Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twardoch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twardoch. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 maja 2018

W poszukiwaniu L-fantastyki (4: nasz lewak Sapkowski)

W czwartej części cyklu pozwolę sobie zaburzyć kolejność. Chciałem dalej pisać o fantastach-prawicowcach, o wadach ich szkoły pisania fantastyki jak dlaczego doprowadziło to do wyczerpania nurtu, ale upomniała się o mnie bieżączka. Wiemy już, że na początku 2020 możemy spodziewać się serialowego Wiedźmina, na twitterze showrunnerka rzuca kolejne fakty zza kulis, swoje też dodają włodarze Netfliksa na kolejnych branżowych imprezach.
Zaawansowana preprodukcja dodała sił dyskursowi lewicowemu, który powiada tak: Andrzej Sapkowski to twórca o poglądach jednoznacznie lewicowych, które otwarcie wyraża w twórczości. Jeśli polscy czytelnicy nie zauważyli tych oczywistych faktów, to musieli mieć klapki na oczach. W wersji popularnej wyraża to pasta, z którą po raz pierwszy zetknąłem się na fecebookowym fanpejdżu Rozumi i godności nerda:
-napisz osiem książek
-niech ich główny bohater cierpi z powodu inności, uprzedzeń i błędnych stereotypów
-na każdym kroku umieszczaj wtręty antyrasistowskie
-z krasnoludów zrób Żydów
-i używaj do krytyki antysemityzmu
-krytykuj postawy nacjonalistyczne
-krytykuj na każdym kroku kseno- i homofobię
-wyrażaj słowa poparcia dla społeczeństwa wielokulturowego i akceptacji inności
-opisuj jak ofiary stają się katami
-i pokaż jak przemoc rodzi przemoc
-uczyń to głównym tematem trzech ostatnich tomów
-niech bohater i jego kochanka zginą podczas rasistowskiego pogromu
-do ostatka broniąc prześladowanych

Z każdego zakątka internetu słuchaj, że „czarny wiedźmin to byłaby katastrofa”
Pod wieloma względami to kalka dyskusji, jaka trwa w USA wokół komiksu superbohaterskiego[1].
Pod wieloma względami jest to też prawda. Nie trzeba znać cyklu wiedźmińskiego czy trylogii o husytach na wyrywki, żeby kojarzyć AS-a z treści feministycznych, portretowania świata stojącego na progu czystek etnicznych, czy negatywnego przedstawiania religii i kapłanów[2]. Twardoch swojej recenzji Lux Perpetuy[3] tytuł Mistrzowska proza ideologiczna. Katalog zarzutów uwag stawianych przez pierwsze pióro polskojęzycznego konserwatyzmu pierwszemu pióru polskiego fantasy przedstawia się następująco:
Sapkowski, widać to od pierwszego tomu, nie znosi polskiej mitologii narodowej. Zrazu mnie to ucieszyło, gdyż (...) wyżej cenię prawdę. (...) Sapkowski nie zastępuje mitologii prawdą, tylko znakiem minus. Stąd, gdy narodowa mitologia stoi na kłamstwie — Sapkowskimu wychodzi prawda; tam, gdzie opiera się na prawdzie — Sapkowskiemu wychodzi kłamstwo. (...) Reszta jest tak sztampowa, że aż kłamliwa. Sapkowskiemu wolno nie znosić Kościoła katolickiego. (...) Ale żeby stała się literaturą, trzeba czegoś więcej, niż tabunu rozpustnych mnichów, demonicznych biskupów parających się złem tak intensywnie, że okrutny inkwizytor i cyniczny biskup polski wypadają przy nich jak postaci pozytywne. Rzecz w tym, że u Sapkowskiego żaden katolik nie wierzy w Boga, co zważywszy, że mamy XV wiek, wydaje się tezą ryzykowną. Husyci rysowani są sprawiedliwiej — nie odmawiając im skłonności do cynizmu i okrucieństw, pokazuje też Sapkowski kilka osób autentycznie wierzących i zaangażowanych nie z wyrachowania, lecz z idealizmu. Takie rozłożenie akcentów jest klasycznym przykładem literackiego kłamstwa. (...) Jeszcze śmieszniej wypada wstawiona w środek trzeciego tomu nadęta przemowa o krwawym antysemityzmie, jaki miałby stanowić główne zajęcie Europejczyków, przynajmniej od edyktu mediolańskiego. Z odległych rubieży cynizmu przelatuje nagle autor nagłym susem na rubieże naiwności, powtarzając, jak pod dyktando, parę fałszywych tez. (...) Wstawianie jednak między karty powieści — bo z treścią ani szczątkową fabułą husyckiej trylogii nie łączy się to nijak — nadętej, politycznej agitki, jest żenujące (...) przypomina metodę literacką powieści socrealistycznych, w których akcja, zawsze na usługach ideologii, zatrzymywała się, aby bohater mógł wygłosić przemowę o amerykańskim imperializmie, tudzież o przewagach kolektywnego rolnictwa.
Jest więc wszystko jasne i Sapkowski stanowi jednoosobowy odpowiednik głównego, lewicoweg nurtu fantastyki anglosaskiej?
Kiedy jednak przyjrzymy się dokładniej niż młody Twardoch odkrywamy, że sprawy nie do końca mają się tak prosto. W twórczości AS-a spokojnie znajdziemy rzeczy, które niekoniecznie będą po myśli jego lewicowych fanów. I nie tylko w twórczości. Weźmy chociażby niesławny "żarcik", który padł z ust Sapkowskiego w 2005, na Polconie w podpoznańskim Błażejówku:
Biały człowiek powinien pracować trzy godziny dziennie. Przecież Bóg po to stworzył inne rasy – Żydów, Cyganów, aby pracowały za niego…
Sprawdzenie, kto wtedy bronił Sapkowskiego przed dziennikarką Gazety Wyborczej, która przedstawiła te słowa jako szczerą pochwałę rasizmu, jest ponad moje siły i wykracza poza zakres wpisu. Ale na pewno byłoby pouczające. Pamiętajmy, że w zeszłym roku podobne zachowanie Janusza Rudnickiego (tyle, że nacechowane seksistowsko, nie rasowo) doprowadziło do sporego skandalu w warszawskiej socjecie.
Ale zostawmy problemy głównego nurtu. W zamian weźmy mało chyba dziś pamiętaną Historię i fantastykę, wywiad-rzekę z AS-em przeprowadzony przez Stanisława Beresia. Nie jest to książka udana, zwłaszcza gdy porównamy ją z beresiowym Tako rzecze Lem... Ale pomimo tego, że Sapkowski nie lubi się wyzewnętrzniać, znajdziemy kilka interesujących passusów. Na przykład o nieodzowności okrucieństwa i niesprawiedliwości jako elementów postępu społecznego:
 Moim zdaniem okrucieństwo jest nieodłączną częścią rozwoju cywilizacji i jest to związek na zasadzie dobrodziejstwa inwentarza: jeżeli chcemy tworzyć na wielką skalę, musimy liczyć się z koniecznością pokonania oporu materii. Współcześnie można pokonać wroga środkamiekonomicznymi, kiedyś nie było to możliwe. Żeby mogły się narodzić dzisiejsze,   uprzemysłowione  Stany   Zjednoczone,   trzeba   było   pozbyć   się  farmerów, broniących swoich ujęć wody. Nakręcono chyba ze trzysta westernów o dzielnych farmerach, broniących swych posiadłości, ale przecież, gdyby nie wyrzucono ich z własnej ziemi, nigdy nie powstałoby rozwinięte rolnictwo, wielki przemysł i kolej łącząca oba oceany. Gdyby nie te rugi, dziś każdy Amerykanin siedziałby na swoim spłachetku gruntu w słomianym kapeluszu i podartych portkach, z Deklaracją Niepodległości w jednej ręce i dubeltówką w drugiej. Pomimo tego, oglądając film o Dzikim Zachodzie, nie mamy wątpliwości: to bogaty przemysłowiec ze Wschodu, który wynajmuje zbirów, żeby walczyć z farmerami, jest zły.
Klasycznego marksistę nie obruszyłoby takie podejście. Klasycznego rewolucjonistę też nie (najwyżej rozważałby, który etap pokonywania oporu materii przez wielki przemysł jest najodpowiedniejszy dla Rewolucji). Ale współczesnego lewicowca z fandomu, wyczulonego na kwestie reprezentacji, sprawiedliwości społecznej, krzywd kolonializmu i okrucieństw struktur kapitalistycznych — ten sapkowski cynizm i wyrachowanie powinny choć troszku zaniepokoić.
Idźmy dalej. Jeszcze ciekawsze rzeczy znajdziemy w Sadze. Konkretnie pod koniec Czasu pogardy[4], kiedy Ciri przyłącza się do Szczurów. Dziś radośnie widzimy tam reprezentację mniejszości, ale relacji Ciri-Mistle nie zaczyna się konsensualnie. Najpierw mamy próbę gwałtu w wykonaniu Kayleigha, Mistle w porę go przepędza, wpełza Ciri pod futro i:
Ciri poczuła łzy toczące się po policzkach, szybko, coraz szybciej, wpełzające jak ruchliwe robaczki we włosy przy uszach. Mistle położyła się obok niej, troskliwie okryła futrem. Ale nie poprawiła zadartej koszuli. Zostawiła ją tak, jak była. Ciri znowu zaczęła dygotać.
— Cicho, Falka. Już dobrze.
Mistle była ciepła, pachniała żywicą i dymem. Jej dłoń była mniejsza od dłoni Kayleigha, delikatniejsza, miększa. Przyjemniejsza. Ale dotyk wyprężył Ciri ponownie, ponownie skrępował całe ciało lękiem i wstrętem, zwarł szczęki i zdusił gardło. Mistle przywarła do niej, przytulając opiekuńczo i szepcząc uspokajająco, ale w tym samym czasie jej drobna dłoń nieustająco pełzła jak ciepły ślimaczek, spokojny, pewny, zdecydowany, świadom drogi i celu. Ciri poczuła, jak żelazne cęgi wstrętu i strachu rozwierają się, zwalniają chwyt, poczuła, jak wymyka się z ich uścisku i opada w dół, w dół, głęboko, coraz głębiej, w cieplutkie i mokre bajoro rezygnacji i bezsilnej uległości.
Obrzydliwie i upokarzająco przyjemnej uległości.
Jęknęła głucho, rozpaczliwie. Oddech Mistle parzył szyję, aksamitne i wilgotne wargi połaskotały ramię, obojczyk, wolniutko przesunęły się niżej. Ciri zajęczała znowu.
— Cicho, Sokoliczko — szepnęła Mistle, ostrożnie wsuwając jej ramię pod głowę. - Już nie będziesz sama. Już nie.

