kompromisowe. Jest proste i zgrabne, mogłoby trafić do jakiegoś amerykańskiego poradnika. Pisarz powinien, położywszy na biurku ulubioną książę, postanowić, że to jest jego poziom docelowy. Słabszego nie publikuje. Oczywiście teraz rzecz będzie polegała na wybraniu odpowiedniej, nie za głupiej i nie za mądrej, ale to ma być lek na grafomanię młodzieńczą, a nie przewlekłą.
Ja na przykład mam na biurku położyłem Krwawy południk i jeszcze ani razu nie skompromitowałem się żadną powieścią. Wprawdzie zamiast tego pisuję bloga, ale na to jeszcze nie ma lekarstwa.

sobota, 2 marca 2013

Miniatura mityczna

Zaczęło się od tego, że w natrafiłem w sieci na ogłoszenie o konkursie na opowiadanie fantasy organizowanym w ramach wrocławskich Dni Fantastyki. Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to że kwalifikuję się do kategorii "profesjonaliści" – wszystko dzięki konkursowemu szortowi, który poszedł do druku w ś.p. Science Fiction, Fantasy i Horror. Co się porobiło: jeden raz wziąłem udział w forumowej zabawie towarzyskiej (dobra, był jeszcze Fahrenheit, ale mógłbym się wymówić innym pseudonimem niż zwykle) i znalazłem się w jednej drużynie z takimi zawodowcami jak Pilipiuk czy Ćwiek.
Ale ja nie o tym. Tematem konkursu jest bowiem "literacka interpretacja klasycznej baśni w nowoczesnym ujęciu - opowiadanie fantasy". Zacząłem więc sporo myśleć i o baśni, i o fantasy, o różnicach między oraz podobieństwach, wreszcie o relacjach, jakie między nimi zachodzą, aż nagle przypomniał mi się krewniak obojga – mit.
Mit nie ma dobrej prasy w dzisiejszych czasach. Oczywiście tzw. kultura wysoka fascynuje się nim cały dwudziesty wiek, jednak już w jej niższych partiach obdarowano to słowo negatywnymi konotacjami. "Postać mityczna" mówimy, chcąc kogoś wypchać kogoś z aktualnej interpretacji wydarzeń historycznych ("historia" jest tu pojęciem pozytywnym), "mitoman" to obelga, jedna z najcięższych, a Łysiak kolejny już paszkwil na III Rzeczpospolitą zatytułował Mitologią świata bez klamek (swoją drogą zmarnował świetny tytuł na słabą książkę).
Pobawię się w prowokatora i powiem tak: lubię mit i uważam, że jest nie tylko ciekawszy od historii, ale i ważniejszy.
Troja mityczna jest jednym z fundamentów naszej kultury, Troja historyczna to tylko kilka potłuczonych garnków.

