sobota, 18 sierpnia 2012

Sellers, serial i martyrologia

W czwartek program drugi Telewizji Polskiej pokazał film Peter Sellers – życie & śmierć z Geoffreyem Rushem w roli głównej.
Film jest naprawdę bardzo dobry. Reżyser, zdając sobie sprawę, że w dwóch godzinach trudno zmieścić niebagatelną biografię, postanowił zrobić film postmodernistyczny. W efekcie często jest burzona czwarta ściana, co chwila przypomina się nam, że oglądamy inscenizację, aktorzy co rusz zwracają się wprost do kamery, Rush zaś nawiązuje do sztandarowej umiejętności swojego bohatera, zastępując niekiedy partnerujących sobie autorów.
Peter Sellers to zagmatwany temat. Reghed, czyli Emil Strzeszewski, napisał kiedyś, że Sellers był dużo lepszym aktorem od de Funesa, który grał na jedno kopyto. Coś w tym jest, fakt. Właściwie jedyne co ich łączy, to sława i lata działalności. Reszta to same różnice. De Funes miewał słabsze filmy, ale nigdy nie spadały one poniżej jakiegoś poziomu. Sellers potrafił grać w najstraszniejszych knotach. De Funes, poza nieudanym młodzieńczym ożenkiem, prowadził spokojne życie osobiste, Sellers zaś zmarnował cztery małżeństwa. Brytyjczyk miał hopla na punkcie wróżbitów i mediów, Francuz był skromny i pobożny. Czyli ludzie kompletnie odmienny. I może rzeczywiście de Funes był gorszym aktorem, ale przynajmniej nie rozmienił swojego talentu na drobne. Peter Sellers zaś to jedno wielkie smutne niespełnienie. Przykro.
Odfajkowawszy kwestię Różowej pantery, przechodzę do seriali. Jak wiadomo – mój konik. Serial to rzeczywiście inna kategoria sztuki niż film. Mimo wielu podobieństw. Miałem autentyczne problemy z ogarnięciem Petera Sellersa. A przecież to fajny film z wybitną kreacją Rusha. Po prostu oduczyłem się rozumienia tej formy. Przedtem wiedziałem, że odbioru dzieł kultury trzeba się uczyć. Dopiero po sołuchaniu się jazzu, metalu czy rapu będziemy potrafili doceniać i uczciwie oceniać niuanse gatunków. Teraz natomiast odkryłem, że sztuka nie jest jak jazda na rowerze, ale raczej jak taniec – po dłuższym odstawieniu zaczynasz zapominać.
I wreszcie trzeci temat, czyli martyrologia. Najnowszy (3/2012) numer Czasu fantastyki przynosi artykuł Rafała Kosika Jak zrobić film w Polsce? Kosik wie, co pisze, jesienią premiera obrazu Felix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwie katastrofa, którego produkcji przyglądał się uważnie (w końcu na podstawie jego powieści) na każdym etapie, od pierwszych zmian w scenariuszu po ostatnie minuty postprodukcji. Artykuł ważny, rzeczowy, pisany z bliska ale przez osobę z zewnątrz. Bardzo dobrze, że się ukazał, szkoda tylko, że w niszowym CzF. Niemniej jest jedno zdanie z którym się nie zgadzam. Pisze Kosik:
Według polskiej szkoły filmowej w kinie ma dominować patos, smutek, cierpienie, poświęcenie, patos, bohaterstwo, patos, patriotyzm, patos, patos i patos. Kto oglądał Katyń, ten wie, mam na myśli. [dorzuciłem to drugie zdanie, bo też jest ważne – Ziuta]
Termin "polska szkoła filmowa" może mieć dwa znaczenia. W węższym jest to konkretny kierunek w kinematografii, mający swój czas, przedstawicieli i sztandarowe dzieła. W znaczeniu ogólniejszym – to po prostu ogólne wrażenie widza "jak się robi filmy w tym kraju".
Ta klasyczna, prawdziwa polska szkoła filmowa, która trafiła do podręczników, i którą zachwycali się Scorsese z Tarantino, ma z definicją Kosika wspólne bodaj tylko cierpienie. Bo fakt, cierpienia w tym filmie jest sporo. Ale to po prostu kino europejskie, włoski neorealizm czy Ingmar Bergman to też nie było opiewanie popkulturowej radości. Po prawdzie Rafał zarzuca tym filmom posiadania dokładnie tego, czego brak im wypominano, kiedy powstawały. W Kanale nie ma patosu, w Zezowatym szczęściu poświęcenia, a w Eroice jeśli któreś się znajdzie, po po to, żeby je (paskudne słowo, nie lubię) zdemitologizować. Tak więc pudło.
Jeszcze ciekawiej wygląda sprawa szkoły polskiej jeśli przyjmiemy szerszą definicję. Bo z ogólnymi, tkwiącymi zbiorowej świadomości wyobrażeniami jest tak, że niby każdy wie, o co chodzi, ale już ich detale, czy zwłaszcza geneza są niejasne i nikt właściwie nie potrafi wskazać, skąd się wzięły. Tu muszę wprowadzić jeszcze jedno mądre słowo, które zresztą Kosik użył w innym fragmencie artykułu: martyrologia.
Słowo to wraca przy każdej rozmowie o polskim kinie, zazwyczaj w zdaniach typu "a bo polskie filmy to tylko komedie romantyczne i martyrologia". W rzeczywistości zaś przypomina to trochę "Brunner ty świnio" ze Stawki większej niż życie. Chociaż w żadnym z odcinków serialu słowa te nie padły, jakoś każdy je pamięta. Podobnie jest z martyrologią. Rzadko kiedy się objawia, poza kanałem Kino Polska na kablówce bodaj prawie nigdy, ale jednak wszyscy czują jej straszliwy ciężar na karku. Jest w tym kraju pokolenie całe, które pod przysięgą zezna, że święta narodowe mamy ponure i deszczowe, a w telewizji trwa festiwal martyrologii. Jeżeli jednak spojrzeć na sprawę uczciwie, to deszczowe i ponure święto zamienia się w orkiestrę wojskową w słoneczny trzeci maja, zaś martyrologia oznacza piętnastą tego roku powtórkę Pancernych. Chociaż tu bym się zgodził, oglądać po raz piętnasty tego głupawego knota jest straszne i może wywołać urojenia.
W końcu wreszcie ostatnia uwaga. Specjalnie powiedziałem, że nie zgadzam się z jednym zdaniem Rafała, żeby zacytować dwa, w tym "kto oglądał Katyń, ten wie co mam na myśli". Ten Katyń jest ważny, bowiem prowadzi do największej ofiary cierpiętniczo-martyrologicznego myślenia o polskim filmie, czyli Andrzeja Wajdy. Mało kto był równie krytyczny wokół polskich tradycji, co Wajda. Może Munk, ale zginął tragicznie, zanim rozwinął skrzydła. Wajda utopił Powstanie w ścieku, zastrzelił Maćka Chełmnickiego na śmietniku, nawet ostatni mit narodowy, czyli powojenną odbudowę, pokazał jako niszczenie życia biednemu Mateuszowi Birkutowi. Nawet wyborami pozaartystycznymi pokazuje wyraźnie, gdzie chce być usytuowany: kandydaci na prezydenta, których popiera, czy redaktorzy gazet, z którymi się przyjaźni nie są kojarzeni z opcją narodowo-patriotyczną. A pomimo tego Wajda przez potomnych zostanie zapamiętany jako twórca łzawych, patriotycznych, pełnych patosu opowieści. Jako postać nieomal radiomaryjna i gazetopolska. Całkowicie wbrew swojej drodze artystycznej i wyborom życiowym. Oto, jaka jest siła fałszywego stereotypu.