***
Rano Ciri wstała o świcie. Wyśliznęła się spod futer wolno i ostrożnie, nie budząc Mistle, śpiącej z rozchylonymi ustami i przedramieniem na oczach. Przedramię pokrywała gęsia skórka. Ciri troskliwie okryła dziewczynę. Po chwili wahania pochyliła się, delikatnie pocałowała ją w ostrzyżone, sterczące jak szczotka włosy. Mistle zamruczała przez sen. Ciri otarła łzę z policzka.
Już nie była sama.

Właściwie ten fragment, raptem strona w druku, mógłby starczyć za cały wpis. "Bajoro rezygnacji i bezsilnej uległości. Upokarzająco przyjemniej uległości," po którym Ciri nigdy nie będzie już sama nie doczekało się od autora ani słowa komentarza. A przecież skoro w postmodernistycznym wiedźminlandzie mamy inżynierię genetyczną, znalazłoby się z pewnością miejsce na wykorzystanie nieletniej i syndrom sztokholsmki.
Ciekawie również przedstawia się wątek aborcyjny z Chrztu ognia. Jak wszyscy pamiętamy, Milva okazuje się być w ciąży, co oznacza, że wkrótce nie będzie mogła wędrować z wiedźmińską drużyną. Regis proponuje środek spędzający płód, co aprobują wszyscy[5] z wyjątkiem Geralta.
Osobiście uważam, że to jeden z najlepszych momentów w twórczości Sapkowskiego. Bo widzicie, wiedźmin  nie jest byle kim. To jego literackie dziecko. Największe życiowe dokonanie. Trzeba być wielkim pisarzem, żeby obdarzyć swój ukochany twór poglądami tak odmiennymi od własnych[6] i ich w żaden sposób potem nie potępić, ani nie naprostować. Przecież pod wpływem natchnionych argumentów towarzyszy mogłoby Geraltowi zmięknąć serce. Ale nie, Milva nie decyduje się na spędzenie, a buteleczka ze specyfikiem ląduje w krzakach. Wiedźmin może więc ruszyć dalej, a jego prolajferska postawa zostaje niewzruszona[7]. Mnie taka autorska odwaga stanięcia okoniem samemu sobie imponuje. Lecz z perspektywy zaangażowanej, wedle której każdy twór sztuki wzmacnia bądź osłabia dominujący dyskurs i z tego powinien być sądzony — nie jest dobrze.
Wreszcie, żeby nie przedłużać, wspomnę o jeszcze jednym, o opowiadaniu Złote popołudnie będącym retellingiem Alicji w krainie czarów Lewisa Carrolla (pseudonim Charlesa Lutwidge'a Dodgsona wykładowcy matematyki na Oksfordzie) i uznawanym za jeden z najlepszych tekstów AS-a. Carrolla podejrzewa się o skłonności pedofilskie — czego dowodem ma być brak wiedzy o jego związkach z dorosłymi kobietami oraz zachowane niedwuznaczne fotografie (Dodgson był zapalonym portrecistą).
W Złotym popołudniu Sapkowski tak oto opisuje[8] spotkanie Dodgsona z Kotem z Cheshire:
— Pisarstwo… — powiedział nagle Charles Lutwidge, sprawiając wrażenie raptownie przebudzonego o letnim poranku. — Pisarstwo jest sztuką martwą. Nadchodzi wiek dwudziesty, a ten będzie wiekiem obrazu.
— Masz na myśli zabawę, wymyśloną przez Luisa Jacquesa Monde Daguerre’a?
— Tak — potwierdził. — Właśnie fotografikę mam na myśli. Literatura jest fantazją, a więc kłamstwem. Pisarz okłamuje czytelnika, wiodąc go na manowce własnej imaginacji. Zwodzi go dwuznacznością lub wieloznacznością. Fotografia nie kłamie nigdy…
— Doprawdy? — poruszyłem końcem ogona, co u nas, kotów, niekiedy oznacza szyderstwo. — Fotografia nie jest dwuznaczna? Nawet taka, która przedstawia dziewczynkę w wieku lat dwunastu, w dość dwuznacznym, daleko posuniętym dezabilu? Leżącą na szezlongu w dość dwuznacznej pozie?
Zaczerwienił się.
— Nie ma się czego wstydzić — poruszyłem znowu ogonem. — Wszyscy kochamy piękno. Mnie też, drogi Charlesie Lutwidge, fascynują młodziutkie kotki. Gdybym parał się fotografiką, jak ty, też nie szukałbym innych modelek.
A na konwenanse pluń.
— Nigdy nikomu nie ppp… pokazywałem tych fotografii — niespodziewanie znowu zaczął się jąkać. — I nigdy nie ppp… pokażę. Choć trzeba ci wiedzieć, że był taki mmm… moment, gdy wiązałem z fotografiką pewne nadzieje… Natury finansowej.
Uśmiechnąłem się. Założę się, że nie zrozumiał tego uśmiechu. Nie wiedział, o czym myślałem. Nie wiedział, co widziałem, lecąc w dół czarną sztolnią króliczej nory. A widziałem i wiedziałem między innymi to, że za sto trzydzieści cztery lata, w lipcu 1996, cztery jego fotografie, przedstawiające dziewczynki w wieku od jedenastu do trzynastu lat, wszystkie w romantycznej i podniecającej wiktoriańskiej bieliźnie, wszystkie w dwuznacznych, lecz erotycznie sugestywnych pozach, pójdą pod młotek w Sotheby’s i zostaną sprzedane za sumkę czterdziestu ośmiu tysięcy pięciuset funtów szterlingów. Ładną, jak na cztery kawałki obrobionego techniką kolotypową papieru.
Ale nie było sensu mu o tym mówić.
To oczywiście nie jest prawdziwy Dodgson (którego pociąg do dzieci pozostaje w sferze plotek — równie dobrze jego ekscentryczność pasuje do spektrum autyzmu), a Kot w żadnym wypadku nie wyraża opinii Sapkowskiego. To, żeby nie utożsamiać narratora z autorem, nawet jeśli jest pierwszoosobowy, jest podstawą zasadą dojrzałego czytelnictwa. Jednakże, jak już wspominałem, z lewicowego punktu widzenia sztuka nie jest czymś wiecznym i wolnym, niezawisłym od czasu i przestrzeni. Wręcz przeciwnie: można i trzeba oceniać, kogo reprezentuje, jakie dyskursy legitymizuje, komu i czemu służy. Wtedy — jest ze Złotym popołudniem bardzo źle.


Czy te wszystkie rzeczy umniejszają Sapkowskiego jako pisarza? Nie. Dziwi jedynie, że młoda lewica, bardzo ideowa i nieuwikłana towarzysko, tak łatwo pomija je milczeniem. Za mniejsze rzeczy Grzędowicz, Pilipiuk, czy Ćwiek (też zresztą lewicowiec) są przez nich odsądzeni od czci i wiary.
Nie chcę przechodzić do ogólnych wniosków, bo te trzymam na zakończenie cyklu, mogę za to postawić hipotezę, dlaczego lewica się go tak mocno trzyma, choć dość byłoby dowodów, by go posłać do diabła, między dzbany i buce.
Po prostu jest zbyt cenny. To obecnie jedyny towar eksportowy polskiego fandomu. Jego wartości dowiodły liczne przekłady, sukces gry opartej na książkach i przejście Witchera do elitarnego grona bohaterów światowej popkultury. Kogoś takiego nie można porzucić czy wręcz oddać w ręce prawicowcom. Zwłaszcza że lewica czuje się jeszcze słabo w fandomie. Brakuje jej autorów, książek, kanałów informacyjnych. Dlatego będzie o Sapkowskiego walczyć jeszcze mocniej, a atmosfera wokół serialowego Wiedźmina będzie gęstniała z każdym miesiącem.