czwartek, 29 listopada 2012

Kto ty jesteś, Polaku mały


Bardzo lubię pisanie Szczepana Twardocha.
Niestety wraz ze starym dyskiem przepadło archiwum GG, gdzie wróżyłem mu wielką przyszłość – i to w czasach, kiedy był gniewnym dwudziestopięciolatkiem od opowiadania o szalonym kawalerzyście (a jaki ja wtedy młody byłem). Musicie mi więc uwierzyć na słowo.
Proza Twardocha, to nie jest literatura, która gładko wchodzi w człowieka. Przypomina intensywny trening, gdzie bez przerwy człowiek się męczy, boli go to, odrzuca – a jednak brnie dalej, bo to (podobno) zdrowe i w jakiś paradoksalny sposób inicjuje wydzielanie endorfin. O tym, co mnie boli w jego książkach mógłbym pisać bez końca, skupię się więc na rzeczy najważniejszej. Narodowości.
Już wrzucałem link do artykułu, w którym podpisuję się własnym nazwiskiem, więc skoro już upubliczniam się w sieci, pójdę o krok dalej: jestem Polakiem. Chyba, bo  od strony etnicznej można by się czepiać. Ród mój nigdy nie prowadził kronik czy sylwów, nie zachowały się też dokumenty sprzed stuleci (może jakieś księgi parafialne w diecezjalnych muzeach, ale kto by tego szukał), więc nie wiem, czy nie przywędrowaliśmy zza siedmiu mórz, ani też, czy nie wżenił się w nas jakiś element narodowo niepewny. Z drugiej strony takie historie zdarzały się raczej u bogatych mieszczan i szlachty. Dokonywać narodowościowej transgresji, żeby klepać biedę w Polsce – nie widzi mi się to.
Niemniej od czytania Twardocha zacząłem mieć wątpliwości, czy aby na pewno jestem Polakiem. Uczucie, że coś mi nie pasuje, kłębiło się gdzieś na obrzeżach świadomości.  W przeciwieństwie do Twardocha nie miałem żadnego uzasadnienia. Tylko przeczucie.
Olśnienie przyszło rok temu, kiedy jechałem pociągiem do Lublina. Był brzydki listopadowy dzień.  Gdzieś w trzeciej godzinie jazdy wyjrzałem przez okno – i zobaczyłem grozę.
Ponura bezkresna równina, brakowało tylko jurt, żeby poczuć się jak w Azji. Gdzieniegdzie… trudno to coś nazwać. W książce do muzyki ze szkoły podstawowej takie twory nazywano wierzbami i dodawano, że za nimi wzdychał na obczyźnie Chopin. Ja wiem, co to jest wierzba: piękne, melancholijne drzewo. Te cosie  wyglądały jak zasuszone palce poległych olbrzymów, które odsłoniła erozja. Tęsknić za nimi mógłby tylko kultysta z opowiadania Lovecrafta.
Czy ludzie żyjący w takim miejscu mogą mi być rodakami?
W „Lewej wolnej” Mackiewicza jeden z bohaterów ogłasza się patriotą pejzażu. W przeciwieństwie do różnych wariatów, na przykład jak ten, co chciał wszystkie brzozy i topole na Litwie za bycie drzewami „sentymentalnie rosyjskimi”, on kocha każde drzewo, kościół, cerkiew, bożnicę i meczet, jaki dostrzeże w pejzażu. Brzmi to ładnie, ale co jeśli trafi ktoś w zupełnie obcy pejzaż, a będą mówić mu, że jest jego?
To działa chyba i w drugą stronę. Tam pośrodku Przeklętej Płaszczyzny wznoszą się cyklopowe mury Warszawy. Istoty, które ją zamieszkują, patrzą na obrzeża swojej ojczyzny i nie dowierzają temu, co widzą. Tam mają pagórki, a tam wierzby płaczące. Gdzie indziej jeziora. Jedni nie mieli powstań, a inni mieli i nawet wygrali (za czwartym razem, więc żadna sztuka). I te wszystkie obce sobie krainy biedni Przedwieczni z miasta Warsa i Sawy muszą włożyć we wspólny, bluźnierczy nieeuklidesowy mianownik. A że macki Cthulhu nie nadają się do takich delikatnych operacji, co rusz kogoś kaleczą albo nadeptują.
Niełatwo być Polakiem w takiej dużej Polsce.

poniedziałek, 22 października 2012

Sapkowski

Już parę razy wspominałem, że powtórzyłem sobie sagę wiedźmińską. Otóż nie tylko ja tak zrobiłem, ale i Paweł Majka i Michał Cetnarowski. Potem porozmawialiśmy sobie o naszych wrażeniach, a zapis rozmowy w okrojonej wersji ukazał się w Czasie fantastyki 3(32)/2012. Teraz premierę ma całość, bez skrótów. Możmna sobię ją poczytać na DOF, o tutaj. Polecam się szczerze. Za ewentulane błędy i głupoty odpowiadam ja, nie PM i MC.

piątek, 25 maja 2012

Krzywa stalówka

Trapi mnie przymus pisanie, jestem grafomanem. Ale z tych nieszkodliwych - mojej grafomanii nie towarzyszy przymus publikacji. Tyle dobrego. Niemniej nie piszę do lustra, mam bloga. Głównie o fantastyce. Czasem skrobnę o czymś innym, ale na tych innych rzeczach się znam słabo. O polityce nie pisuję bodaj w ogóle. Są jednak myśli, których nie zapisuję, choć się o to proszą. Te prywatne lub zbyt hermetyczne - najmojsze. Co z nimi?
Umyśliłem sobie prowadzić dziennik. Chociaż kiedyś ich nie lubiłem. Razili mnie pisarze, dla których intelektualne memuary - w moim skromnym odczuciu - były ucieczką od fabuły (o tym przy najbliższej okazji). Ale w końcu przeczytałem kilka w rodzaju Dzienników Kisiela czy Maraiego (Czytelnik powinien odpalić Twardochowi procent za promocję). To też jest kawałek literatury.
A więc dziennik. Nie będę go prowadził w byle zeszycie. Umyśliłem kupić sobie Moleskine. Prestiż i cena powinny mnie zmusić do notatek poważnych, przemyślanych, a nie jakichś głupot. W markowym notatniku pisze z kolei niczym innym jak wiecznym piórem. Mam jedno, z wygiętą stalówką. Trzeba będzie naprawić. Znalazłem nawet odpowiedni zakład w Krakowie. Tylko czy warto naprawiać takiego dziwnego Parkera z plastikowego pudełka i nieustalonego modelu? Jeżeli nie, to trzeba będzie poszukać w domu za przedwojennym piórze po pradziadku.
Tak wyekwipowany będę mógł wreszcie zacząć spisywać dziennik prywatny. Ponieważ jednak nie nastąpi to zbyt szybko (powody podałem powyżej), trzeba się zabrać za pracę na linii bloga.
A zatem: o czym chcą p.t. czytelnicy przeczytać najpierw? O Masłowskiej czy Mackiewiczu? W razie czego rzucę monetą.

