wtorek, 5 listopada 2013

Ósme wtajemniczenie

To był pomysł Agrafka
Tekst o Nizurskim powinien się pojawić prawie miesiąc temu, kiedy umarł. Miałem taki zamiar, ale i tyle Ważnych Projektów na głowie, że czasu brakło. Potem, nie znalazłszy książek w domu, (mimo długich i systematycznych poszukiwań), musiałem je pożyczyć. Jeszcze potem tekst pisany pod Gikza rozpadał się się pod piórem (pod klawiaturą właściwie) na niezdatne do publikacji ruiny. No ale się udało i jest – Siódme wtajemniczenie na blogu.
W Amerykanach fajne jest to, że potrafią bez wstydu przyznać się, że powieść dla młodzieży jest nie tylko klasykiem, ale i fundamentem, na którym powstała cała ich literatura narodowa. Chodzi oczywiście o Tomka Sawyera i Przygody Hucka Marka Twaina. Oczywiście: niektórzy mówią, że Tomek z Huckiem zdziecinniali wbrew woli autora (podobnie jak starsi o półtora stulecia Gulliver i Robinson Crusoe), że wszystkiemu winne dorosłe treści tych książek tłumaczenia, w końcu że z tym Twainem-gigantem amerykańskiej literatury to tak całkiem nie była (na przykład brutalna opinia Faulknera). Ale pozostańmy przy wersji pierwotnej, bo znana, lubiana, i pomocna w pisaniu o Edmundzie Niziurskim.
Bo że pisał wspaniałe, być może najlepsze nad Wisłą powieści dla młodzieży, to my wiemy. Lecz trzeba nareszcie Go odzyskać dla literatury bezprzymiotnikowej, literatury jako takiej, właśnie za Siódme wtajemniczenie, które dla mnie jest jedną z najlepszych polskich powieści XX wieku.