[1] Chociaż jak człowiek ogląda Comic Book Superheroes Unmasked pełne przechwałek, jak to Stan Lee z ekipą obalali rasizm długo przed pastorem Kingiem, to trudno nie opędzić się od myśli, że to im wyszło przez przypadek, a heroiczne legendy branża dorobiła sobie długo po fakcie.
[2] Ca wyjątkiem oczywiście arcykapłanki Nenneke i jej matriarchalnego kultu bogini Melitele. Zauważmy jeszcze, że z Melitele (czy raczej Freyji — jej odpowiednika ze Skellige) związany jest bodaj jedyny u Sapkowskiego akt boskiej interwencji w powieściowe wydarzenia.
[3] Czas Fantastyki 1(10)/2007.
[4] SuperNOWA, Warszawa 2001, str. 311.
[5] — W Nilfgaardzie — powiedział Cahir, czerwieniejąc i opuszczając głowę — o takich sprawach decyduje wyłącznie kobieta. Nikt nie ma prawa wpływać na jej decyzję.(...) Ale ja jestem cudzoziemcem, nie znającym... Nie powinienem się w ogóle odzywać. Przepraszam was. — Za co? — zdziwił się trubadur. - Czy ty nas masz za dzikusów, Nilfgaardczyku? Za prymitywne plemiona, stosujące się do jakichś szamańskich tabu? To oczywiste, że tylko kobieta może podjąć taką decyzję, to jej niezbywalne prawo [ChO, Warszawa 2001, str. 309. Młody Twardoch też mógłby tu powiedzieć co nieco o akcji stającej, by bohater wygłosił przemowę.
[6] AS w Historii i fantastyce: Proszę więc mi nie wmawiać, że pornografia jest szkodliwa, że prawo kobiety do aborcji jest złem. Dla mnie nie jest!
[7] Szkoda tylko, że potem Sapkowski rozwiązuje wątek w najgorszy warsztatowo sposób. Nie cierpię, kiedy wszelkie problemy i dylematy bohaterów kasuje deus ex machina.
[8] Zbiór Coś się kończy, coś się zaczyna, superNOWA, Warszawa 2005, str, 245

wtorek, 5 listopada 2013

Ósme wtajemniczenie

To był pomysł Agrafka
Tekst o Nizurskim powinien się pojawić prawie miesiąc temu, kiedy umarł. Miałem taki zamiar, ale i tyle Ważnych Projektów na głowie, że czasu brakło. Potem, nie znalazłszy książek w domu, (mimo długich i systematycznych poszukiwań), musiałem je pożyczyć. Jeszcze potem tekst pisany pod Gikza rozpadał się się pod piórem (pod klawiaturą właściwie) na niezdatne do publikacji ruiny. No ale się udało i jest – Siódme wtajemniczenie na blogu.
W Amerykanach fajne jest to, że potrafią bez wstydu przyznać się, że powieść dla młodzieży jest nie tylko klasykiem, ale i fundamentem, na którym powstała cała ich literatura narodowa. Chodzi oczywiście o Tomka Sawyera i Przygody Hucka Marka Twaina. Oczywiście: niektórzy mówią, że Tomek z Huckiem zdziecinniali wbrew woli autora (podobnie jak starsi o półtora stulecia Gulliver i Robinson Crusoe), że wszystkiemu winne dorosłe treści tych książek tłumaczenia, w końcu że z tym Twainem-gigantem amerykańskiej literatury to tak całkiem nie była (na przykład brutalna opinia Faulknera). Ale pozostańmy przy wersji pierwotnej, bo znana, lubiana, i pomocna w pisaniu o Edmundzie Niziurskim.
Bo że pisał wspaniałe, być może najlepsze nad Wisłą powieści dla młodzieży, to my wiemy. Lecz trzeba nareszcie Go odzyskać dla literatury bezprzymiotnikowej, literatury jako takiej, właśnie za Siódme wtajemniczenie, które dla mnie jest jedną z najlepszych polskich powieści XX wieku.

Tak.
Dawno temu, podczas jazdy busem na cieszyński Tricon, rozmawialiśmy z Agrafkiem o różnych sprawach, w tym o polskiej literaturze dla młodzieży. Agrafek określił w pewnym momencie Wtajemniczenie, jako taki nasz Paragraf 22 – i chyba nie ma lepszego porównania, chyba że do skojarzeń dorzucić jeszcze Szwejka, Ulissesa (o tym zaraz) i Fight Club . To ostatnie skojarzenie przez próbę wyobrażenia sobie ewentualnej ekranizacji: jak miałby wyglądać film na podstawie książki, której spore partie dzieją w wyobraźni introwertycznego narratora, jeżeli nie jak Fight Club właśnie. Dlatego na głupie pytania o to, dlaczego nie mamy wywrotowych, burzącej rzeczywistość powieści, należy spokojnie odpowiadać, że przecież wielki Edmund Niziurski.
Nie będę streszczał fabuły, bo zakładam, że wszyscy znają. Jeśli nie znają – nich jak najszybciej przeczytają. W każdym razie powinni wiedzieć, że ten wpis jest na tyle chaotyczny, żeby być w miarę spojleroodpornym.
Zresztą w powieściach kultowych rzadko chodzi o fabułę. O sceny, epizody, momenty, teksty, postacie, pomysły – owszem, nie słyszałem jednak, żeby kultowość zależała od ułożenia ich w jakiś konkretny ciąg przyczyn i skutków.
W Siódmym wtajemniczeniu też nie ma co mówić o fabule. To jeden dzień z życia (już wiadomo, skąd ten Joyce) podstawówkowego Everymena. Everymana, bo wiadomo o nim niewiele – jest Ślązakiem, ale podróżuje, bo ojca rzucają od budowy do budowy, oprócz taty ma jeszcze mamę, mieszka w bloku, często śni na jawie. Gustaw Cykorz jest najmniej wyraźnie zarysowaną postacią w powieści – to raczej nie przypadek.
I jak w wielu innych kultowych powieściach najważniejsze dzieje się tle. W podtekście, kolorycie, w anegdocie i wierzgnięciach natury rzeczy, których nie ma co szukać w "normalnych" książkach. Zarówno młodzieżowych, jak i dorosłych.
Gustavus obiit
(MCMXXXIX Calendis Septembris).
Hic natus est Constantinus
Siódme wtajemniczenie to nienachalna metafora polsko-śląskich konfliktów z bohaterem stojącym pośrodku w iście twardochowym rozkroku. Ślązak, lecz przyjezdny, mieszkający w bloku, lecz ciągnący ku tym z familoków, czujący wyższość z racji zajmowania pozycji wolnego strzelca i dostający równy łomot od wszystkich. Taki jest Cykorz, bliski krewny Paszka Piastowicza i Kostka Willemana. Z tym drugim łączy go jeszcze skłonność do póz i hamletyzowanie z wysokości. Wokół ze starości rozsypują się pozostałości po Niemcach, hałda powoli starą stajnię Hellbacha, w tle wyrasta komin wznoszony przez Cykorza-ojca.
Siódmemu wtajemniczeniu niedaleko też do fantastyki. Zaczyna się, jak wiadomo, od sceny spaceru w nieważkości. Niziurski na pewno lubił SF, napisał przecież Nieziemskie przypadki Bubla i spółki. Ale we Wtajemniczeniu atakuje nasz ulubiony gatunek od strony fantasy. I to takiej awangardowej, rodem z Uczty Wyobraźni. Miasteczko Gnypowice wielkie to kraina magiczna, w której ludzie (w tym przypadku Gucio i Inocynt) śnią wspólne sny (było opowiadanie Le Guin z takim pomysłem), skręcając łódką w porastające w staw szuwary można wypłynąć na rzekę Lulongę, w stalowej szafie kryje się tunel do twierdzy Persil, blokerom wyrastają skrzydła, a w podczas przechodzenia rytuału inicjacji, kiedy matuskowie zakładają mu na oczy końskie okulary, Gucio staje się koniem. I w tym ostatnim przypadku nie jest to złudzenie, ani fantazja, bo Kwiczoł dostał kopytem. Matusów Ciekawe, co na to K.J. Bishop i Catherynne Valente. Bo Jewgienija Olejniczaka na pewno zapytam przy okazji, czy jego ostatnie opowiadania mają coś wspólnego socrealizmem magicznym Niziurskiego.
Pierwsza zasada Wielkiego Wandru
– nigdy nie rozmawiaj o Wielkim Wandrze
A na obrzeżach magicznego, dziecięco-młodzieżowym, niziurskim mikrokosmosem czai się groza. Inocynt Ankoholik oszalał się i rozpił po tym, jak wiele dni był zasypany w kopalni. Magister Cymba jeździ po kraju i bada obyczaje pijackie. Dorsz-Rymarski, brat Szprota utonął na Mazurach, syn Kowbojki dostał masztem po kręgosłupie i do dzisiaj się leczy, drużynowy poszedł siedzieć. Czym stał Wielki Wander, odwieczne marzenie matusów (chłopaki z Gnypowic zawsze wybierali się na Wielki Wander, powiedział Inocynt), po tragedii, która się przydarzyła w zeszłe wakacje u jego celu? Czy skoro Gucio śni ten sam sen, co straumatyzowana ofiara kopalnianego zawału, to znaczy, że też kryje jakąś straszną tajemnicę?
Wreszcie Siódme wtajemniczenie jest autotematyczne. Niziurski nieraz pisywał powieści (Adelo, zrozum mnie), w których finale bohater przekracza nastoletnią smugę cienia, rozpada się stara paczka, dawne zabawy nie cieszą, jak kiedyś, świat zaś spowija jakaś dziwna melancholia. Niestety. Sztab też nie rządzi, mówi w pewnym momencie wymoczek Pleksik, a chodzi mu o to, że Wtajemniczenie nie jest powieścią Edmunda Niziurskiego, ale epilogiem. Akcja dzieje się po słowie "koniec", świat w którym latało się za Adelą, albo przemyślnym sposobem zaginało Alcybiadesa odszedł już dawno w przeszłość, ostatki dawnych struktur i hierarchii (tryby maszyny organizacyjnej, jak powiedziałby Czarny Piter) toczą się siłą bezwładu, obecne przygody są pustym odgrywaniem dawnych, i tylko główny bohater jeszcze tego nie wie i wciąż wierzy. Boicie się czasem, że też tak macie?
No dziękuję, panie Edmundzie, po prostu.