wtorek, 22 maja 2012

W internecie (chyba) jednak nie ma wszystkiego

Wstyd się przyznać, ale nie znalazłem, chociaż szukałem. Chodzi o reklamę.
To były spoty jakiejś loterii, najprawdopodobniej (bo nie pamiętam na sto procent) Lotto. Były dwa, dodam. W pierwszym akcja cofa się do przeszłości, pokazując mężczyznę próbującego odpalić jakiś cud demoludowej motoryzacji. W końcu po wielu zabiegach silnik odpala i facet rusza do przodu po pełnej wertepów drodze. Potem wtacza się za róg, następuje cięcie, zmienia się nasycenie obrazu (prosta sztuczka sygnalizująca zmianę perspektywy czasowej — kto oglądał Dowody zbrodni, ten wie) i na piękną, płaską jak stół drogę szybkiego ruchu wjeżdża nowoczesny samochód. Wtedy głos z offu ogłasza, że dawniej było trudniej, teraz jest łatwiej, a najlepszym przykładem jest Lotto, w które możesz wygrać dużo albo jeszcze więcej.
Na takiej samej zasadzie zestawienia nowego ze starym opiera się drugi klip. Tylko, że tym razem mamy, jak to się mówi profesjonalnie, gamera. Dawniej męczył się nad próbami złożenia stojącego na półce meblościanki ośmiobitowca, teraz ma konsolę, meble z Ikei oraz telewizor HD. Ale najciekawszy jest jeden z rekwizytów tworzących lata 80. Na szafce leży Fantastyka. Pierwszy numer z 1982.
Najpierw zrobiło mi się miło, że z tylu możliwych symboli twórcy wybrali akurat ten. Mogli położyć Czarną brygadę Brygady kryzys, mogli pieska z kiwającą się głową, kostkę Rubika, cokolwiek. A położyli fantastyczne pismo. Po fali radości przyszła jednak smutna refleksja: w "przyszłości" na monochromatycznym szwedzkim stoliku nie było ani NF, ani SFFiH, ani F&SF (reklamę puszczali w czasach kiedy w Polsce były jeszcze wszystkie trzy magazyny).
Fantastyka jest nieobecna w wysokobudżetowej polskiej kulturze masowej. Poza grami komputerowymi, one są z nią związane mocno, ale rozwój tej branży u nas to całkiem świeża rzecz. Gdzie indziej naszej ukochanej metody literackiej/filmowej/etc. właściwie nie ma. I nie chodzi o to, że znowu narzekam, że nie robią filmów SF. Nie ma nawet świadomości fantastyki. Weźmy takie opery mydlane. Bohaterowie M jak miłość czy Na wspólnej stykali się ze wszystkimi znanymi zjawiskami społecznymi. Był i rasizm, i hip-hop, i subkultura emo. Tylko ani razu nikt nie pojechał na konwent. To niezwykłe, jeżeli wierzyć w boom fantastyki w latach 80. Ci wszyscy czytelnicy Funky Kowala zapomnieli, że gatunek żyje nadal? Szkoda.
Przynajmniej ta jedna reklama, której nie ma w Sieci, nam została.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Magia tytułów

Znowu o GoT.
Większość cykli fantasy bierze nazwę od świata, w którym toczy się akcja, bądź jakiejś wyróżniającej go cechy. Ziemiomorze, Amber, Bas-Lag, Świat dysku – to chyba wystarczające przykłady. Zasada dotyczy również cykli nazywających się na cześć postaci. Wiedźmin czy Conan reprezentują książki, których są bohaterami dobitniej niż niejedno uniwersum.
George R. R. poszedł tą samą ścieżką. Pieśń lodu i ognia odnosi się do dwóch nadnaturalnych sił (zimy, na którą czekają Starkowie oraz smoków, którymi władają Targaryenowie) decydujących o losach Siedmiu królestw. Tymczasem HBO użyła dla serialu tytułu pierwszego tomu cyklu. Można to uznać za decyzją przemawiał wzgląd czysto praktyczny  i PLiO jest po prostu za długie i kojarzy się z jakimś romansem, albo, co gorsze, filmem muzycznym. Ja bym jednak widział streszczenie filozofii producentów.
Otóż przenieśli oni ciężar opowieści z ontologii na mechanikę zdobywania władzy. Przy czym polski tytuł jest lepszy, gdyż angielski (Game of Thrones) sugeruje, jakoby było kilka równorzędnych tronów, które się między sobą. Tymczasem jest jeden tron i wielu pretendentów. Wiem, że są osoby, którym takie przełożenie by odpowiadało, gdyż HBO cenią za nie pokazanie smoków, ale za naturalistyczne podejście do świata. Nawet takiego ze smokami.
Pytanie więc, czy w ten sposób HBO nie wyparło się fantastyki. Oczywiście w oczach osób wrażliwych na  tego typu delikatne sygnały.

