– Biografię Napoleona, bardzo interesująca.
– A do Waterloo już doszedłeś?
– Człowieku, błagam, nie spojleruj!
Koniec roku upływa mi pod znakiem Wielkiego Planu. A wygląda on tak: skończyć Smoka Griaule'a, następnie przeczytać Hobbita i całego Władcę Pierścieni. Potem jeszcze tylko powtórzę trylogię Jacksona i wreszcie będę przygotowany, żeby pójść do kina na Hobbita: niezwykłą podróż. Plan ma wadę - do tego czasu filom może już zejść z ekranu, ale inaczej się nie da: zbyt dawno siedziałem Śródziemiu, żeby wracać doń bez przygotowania. Tolkien nie jazda na rowerze.
Przy okazji Hobbita zwróciłem uwagę na temat spojlerów. Niby książka jest już tak znana, że znalazła się w kanonie wiedzy powszechnej, a jednak internetowe dyskusje o adaptacji pełne są tagów i zaciemnień ukrywających jakieś zaskakujące zwroty akcji. Nawet sławetne/niesławne rozszerzenie filmu do trzech pełnometrażowych odcinków nie wyjaśnia niczego - wszak Peter Jackson uzupełnił fabułę Hobbita o wydarzenia dobrze znane z dodatków do Władcy oraz końcowych fragmentów Silmarilliona.
To prowadzi do pytania: co to jest spojler i dlaczego tak się go boimy? Odpowiedź wydaje się prosta (spojler, co to jest, każdy wie), więc nikt się specjalnie nie zastanawia. A wcale tak łatwo nie jest.
Spoiler to po angielsku (za słownikiem Stanisławskiego) "psota". Ale spojler popkulturowy (popkulturowy, bo nie słyszałem, żeby ktoś komuś zaspojlerował Doktora Faustusa) to zbrodnia cięższej wagi. To spoil znaczy między innymi "psuć", zatem: psuj. Ktoś nam popsuł książkę, komiks, film, grę, wyjawiając istotny szczegół fabuły. Sabotaż nieomal.
W popświecie, w którym trudno o coś godniejszego potępienia niż spojlowanie (może tylko publiczne cieszenie się z kasacji Firefly), walka już wkroczyła na poziom prawdziwej wojny totalnej, gdzie wróg czyha wszędzie. Hobbit nie może niczym zaskoczyć na poziomie sekwencji zdarzeń prowadzących bohaterów od zawiązania akcji do finału, zatem tajemnicą, którą trzeba ukryć stają się zabiegi reżysera. Nie CO zrobił, ale JAK. Jak powtykał w krótką powieść przypisy z Władcy, jak przedstawił to a tamto.
Czy gdybym napisał gdzieś, że w Dobrym, złym i brzydkim mamy do czynienia z konfliktem trzech świetnie napisanych charakterów, czemu towarzyszy znakomita muzyka Morricone, to czy ktoś zakrzyknąłby: "chłopie, nie spojleruj"? Może jeszcze gorzej: czy spojlerem będzie napisanie "nie zdradzę wam zakończenia filmu"? Wtedy przecież od razu zaczynamy się zastanawiać, że w zakończeniu musi coś być (inaczej nikt by o nim nie wspominał) i psujemy sobie odbiór, bo zamiast spokojnie oglądać i być zaskoczonym, usilnie zastanawiamy się, co to może być: bohater jest duchem, szkielet domniemanej zabójczyni leży w piwnicy zaś mordercą jest jej syn, policyjny kapuś to Wielki Boss etc.
Strach przed spojlerem paraliżuje dyskusję o kulturze, ograniczając ją do wymiany prostych okrzyków zachwytu bądź niezadowolenia.
Glosa: może o to chodzi i popkultura, jeśli wstrzymamy się na chwilę z jej apoteozą, okazuje się służyć niczemu poza aplikowaniu poczucia awesomness. Avengersi byli awesome, dinozaury na statku kosmicznym byli awesome, Hobbit też musi być awesome, bo po nic innego go nie potrzebujemy.Czego właściwie obawiamy się ze strony spojlera? Samodzielne odtwarzanie opowieści zapisanej w słowach i obrazach jest istotną rzeczą (niektórzy uważają, że poniekąd w ten sposób czytelnik/widz/gracz bierze udział w akcie twórczym), więc nic dziwnego, że odbieranie tej przyjemności uważa się za coś złego. Takich spojlerów chyba nikt nie pochwali. Ale, już pisałem wcześniej, lęk i odraza nie są już zdrowe, tylko wyrodziły się do postaci obsesji.
Totalna wojna ze spojlerami sugeruje przerażającą jednorazowość dzieła. Wiesz już kto zabił? Zatem do kosza, bo na nic innego ten film ci się nie przyda. Podobnie z książkami oraz grami. Szepniesz komuś do ucha "would you kindly?" i zostaje mu tylko odinstalować Bioshocka.
Owszem, są dzieła jednorazowe. Chociażby Szósty zmysł, który ogląda się drugi raz chyba tylko po to, żeby sprawdzić, czy reżyser naprawdę tak sprytnie poprowadził historię, jak to wyjawił w finale. Czy jednak popkultura jest skazana na takie opowieści? Fight Club – dzieło lepsze i ważniejsze od Zmysłu – można oglądać sto razy pod rząd z niezmienionym poziomem zainteresowania, mimo że znamy jego nieoczekiwane zakończenie.
Wreszcie jest przykład ostateczny, bodaj największe osiągnięcie dwudziestowiecznego popu, czyli Gwiezdne wojny. W finałowej Imperium kontratakuje zostaje ujawniona tajemnica z przeszłości bohaterów. Scena ta obrosła tysiącami dowcipów, cytatów, parodii, aluzji, odniesień i memów, czyli została po wielokroć haniebnie zaspojlerowana. A jednak wciąż oglądamy Gwiezdne wojny. Więcej, nie słyszałem, żeby ktokolwiek stracił na przyjemności seansu, kiedy wie już, iż [...] jest [...][...].
Nie wiem, szczerze mówiąc, jak zakończyć ten post inaczej, niż prostym stwierdzeniem, że nieładnie jest wypaplać komuś fabułę, ale też nie róbmy z tego nie wiadomo jakiej zbrodni. Ja w każdym razie jeszcze w tym roku kalendarzowym zabieram się za psucie seansu Hobbita. Z wrodzonego lenistwa ograniczę się do dwóch podstawowych książek, bo dalsza praca wymagałaby wizyty w bibliotece, a nawet czytania po angielsku. Może więc jednak coś mnie zaskoczy?
***
Nie starczy już czasu na oddzielny wpis, więc pozwolę sobie na małe podsumowanie. W trzecim roku blogowania straciłem tempo i nie wyrobiłem planowanej średniej jednego posta na tydzień. Szkoda, ale sam nie wiem, czemu tak. Może przez lenistwo, może po prostu nie miałem o czym pisać.
Tak czy inaczej życzę wszystkim czytelnikom samego najlepszego w 2013. Niech się wam szczęści, a i mnie coś z waszej radości skapnie. Do przeczytania!