poniedziałek, 28 października 2013

Wstyd literacki

Wszyscy (bo zwykłe wyrzucenie telewizora, czy niescyfryzowanie go tunerem DVB-T nie jest tu wystarczającą formą izolacji) słyszeliśmy o ludziach z parciem na szkło. Może nawet kojarzymy jakieś nazwiska. W świecie słowa pisanego analogiem takiego osobnika jest grafoman, czyli, jak zgrabnie ujął Kisiel, niekoniecznie ten, co źle pisze, ale  przede wszystkim ten, co za wszelką cenę musi drukować. Przeważnie grafomanię kojarzy się z pisarzami marnymi, nieudanymi, wydaje mi się jednak, że istnieje jej odmiana, na którą zapadają autorzy całkiem dobrzy, a nawet wybitni. To grafomania wieku młodzieńczego.
Określenia "wiek młodzieńczy" nie należy brać ściśle. Schorzenie to może przydarzyć się w różnym wieku. po prostu potrzebowałem odróżnienia od grafomanii przewlekłej.
Grafomania wieku młodzieńczego polega na tym, że przyszły dobry, a nawet wybitny pisarz odczuwa potrzebę wydawania, chociaż jeszcze nie nie nadszedł jego czas. Albo czas nadszedł, ale razem z nim przyszła też Wielka Historia i ustami swoich przedstawicieli zaczęła stawiać autorowi dodatkowe warunki. Młodzieniec pokusie uległ, opublikował. Potem, po latach, wybryk odbił się kacem (okej, nigdy to mi się nie przydarzyło i raczej nie przydarzy, ale czuję instynktownie, że jest to rodzaj intelektualnego kaca) i wrócił wstydem.
Literacki wstyd jest zjawiskiem spotykanym bardzo często. Szczepan Twardoch wyznał w wywiadzie, że nie podpisuje Obłędu rotmistrza von Egern, kiedy ktoś przynosi z prośbą o autograf, a najchętniej spaliłby cały nakład w piecu. Lem miał bardzo sceptyczne nastawienie do całej swojej wczesnej twórczości, a że w okres twórczości dojrzałej wkroczył po 35 roku życia, daje to sześć powieści i kilkadziesiąt opowiadań. Sezamu i Czasu nieutraconego wstydził się tak, że skazał je na banicję, los Obłoku Magellana jest niepewny (przez lata niewznawiany, pojawił się w Dziełach WL-u, ale w Dziełach Agory już nie). Na konwentach często widziałam, jak fandomowi weterani wspominali geniusz Złotą galerę, ale sam Dukaj zdaje się uważać, że jego debiutem było W kraju niewiernych. Ostatnio nie zgodził się, kiedy Bookrage (swoją drogą polecam, zacna inicjatywa) chciał umieścić w ebookowym pakiecie Zanim noc. Przynajmniej, inaczej niż Twardoch, podpisał mi stare wydanie, kiedy mu podetknąłem na jakimś spotkaniu. Ale to było w 2009, czyli wieki temu, mógł od tamtego czasu zradykalizować się w samokrytyce. Albo jest hipsterem i podpisał Xawrasa Wyżryna, Zanim noc traktując ironicznie.
O problemach z historią, czyli o wyborach moralnych pisarza, któremu debiut przypadł na czas socrealizmu, nawet nie ma co pisać. Wszyscy wiemy.
No i co z takimi robić?
Argument "kiedyś będziesz się tego wstydził" nie zadziała na młodego człowieka. Kto był młody ten wie. A do tego młodość pisarza może trwać i do czterdziestki. Mało kto będzie też miał ochotę latami cyzelować teksty, by wreszcie zyskać w pełni zasłużoną, lecz pośmiertną sławę - jak Giuseppe Tomasi di Lampedusa. Drugim problemem jest nacisk rodziny. Łatwiej rodzinie wytłumaczyć, że stukanie w klawiaturę tudzież skrobanie w kajecie nie jest marnowaniem czasu, jeżeli się udało wydać książkę, jakby słaba nie była.
Po długich namysłach znalazłem jednak rozwiązanie kompromisowe. Jest proste i zgrabne, mogłoby trafić do jakiegoś amerykańskiego poradnika. Pisarz powinien, położywszy na biurku ulubioną książę, postanowić, że to jest jego poziom docelowy. Słabszego nie publikuje. Oczywiście teraz rzecz będzie polegała na wybraniu odpowiedniej, nie za głupiej i nie za mądrej, ale to ma być lek na grafomanię młodzieńczą, a nie przewlekłą.
Ja na przykład mam na biurku położyłem Krwawy południk i jeszcze ani razu nie skompromitowałem się żadną powieścią. Wprawdzie zamiast tego pisuję bloga, ale na to jeszcze nie ma lekarstwa.

piątek, 31 maja 2013

Is the Powieść Dead?

W zeszłym roku odbyła się na łamach szacownego miesięcznika "Znak"* debata o polskiej powieści i tym, dlaczego z nią tak źle. Rzecz warta uwagi miłośnika fantastyki z trzech powodów. Po pierwsze jest trochę o nas. Po drugie – z inicjatywą wyszedł Wit Szostak a udział wzięły znane nazwiska (Dukaj, Orbitowski, Cetnarowski, Brzezińska, Jarzębski, Twardoch, Dunin-Wąsowicz). Po trzecie: całość wisi już w internecie.

Własny obrazek w Znaku – więcej niż Nobel

środa, 5 grudnia 2012

Ta powieść z dwuustą okładką


Jaka szkoda, że Twardoch nie dostał Żuławia za Wieczny Grunwald.
Tak by się wtedy wszystko ładnie ułożyło. Rok później dostałby go Szostak za Dumanowskiego, nie byłoby kolejnego „Dukaja roku”, zaś rok bieżący otwierałby sposobność do tak długo wyczekiwanego momentu, kiedy kapituła zaszaleje ogłosi jakiś kontrowersyjny, acz niegłupi werdykt. Tymczasem wszystko się posypało, wyróżnienia dostał, kto dostał, nie ma nikogo, kto mógłby posłużyć za powód do wykonania kontrowersyjnego kroku, zaś Twardoch został fantastycznym Scorsese i napisał Morfinę.
Głupio, że tak nieładnie zaczynam o tak dobrej powieści. Morfina jest w ścisłej czołówce polskich książek, które wyszły w 2012. Podobała mi się, jest świetnie napisana, jest inspirująca. No ale…
Myślę, że Morfinę troszeczkę Twardochowi wmówiono, przy każdym wywiadzie i w każdej recenzji apelując, by napisał Wielką Polską Powieść (Współczesną). Taką, jakiej domagali się krytycy od początku lat 90, ale nikomu nie chciało się napisać. Więc Twardoch spróbował.
I widać, że skleił ją ze swoich poprzednich książek. Owszem, są pisarze, o których mówi się, że piszą całe życie jedną historię. Jak Dick chociażby. Ale jednak u Dicka wrażenie autoplagiatu odczuwałem tylko przy słabszych utworach, pozostałe czytało się jak nowości, mimo że technicznie były tą samą książką w nieco innych szatach. Tak samo (znowu to nazwisko) z Mackiewiczem. Zaczął powtarzać się dopiero w siódmej powieści, zresztą ostatniej. Jakby wiedział.
Może mam takie skrzywienia, ale rozbijając Morfinę na czynniki pierwsze napotykam na znajome motywy. Konstanty Willeman, główny bohater, pożałowania godny bon-vivant z frontowym epizodem, jest zapożyczony z Ronda. Matka wzięta z Dwóch przemian Włodzimierza Kurczyka, jeden z epizodów to przetworzona Masara, tożsamościowa gmatwanina bycia Polakiem/Niemcem/Ślązakiem to Twardocha temat stały, narracja to Grunwald zaaranżowany na powieść realistyczną, no i są Czarni bogowie. Najmniej (jeśli w ogóle) jest w Morfinie Epifanii wikarego Trzaski, ale o tym później, bo rzecz łączy się z Czarnymi bogami.
Pierwotnie chciałem napisać ten tekst w formie dialogi, gdzie prawak On i lewak Ony pastwią się nad powieścią i jeszcze bardziej nad sobą. Ostatecznie wydało mi się głupie, ale klucz polityczny ciągle Twardochowi towarzyszy, choćby ten się zarzekał, że nie jest w żaden sposób zaangażowany, a w literaturze szuka tylko Literatury. Może to grzechy młodości.
Pod tym względem Morfina jest ważna i oryginalna, bo stanowi chyba punkt, w którym wszystkie strony będą musiały się wreszcie oficjalnie ustosunkować do Twardocha: nasz ci on czy nie nasz, wróg czy przyjaciel, a może ktoś neutralny?
Prawica wiadomo: Twardoch wywodzi z hard-frondowego środowiska, ale szybko przerósł je intelektualnie; z elitą (która potem opuściła Frondę i założyła Czwórki) się dogaduje, owszem, ale masy są zdezorientowane. Większość oskarży go choćby za śląskość i opatrzy gazetowyborczym stygmatem. Pozostali stwierdzą, że może i dalej jest „nasz”, ale lepiej byłoby dla Sprawy, gdyby pisał łatwe kawałki o dzielnych patriotach.
Ciekawa za to jest kwestia recepcji Morfiny w okolicach lewicowo-liberalnych. „Krytyka polityczna” chwaliła, ale znowu: co innego opinia wierchuszki, co innego mas. Bo nie dajmy się zmylić gadaniem prawicowców, Twardoch „ich” też nie jest. A to przedstawia patriotyczną bohaterszczyznę jako degrengoladę toczącego Polskę matriarchatu, a to w zupełnie pobocznym epizodzie opisuje poronienie (przypadkowe zresztą) w identycznym tonie jak wtedy, kiedy pisze o śmierci człowieka. I lewicowcy albo zaakceptują, że takie myśli pojawiają się w literackim mainstreamie i są dozwolone,  albo je odrzucą. A jak to zrobią – to może być ciekawa do obserwowania akrobatyka.
Ale chyba za dużo się nachwaliłem i zginął mi wątek (że Morfina to ambitna porażka). Wspominałem już, że przy rozkładaniu powieści na czynniki pierwsze otrzymujemy poprzednie utwory Twardocha. Ale przecież powieści, przynajmniej za pierwszym razem, czytuje się „całościowo”. I tu jest pies pogrzebany. Twardoch porwał się na powieść totalną, co nie wyszło na dobre. Każdy z wątków ginie w cieniu pozostałych i nie daje się z nich wyabstrahować. Kwestia tożsamości narodowej ginie, bo Willeman funkcjonuje w środowisku tak pokręconym, że wypaczającym odbiór: matka-wariatka rodem z horroru, teść-eugenik, bohema z Adrii i morfina. Nie dziwota, że jest polskością na bakier. Za dużo tego na jedną głowę.
Lepiej wypada wątek „obyczajowy”, chociaż jemu też zaszkodziło umieszczenie w wyjątkowej sytuacji jesieni roku 1939. Może bez wielkiej historii Morfina byłaby tą wyczekiwaną Wielką Polską Powieścią Współczesną. Bo to jest chyba najciekawsze: czy człowiek staje się przez siebie, czy przez innych. Jak bardzo różnie wypadamy, kiedy przepuści się nas przez subiektywne spojrzenie bliźniego. Że w oczach wszystkich będąc przegranym tak naprawdę możemy być zwycięzcą, chociaż tamci wcale nie stali daleko i widzieli prawie wszystko. Bardzo to faulknerowskie, tyle że u Faulknera nie byłoby zwycięzcy (nawet gdyby wygrana mogłaby zaistnieć tylko w interpretacji czytelnika). No ale wszystko to przykrywa dokumentnie 1939, morfina, muszkieterzy, inżynier Witkowski i sojusz polsko-niemiecki.
Może więc błąd popełniło Wydawnictwo Literackie? Pół roku temu niepotrzebnie prezentowali Widma Orbitowskiego jako powieść o Powstaniu Warszawskim, choć samo „Baczyński żyje” poradziłoby sobie lepiej. Teraz sugerowali, że Morfina to klimaty Littela czy wręcz Grossmana (była już taka książka: Nie trzeba głośno mówić), czyli wielka historia. A jest to raczej powieść o Człowieku.
Teraz zaś coś, co frapuje mnie najbardziej. Twardoch napisał jedną powieść katolicką (Epifanię wikarego Trzaski), w innych religia nie była może w centrum uwagi, ale istniała, chociażby jako jeden z czynników zwyczajnie obecnych w świecie przedstawionym. Morfina tymczasem jest zsekularyzowana. Matka-wariatka nie ochrzciła Konstantego, on nie ochrzcił syna. I nikt nie ma z tym problemu, czasem trzeba tylko zełgać (bardzo rzadko), że chrzest był u luteran w Katowicach, trzeba by daleko po odpis jechać, a to niepotrzebne. Potem jeszcze bohaterowie raz zatrzymują się w kościele, ale nie z przyczyn duchowych. I tyle.
Z drugiej strony unosi się nad Morfiną atmosfera mrocznej duchowości. Jest narratorka wołająca „śanti, śanti, śanti”, są i znani z Wiecznego Grunwaldu i Gerda Czarni bogowie. Nie ingerują w żaden sposób w akcję, ale i nie są zwykłą metaforą. Może Twardoch napisał jednak powieść religijną, i to nawet głęboko, ale o takiej religii, którą zna tylko on.
A my raczej nie chcielibyśmy poznać.