Tak.
Dawno temu, podczas jazdy busem na cieszyński Tricon, rozmawialiśmy z Agrafkiem o różnych sprawach, w tym o polskiej literaturze dla młodzieży. Agrafek określił w pewnym momencie Wtajemniczenie, jako taki nasz Paragraf 22 – i chyba nie ma lepszego porównania, chyba że do skojarzeń dorzucić jeszcze Szwejka, Ulissesa (o tym zaraz) i Fight Club . To ostatnie skojarzenie przez próbę wyobrażenia sobie ewentualnej ekranizacji: jak miałby wyglądać film na podstawie książki, której spore partie dzieją w wyobraźni introwertycznego narratora, jeżeli nie jak Fight Club właśnie. Dlatego na głupie pytania o to, dlaczego nie mamy wywrotowych, burzącej rzeczywistość powieści, należy spokojnie odpowiadać, że przecież wielki Edmund Niziurski.
Nie będę streszczał fabuły, bo zakładam, że wszyscy znają. Jeśli nie znają – nich jak najszybciej przeczytają. W każdym razie powinni wiedzieć, że ten wpis jest na tyle chaotyczny, żeby być w miarę spojleroodpornym.
Zresztą w powieściach kultowych rzadko chodzi o fabułę. O sceny, epizody, momenty, teksty, postacie, pomysły – owszem, nie słyszałem jednak, żeby kultowość zależała od ułożenia ich w jakiś konkretny ciąg przyczyn i skutków.
W Siódmym wtajemniczeniu też nie ma co mówić o fabule. To jeden dzień z życia (już wiadomo, skąd ten Joyce) podstawówkowego Everymena. Everymana, bo wiadomo o nim niewiele – jest Ślązakiem, ale podróżuje, bo ojca rzucają od budowy do budowy, oprócz taty ma jeszcze mamę, mieszka w bloku, często śni na jawie. Gustaw Cykorz jest najmniej wyraźnie zarysowaną postacią w powieści – to raczej nie przypadek.
I jak w wielu innych kultowych powieściach najważniejsze dzieje się tle. W podtekście, kolorycie, w anegdocie i wierzgnięciach natury rzeczy, których nie ma co szukać w "normalnych" książkach. Zarówno młodzieżowych, jak i dorosłych.
Gustavus obiit
(MCMXXXIX Calendis Septembris).
Hic natus est Constantinus
Siódme wtajemniczenie to nienachalna metafora polsko-śląskich konfliktów z bohaterem stojącym pośrodku w iście twardochowym rozkroku. Ślązak, lecz przyjezdny, mieszkający w bloku, lecz ciągnący ku tym z familoków, czujący wyższość z racji zajmowania pozycji wolnego strzelca i dostający równy łomot od wszystkich. Taki jest Cykorz, bliski krewny Paszka Piastowicza i Kostka Willemana. Z tym drugim łączy go jeszcze skłonność do póz i hamletyzowanie z wysokości. Wokół ze starości rozsypują się pozostałości po Niemcach, hałda powoli starą stajnię Hellbacha, w tle wyrasta komin wznoszony przez Cykorza-ojca.
Siódmemu wtajemniczeniu niedaleko też do fantastyki. Zaczyna się, jak wiadomo, od sceny spaceru w nieważkości. Niziurski na pewno lubił SF, napisał przecież Nieziemskie przypadki Bubla i spółki. Ale we Wtajemniczeniu atakuje nasz ulubiony gatunek od strony fantasy. I to takiej awangardowej, rodem z Uczty Wyobraźni. Miasteczko Gnypowice wielkie to kraina magiczna, w której ludzie (w tym przypadku Gucio i Inocynt) śnią wspólne sny (było opowiadanie Le Guin z takim pomysłem), skręcając łódką w porastające w staw szuwary można wypłynąć na rzekę Lulongę, w stalowej szafie kryje się tunel do twierdzy Persil, blokerom wyrastają skrzydła, a w podczas przechodzenia rytuału inicjacji, kiedy matuskowie zakładają mu na oczy końskie okulary, Gucio staje się koniem. I w tym ostatnim przypadku nie jest to złudzenie, ani fantazja, bo Kwiczoł dostał kopytem. Matusów Ciekawe, co na to K.J. Bishop i Catherynne Valente. Bo Jewgienija Olejniczaka na pewno zapytam przy okazji, czy jego ostatnie opowiadania mają coś wspólnego socrealizmem magicznym Niziurskiego.
Pierwsza zasada Wielkiego Wandru
– nigdy nie rozmawiaj o Wielkim Wandrze
A na obrzeżach magicznego, dziecięco-młodzieżowym, niziurskim mikrokosmosem czai się groza. Inocynt Ankoholik oszalał się i rozpił po tym, jak wiele dni był zasypany w kopalni. Magister Cymba jeździ po kraju i bada obyczaje pijackie. Dorsz-Rymarski, brat Szprota utonął na Mazurach, syn Kowbojki dostał masztem po kręgosłupie i do dzisiaj się leczy, drużynowy poszedł siedzieć. Czym stał Wielki Wander, odwieczne marzenie matusów (chłopaki z Gnypowic zawsze wybierali się na Wielki Wander, powiedział Inocynt), po tragedii, która się przydarzyła w zeszłe wakacje u jego celu? Czy skoro Gucio śni ten sam sen, co straumatyzowana ofiara kopalnianego zawału, to znaczy, że też kryje jakąś straszną tajemnicę?
Wreszcie Siódme wtajemniczenie jest autotematyczne. Niziurski nieraz pisywał powieści (Adelo, zrozum mnie), w których finale bohater przekracza nastoletnią smugę cienia, rozpada się stara paczka, dawne zabawy nie cieszą, jak kiedyś, świat zaś spowija jakaś dziwna melancholia. Niestety. Sztab też nie rządzi, mówi w pewnym momencie wymoczek Pleksik, a chodzi mu o to, że Wtajemniczenie nie jest powieścią Edmunda Niziurskiego, ale epilogiem. Akcja dzieje się po słowie "koniec", świat w którym latało się za Adelą, albo przemyślnym sposobem zaginało Alcybiadesa odszedł już dawno w przeszłość, ostatki dawnych struktur i hierarchii (tryby maszyny organizacyjnej, jak powiedziałby Czarny Piter) toczą się siłą bezwładu, obecne przygody są pustym odgrywaniem dawnych, i tylko główny bohater jeszcze tego nie wie i wciąż wierzy. Boicie się czasem, że też tak macie?
No dziękuję, panie Edmundzie, po prostu.


2 komentarze:

  1. I ani słowa o "Przygodach Anatola Stukniętego na początku"? Toż to najwybitniejsza metaksiążka w historii (meta)literatury!

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny tekst. Aż by człowiek chciał poczytać jak go ciut (chociaż ciut) rozwijasz. Palahniuk jak Niziurski, ha!
    I interesujący jest postulat, by spróbować odczarować "literaturę młodzieżową". Rzeczywiście kiedyś działy się w niej ciekawe rzeczy, a grozi nam, że wszyscy o nich pozapominamy.

    Swoją drogą, z smutnej okazji przypomniałem sobie "Marka Piegusa" i nagle uświadomiłem sobie, że pierwsze rozdziały "Niesamowitych..." przypominają co lepsze przygody Mikołajka.

    OdpowiedzUsuń