***
I jeszcze jedno. Pisałem na forum DOF o problemie, jaki mnie ostatnio trapi. Mam zawsze w planach około pięciu tekstów na blog. To stała liczba, bo jeden pomysł sfinalizuję wpisem, zaraz do głowy wpada mi kolejny. Pragnę, żeby wpisy miały ręce i nogi, czyli wstęp, zakończenie (koniecznie błyskotliwe) oraz rzeczowe argumenty. Tylko zawsze wychodzi mi potężny elaborat, który w końcu zawsze załamuje się pod własnym ciężarem. Dobrym przykładem jest styczniowy tekst o Małym bracie. Trudziłem się nad nim prawie trzy tygodnie. Zmogłem go cudem i chyba drugi raz taki numer się nie uda. Przez to ad acta poszła analiza religii w świecie Nakręcanej dziewczyny, rozważania o tym, czy SF jest systemem z pamiecią poprzednich stanów (zapomniałem, jak się fachowo nazywa, miałem to na modelowaniu i analizie systemów telekomunikacyjnych) oraz krytyka felietonu Jakuba Ćwieka z kwietniowej NF. Udało mi się ocalić epitafium SFFiH. Kosztem tego była wykreślenie rozważań o roli, jaką odegrało pismo w zeszłej dekadzie.
W związku z tym postanowiłem co następuje: krótkie posty. Żadnych elaboratów, same konkluzje. Wstęp ograniczony do minimum, argumentów proszę szukać w publikacjach akademickich. Błyskotliwych zakończeń w  sam nie wiem czym. Rozporządzenie wchodzi w życie od tego wpisu. Rzekłem.

sobota, 25 lutego 2012

Stay tuned

Kiedy blisko dwa lata temu startowałem z blogiem, założyłem aktywność rzędu jednego wpisu tygodniowo. Nawet mi się udawało. Opóźnienia szło nadrobić. Z aktualną obsuwą tak się już chyba nie da. Dwa (a właściwie jeden, jeśli mam  być szczery) teksty styczniu i niniejszy w lutym – musiałbym więc oprócz trzymania prawidłowego  tempa dorzucić pięć kawałków ekstra.
Przyczyną są rozmaite zawirowania realu i to, że większość energii schodziła mi na ich odkręcaniu. Bywa. Na szczęście najgorsze minęło i mam kilka zaczętych wpisów, więc jest szansa, że  od marca będę wrzucał na blog coś nowego. Pewnie jak zwykle same drobiazgi, ale i znajdzie się kilka ambitniejszych rzeczy.
Jest drugi problem, który paraliżuje równie skutecznie.
Minione tygodnie były peanem na cześć internetu. Tłumy wyszły na ulice w jego obronie, aktyw hakerski ddos-ował strony rządowe, co gniewniejsi pisarze wrzucali swoje książki w sieć albo przynajmniej błogosławili piratom. Walka miała epickie proporcje, co właściwie dziwi, skoro zarówno siłom ciemności i siłom światła przyświeca podobny cel – zamienić internet w USA. Różnica polegała na tym, że jedni chcieli USA Anno Domini 1776, zaś drudzy Anno Domini 2012. Znowu uniwersalia okazały się nawalanką dwóch odłamów jednej sekty.
Takie widzenie rzeczy szybko przeniosło mi się na całą sieć. Nagle cała jej społeczno-ideowa funkcja (czyli to, co wykracza poza zakupy, szukanie wiedzy fachowej oraz śmieszne filmy) zbladła.
Człowiek myśli, że uczestniczy w dyskursie jak prawdziwy intelektualista, a naprawdę siedzi na tubku i ogląda Slavoja Żiżka czy Rogera Scrutona. Albo siedzi na fantastycznych forach, po czym wylewa swoje przemyślenia na bloga myśląc, jaki z niego nie jest wielki fandomiarz.
Wirtualni czynownicy.
Stay tuned.

Ale żeby nie było, że przez ostatni miesiąc tylko jojczyłem. 07 zgłoś się to naprawdę dobry serial. I Arabela też.