czwartek, 29 listopada 2012

Kto ty jesteś, Polaku mały


Bardzo lubię pisanie Szczepana Twardocha.
Niestety wraz ze starym dyskiem przepadło archiwum GG, gdzie wróżyłem mu wielką przyszłość – i to w czasach, kiedy był gniewnym dwudziestopięciolatkiem od opowiadania o szalonym kawalerzyście (a jaki ja wtedy młody byłem). Musicie mi więc uwierzyć na słowo.
Proza Twardocha, to nie jest literatura, która gładko wchodzi w człowieka. Przypomina intensywny trening, gdzie bez przerwy człowiek się męczy, boli go to, odrzuca – a jednak brnie dalej, bo to (podobno) zdrowe i w jakiś paradoksalny sposób inicjuje wydzielanie endorfin. O tym, co mnie boli w jego książkach mógłbym pisać bez końca, skupię się więc na rzeczy najważniejszej. Narodowości.
Już wrzucałem link do artykułu, w którym podpisuję się własnym nazwiskiem, więc skoro już upubliczniam się w sieci, pójdę o krok dalej: jestem Polakiem. Chyba, bo  od strony etnicznej można by się czepiać. Ród mój nigdy nie prowadził kronik czy sylwów, nie zachowały się też dokumenty sprzed stuleci (może jakieś księgi parafialne w diecezjalnych muzeach, ale kto by tego szukał), więc nie wiem, czy nie przywędrowaliśmy zza siedmiu mórz, ani też, czy nie wżenił się w nas jakiś element narodowo niepewny. Z drugiej strony takie historie zdarzały się raczej u bogatych mieszczan i szlachty. Dokonywać narodowościowej transgresji, żeby klepać biedę w Polsce – nie widzi mi się to.
Niemniej od czytania Twardocha zacząłem mieć wątpliwości, czy aby na pewno jestem Polakiem. Uczucie, że coś mi nie pasuje, kłębiło się gdzieś na obrzeżach świadomości.  W przeciwieństwie do Twardocha nie miałem żadnego uzasadnienia. Tylko przeczucie.
Olśnienie przyszło rok temu, kiedy jechałem pociągiem do Lublina. Był brzydki listopadowy dzień.  Gdzieś w trzeciej godzinie jazdy wyjrzałem przez okno – i zobaczyłem grozę.
Ponura bezkresna równina, brakowało tylko jurt, żeby poczuć się jak w Azji. Gdzieniegdzie… trudno to coś nazwać. W książce do muzyki ze szkoły podstawowej takie twory nazywano wierzbami i dodawano, że za nimi wzdychał na obczyźnie Chopin. Ja wiem, co to jest wierzba: piękne, melancholijne drzewo. Te cosie  wyglądały jak zasuszone palce poległych olbrzymów, które odsłoniła erozja. Tęsknić za nimi mógłby tylko kultysta z opowiadania Lovecrafta.
Czy ludzie żyjący w takim miejscu mogą mi być rodakami?
W „Lewej wolnej” Mackiewicza jeden z bohaterów ogłasza się patriotą pejzażu. W przeciwieństwie do różnych wariatów, na przykład jak ten, co chciał wszystkie brzozy i topole na Litwie za bycie drzewami „sentymentalnie rosyjskimi”, on kocha każde drzewo, kościół, cerkiew, bożnicę i meczet, jaki dostrzeże w pejzażu. Brzmi to ładnie, ale co jeśli trafi ktoś w zupełnie obcy pejzaż, a będą mówić mu, że jest jego?
To działa chyba i w drugą stronę. Tam pośrodku Przeklętej Płaszczyzny wznoszą się cyklopowe mury Warszawy. Istoty, które ją zamieszkują, patrzą na obrzeża swojej ojczyzny i nie dowierzają temu, co widzą. Tam mają pagórki, a tam wierzby płaczące. Gdzie indziej jeziora. Jedni nie mieli powstań, a inni mieli i nawet wygrali (za czwartym razem, więc żadna sztuka). I te wszystkie obce sobie krainy biedni Przedwieczni z miasta Warsa i Sawy muszą włożyć we wspólny, bluźnierczy nieeuklidesowy mianownik. A że macki Cthulhu nie nadają się do takich delikatnych operacji, co rusz kogoś kaleczą albo nadeptują.
Niełatwo być Polakiem w takiej dużej Polsce.

piątek, 14 września 2012

Największa

Odwiedziłem dziś Empik. Wiem, że nie wypada popierać Molocha, ale tak mi jeździ autobus, że każda wyprawa do Krakowa (tylko w języku Nowej Huty istnieje dyskretne rozróżnienie między "do Krakowa" a "na miasto") przebiega obok Empiku w Galerii Krakowskiej. Tak więc popełniłem aż dwa grzechy: Galerię i Empik.
Zacząłem od przeglądania stoisk z prasą. Wpierw przejrzałem pismo, którego od dawna nie czytam i do czytania którego nie zamierzam powracać. Znalazłem potwierdzenie telewizyjnego newsa półrocza, czyli że ludzie od Czasu honoru będą robić dla HBO serial o Jagiellonach. Moja obrażająca braci-racjonalistów wiara w polski serial znalazła kolejną przesłankę za. Następnie zwróciłem się w kierunku tołstych z żurnali. Ten z różowym mózgiem raczej kupię, więc od razu wziąłem się za Znak.
W najnowszym numerze magazynu przeczytać dokończenie dyskusji o kryzysie polskiej powieści. Oprócz "onych" udział biorą znajomi: Szostak. Cetnarowski, Dukaj, Twardoch, Brzezińska, Dunin-Wąsowicz. Tekst pointuje dopisek: w tym roki na dwadzieścia nominacji do Nike przypadają dwie powieści. Dwie.
Wstrząśnięty smutnym faktem powędrowałem ku regałom z prozą krajową. I ku wielkiemu zdziwieniu zobaczyłem najlepszą polską powieść XX wieku. Bez wahania wydałem skandalicznie wielką sumę i oto na biurku, obok laptopa leży teraz ona:


Niestety nie jestem oryginalny. Bodaj Szczepan Twardoch pierwszy nazwał Miasojedowa "największą powieścią". To w ogóle osobny dramat, to zgadzanie się z nim. Bo jeżeli moje nigdy przez mnie nie napisane powieści SF jedną po drugiej pisze Dukaj (bardzo dobrze pisze), tak w różnych przemyśleniach czuję pokrewieństwo z Twardochem. Czasem to zgadzanie się prowadzi do jednostronnej kłótni, ale to temat na inny tekst. Który kiedyś wrzucę, bo szkic już od dobrego roku "się myśli". Wróćmy jednak do Mackiewicza.
Po raz pierwszy przesłuchałem tę powieść w radiowej interpretacji Mariusza Benoit (co też polecam wszystkim czytelnikom, bo nie dość że Benoit świetnie wczuł się w czytaną treść, to ta atrakcja jest za darmo). Wtedy zachwycała. Na papierze dalej zachwyca – przekartkowałem w poszukiwaniu fragmentów, które wtedy wstrząsnęły i wrażenie powróciło. Jest wybitnie.