5 komentarzy:

  1. Napiszę niemerytorycznie.
    Świetny tekst, nie wiem, czy nie najlepszy z czytanych przeze mnie Twoich tekstów.
    Nie zmienia tego nawet fakt, że, mylisz się, oczywiście, w ocenie "Pancernych":).

    OdpowiedzUsuń
  2. prowokacja jest jak szczypta przyprawy w potrawie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Notka ważna, rzeczowa...Bardzo dobrze, że się ukazała, szkoda tylko, że na niszowym blogu Niemniej jest jedno zdanie z którym się nie zgadzam. Pisze Ziuta:
    "Jako postać nieomal radiomaryjna i gazetopolska."
    Serio? Nie znam się, pierwszy to przyznam, ale zawsze mi się zdawało, że Wajda kojarzony jest z opcjami przeciwnymi.

    OdpowiedzUsuń
  4. no fakt, trochę to się zmieniło przy okazji "pojednania smoleńskiego" o komitetu poparcia BronKoma. Ale przedtem sporo ludzi, głównie młodszych, rozumowała Wajda=Pan Tadeusz + Katyń=patryjotyzm-martyrologia.

    I tydzień temu przeżyłem super sytuację. W telewizji leci premierowo "Miasto z morza". Wchodzi siostra, widzi lokomotywę i mówi – O, Katyń!
    Film o budowie Gdyni, bodaj najsympatyczniejszym wydarzeniu w naszej historii, żadnej wojny i chwały zwyciężonym, pozytywne budowanie infrastruktury, a ona widzi w tym Katyń. Martyrologia jest w naszych sercach.

    OdpowiedzUsuń