Józef Mackiewicz to nieszczęśliwy pisarz. Za życia stracił swoją małą ojczyznę, z której musiał uciekać wiosną 1945. Klepał biedę w Monachium, z taką samą zaciętością gnoiła go komuna i Radio Wolna Europa, ciążył na nim fałszywy zarzut kolaboracji, zabrakło mu czterech lat do dożycia wolności. Po śmierci zaś jeszcze gorzej, wpadł w getto tak małe i zamknięte, że moje kochane getto fantastyczne wydaje się nieogarnioną przestrzenią swobody i wolnej myśli.
O czym jest Sprawa pułkownika Miasojedowa? To fabularyzacja autentycznych wydarzeń. Sergiusz Miasojedow, pułkownik carskiej żandarmerii został w 1915 skazany w ukartowanym procesie o szpiegostwo i rozstrzelany. Jego żonę karnie przesiedlono pod Ałtaj.
Najpowszechniejszą praktyką jest odczytywanie Mackiewicza przez pryzmat polityki. A dokładniej: antykomunizmu, bo był antykomunistą totalnym, nieprzejednanym, autorem zdania "z komunistami nie można rozmawiać, ich trzeba zabijać". Ostro, zwłaszcza z perspektywy kraju, gdzie większość z 3 milionów członków PZPR zapisało się do partii w celu zdobycia posady majstra albo talonu na małego fiata. Kraju, w którym Kościół był w latach 1944-89 niezłomny, ale nie odważył się ogłosić decyzji Watykanu z 1949 o ekskomunice z automatu dla wszystkich komunistów. W takiej sytuacji z Mackiewicza łatwo zrobić ekstremistę. Siedzi dziadek w Monachium i gada bzdury. Życia nie zna!
W Miasojedowie komunizmu i komunistów jest wyjątkowo mało. To nie Droga donikąd (pokazująca sowietyzm z bliska), ani Kontra (opowiadająca o przegranej walce z nim). W kategoriach powieści politycznej Sprawa pułkownika Miasojedowa opowiada o podłości, z której wkrótce zrodzi się zło. Po części jest też próbą zrozumienia przez rusofila dlaczego państwo i naród, które kocha, wyczyniły tyle złego.
Liberałowie nie bronią Miasojedowa, bo jest funkcjonariuszem znienawidzonej żandarmerii, a liberalizm ma przecież jakieś granice. Nacjonaliści z czarnej sotni może by i pomogli, ale nie zapomną mu interesów z Żydami. Policja potrafi już tylko organizować prowokacje. Sztab przegrywa wojnę na własne życzenie. Wielki książę gra przeciwko ministrowi i na odwrót. Komunizm będzie karą, która spadnie na wszystkich.
A to wszystko jest zarazem wspaniałą, epicką powieścią, z galerią bohaterów, akcją pociągniętą na półwiecze, od rogatek Wilna, po bombardowane Drezno. Połączeniem chłodnego realizmu z symbolizmem. Zaskakującą zmianą perspektywy z męskiej na kobiecą (Klara, wdowa po Miasojedowie staje się dziedziczką fatum). Wreszcie przepiękną prozą:

Pocisk runął w to właśnie miejsce i zasłonił je w strasznym huku, wulkanem torfu i kłakami darni! Zabił trzysta komarów, dwie myszy polne, dwie glisty, tuzin czarnych żuczków, Michała Łukaszewicza, szeregowca 105-go Orenburskiego pułku piechoty, oraz sikorkę czarnogłówkę, którą strącił wybuchem z gałązki pobliskiej brzózki. Łukaszewiczowi odłamek nie strzaskał nawet czaszki, ledwo wyłamał nasadę nosa, wbił się przez lewe oko wprost w mózg i ostrymi kantami rozpalonego żelaza rozszarpał wszystko, co było wewnątrz głowy. Padając w trawę, ostatnim skurczem palców rozdusił żywą jeszcze biedronkę. Zginęli wszyscy. - Niech im ziemia lekką będzie! - I odlatywał już Anioł Stróż, zwolniony ze swego ziemskiego obowiązku... Gdyby jednak w ostatniej jeszcze chwili zdążył go Łukaszewicz przetrzymać za za koniec szaty i krzyknąć: "Stój! Ale ja, powiedz, o Aniele Boży, cóż mam wspólnego z garścią owadów i jednym ptaszkiem?!", usłyszałby zapewne w odpowiedzi: "Prawie wszystko. Stworzeni zostaliście przez jednego Boga"...
W rachunku ogólnym to tylko liczba skróconych dni. To tylko kwestia czasu.

Czytać, to, czytać, i jeszcze raz czytać.

piątek, 29 czerwca 2012

Zajdlodylematy

Jakoś znów się rozleniwiłem z pisaniem blogowym. Na szczęście wczoraj ogłoszono nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, a one zawsze były dobrym tematem do ponarzekania. Wpierw jednak podam tytuły (za Esensją, niech ma, a co).
Powieści:
Jacek Dukaj „Science fiction” (w antologii „Science Fiction”, Powergraph)
Maja Lidia Kossakowska „Grillbar Galaktyka” (Fabryka Słów)
Jakub Małecki „Dżozef” (W.A.B.)
Paweł Matuszek „Kamienna Ćma” (Wydawnictwo MAG)
Krzysztof Piskorski „Krawędź czasu” (Agencja Wydawnicza RUNA)
Wit Szostak „Dumanowski” (Lampa i Iskra Boża)
Opowiadania:
Anna Brzezińska „Żar” („Fantastyka Wydanie Specjalne” 4/2011)
Jakub Ćwiek „Bajka o trybach i powrotach” (w antologii „Księga wojny”, Agencja Wydawnicza Runa)
Stefan Darda „Spójrz na to z drugiej strony” (w antologii „15 blizn”, Replika)
Magdalena Kozak „Strasznie mi się podobasz” (w antologii „Strasznie mi się podobasz”, Fabryka Słów)
Marceli Szpak „Obcy” (blog „Masowa Konsumpcja Kultury Masowej")
Podawszy nominantów, można zacząć bawić się w interpretacje. Ja też wysyłałem swoje propozycje (pochwaliłem się nimi na forum ś.p. SFFiH). Mogę poczuć się dumny, bo z powieściami trafiłem 4/6. Jako że co roku wybuchają spory, dlaczego wybrano tego, a a nie innego, wytłumaczę pokrótce moją metodologię. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek to robił publicznie, może więc warto zacząć.
Powieść Dukaja to poczwórne SF: powieść fantastycznonaukowa o fantastyce naukowej, której bohater jest pisarzem powieści SF, a całość nosi tytuł Science Fiction. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, różniącej się od naszych czasów mniej więcej tyle, ile Nokia 3310 od Samsunga HTC. Do tego akcję przeplatają rozdziały wyjątkowo ambitnej powieści pisanej przez bohatera, całość zaś wieńczy mocna pointa (prawdopodobnie powidok tego, że Dukaj pierwotnie planował opowiadanie, ale jak zwykle mu się rozrosło). Wątek "realistyczny" to kapitalna powieść fandomowa (termin ukułem na wzór powieści akademickiej)  z akcją toczącą się na konwentach i w półświatku pisarzy SF lawirujących między wiernością sobie, a kuszącą komercją. Poczytałoby się coś takiego o Polakach (Dukaj tego zrobić nie mógł, bo raz że nie ma u nas środowiska pisarzy hard SF, najwyżej pojedyncze wyjątki, poza tym za bohatera potrzebował archetypu, takiego miksu Stephensona z Eganem). Wadą Science Fiction jest nadmierna skrótowość, która utrudnia ogarnięcie idei (czy JD umie jeszcze pisać krótkie formy? chyba nie). Niemniej powiesć jest godna nominacji.
Wit Szostak w Dumanowskim pozornie odszedł od tego, czym popisywał się w Chochołach. Jest krószy od poprzednika, nie ma tej zmysłowości, a pełną introspekcji fabułę zastąpił ciąg anegdot. A jednak w tym wszystkim pobrzmiewają stałe tematy Szostaka obecne przynajmniej od Oberków (cyklu smoczogóskiego nie znam dostatecznie by móc się wypowiadać). Wszystko to napisane jest eleganckim językiem, a że miałem jeszcze niesamowity ubaw jako znający jako tako literaturę Krakus, dopisałem Dumanowskiego do moich nominacji.
Kubę Małeckiego kiedyś, na początku jego kariery, niesłusznie oceniliśmy jako naśladowcę "menelskich" opowiadań Orbitowskiego. Niesłusznie. Małecki pisze dużo radośniej od starszego kolegi. Dużo dobrego się po nim spodziewam, a Dżozef jest chyba, koncepcyjnie, jego najambitniejszą powieścią. Trochę sobie pokomplikował sytuację, publikując jednego roku i Dżozefa, i W odbiciu (przez co przepadł w nominacjach do Żuławskiego), ale tym razem miał szczęście. I dobrze.
O Kamiennej ćmie ex-redaktora NF i F&SF (chociaż o tym drugim w momencie premiery powieści jeszcze nie wiedział). To taki literacki koncept album, gdzie treść ma być równie ważna, co warstwa estetyczna. Sporo negatywnych opinii, jakie na temat Ćmy można poczytać w sieci wzięła się chyba z nadmiernych oczekiwań ludzi, którzy zapomnieli, że jest to debiut. Ale ambitny, a jak już pewnie wszyscy P.T. czytelnicy zauważyli, takie rzeczy mają u mnie +5 do statystyk. Więc nominowałem.
Piątą i jedyną moją nominacją, którą nie utrafiłem, jest Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego. Dobra powieść, Uznański odszedł od freudowskiego new weirdu, w którym się specjalizuje, czym zyskał szansę trafienia do nowych czytelników. Jednym z nich okazał się sam Paweł Dunin Wąsowicz, pochlebnie recenzując Herrenvolk w Lampie i Polityce. Ja zaś prowadziłem z Autorem spotkanie na zeszłorocznym Krakonie ( tym z blokiem literackim w sypialni), więc można założyć, że ten jeden raz nominowałem po znajomości. Nawet tak nieskazitelni mężowie jak ja czasem grzeszą.
Zostały jeszcze dwie powieści: Grillbar Galaktyka oraz Krawędź czasu. Jeszcze ich nie czytałem, więc się nie wypowiadam. Oboje to dobrzy autorzy, rozpoznawalni i popularni (Maja Lidia Kossakowska nawet bardziej).

Porażkę absolutną poniosłem przy opowiadaniach. Gdyby był bukmacher przyjmujący zakłady zajdlowskie, utopiłbym w jego kantorku spore pieniądze. Obstawiałem dwie fenomenalne antologie Powergraphu i jednego Twardocha. Popularniejsze okazały się antologie Runy i Fabryki.
Miałem szansę trafić Brzezińską, bo kupiłem ten numer NFWS, ale wyznam szczerze, że
Żary nie przeczytałem, bo bardziej interesowały mnie teksty Szostaka i Bacigalupiego. A potem jakoś zapomniałem, pojawiły się kolejne książki do czytania. O Dardzie i Szpaku za chwilę.

Na forum drugiego obiegu Adon, czyli Marcin Pągowski (autor wydanej w zeszłym roku książki Zima mej duszy) dziwił się z rozbieżności między nominacjami a tym, o czym się przez zeszły rok mówiło w środowisku. Rzecz warta przemyślenia.
Wszelkie kontrowersje i obrazy związane z Nagrodą, tak nominacje, jak i ostateczne wyniki, ludzie rozsądni, niechętni pyskówkom, zwykli zbywać stwierdzeniem, że Nagroda jest demokratyczna i co robić, panie dzieju. Ja natomiast, przyszła mi myśl wczoraj, kiedym wrócił z egzaminu, nie winiłbym demokracji, chociaż wcale nie jestem jej bezwarunkowym piewcą. W zajdlowskiej demokracji są teoretycznie dwa mechanizmy kryzysogenne:
  1.  Głosy na nominacje i statuetki oddaje mała zamknięta grupa fandomowych intelektualistów, przez co nagroda nie ma żadnej korelacji z realną popularnością czy sprzedażą książek; 
  2.  Głosy oddają fandomowe "doły" z kompletnym pominięciem opinii kreowanych przez intelektualistów; burzy to kompletnie jakąkolwiek ideę pracy u podstaw czy tworzenie fantastycznej krytyki literackiej. 
Obie narracje nie pasują jednak do faktów. Powieści intelektualiści i masy (tu wyjaśniam, że określenie jest czysto robocze i nie zamierzam w jakikolwiek sposób dzielić fandom na lepszy i gorszy) rozłożyli się po równo. W opowiadaniach chyba żadnego mechanizmu nie ma. Ambasadorem intelektualistów (oraz wymierającej prasy papierowej) jest Brzezińska (chociaż z drugiej strony masy też ją lubią). Ćwiek i Kozak  zawsze mogą liczyć na wiernych fanów. Są w końcu opowiadania Dardy i Szpaka, wisienka zagłady na bitej śmietanie chaosu, którą obficie polano zajdlowskie ciasteczko.
Zaczęło się jakieś trzy lata temu, kiedy Darda (czy też jego wydawca) wykazał podstawową wadę systemu – przy zmobilizowaniu fanów z łatwością przepchniesz swój typ. W tym roku aż dwa opowiadania przeszły w ten sposób.
Jeżeli ktoś boi się, że niegodni autorzy ukradną nam (nam!) zajdle, może w tym momencie przestać. Procedura jest dwustopniowa i po to finałowe głosowanie wymaga wniesienia opłaty akredytacyjnej, aby przesiać elektorat, który następnie przesieje nominacje. Czy to jest jednak takie dobre?
W fantastyce obowiązuje panuje nieciekawa odmiana konserwatyzmu polegająca nie tyle na wierności nieprzemijającym ideałom i wartościom, ile wierności nazwiskom oraz rytuałom. Po prostu: jeżeli nie opublikujesz w branżowym wydawnictwie albo nie jesteś osobą znaną w fandomie, twoje szanse spadają. Nagłe złamanie zasady, czyli wtargnięcie Dardy, uznano za nieomal zamach stanu. Wkrótce naruszanie uświęconego porządku samo stało się zasadą, pojawił się naśladowca.
Nie uważam, żeby było w tym coś złego. Lobbing nie jest nielegalny. Pada czasem zarzut, że tłumy przepychające Dardę nie czytały go, a głos oddały, bo to nic nie kosztuje. Może i to prawda, ale czym jest lepszy od tego tradycyjny "Dukaj roku"?
Padł też na dniach pomysł "legalizacji" zajdlowskiego lobbingu. Pierwszym krokiem ku temu ma być Obcy Szpaka. A więc tak (żródło 1, źródło 2) :
  1. Kandydatura musi być wysunięta przez osoby z autorytetem uznawanym przez fandom;
  2. Apel o nominowanie musi być uzupełniony wymogiem wcześniejszego przeczytania tekstu;
  3. Musi być zasugerowana furtka awaryjna, że nie należy niczego brać na poważnie, to błyskotliwa ironia, #mem z #memosfera.
Pytanie, czy mechanizm wypali w przyszłości. Myślę, że jak nie ten, to będzie musiał się pojawić inny. W tym roku padły już dwa fantastyczne pisma (mniejsza o konkretne przyczyny, kryzys prasy to jednak fakt), nie daj Boże upadnie trzecie i ostatnie (ciarki mi przeszły po plecach na wieść, że redakcja NF zmienia adres).
Do historii przechodzi tradycyjna ścieżka kariery fantasty. Zna ją chyba każdy: młody autor debiutuje w magazynie, ćwiczy arkana sztuki (albo warsztat rzemieślnika), pisze coraz lepsze opowiadania, które zostają zauważone. Potem zostaje zaproszony do antologii, do której pisze się na specjalne zamówienie. Wreszcie następuje stadium finalne, czyli własna powieść. Zdarzały się oczywiście wyjątki za sprawą konkursów albo gwałtownej kariery, ale system sprawnie funkcjonował dopóki nie zaczął się proces zwany upadkiem prasy papierowej.
Same antologie nie wystarczą. Krótka forma, żeby nie wyginąć, musi się przenieść na nowe tereny – czyli do Sieci. Oczywiście nie należy oczekiwać, że internet złotym środkiem na wszystkie zajdlowskie bolączki. Pojawi się nowy problem: jak ogarnąć wszystkie miejsca, w których może pojawić się proza (kłania się lemowski demon drugiego rodzaju). Zwłaszcza jeżeli ktoś wrzucać będzie teksty gdzie indziej, niż na Esensję czy Fahrenheita. W dodatku wartościowe teksty, i tak już niełatwe do znalezienia, znikną pod falą sieciowej grafomanii.
To prowadzi do podstawowych argumentów ludzi przeciwnych "internetyzacji" fantastyki. Po pierwsze, sieciowe opka są darmowe, nie można ich traktować poważnie. Akurat z płatnościami w pismach też bywało różnie, ale jest coś na rzeczy. Na Zachodzie webziny się sprofesjonalizowały i już płacą (jak Clarkesworld, którego mam w linkach po prawej). U nas rynek wydaje się na to za płytki, ale ja wyjdę na optymistę i zaproponuję, żeby ktoś oszacował progi opłacalności. Bo może nie dziś, ale jutro taka inicjatywa może mieć sens (ach, żeby DOF stał się czymś takim...).
Po drugie zaś sam fakt, że pisane przez osobę z aspiracjami opowiadanie zostanie zrównane z fanfikami i inną pozbawioną ambicji szmirą. Temu przeciwstawić się może jedynie promowanie "własnych" autorów, takie jakie w tym roku pomogło Dardzie i Szpakowi.

Jeśli za zaistniałą sytuację trzeba kogoś winić to nie tajemną Grupę Trzymającą Władzę albo zmanipulowane masy. Winni są fandomowi intelektualiści (przypominam, że nie wartościuję, tylko wskazuję na temperament tej grupy ludzi), którzy nie potrafią zadbać o to, co uważają za ważne. Żałują, że przepadły dwie antologie oraz etatowy przegrany Twardoch, kiedy tymczasem wydawnictwo Kasi i Rafała Kosików przyjęło dokładnie tę samą strategię, co stronnictwa Dardy i Szpaka. Wskazali swoje typy – Amnezjak i  Gerda. Intelektualiści albo więc nie pojęli aluzji (fakt, że dyskretnej, ale po to są intelektualistami, aby się połapać, kiedy trzeba), albo nie potrafili zachęcić innych, co jest wstydem absolutnym, bo po to nasza cywilizacja wykształciła inteligentów, żeby wskazywali kierunek.

I tak przeszedłem płynnie od Nagrody imienia Janusza A. Zajdla do lamentu nad zmarnieniem polskiego inteligenta. Ale ponieważ nie mam do powiedzenia nic ponad to, co można obejrzeć w Dniu świra, zakończę ten wpis. Wnioski są jasne: Nagroda upadnie, albo i nie upadnie, podobnie jak krótkie formy literackie. Być może za parę lat sama idea opowiadania będzie trollowana przez światlejszą część fandomu, tak jak dzisiaj robią to posiadacze Kindla z miłośnikami papieru. Tako rzecze Stross we wstępie do Wireless:
To nie jest powieść. To zbiór opowiadań. To nie jest opowiadanie. To jest wstęp do zbioru opowiadań. To nie jest proza. To ciąg idei, które przekazuję do twojej świadomości za pomocą medium , jakim są słowa (...). Opowiadania są martwą formą w większości gatunków. (...) Nie zawsze tak było.
Ale tak już będzie zawsze.

P.S.: Wygrają Dukaj i Brzezińska.
P.P.S: Powieści kryzys prasy dotknie słabiej i dużo później, bo jest wystarczająco dobrych autorów i są dość młodzi, żebyśmy nie musieli szybko potrzebować zmiany pokoleniowej. Do tego czasu będzie cykl: Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz, Dukaj, Kańtoch, Grzędowicz. A jak się znudzi to to samo, tylko na odwrót.

czwartek, 22 września 2011

Ossochozi

Wreszcie o literaturze! Kiedy na Krakonie Konrad Walewski z Pawłem Matuszkiem narzekali na czytelników nie zauważających głębi opowiadań zamieszczanych w F&SF, zaproponowali, że będą podczas spotkań organizować warsztaty z czytania prozy. Obaj redaktorzy już kilka razy mówili o swoich misjonarskich ambicjach, zainteresowało mnie więc, jak będzie to wyglądać w praktyce. Nie tacy próbowali zanieść pod strzechy Wielką Literaturę. Pierwsza prelekcja "jak czytać fantastykę?" odbyła się w lipcu na Avangardzie. Druga na Polconie w Poznaniu. I ta jest ciekawa. Po pierwsze, bo zrelacjonowała ją Achika. Po drugie - bo Matuszek i Walewski postanowili uczyć warsztatu krytycznego na przykładzie opowiadania M. Johna Harrisona Zrobiłem to (F&SF 1/2011). Harrison to pisarz kultowy, brylant oprawiona w złoto Uczty wyobraźni, od którego odbiłem się przy każdej próbie lektury. Cieszyłem się, że wreszcie wytłumaczą mi, o co Harrisonowi biega, ale nie dałem rady pojechać. W sukurs przyszła coroczna polconowa relacja Achiki. Ufam, że wybaczy pożyczenie długiego akapitu:
(...) poszłam na prelekcję Konrada Walewskiego „Jak czytać fantastykę”. W informatorze było napisane, że jako baza do dyskusji „Posłuży opowiadanie Johna M. Harrisona” (bez podania tytułu i miejsca publikacji). Konrad wyraził wielkie zdumienie, że przeczytała je tylko jedna osoba. Dziwnym zbiegiem okoliczności było to opowiadanie przez niego tłumaczone i z jego czasopisma… To już nie mógł go dać do informatora, na miejsce tekstu Pat Cadigan?

Konrad najpierw odróżnił krytyka od recenzenta (krytyk ma osadzić recenzowane dzieło w historii literatury i spojrzeć na nie przez pryzmat gatunku… czy jakoś tak), spytał, co to jest interpretacja i powiedział, że jeśli się pisze, że jakiś pomysł, motyw itp. nie został przez autora wykorzystany, to trzeba przedstawić własną wersję jego wykorzystania. Potem było o denotacjach i konotacjach, semantyce i semiotyce oraz różnicy między mentalnym słownikiem i mentalną encyklopedią (tekst powinniśmy interpretować encyklopedią, bo poza definicją słowa zawiera nasze doświadczenie, kontekst kulturowy i skojarzenia).
Następnie opowiadanie zostało odczytane na głos. Była to bardzo nudna historia związku dwóch facetów z jedną kobietą, pełna nudnych dialogów w stylu „Mody na sukces” – jedynym elementem fantastycznym było wbijanie sobie siekiery w twarz przez kolejne osoby, ale chodziło tylko o przenośnię, że przeżywają załamanie psychiczne i chcą to zademonstrować na zewnątrz. Po zamienieniu siekiery na wbicie wielkiej agrafki w ucho tekst mógłby spokojnie się ukazać na przykład w Wysokich Obcasach.
Achika potrafi być złośliwa, ale chyba przekazała ogólny sens spotkania. No, zawstydziła mnie jako harrisonowego antyfana, bo nie wpadłem na argumentum ad Bold&Beatiful. Nie jestem tak okrutny. Mniejsza.
Redakcja F&SF odkryła przed czytelnikami kawałek swoich poglądów na literaturę. I co my tu mamy?Chciałoby się przyczepić do "jeśli się pisze, że jakiś pomysł, motyw itp. nie został przez autora wykorzystany, to trzeba przedstawić własną wersję jego wykorzystania", z których to słów płynie ciche marzenie każdego uniwersyteckiego krytyka, żeby zostać pisarzem. Niemniej na Krakonie przyznali się, że w numerze będą opowiadania autorstwa redaktorów, więc sprawa nie wymaga głębszych analiz.
Dużo ciekawsze wydaje się drugi aspekt krytyki literackiej (w przeciwieństwie do recenzowania).  Jest ona taka... uniwersytecka. Krytycy mają, jak wiadomo, kosę z pisarzami, więc postanowili rozegrać walną bitwę na własnym terenie. Trzeba przekształcić relację autor-krytyk w w znajomą relację student-wykładowca. W związku z tym pisarza trzeba potraktować jak studenta na egzaminie. Cała ta procedura "umieszczamy w ramach, sprawdzamy czy do nich pasuje, a jeśli nie, to mówimy jak powinno być" przypomina zaliczenie projektu. Z tą różnicą, że student ma lepiej, bo ramy, w których ma operować, podano mu na pierwszym wykładzie.
Nalot akademicki objawia się również tym, że w magazynowe recenzjach często zaczynają się od uczelnianych anegdot: "każdy Czytelnik pożąda Księgi", "wiele lat temu, gdy bez przekonania usiłowałem studiować filozofię", "jedno z pierwszych pytań, jakie zwykle zadaję studentom pierwszego roku", "wkrótce po przeprowadzce z Małego do Dużego miasta", "wśród moich ulubionych tajnych akademickich bractw" (ach ten asystencki snobizm za średnią krajową!), "z horrorem jest jak z dziewczynami" (ach, kto nie miał obleśnego ćwiczeniowca, niech pierwszy rzuci kamieniem).

***
Dobra, ale jak to wszystko ma się do M. Johna Harrisona? Już się czułem jak troll wołający "nienawidzę filmów Almodovara, udowodnijcie mi, że nie mam racji", kiedy coś zaskoczyło. F&SF ustami Achiki dało mi klucz do Harrisona. Albo do tego, dlaczego go nie łapię.
Idios kosmos kontra koinos kosmos. Wszechświat wewnętrzny przeciwko wszechświatowi zewnętrznemu. Jestem dzieckiem tej fantastyki, która skupiała się na zewnętrzu. Nieważne, czy to było społeczeństwo, rakieta, czy nawet jednostka. Chodzi po postawienie kamery obok. F&SF preferuje fantastykę jako metaforę zrypanej psychiki. Kamera do środka. Między neurony.
W świetle tego "Zrobiłem to" nie prezentuje się ciekawie. I nie w tym rzecz, że patent z siekierą nie przechodzi brzytwy Lema (biada fantastyce, gdybyśmy nią bez przerwy machali). Po prostu nie uwierzyłem w "załamanie psychiczne" bohaterów. Być może w tym jest pies pogrzebany, że Harrison używa wielkich metafor, fizyk kwantowych, Wujków Suwaków, Viriconiów do opisania zbyt małych problemów. I nawet siekiera tkwiąca w twarzy wydaje się zbyt poważna. Być może to nie są problemy, tylko fantazmat problemu, taki, jaki może sobie wyobrazić brytyjska klasa próżniacza.

***
Fantastyka koinos kosmos przyzwyczaja do jednej rzeczy: że ma być aparatem pojęciowym, który pozwala stworzyć model, w którym zobaczymy rzeczy wcześniej niedostrzegalne. Fantastyka ma się wtedy do realizmu, jak zdjęcie rentgenowskie do oględzin. Albo jak próba wytrzymałościowa do zwykłego użytkowania.
Fantastyka wewnętrznego wszechświata zdaje się mieć problemy z doborem metody. Zostawmy Harrisona. Trojka Stepana Chapmana jest tu lepszym przykładem. Przyjęto ją chłodniej od książek Harrisona, ale mnie się o dziwo. Co ważniejsze, jest ją z czym porównywać, bo metodą przypomina Wieczny Grunwald Szczepana Twardocha (nawet imiona mają te same). W obu książkach akcja toczy się u kresu czasów w punkcie omega (bardziej literackim niż naukowym), w którym w kolejno symulowanych światach żyją dysfunkcyjni bohaterowie. Różnica jest taka, że Twardoch bada w Grunwaldzie zewnętrze (tysiąc lat relacji polsko-niemieckich), Trojka zaś zajmuje się chorymi psychikami bohaterów.
Metodologia Wiecznego Grunwaldu wydaje się logiczniejsza. Nawet najbardziej szalonym wizje Twardocha są wpisane w znane, historyczne, mityczne i kulturowe powiązania miedzy dwoma narodami. Dzięki temu jak w porządnej SF: opierając się na własnej wiedzy "składamy" powieść w spójną całość.
Wizyjność Chapmana jest inna. Nie rozgrywa problemów bohaterów znanymi metaforami. Tworzy nowe, nieoparte o nic. Mówiąc Walewskim, tych wyrazów nie ma w słowniku. Niby czasem zabrzmią znajomo, ale to przypadek, glosolalia zrodzona w narkotycznym tripie.
Weird dla weirdu.